Popatrzałam z zdziwieniem na Kai'a. Zawsze się go bałam i omijałam
szerokim łukiem, a tu co? Zachowuje się jak by mnie znał. Najdziwniejsze
jest to, że basior jest pijany. Popatrzałam w kielich pełny wódki.
Niepewnie zaczęłam pić napój, lecz gdy tylko go spróbowałam wiedziałam,
że nie chcę go więcej. Był gorzki, a gdy wzięłam jeden łyk, od razu zrobiło
mi się cieplej. Napoju było jeszcze dużo
- Chcesz? - zapytałam Kai'a przesuwając do niego kielich.
- Dzięki, Margaret - chwycił pyskiem kielich i jednym łykiem wypił
wszystko. Po paru minutach jego gadania i sprośnych żartów,
przyzwyczaiłam się do jego paplaniny.
- Może chcesz coś zjeść? - zapytałam przerywając jego kłótnie z Kirke o to, że nie chcę mu przynieść wódki, bo ma bar obok siebie.
- Taką foczkę jak ty, to oczywiście - następny jego "komplement", który załamywał mnie psychicznie
- Kirke? - zapytałam odchodzącą waderę.
- Co? - zapytała zirytowana.
- Poproszę dwa krwiste steki - wyjęłam dwadzieścia Srebrnych Gwiazdek z
sakiewki. Kirke je zabrała i poszła. Za nim się obejrzałam zobaczyłam, że
Kai już się kłócił z Mizuki. Tematem kłótni była piosenka, jaką ona
śpiewała. Zaczęłam nie zwracać uwagi na jego kłótnie, bo jak jedna się kończyła druga zaczynała. Podeszła do nas Kirke z dwoma
talerzami. Położyła obok nas. Podziękowałam i zaczęłam jeść.
Noc minęła szybko. Mizuki zaczęła się zbierać. Zdecydowałam odprowadzić
Kai'a do jego jaskini. Zeszłam z pniaka, a Kai zrobił to samo.
- Chodź - powiedziałam do niego. Zaczęłam iść w stronę jaskiń. Po
kilkudziesięciu minutach dotarłam do jednej z nich. Zapach wskazywał,
że była to jaskinia Kai'ego. Odwróciłam się, a tam nie było Kai'a. Zaczęłam
się wracać, aż w końcu natrafiłam na ostry odór wódki. Smród wskazywał,
że w pewnym momencie Kai poszedł w prawo za jakąś waderą. Zaczęłam go
tropić. Gdy woń stawała się silniejsza słyszałam odzywki pijanego
basiora. Po chwili zobaczyłam basiora rozmawiającego z jakąś waderą. Nie
znałam jej, ponieważ była pewnie nowa. Kai chwiał się i gadał różne
rzeczy. Raz nawet jej coś zaśpiewał. Podbiegłam do nich.
- Kai, chodź - powiedziałam do basiora - przepraszam za niego, odprowadzam
go do jaskini bo jest kompletnie pijany - przeprosiłam waderę, a Kai
stanął na tylnych łapach i rzekł:
- Co ci tak śpieszno do jaskini - nie zwracając na odzywki pijaka, chwyciłam go za łapę i pociągnęłam na dół, a on spadł.
- Gorzej od szczeniaka - powiedziałam sama do siebie. Basior ledwo wstał i
podszedł chwiejnym krokiem do mnie. Teraz zaczęłam uważać by go nie
zgubić. Nagle basior rzekł:
- Krzaki są bliżej, Margaret - westchnęłam. Musiałam to zrozumieć, po
prostu musiałam. Po kilkunastu minutach tej męki znalazłam jakąś
jaskinie. Była moja. Dobra, Kai może u mnie przenocować. Byłam tak
padnięta, że nie zwróciłam uwagi gdzie śpi Kai. "Żeby tylko nie w
spiżarni" pomyślałam i zasnęłam.
<Kai?>
Uwagi: "Przesuwając" piszemy przez "rz". Przeczytaj sobie może w internecie kiedy powinno się stawiać przecinki. "Srebrne Gwiazdki" powinnaś zapisywać z wielkiej litery. Tradycyjnie masakryczna ilość powtórzeń... przed wysłaniem może czytaj sobie te op., co ty na to?
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
środa, 6 lipca 2016
Od Sohary "Zwycięzca pierwszej rundy" cz. 1 (cd. Astrid)
Jak mogłam się w ogóle dać do tego namówić? Przecież to czysta głupota by konkurować z członkami watahy, do której się należy. Ponoć aby wygrać wystarczy (podobnie jak w boksie) powalić przeciwnika na ziemię na przynajmniej dziesięć sekund. Zadawanie ran trwałych (czyli obrywanie kończyn) oraz zabijanie jest surowo zakazane. Wystarczy sponiewierać nieco przeciwnika, aby można było go z łatwością wyleczyć w szpitalu. Mimo wszystko mam co do tego bardzo złe przeczucia. Znając życie kogoś poniesie i poturbuje kogoś na tyle, że jego własna matka go nie pozna. Niewykluczone, że to może spotkać nawet mnie.
