Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
środa, 6 lipca 2016
Ciekawostka #12
Od samego początku, aż do teraz posty z okazji wstawienia 100, 200 itd. postów wyglądają identycznie (patrz: "1000 postów!!!").
wtorek, 5 lipca 2016
Od Kai'ego "Główny powód" cz. 1 (cd. chętna wadera)
Która godzina?
Chyba zaspałem.
W sumie wszystko mi jedno.
Przewróciłem się na drugi bok i wpatrując się beznamiętnie w skalną ścianę jaskini, namyślałem się, co mógłbym dzisiaj robić. Każda czynność zdawała mi się być okropnie monotonna. Nie mam hobby. Już o niczym nie marzę. Nawet nie śmiem śnić o szczęściu. Pozytywny świat jest przereklamowany, a mimo to właśnie taki mam być wobec innych.
Skończyłem dziesięć lat.
Jestem stary.
Mam dosyć.
W kółko to samo i tak bez końca. Od tego może się zakręcić w głowie. Możesz upaść. Upaść i nie móc wstać. Ten teatrzyk już nuży. Pal sześć ten świat. Mam mętlik w głowie. Moja egzystencja nie ma większego znaczenia.
Pierwsze pewne wspomnienia mam z czasu poszukiwania nowej watahy. Wszystko wcześniejsze pokryte było mleczną mgłą. Trafiłem tutaj. Pierwszy raz naprawdę się zakochałem. To był błąd. Nie wiem, co się dzieje w moimi własnymi dziećmi, które pewnie wspominają mnie jako tyrana. Są już pełnoletnie. Pewnie zakładają rodziny. Może powinienem być już dziadkiem. Powinienem, bo moja rodzina się mnie wyrzekła. Jestem chory. Tak okropnie chory. Nienormalny. Jeszcze dzień, a dam sobie spokój. Spokój ze wszystkim.
Całe moje życie jest jednym wielkim zlepkiem błędów. Coraz trudniej mi znaleźć jakieś pozytywne strony mojego żywotu. Niech szlag trafi Nari. Może spadając z tej Góry powinienem był się zabić. Na pewno wtedy oszczędziłbym sobie bólu. Nie powinienem był się w ogóle zakochiwać.
Podniosłem się z ziemi i otrząsnąłem. Było ciemno. Wyglądało na to, że znowu przespałem dzień. Wspaniale. Będzie panowała cisza, spokój i samotność. Znowu nie mam do kogo otworzyć ust. Muszę dusić w sobie ten gniew i poczucie winy.
To męczące.
Naprawdę męczące.
Udawanie radosnego i pogodnego.
Inaczej nie umiem.
Powoli wyszedłem z jaskini i skierowałem się na spacer. Gwiazdy tej nocy błyszczały wyjątkowo jasno. Przemierzałem wysokie trawy, aż w końcu nie dotarłem do cienkiego strumyka w Zielonym Lesie, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Czuję się cały czas, jakby mi jakiejś cząstki siebie brakowało. Jakbym
był niepełny. Nie znam już samego siebie. Patrząc w wciąż płynący strumyk, zdaję sobie sprawę, że nie poznaję własnej osoby. Zmęczone fiołkowe oczy, zdające się coraz bledziej błyszczeć. Niedługo umrę, to jest pewne.
Powinienem podarować wilkom choć odrobinę wesołości, która pozostała po "tamtym mnie". Spędzać z nimi czas. Pomagać im. Wspierać w trudnych chwilach. Jednak tego nie robię. Wszyscy wolą swoje troski dusić wewnątrz siebie. Taki mamy już świat. Wilki i ich wsparcie jest niepotrzebne. Każdy wmawia sobie przecież, że sam sobie poradzi, choć zwykle tak nie jest.
Nagle do moich uszu dobiegła muzyka. Z wrażenia aż przystanąłem, gdyż to było tutaj niespotykane. Nieporadnie pojawiała się i znikała. Wytężyłem słuch i ruszyłem w ślad za nią. Jednak pozostało ze mnie jednak jeszcze coś z DJ-a. Zwolniłem to stanowisko na rzecz młodych... ale ku mojemu zaskoczeniu jakoś nikomu się do tego nie paliło. Ten świat już naprawdę upadł na głowę, albo to po prostu ja zgłupiałem.