Już stojąc w punkcie, z którego mieliśmy być wysłani na jedną z siedmiu aren, patrząc na zestresowane lub - jak to było widać w przypadku mojego brata - pewne siebie wilki, po prostu wiedziałam, że będą się posługiwać nie siłą, a czarami. Tak było zawsze. Magiczny wilk? Na pewno będzie miotać różnorakimi zaklęciami. Ja niestety, ale nie zostałam obdarowana możliwością rzucania kulą ognia, ani wywoływania niszczycielskiego tsunami. Los uraczył mnie jedynie żywiołem czasu, który jest niczym w porównaniu do wielu innych, dużo bardziej bajeranckich umiejętności. Obiło mi się o słuch, że w watasze niegdyś był wilk władający... czekoladą. Nie mam pojęcia, jak taki ktoś miałby się obronić, ale w to już nie wnikałam. Możliwe, że nie miał innej opcji, niż takiej, jaką ja miałam do wyboru. Do dyspozycji uzyskałam tylko i wyłącznie siłę mięśni, spryt i swój umysł. Dzięki mojemu żywiołowi mogę za to uzyskać więcej czasu na stworzenie strategii.
Spróbowałam odetchnąć, gdyż to były moje ostatnie chwile spokoju, ale powietrze ugrzęzło w mojej klatce piersiowej. Za bardzo się denerwuję. Zawsze jestem tą spokojną i opanowaną, jednak wciąż odczuwam wszystkie emocje, zupełnie jak każdy inny wilk, co było dla niektórych było nowiną zaskakującą.
Między nami przechadzały się wilki, które odpowiadały za organizację. Zastanawiało mnie to, kto będzie decydował o tym, kto z kim konkuruje oraz kto będzie wybierał areny oraz przede wszystkim je kreował. Powiodłam wzrokiem po pyskach towarzyszów. Jedni stali sztywno, inni między sobą szemrali. Ich miny pozostawały dla mnie zagadką. Może toczyli ze sobą wewnętrzny bój, zupełnie jak ja. Nie umiem wejść do cudzej głowy. Może i nawet to dla mnie lepiej. Nie chciałabym nikogo poznać aż tak blisko. Wolę jednak wiedzieć o innych tyle, ile każdy przeciętny wilk.
Właściwie to w duchu bałam się tego, co mnie czeka. Miałam wielką nadzieję, że to się szybko skończy. Nie wątpiłam w to, że skończę w szpitalu, ale lepsze to od całodniowego pojedynku. Tego chyba bym nie wytrzymała.
- Witajcie na pierwszej edycji "Bitwy o zwycięstwo"! - odezwała się Alfa, której dotychczas w ogóle nie widziałam. Wciąż przytłaczało mnie to, że była o ponad głowę ode mnie niższa. - Bez zbędnej gadaniny, gdyż wiem, że już mieliście wcześniej wyjaśnione, po prostu przejdę do jedynego pytania, które chciałam zadać: jesteście gotowi?
Zauważyłam, że każdy z uczestników powoli pokiwał jej głową, zupełnie bez przekonania, więc ja uczyniłam to samo.
- W takim razie życzę powodzenia! Niech wyłonią się zwycięzcy pierwszej rundy! Do zobaczenia niebawem!
Niespodziewanie oślepił mnie nagły blask wydobywający się z Suzanny, która stała na środku okręgu, wokół którego staliśmy. Moje ciało zostało gwałtownie poderwane do góry, w związku z czym cała zawartość żołądka wywróciła się w drugą stronę. Ponadto uderzył mnie ból głowy tak silny, że odnosiłam wrażenie, jakby ktoś uderzył mnie w nią młotem. Zachwiałam się. Wtedy wszystko pociemniało, a ja upadłam na twardo ubitą ziemię.
Nim zamruga oczami, by się nieco przyzwyczaić, przywitało mnie uderzenie kulą skupionej energii, która musiała mnie odepchnąć na odległość kilku metrów. Niewiele brakowało, a zwyczajnie bym upadła. Chcąc się podjąć odpowiedzi na atak, zostałam przywarta do szorstkiej skalnej ściany. W końcu ujrzałam swojego przeciwnika. Tuż przed moim pyskiem znajdował się łeb Astrid. Patrzyła na mnie przepraszająco, po czym wykorzystując moje zaskoczenie i to, że przywarła mnie łapami do ściany, zadała mi cios prosto w pysk. Przechyliłam się w bok, jednocześnie wyślizgując się jej z łap. Jednakże straciłam równowagę i spadłam... do dziury. Syknęłam z bólu, gdyż wszędzie wszystko było wykonane z twardego kamienia. Szybko uświadomiłam sobie, że znajdujemy się nie nigdzie indziej, jak w jaskini przypominający wielopoziomowy labirynt. Szybko obejrzałam się na bok i ustaliłam, w które strony warto się udać. Plecy nie bolały aż tak, więc nim wadera wskoczyła do dołku w ślad za mną, ja już skoczyłam w jeden z krętych korytarzy.
Omijanie stalagmitów i stalaktytów nie sprawiało mi większego problemu, jednakże jak szybko się okazało, Astrid robiła to jeszcze sprawniej. Starałam się ją zgubić, ale nie skutkowało. Była za szybka. Niewiele brakowało, a by mnie ugryzła w ogon. W momencie, kiedy zaczęła wyczarowywać iluzje, od których zaczęło mi się kręcić w głowie, przypomniało mi się, że przecież mogę wszystko zatrzymać. Zacisnęłam powieki, uprzednio upewniając się, że na tym odcinku akurat nie ma przeszkód, pomyślałam sobie, co chcę uczynić. Poczułam, że powietrze staje się cięższe, jak zwykle, gdy wszystko stawało w miejscu. Najwidoczniej udało mi się. Żeby upewnić się o sukcesie zwolniłam i otwierając oczy, obróciłam się przez ramię. Astrid stała z otwartym pyskiem w miejscu. Dosłownie zastygła w szaleńczej pogoni. Przez chwilę jeszcze patrzyłam na swoje dzieło, po czym odwróciłam się i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie.
Nie ma sensu się teleportować, bo i tak nie znam terenu. Mogłabym wylądować w jednej wielkiej nicości. Niezbyt uśmiechała się do mnie ta wizja. Muszę odszukać jakieś spokojne miejsce, na które nałożę czar czasu, przez co Astrid nie będzie mogła mnie odszukać za pomocą jej iluzji. Aż strach pomyśleć, co oznajmi Danny, gdy tylko dowie się, że walczyłam z jego dziewczyną. Niedawno sam mi się chwalił o swoim pierwszym związku. Pierwszym i ostatnim, a przynajmniej taką mam nadzieję. Mój brat jest typem wilka, po którym można się spodziewać wszystkiego. Choć do romantycznych nie należę, wiem czym jest wierność. Nie chcę, aby jej złamał serce. Była naprawdę świetna w tym, co robi. Jednak to chyba nie jest pora, bym rozmyślała o miłości.
Uważnie rozglądałam się na boki i po kilkakrotnym skręceniu na rozwidleniach uświadomiłam sobie, że trafiłam do ślepego zaułku. Muszę szukać dalej. Idąc tak i wyglądając jakiejś większej przestrzeni, zastanawiałam się, czemu to ma właściwie służyć. Schronię się... i co dalej? Nie umiem sobie wyczarowywać broni. Teraz zaczęłam tego żałować. Muszę wymyślić coś, czym ją naprawdę zaskoczę. Nie warto nadmiernie grać na czas. I równie dobrze mogłam tuż przed nią usiąść i patrząc na jej nieruchomą sylwetkę, namyślać się nad planem. Jednakże zauważyłam, że kiedy się poruszam, do mojej głowy przychodzą lepsze pomysły.
Trafiłam na kolejny ślepy zaułek, jednak ten jak się okazało, miał ukryty za sobą mały przesmyk, przez który po chwili namysłu się przecisnęłam. Za nim znajdowała się nieco większa przestrzeń. Tutaj mnie nie znajdzie, a przynajmniej nie od razu. Od razu pozbyłam się zaklęcia, które zatrzymuje czas i przywołałam inne, tym razem ochronne. Usiadłam pod ścianą, pod którą nie będę zauważona nawet wtedy, kiedy ona wejdzie do środka.
Mijały minuty, a może i nawet godziny, a ja dalej zastanawiałam się, co później postąpić. Najwidoczniej nie pozostanie mi nic innego, jak na nią naskoczyć i spróbować poranić. Siedząc tak w mroku, dopiero uświadomiłam sobie, że nie było tutaj żadnego źródła światła. Teoretycznie nie powinnam widzieć nic... a jednak. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką sytuacją. Czułam się tak, jakby wszystko było słabo oświetlone, ale jednak zawsze... Nawet wilki nie miały tak dobrego wzroku. Czyżbym zaczęła widzieć w ciemności tak doskonale jak kot?