Słyszałem muzykę coraz wyraźniej. Tak jak podejrzewałem było to wyjątkowo chaotyczne strojenie instrumentów. Nagle poczułem mały napływ nadziei, że jednak jeszcze na coś się przydam. W końcu podobno mieliśmy festyn. Warto to wykorzystać... Ponoć gdzieś w Zielonym Lesie możemy znaleźć restaurację. Podejrzewałem, że to właśnie było tuż przy źródle muzyki. Nie myliłem się. Moim oczom ukazała się dotychczas opuszczona łąka, na której teraz były porozstawiane stoliki oraz krzesełka z kawałków pni. Na co niektórych ustawione były świeczki lub kwiaty włożone do szklanych wazoników. Idealne miejsce na randkę.
Podniosłem głowę i zobaczyłem scenę. Była niby to duża, niby to mała... cóż, w takim razie raczej średnia. Sprzęt też nie najwyższych lotów, ale jasna poświata roztaczająca się wokół nich wskazywała na to, że wszystko było wyczarowane. Zainteresowany usiadłem przy jednym z bliższych i obserwowałem poczynania Mizuki. Była w formie ludzkiej i ściskała w dłoni mikrofon.
- Raz, dwa, trzy... - mruczała niepewnie, testując urządzenie. Za nią przechadzało się kilka innych postaci z różnego rodzaju instrumentami. Rozpoznałem klawisze, gitarę elektryczną, basową, akustyczną, gdzieś tam dalej stała perkusja oraz fortepian. Nie było nigdzie śladu stanowiska DJ-a. Wyglądało na to, że jednak rzeczywiście jestem bezużyteczny. Obejrzałem się za siebie i ujrzałem raptem kilka wilków, które znudzone albo grzebały w swoim jedzeniu, albo siorbały z kieliszków wypełnionych różnymi kolorowymi płynami. Przymrużyłem oczy. Czyli jednak ta restauracja działa...
Odwróciłem się z powrotem i ujrzałem, że na moim stoliku leży coś na wzór książki z wygrawerowanym napisem "Menu". Po chwili zastanowienia podniosłem nosem okładkę, by moim oczom ukazała się pierwsza strona karty dań. Odetchnąłem z ulgą, gdyż nie potrafiłem zbyt dobrze czytać. Na każdej ze stron były dwa duże obrazki z proponowanym jedzeniem. Zgadywałem, że część osób po prostu kładło łapę na zdjęcie i mówiło krótko "chcę to", a kelner podawał konkretną cenę. Właściwie chyba innej opcji nie było. Jednym uchem słuchając tego zlepku niepasujących do siebie dźwięków dobiegających ze sceny, przeglądałem wszystko, co owa restauracja miała mi do zaoferowania. Koniec końców zdecydowałem się na talerz mięsa i kubek jakiegoś ciepłego napoju. Zamknąłem menu i czekałem, aż podejdzie do mnie kelnerka. Jak się okazało, tą funkcję pełniła Kirke.
- Co podać? - zapytała, na co ja pośpiesznie wskazałem poszczególne dania. Skinęła głową, wzięła pieniądze i po prostu poszła. Z braku innych zajęć wróciłem do obserwowania wciąż szykującego się zespołu.
- I co?! Kiedy zaczniecie grać?! - w pewnej chwili wykrzyknąłem rozbawiony. Mizuki wyglądała na speszoną, jednak podeszła bliżej krawędzi sceny i odpowiedziała mi:
- Kiedy to wszystko skończymy.
- To znaczy? Wolałbym słuchać porządnej muzyki, a nie jakiegoś brzdąkania.
Nie powiedziała już nic więcej, tylko zacisnęła usta w cienką kreskę, dźwignęła się na równe nogi i chwiejnym krokiem przekazała na coś na ucho Zone. Podparłem łeb o krawędź stołu i tak na wpół leżąc oczekiwałem na jedzenie, które jak mi się wydawało powinny napełnić mój żołądek.
Głupio tak siedzieć samemu i nie móc z nikim rozmawiać. Może powinienem był kogoś zaprosić? Mówi się trudno. Może innym razem przyjdę tu z kimś, bo z tego co mi się zdawało, już każdy z wilków miał kogoś do towarzystwa. Nie będę im przeszkadzać. Może są na randce. Tylko zjem i pójdę do siebie, uciekając przed promieniami słonecznymi.
Zespół w końcu zaczął grać. Podniosłem wzrok i obserwowałem poszczególnych muzyków. Mizuki zdecydowanie była najbardziej skrępowana. Kompletnie nie umiała się ruszać. Mimo rockowej piosenki albo stała w miejscu, albo robiła drobne kroczki na boki, zupełnie jakby chciała wstrzymać mocz. Westchnąłem. Liczyłem na coś porządniejszego. Powinni byli ją najpierw trochę przeszkolić. Wszedłbym na scenę i wyjaśnił jej co i jak, ale pewnie kazałaby mi śpiewać samemu, skoro taki mądry jestem lub na oczach wszystkich wilków odwalać cyrki, przerywając występ. Nie potrafię śpiewać, a poza tym nie umiem się zmieniać w człowieka. Solista wilkiem, reszta zespołu ludźmi... to musiałoby wyglądać wyjątkowo dziwnie.
W końcu Kirke tuż przed moim nosem położyła parujący talerz pełen aromatycznego mięsa. Od razu się wyprostowałem i zacząłem obwąchiwać. Dziewczyna się zaśmiała i zmieniła z powrotem w wilczą formę. Wspaniały zapach... ugryzłem kawałek i zacząłem przeżuwać. Niebo w gębie. Nim spostrzegłem, talerz był całkiem pusty. Przypomniałem sobie, że został mi jeszcze ten napój. Najpierw ostrożnie musnąłem językiem powierzchnię cieczy, ale na szczęście już nie była za gorąca. Zacząłem pić. Czułem... wodę. I jakieś zioła. I trochę owoców, ale chociaż za nimi nie przepadałem, tym razem smakowały wyjątkowo dobrze. Zorientowałem się niemalże natychmiast, że skądś kojarzę ten smak. Tylko skąd...?
- Była cudna i wspaniała,
istny anioł, aż do rana,
wtedy w diabła się zmieniała.
Chciała mnie upodlić,
ale umiałem się modlić.
Wtedy Bóg mnie wysłuchał
i zesłał dobrego ducha.
On ją szybko odmienił
i w anioła przemienił. - śpiewała Mizuki. Kiedy sobie uświadomiłem, kiedy i gdzie wcześniej miałem okazję skosztować czegoś nazywanego herbatą, miałem wrażenie, że moje serce stanęło w miejscu. Jedno słowo - Nari. W ten dzień ze śmiechem otuliła mnie kocem i tłumaczyła, że to wywar z różnych ziół i owoców. Nagle ogarnęła mnie złość. Wziąłem zamach łapą i uderzyłem jej bokiem kubek. Ten przekoziołkował się w powietrzu, wylewając napój i wpadł gdzieś w trawę. Zwiesiłem głowę, czując, że łapy zaczęły mi się trząść.
Jednak od rana to samo,
i tak w kółko do jesieni.
Zimą się ocknęła
i zapłakać chcieć poczęła,
ale jam ją przytulił.
I tak już po wieki razem.
Jesień, zima, wiosna, lato,
codziennie inna twarz wita
ale ja ją mocno kocham...
Mam dość. Po raz kolejny. Już zapomniałem o wszystkich przykrościach, kiedy znowu ta jedna, durna rzecz mi o niej przypomniała. Znałem jednak jeszcze jeden sposób na przyrządzenie eliksiru zapomnienia.
- Kelner! - krzyknąłem. Chwilę później podeszła do mnie jakaś inna, nieznana mi wadera. - Proszę o najmocniejszego drinka, jakiego tylko macie.
- Sześć Srebrnych Gwiazdek...
Wygrzebałem z sakiewki kilka monet.
- Razy trzy.
Nie pytając o nic więcej, szybko pozbierała ze stołku pieniądze i potruchtała do barmana. Chwilę później wróciła, wzięła talerz i ostrożnie postawiła przede mną trzy szklanki. Wypiłem je automatycznie, chwytając brzeg zębami i sprawnie unosząc do góry. Mimo charakterystycznego posmaku w ustach nie odczułem właściwie nic. Uznałem, że musiał być dość słaby, więc kupiłem kolejne trzy, tym razem kieliszki wzmocnionej wódki. Dopiero po tej porcji zaczęło mi się odrobinę kręcić w głowie i przestałem sobie zdawać sprawę z tego, jaki ból jeszcze przed chwilą odczuwałem. Cudowne uczucie, naprawdę cudowne.