<Astrid?>
Już stojąc w punkcie, z którego mieliśmy być wysłani na jedną z siedmiu aren, patrząc na zestresowane lub - jak to było widać w przypadku mojego brata - pewne siebie wilki, po prostu wiedziałam, że będą się posługiwać nie siłą, a czarami. Tak było zawsze. Magiczny wilk? Na pewno będzie miotać różnorakimi zaklęciami. Ja niestety, ale nie zostałam obdarowana możliwością rzucania kulą ognia, ani wywoływania niszczycielskiego tsunami. Los uraczył mnie jedynie żywiołem czasu, który jest niczym w porównaniu do wielu innych, dużo bardziej bajeranckich umiejętności. Obiło mi się o słuch, że w watasze niegdyś był wilk władający... czekoladą. Nie mam pojęcia, jak taki ktoś miałby się obronić, ale w to już nie wnikałam. Możliwe, że nie miał innej opcji, niż takiej, jaką ja miałam do wyboru. Do dyspozycji uzyskałam tylko i wyłącznie siłę mięśni, spryt i swój umysł. Dzięki mojemu żywiołowi mogę za to uzyskać więcej czasu na stworzenie strategii.
Spróbowałam odetchnąć, gdyż to były moje ostatnie chwile spokoju, ale powietrze ugrzęzło w mojej klatce piersiowej. Za bardzo się denerwuję. Zawsze jestem tą spokojną i opanowaną, jednak wciąż odczuwam wszystkie emocje, zupełnie jak każdy inny wilk, co było dla niektórych było nowiną zaskakującą.
Między nami przechadzały się wilki, które odpowiadały za organizację. Zastanawiało mnie to, kto będzie decydował o tym, kto z kim konkuruje oraz kto będzie wybierał areny oraz przede wszystkim je kreował. Powiodłam wzrokiem po pyskach towarzyszów. Jedni stali sztywno, inni między sobą szemrali. Ich miny pozostawały dla mnie zagadką. Może toczyli ze sobą wewnętrzny bój, zupełnie jak ja. Nie umiem wejść do cudzej głowy. Może i nawet to dla mnie lepiej. Nie chciałabym nikogo poznać aż tak blisko. Wolę jednak wiedzieć o innych tyle, ile każdy przeciętny wilk.
Właściwie to w duchu bałam się tego, co mnie czeka. Miałam wielką nadzieję, że to się szybko skończy. Nie wątpiłam w to, że skończę w szpitalu, ale lepsze to od całodniowego pojedynku. Tego chyba bym nie wytrzymała.
- Witajcie na pierwszej edycji "Bitwy o zwycięstwo"! - odezwała się Alfa, której dotychczas w ogóle nie widziałam. Wciąż przytłaczało mnie to, że była o ponad głowę ode mnie niższa. - Bez zbędnej gadaniny, gdyż wiem, że już mieliście wcześniej wyjaśnione, po prostu przejdę do jedynego pytania, które chciałam zadać: jesteście gotowi?
Zauważyłam, że każdy z uczestników powoli pokiwał jej głową, zupełnie bez przekonania, więc ja uczyniłam to samo.
- W takim razie życzę powodzenia! Niech wyłonią się zwycięzcy pierwszej rundy! Do zobaczenia niebawem!
Niespodziewanie oślepił mnie nagły blask wydobywający się z Suzanny, która stała na środku okręgu, wokół którego staliśmy. Moje ciało zostało gwałtownie poderwane do góry, w związku z czym cała zawartość żołądka wywróciła się w drugą stronę. Ponadto uderzył mnie ból głowy tak silny, że odnosiłam wrażenie, jakby ktoś uderzył mnie w nią młotem. Zachwiałam się. Wtedy wszystko pociemniało, a ja upadłam na twardo ubitą ziemię.
Nim zamruga oczami, by się nieco przyzwyczaić, przywitało mnie uderzenie kulą skupionej energii, która musiała mnie odepchnąć na odległość kilku metrów. Niewiele brakowało, a zwyczajnie bym upadła. Chcąc się podjąć odpowiedzi na atak, zostałam przywarta do szorstkiej skalnej ściany. W końcu ujrzałam swojego przeciwnika. Tuż przed moim pyskiem znajdował się łeb Astrid. Patrzyła na mnie przepraszająco, po czym wykorzystując moje zaskoczenie i to, że przywarła mnie łapami do ściany, zadała mi cios prosto w pysk. Przechyliłam się w bok, jednocześnie wyślizgując się jej z łap. Jednakże straciłam równowagę i spadłam... do dziury. Syknęłam z bólu, gdyż wszędzie wszystko było wykonane z twardego kamienia. Szybko uświadomiłam sobie, że znajdujemy się nie nigdzie indziej, jak w jaskini przypominający wielopoziomowy labirynt. Szybko obejrzałam się na bok i ustaliłam, w które strony warto się udać. Plecy nie bolały aż tak, więc nim wadera wskoczyła do dołku w ślad za mną, ja już skoczyłam w jeden z krętych korytarzy.