Kiedy kelnerka powiedziała, że już więcej mi niczego nie przyniesie, żachnąłem się i sam podszedłem do barku. W oczekiwaniu jednak na barmana oparłem się o kamienny blat i zacząłem mówić do wadery, która rozmazywała mi się przed oczami, ale zdawała się niebiańsko błyszczeć. Powiedziałbym: była olśniewająca.
- I jak tam, piękna? Jadłaś już indyka?
- Jakiego znowu...
- Nie, nie, nie... szzz... - mówiąc to, przyłożyłem łapę do jej pyska. - Na pewno jadłaś, ale wyglądasz mi, jakbyś była nadal głodna. Mogę ci kupić co tylko zechcesz.
Usiadłem na krzesełku, próbując zamaskować to, że nie umiem zbyt dobrze stać na tylnych łapach i o mało nie upadłem.
- Nawet jednorożca! - oznajmiłem, wyszczerzając się do niej głupawo.
- Na co mi jednorożec?
- Przecież zawsze chciałaś latać, Lejs!
- Że kto? Przecież jednorożce nie lata...
- Mówiłem, milcz-sz! - wykrzykując to, uderzyłem łapą o kamień. Nawet nie odczułem bólu. - Chodźmy zatańczyć.
W końcu pojawił się barman i mierząc nas wzrokiem, chciał zapytać, co chcielibyśmy zamówić, ja jednak go wyprzedziłem:
- Polej no wódki! Dla mnie i tej pani!
- Cztery... - nim zdołał dokończyć, ja już my sypnąłem monetami na blat. Podliczył je i zabrał tyle, ile chciał. Reszty nie chciało mi się nawet zbierać. Kilkanaście sekund później postawił przed nami dwa kieliszki.
- No w końcu! Twoje zdrowie, Margaret!
- Ale ja nie mam na imię...
Nie słuchałem jej już, bo podniosłem kieliszek do góry. Poczułem kolejną porcję anielskiego napoju spływającego mi do gardła.
- Ładną masz pupcię, wiesz? - zaśmiałem się lekko. - Ale jeśli coś zjesz, będzie jeszcze ładniejsza.
- Em... dzięki?
- Prosz... - Po raz kolejny się zachwiałem. Nie mam pojęcia, ile później wypiłem, bo urwał mi się film.
Za to przypomniało mi się, za co byłem wygnany z poprzedniej watahy.
Nie tylko za bezmyślne podrywanie wader.
Nie tylko za żałosne suchary.
Głównym powodem było nałogowe picie.
<Chętna wadera? Co później jeszcze Kai przeskrobał? Jest w końcu całkowicie pijany. :'D>
poniedziałek, 4 lipca 2016
Od Astrid "Jelonek" cz.4 (Cd.Yuki)
„Dzisiaj w końcu wzięłam się w garść i miałam w planach posprzątać w
końcu swoją jaskinię, która stała się jednym wielkim kłębowiskiem
śmieci. Przysięgam, że było tam wszystko! Moje „ludzkie” ubrania, stare
podręczniki, książki kupione kiedyś w mieście, których nadal nie
przeczytałam, jakieś stare kości, które kiedyś musiałam zostawić,
słoiki, zioła, lekarstwa. Wszystko, po prostu wszystko. Na początku
chciałam wszystko wyrzucić, kiedy jednak zaczęłam dłużej nad tym myśleć
stwierdzałam, że „to może się jeszcze przydać”. Co chwilę łapał mnie
sentyment do czegoś i w końcu by nie zostawić wszystkiego stwierdziłam,
że czego nie tykałam od około roku muszę to wyrzucić. I koniec.
Sentyment… W moim wieku? Mam dopiero pięć lat, a teraz wśród tych
wszystkich „użytecznych” i jednocześnie starych rzeczy poczułam się
jakbym miała piętnaście. Jeszcze te trzęsące się łapy… Zaczynam się bać,
że za jakiś czas będę musiała zrezygnować z posady lekarki, bo to, że z
byle powodu zaczynam się trząść jak w febrze nie działa na korzyść mi,
ani moim pacjentom. To wszystko jest takie… dziwne. Jakbym się szybciej
starzała. Mam nadzieję, że to nie długo przejdzie i wszystko będzie
takie jak jeszcze rok temu, kiedy to mogłam normalnie pracować.” – na
chwilę przestałam pisać w znalezionym dzisiaj dzienniku, bo wyczułam
czyiś zapach. Po chwili wilk wpadł do mojej jaskini.