Omijanie stalagmitów i stalaktytów nie sprawiało mi większego problemu, jednakże jak szybko się okazało, Astrid robiła to jeszcze sprawniej. Starałam się ją zgubić, ale nie skutkowało. Była za szybka. Niewiele brakowało, a by mnie ugryzła w ogon. W momencie, kiedy zaczęła wyczarowywać iluzje, od których zaczęło mi się kręcić w głowie, przypomniało mi się, że przecież mogę wszystko zatrzymać. Zacisnęłam powieki, uprzednio upewniając się, że na tym odcinku akurat nie ma przeszkód, pomyślałam sobie, co chcę uczynić. Poczułam, że powietrze staje się cięższe, jak zwykle, gdy wszystko stawało w miejscu. Najwidoczniej udało mi się. Żeby upewnić się o sukcesie zwolniłam i otwierając oczy, obróciłam się przez ramię. Astrid stała z otwartym pyskiem w miejscu. Dosłownie zastygła w szaleńczej pogoni. Przez chwilę jeszcze patrzyłam na swoje dzieło, po czym odwróciłam się i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie.
Nie ma sensu się teleportować, bo i tak nie znam terenu. Mogłabym wylądować w jednej wielkiej nicości. Niezbyt uśmiechała się do mnie ta wizja. Muszę odszukać jakieś spokojne miejsce, na które nałożę czar czasu, przez co Astrid nie będzie mogła mnie odszukać za pomocą jej iluzji. Aż strach pomyśleć, co oznajmi Danny, gdy tylko dowie się, że walczyłam z jego dziewczyną. Niedawno sam mi się chwalił o swoim pierwszym związku. Pierwszym i ostatnim, a przynajmniej taką mam nadzieję. Mój brat jest typem wilka, po którym można się spodziewać wszystkiego. Choć do romantycznych nie należę, wiem czym jest wierność. Nie chcę, aby jej złamał serce. Była naprawdę świetna w tym, co robi. Jednak to chyba nie jest pora, bym rozmyślała o miłości.
Uważnie rozglądałam się na boki i po kilkakrotnym skręceniu na rozwidleniach uświadomiłam sobie, że trafiłam do ślepego zaułku. Muszę szukać dalej. Idąc tak i wyglądając jakiejś większej przestrzeni, zastanawiałam się, czemu to ma właściwie służyć. Schronię się... i co dalej? Nie umiem sobie wyczarowywać broni. Teraz zaczęłam tego żałować. Muszę wymyślić coś, czym ją naprawdę zaskoczę. Nie warto nadmiernie grać na czas. I równie dobrze mogłam tuż przed nią usiąść i patrząc na jej nieruchomą sylwetkę, namyślać się nad planem. Jednakże zauważyłam, że kiedy się poruszam, do mojej głowy przychodzą lepsze pomysły.
Trafiłam na kolejny ślepy zaułek, jednak ten jak się okazało, miał ukryty za sobą mały przesmyk, przez który po chwili namysłu się przecisnęłam. Za nim znajdowała się nieco większa przestrzeń. Tutaj mnie nie znajdzie, a przynajmniej nie od razu. Od razu pozbyłam się zaklęcia, które zatrzymuje czas i przywołałam inne, tym razem ochronne. Usiadłam pod ścianą, pod którą nie będę zauważona nawet wtedy, kiedy ona wejdzie do środka.
Mijały minuty, a może i nawet godziny, a ja dalej zastanawiałam się, co później postąpić. Najwidoczniej nie pozostanie mi nic innego, jak na nią naskoczyć i spróbować poranić. Siedząc tak w mroku, dopiero uświadomiłam sobie, że nie było tutaj żadnego źródła światła. Teoretycznie nie powinnam widzieć nic... a jednak. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką sytuacją. Czułam się tak, jakby wszystko było słabo oświetlone, ale jednak zawsze... Nawet wilki nie miały tak dobrego wzroku. Czyżbym zaczęła widzieć w ciemności tak doskonale jak kot?
<Astrid?>
Ciekawostka #12
Od samego początku, aż do teraz posty z okazji wstawienia 100, 200 itd. postów wyglądają identycznie (patrz: "1000 postów!!!").
wtorek, 5 lipca 2016
Od Kai'ego "Główny powód" cz. 1 (cd. chętna wadera)
Która godzina?
Chyba zaspałem.
W sumie wszystko mi jedno.
Przewróciłem się na drugi bok i wpatrując się beznamiętnie w skalną ścianę jaskini, namyślałem się, co mógłbym dzisiaj robić. Każda czynność zdawała mi się być okropnie monotonna. Nie mam hobby. Już o niczym nie marzę. Nawet nie śmiem śnić o szczęściu. Pozytywny świat jest przereklamowany, a mimo to właśnie taki mam być wobec innych.
Skończyłem dziesięć lat.
Jestem stary.
Mam dosyć.
W kółko to samo i tak bez końca. Od tego może się zakręcić w głowie. Możesz upaść. Upaść i nie móc wstać. Ten teatrzyk już nuży. Pal sześć ten świat. Mam mętlik w głowie. Moja egzystencja nie ma większego znaczenia.
Pierwsze pewne wspomnienia mam z czasu poszukiwania nowej watahy. Wszystko wcześniejsze pokryte było mleczną mgłą. Trafiłem tutaj. Pierwszy raz naprawdę się zakochałem. To był błąd. Nie wiem, co się dzieje w moimi własnymi dziećmi, które pewnie wspominają mnie jako tyrana. Są już pełnoletnie. Pewnie zakładają rodziny. Może powinienem być już dziadkiem. Powinienem, bo moja rodzina się mnie wyrzekła. Jestem chory. Tak okropnie chory. Nienormalny. Jeszcze dzień, a dam sobie spokój. Spokój ze wszystkim.
Całe moje życie jest jednym wielkim zlepkiem błędów. Coraz trudniej mi znaleźć jakieś pozytywne strony mojego żywotu. Niech szlag trafi Nari. Może spadając z tej Góry powinienem był się zabić. Na pewno wtedy oszczędziłbym sobie bólu. Nie powinienem był się w ogóle zakochiwać.
Podniosłem się z ziemi i otrząsnąłem. Było ciemno. Wyglądało na to, że znowu przespałem dzień. Wspaniale. Będzie panowała cisza, spokój i samotność. Znowu nie mam do kogo otworzyć ust. Muszę dusić w sobie ten gniew i poczucie winy.
To męczące.
Naprawdę męczące.
Udawanie radosnego i pogodnego.
Inaczej nie umiem.
Powoli wyszedłem z jaskini i skierowałem się na spacer. Gwiazdy tej nocy błyszczały wyjątkowo jasno. Przemierzałem wysokie trawy, aż w końcu nie dotarłem do cienkiego strumyka w Zielonym Lesie, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Czuję się cały czas, jakby mi jakiejś cząstki siebie brakowało. Jakbym
był niepełny. Nie znam już samego siebie. Patrząc w wciąż płynący strumyk, zdaję sobie sprawę, że nie poznaję własnej osoby. Zmęczone fiołkowe oczy, zdające się coraz bledziej błyszczeć. Niedługo umrę, to jest pewne.
Powinienem podarować wilkom choć odrobinę wesołości, która pozostała po "tamtym mnie". Spędzać z nimi czas. Pomagać im. Wspierać w trudnych chwilach. Jednak tego nie robię. Wszyscy wolą swoje troski dusić wewnątrz siebie. Taki mamy już świat. Wilki i ich wsparcie jest niepotrzebne. Każdy wmawia sobie przecież, że sam sobie poradzi, choć zwykle tak nie jest.
Nagle do moich uszu dobiegła muzyka. Z wrażenia aż przystanąłem, gdyż to było tutaj niespotykane. Nieporadnie pojawiała się i znikała. Wytężyłem słuch i ruszyłem w ślad za nią. Jednak pozostało ze mnie jednak jeszcze coś z DJ-a. Zwolniłem to stanowisko na rzecz młodych... ale ku mojemu zaskoczeniu jakoś nikomu się do tego nie paliło. Ten świat już naprawdę upadł na głowę, albo to po prostu ja zgłupiałem.
Słyszałem muzykę coraz wyraźniej. Tak jak podejrzewałem było to wyjątkowo chaotyczne strojenie instrumentów. Nagle poczułem mały napływ nadziei, że jednak jeszcze na coś się przydam. W końcu podobno mieliśmy festyn. Warto to wykorzystać... Ponoć gdzieś w Zielonym Lesie możemy znaleźć restaurację. Podejrzewałem, że to właśnie było tuż przy źródle muzyki. Nie myliłem się. Moim oczom ukazała się dotychczas opuszczona łąka, na której teraz były porozstawiane stoliki oraz krzesełka z kawałków pni. Na co niektórych ustawione były świeczki lub kwiaty włożone do szklanych wazoników. Idealne miejsce na randkę.
Podniosłem głowę i zobaczyłem scenę. Była niby to duża, niby to mała... cóż, w takim razie raczej średnia. Sprzęt też nie najwyższych lotów, ale jasna poświata roztaczająca się wokół nich wskazywała na to, że wszystko było wyczarowane. Zainteresowany usiadłem przy jednym z bliższych i obserwowałem poczynania Mizuki. Była w formie ludzkiej i ściskała w dłoni mikrofon.
- Raz, dwa, trzy... - mruczała niepewnie, testując urządzenie. Za nią przechadzało się kilka innych postaci z różnego rodzaju instrumentami. Rozpoznałem klawisze, gitarę elektryczną, basową, akustyczną, gdzieś tam dalej stała perkusja oraz fortepian. Nie było nigdzie śladu stanowiska DJ-a. Wyglądało na to, że jednak rzeczywiście jestem bezużyteczny. Obejrzałem się za siebie i ujrzałem raptem kilka wilków, które znudzone albo grzebały w swoim jedzeniu, albo siorbały z kieliszków wypełnionych różnymi kolorowymi płynami. Przymrużyłem oczy. Czyli jednak ta restauracja działa...