- As… Chodź… Szybko… Yuki… Ona… - wydyszał Toboe. Sierść na jego boku była sklejona przez krew.
- Co z nią? I co tobie się stało? – spytałam siląc się o spokojny ton.
- Dam sobie radę… A teraz chodź. – powiedział stanowczo. W bardziej normalnej sytuacji przewróciłabym oczami teraz jednak zacisnęłam zęby i skinęłam głową. Basior wybiegł z jaskini, a ja za nim. Był o wiele szybszy i miałam trudności z dogonieniem go.
- Gdzie ona jest? – spytałam, kiedy w końcu udało mi się z nim zrównać.
- W jakieś jaskini, kawałek drogi stąd. Razem z jakimś dziwnym „czymś”. Sama z resztą zobaczysz.
- Żyje?
- Mam nadzieję. – mruknął. Po chwili wbiegliśmy do jaskini. Yuki leżała pod ścianą, wyglądała na ledwo żywą i jakby starszą. Była na wpół łysa, a sierść, która musiała wypaść w krótkim czasie była biała jak śnieg, mimo że wadera ma z natury czarne futro. Niedaleko leżał dziwny stwór. Był ogromny, miał przynajmniej dwa metry wzrostu. Nie miał ciała, składał się jedynie z kości, które układały się w szkielet jelenia. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego czegoś. Na chwilę stanęłam przerażona, po krótkiej chwili zdałam sobie sprawę dlaczego tu jestem. Podbiegłam do Yuki i szybko zaczęłam sprawdzać czy żyje. Kiedy okazało się, że oddycha, a serce funkcjonuje poprawnie odetchnęłam z ulgą. Rozejrzałam się po jaskini, która wydawała mi się w tej chwili miejscem tortur. Czy to możliwe, że ten potwór ją tu przytaszczył? A jeśli mowa o tym potworze…
- Niesamowite. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jak myślisz co to może być? – zapytał zafascynowany Toboe. Stał nad tym jeleniem i przyglądał się mu z wielkim zainteresowaniem.
- Nie wiem, ale lepiej się od niego odsuń. Przydałoby się zgłosić o nim Suzannie, nie uważasz? Lepiej, żeby wilki wiedziały o czymś takim na wolności. O ile to jeszcze żyje. Sam to zrobiłeś?
- Co zrobiłem? Pokonałem go? Tylko na niego skoczyłem i zaatakowałem, jak zwykłego jelenia. Kość się przesunęła, a ten tutaj zaczął leżeć jak zwykły kościotrup. – odpowiedział.
- Mam nadzieję, że nie potrafi się regenerować. Dobra, ja idę z Yuki do wilczego szpitala. Wolałabym mieć na nią oko w miejscu, w którym w razie czego będę mogła jej pomóc lekarstwami… Położysz mi ją na grzbiet? – poprosiłam. Toboe skinął głową i po chwili wadera leżała na moim grzbiecie. – To cześć. I uważaj na… to. – mruknęłam.
- Miałaś wiele szczęścia. – powiedziałam, kiedy do niej podeszłam. – Ten jeleń, by cię stratował gdybyś nie miała medalionu.
- Jak mnie znaleźliście? – spytała rozespana.
- Jakiś wilk, który się tam błąkał usłyszał rżenie i pobiegł z pomocą. – odpowiedziałam wymijająco. Toboe przyszedł jeszcze dzisiaj i powiedział, żebym nie mówiła, że to on jej pomógł. Nie potrafiłam stwierdzić dlaczego, ale zgodziłam się, głównie po to, by sobie poszedł i nie przeszkadzał mi w pracy. Zajmowałam się wtedy podrażnioną skórą wadery. – znalazł cię leżącą na ziemi, a obok stał jeleń, a raczej jego szkielet. – przerwałam i przypomniałam sobie dziwne stworzenie. Skąd one się tutaj wzięło? – Nie znam takiego stworzenia.
- Stworzyłam go. – wyszeptała Yuki. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem zmieszanym z przerażeniem.
- Jak? – spytałam prosząc, żeby ton mojego głosu nie zdradzał za wiele emocji.
- Normalnie. – odpowiedziała. Zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby. Nie to nie. Spojrzałam na samicę. Na jej pysk wkradł się pewny siebie uśmieszek. Odwróciłam się i poszłam po maść na podrażnienia skóry. Kiedy podeszłam do niej z powrotem ta wybałuszyła na mnie oczy.