Odwróciłem się z powrotem i ujrzałem, że na moim stoliku leży coś na wzór książki z wygrawerowanym napisem "Menu". Po chwili zastanowienia podniosłem nosem okładkę, by moim oczom ukazała się pierwsza strona karty dań. Odetchnąłem z ulgą, gdyż nie potrafiłem zbyt dobrze czytać. Na każdej ze stron były dwa duże obrazki z proponowanym jedzeniem. Zgadywałem, że część osób po prostu kładło łapę na zdjęcie i mówiło krótko "chcę to", a kelner podawał konkretną cenę. Właściwie chyba innej opcji nie było. Jednym uchem słuchając tego zlepku niepasujących do siebie dźwięków dobiegających ze sceny, przeglądałem wszystko, co owa restauracja miała mi do zaoferowania. Koniec końców zdecydowałem się na talerz mięsa i kubek jakiegoś ciepłego napoju. Zamknąłem menu i czekałem, aż podejdzie do mnie kelnerka. Jak się okazało, tą funkcję pełniła Kirke.
- Co podać? - zapytała, na co ja pośpiesznie wskazałem poszczególne dania. Skinęła głową, wzięła pieniądze i po prostu poszła. Z braku innych zajęć wróciłem do obserwowania wciąż szykującego się zespołu.
- I co?! Kiedy zaczniecie grać?! - w pewnej chwili wykrzyknąłem rozbawiony. Mizuki wyglądała na speszoną, jednak podeszła bliżej krawędzi sceny i odpowiedziała mi:
- Kiedy to wszystko skończymy.
- To znaczy? Wolałbym słuchać porządnej muzyki, a nie jakiegoś brzdąkania.
Nie powiedziała już nic więcej, tylko zacisnęła usta w cienką kreskę, dźwignęła się na równe nogi i chwiejnym krokiem przekazała na coś na ucho Zone. Podparłem łeb o krawędź stołu i tak na wpół leżąc oczekiwałem na jedzenie, które jak mi się wydawało powinny napełnić mój żołądek.
Głupio tak siedzieć samemu i nie móc z nikim rozmawiać. Może powinienem był kogoś zaprosić? Mówi się trudno. Może innym razem przyjdę tu z kimś, bo z tego co mi się zdawało, już każdy z wilków miał kogoś do towarzystwa. Nie będę im przeszkadzać. Może są na randce. Tylko zjem i pójdę do siebie, uciekając przed promieniami słonecznymi.
Zespół w końcu zaczął grać. Podniosłem wzrok i obserwowałem poszczególnych muzyków. Mizuki zdecydowanie była najbardziej skrępowana. Kompletnie nie umiała się ruszać. Mimo rockowej piosenki albo stała w miejscu, albo robiła drobne kroczki na boki, zupełnie jakby chciała wstrzymać mocz. Westchnąłem. Liczyłem na coś porządniejszego. Powinni byli ją najpierw trochę przeszkolić. Wszedłbym na scenę i wyjaśnił jej co i jak, ale pewnie kazałaby mi śpiewać samemu, skoro taki mądry jestem lub na oczach wszystkich wilków odwalać cyrki, przerywając występ. Nie potrafię śpiewać, a poza tym nie umiem się zmieniać w człowieka. Solista wilkiem, reszta zespołu ludźmi... to musiałoby wyglądać wyjątkowo dziwnie.
W końcu Kirke tuż przed moim nosem położyła parujący talerz pełen aromatycznego mięsa. Od razu się wyprostowałem i zacząłem obwąchiwać. Dziewczyna się zaśmiała i zmieniła z powrotem w wilczą formę. Wspaniały zapach... ugryzłem kawałek i zacząłem przeżuwać. Niebo w gębie. Nim spostrzegłem, talerz był całkiem pusty. Przypomniałem sobie, że został mi jeszcze ten napój. Najpierw ostrożnie musnąłem językiem powierzchnię cieczy, ale na szczęście już nie była za gorąca. Zacząłem pić. Czułem... wodę. I jakieś zioła. I trochę owoców, ale chociaż za nimi nie przepadałem, tym razem smakowały wyjątkowo dobrze. Zorientowałem się niemalże natychmiast, że skądś kojarzę ten smak. Tylko skąd...?
- Była cudna i wspaniała,
istny anioł, aż do rana,
wtedy w diabła się zmieniała.
Chciała mnie upodlić,
ale umiałem się modlić.
Wtedy Bóg mnie wysłuchał
i zesłał dobrego ducha.
On ją szybko odmienił
i w anioła przemienił. - śpiewała Mizuki. Kiedy sobie uświadomiłem, kiedy i gdzie wcześniej miałem okazję skosztować czegoś nazywanego herbatą, miałem wrażenie, że moje serce stanęło w miejscu. Jedno słowo - Nari. W ten dzień ze śmiechem otuliła mnie kocem i tłumaczyła, że to wywar z różnych ziół i owoców. Nagle ogarnęła mnie złość. Wziąłem zamach łapą i uderzyłem jej bokiem kubek. Ten przekoziołkował się w powietrzu, wylewając napój i wpadł gdzieś w trawę. Zwiesiłem głowę, czując, że łapy zaczęły mi się trząść.
Jednak od rana to samo,
i tak w kółko do jesieni.
Zimą się ocknęła
i zapłakać chcieć poczęła,
ale jam ją przytulił.
I tak już po wieki razem.
Jesień, zima, wiosna, lato,
codziennie inna twarz wita
ale ja ją mocno kocham...
Mam dość. Po raz kolejny. Już zapomniałem o wszystkich przykrościach, kiedy znowu ta jedna, durna rzecz mi o niej przypomniała. Znałem jednak jeszcze jeden sposób na przyrządzenie eliksiru zapomnienia.
- Kelner! - krzyknąłem. Chwilę później podeszła do mnie jakaś inna, nieznana mi wadera. - Proszę o najmocniejszego drinka, jakiego tylko macie.
- Sześć Srebrnych Gwiazdek...
Wygrzebałem z sakiewki kilka monet.
- Razy trzy.
Nie pytając o nic więcej, szybko pozbierała ze stołku pieniądze i potruchtała do barmana. Chwilę później wróciła, wzięła talerz i ostrożnie postawiła przede mną trzy szklanki. Wypiłem je automatycznie, chwytając brzeg zębami i sprawnie unosząc do góry. Mimo charakterystycznego posmaku w ustach nie odczułem właściwie nic. Uznałem, że musiał być dość słaby, więc kupiłem kolejne trzy, tym razem kieliszki wzmocnionej wódki. Dopiero po tej porcji zaczęło mi się odrobinę kręcić w głowie i przestałem sobie zdawać sprawę z tego, jaki ból jeszcze przed chwilą odczuwałem. Cudowne uczucie, naprawdę cudowne.
Kiedy kelnerka powiedziała, że już więcej mi niczego nie przyniesie, żachnąłem się i sam podszedłem do barku. W oczekiwaniu jednak na barmana oparłem się o kamienny blat i zacząłem mówić do wadery, która rozmazywała mi się przed oczami, ale zdawała się niebiańsko błyszczeć. Powiedziałbym: była olśniewająca.
- I jak tam, piękna? Jadłaś już indyka?
- Jakiego znowu...
- Nie, nie, nie... szzz... - mówiąc to, przyłożyłem łapę do jej pyska. - Na pewno jadłaś, ale wyglądasz mi, jakbyś była nadal głodna. Mogę ci kupić co tylko zechcesz.
Usiadłem na krzesełku, próbując zamaskować to, że nie umiem zbyt dobrze stać na tylnych łapach i o mało nie upadłem.
- Nawet jednorożca! - oznajmiłem, wyszczerzając się do niej głupawo.
- Na co mi jednorożec?
- Przecież zawsze chciałaś latać, Lejs!
- Że kto? Przecież jednorożce nie lata...
- Mówiłem, milcz-sz! - wykrzykując to, uderzyłem łapą o kamień. Nawet nie odczułem bólu. - Chodźmy zatańczyć.
W końcu pojawił się barman i mierząc nas wzrokiem, chciał zapytać, co chcielibyśmy zamówić, ja jednak go wyprzedziłem:
- Polej no wódki! Dla mnie i tej pani!
- Cztery... - nim zdołał dokończyć, ja już my sypnąłem monetami na blat. Podliczył je i zabrał tyle, ile chciał. Reszty nie chciało mi się nawet zbierać. Kilkanaście sekund później postawił przed nami dwa kieliszki.
- No w końcu! Twoje zdrowie, Margaret!
- Ale ja nie mam na imię...
Nie słuchałem jej już, bo podniosłem kieliszek do góry. Poczułem kolejną porcję anielskiego napoju spływającego mi do gardła.
- Ładną masz pupcię, wiesz? - zaśmiałem się lekko. - Ale jeśli coś zjesz, będzie jeszcze ładniejsza.
- Em... dzięki?
- Prosz... - Po raz kolejny się zachwiałem. Nie mam pojęcia, ile później wypiłem, bo urwał mi się film.
Za to przypomniało mi się, za co byłem wygnany z poprzedniej watahy.
Nie tylko za bezmyślne podrywanie wader.
Nie tylko za żałosne suchary.
Głównym powodem było nałogowe picie.
<Chętna wadera? Co później jeszcze Kai przeskrobał? Jest w końcu całkowicie pijany. :'D>
Subskrybuj:
Posty (Atom)