- Po co to? – spytała – Czuję się dobrze, nie potrzebne mi są żadne lekarstwa. Zostaw mnie.
- To na skórę. Jeśli chcesz to możesz sama się posmarować, nie widzę przeciwwskazań. Zostaniesz jeszcze na noc na obserwację, a jutro będziesz mogła wrócić do tworzenia potworów. Mam nadzieję, że jak na razie postarasz się tworzyć takie, które nie będą próbowały cię zabić… - powiedziałam i podałam jej maść. – Przepraszam Cię, ale mogłabym coś zjeść?
Yuki skinęła głową na znak zgody. Uśmiechnęłam się lekko i wyjęłam z przytarganej tu dzisiaj rano torby wczesne truskawki. Oblizałam pysk i zaczęłam jeść.
- Chcesz jedną? – zapytałam.
- Fuj, nie. Wolę mięso. Jak możesz to jeść? – skrzywiła się.
- Co kto lubi. – mruknęłam.
- Yuki? – zapytałam. Cisza. – Yuki?!
Nagle do jaskini weszła wadera.
- Gdzie ty byłaś?! – warknęłam zdenerwowana.
<Yuki?>
Uwagi: brak
- As… Chodź… Szybko… Yuki… Ona… - wydyszał Toboe. Sierść na jego boku była sklejona przez krew.
- Co z nią? I co tobie się stało? – spytałam siląc się o spokojny ton.
- Dam sobie radę… A teraz chodź. – powiedział stanowczo. W bardziej normalnej sytuacji przewróciłabym oczami teraz jednak zacisnęłam zęby i skinęłam głową. Basior wybiegł z jaskini, a ja za nim. Był o wiele szybszy i miałam trudności z dogonieniem go.
- Gdzie ona jest? – spytałam, kiedy w końcu udało mi się z nim zrównać.
- W jakieś jaskini, kawałek drogi stąd. Razem z jakimś dziwnym „czymś”. Sama z resztą zobaczysz.
- Żyje?
- Mam nadzieję. – mruknął. Po chwili wbiegliśmy do jaskini. Yuki leżała pod ścianą, wyglądała na ledwo żywą i jakby starszą. Była na wpół łysa, a sierść, która musiała wypaść w krótkim czasie była biała jak śnieg, mimo że wadera ma z natury czarne futro. Niedaleko leżał dziwny stwór. Był ogromny, miał przynajmniej dwa metry wzrostu. Nie miał ciała, składał się jedynie z kości, które układały się w szkielet jelenia. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego czegoś. Na chwilę stanęłam przerażona, po krótkiej chwili zdałam sobie sprawę dlaczego tu jestem. Podbiegłam do Yuki i szybko zaczęłam sprawdzać czy żyje. Kiedy okazało się, że oddycha, a serce funkcjonuje poprawnie odetchnęłam z ulgą. Rozejrzałam się po jaskini, która wydawała mi się w tej chwili miejscem tortur. Czy to możliwe, że ten potwór ją tu przytaszczył? A jeśli mowa o tym potworze…
- Niesamowite. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jak myślisz co to może być? – zapytał zafascynowany Toboe. Stał nad tym jeleniem i przyglądał się mu z wielkim zainteresowaniem.
- Nie wiem, ale lepiej się od niego odsuń. Przydałoby się zgłosić o nim Suzannie, nie uważasz? Lepiej, żeby wilki wiedziały o czymś takim na wolności. O ile to jeszcze żyje. Sam to zrobiłeś?
- Co zrobiłem? Pokonałem go? Tylko na niego skoczyłem i zaatakowałem, jak zwykłego jelenia. Kość się przesunęła, a ten tutaj zaczął leżeć jak zwykły kościotrup. – odpowiedział.
- Mam nadzieję, że nie potrafi się regenerować. Dobra, ja idę z Yuki do wilczego szpitala. Wolałabym mieć na nią oko w miejscu, w którym w razie czego będę mogła jej pomóc lekarstwami… Położysz mi ją na grzbiet? – poprosiłam. Toboe skinął głową i po chwili wadera leżała na moim grzbiecie. – To cześć. I uważaj na… to. – mruknęłam.
***
Kiedy w końcu wadera się obudziła poczułam nie lada ulgę. Była
nieprzytomna już od dawna. Zaczynałam się bać, że już się nie wybudzi.- Miałaś wiele szczęścia. – powiedziałam, kiedy do niej podeszłam. – Ten jeleń, by cię stratował gdybyś nie miała medalionu.
- Jak mnie znaleźliście? – spytała rozespana.
- Jakiś wilk, który się tam błąkał usłyszał rżenie i pobiegł z pomocą. – odpowiedziałam wymijająco. Toboe przyszedł jeszcze dzisiaj i powiedział, żebym nie mówiła, że to on jej pomógł. Nie potrafiłam stwierdzić dlaczego, ale zgodziłam się, głównie po to, by sobie poszedł i nie przeszkadzał mi w pracy. Zajmowałam się wtedy podrażnioną skórą wadery. – znalazł cię leżącą na ziemi, a obok stał jeleń, a raczej jego szkielet. – przerwałam i przypomniałam sobie dziwne stworzenie. Skąd one się tutaj wzięło? – Nie znam takiego stworzenia.
- Stworzyłam go. – wyszeptała Yuki. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem zmieszanym z przerażeniem.
- Jak? – spytałam prosząc, żeby ton mojego głosu nie zdradzał za wiele emocji.
- Normalnie. – odpowiedziała. Zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby. Nie to nie. Spojrzałam na samicę. Na jej pysk wkradł się pewny siebie uśmieszek. Odwróciłam się i poszłam po maść na podrażnienia skóry. Kiedy podeszłam do niej z powrotem ta wybałuszyła na mnie oczy.
- Po co to? – spytała – Czuję się dobrze, nie potrzebne mi są żadne lekarstwa. Zostaw mnie.
- To na skórę. Jeśli chcesz to możesz sama się posmarować, nie widzę przeciwwskazań. Zostaniesz jeszcze na noc na obserwację, a jutro będziesz mogła wrócić do tworzenia potworów. Mam nadzieję, że jak na razie postarasz się tworzyć takie, które nie będą próbowały cię zabić… - powiedziałam i podałam jej maść. – Przepraszam Cię, ale mogłabym coś zjeść?
Yuki skinęła głową na znak zgody. Uśmiechnęłam się lekko i wyjęłam z przytarganej tu dzisiaj rano torby wczesne truskawki. Oblizałam pysk i zaczęłam jeść.
- Chcesz jedną? – zapytałam.
- Fuj, nie. Wolę mięso. Jak możesz to jeść? – skrzywiła się.
- Co kto lubi. – mruknęłam.
***
W nocy śnił mi się ten jeleń. Gonił mnie i Yuki po terenach watahy.
Kiedy mijałyśmy Mroczny Las ten zarżał, a z lasu wyszły dziesiątki
podobnych stworów. Yuki zawyła i zmieniła się w kolejnego jelenia.
Rozejrzała się wokół, jej wzrok zatrzymał się na mnie. Uśmiechnęła się
lekko i nabiła mnie na poroże mówiąc „Lubię mięso”.
***
Obudziłam się zlana potem. Ten sen był tak absurdalny i jednocześnie tak
przerażający… Rozejrzałam się po jaskini. Byłam w wilczym szpitalu…
Sama… - Yuki? – zapytałam. Cisza. – Yuki?!
Nagle do jaskini weszła wadera.
- Gdzie ty byłaś?! – warknęłam zdenerwowana.
<Yuki?>
Uwagi: brak
Od Mizuki "Upadłe bóstwo, czy po prostu demon?" cz.1 (c.d Valka)
*Przeszłość*
Tam skąd pochodzę istniało wiele legend i opowieści. Wiele z nich nigdy
nie zapomnę, była to na przykład historia o pewnym bóstwie. Według
legendy bóstwo było bardzo czczone w niedużej wiosce. Piękna bogini
potrafiła uleczyć każdą chorobę i wyleczyć nawet najcięższe rany. Ludzie
odwiedzali jej świątynie każdego dnia, to samo tyczyło się przybyszów
którzy przybywali z daleka prosząc boginie o łaskę i uzdrowienie.
Pewnego dnia nastała ogromna susza. Mieszkańcy wioski błagali boginie o
pomoc, ta dawała z siebie wszystko, jednak jej moce nie potrafiły
wywołać deszczu. Z dnia na dzień zapasy pożywienia malały, a mieszkańcy
obwiniali o wszystko Boga. Po jakimś miesiącu braku deszczu liczba
mieszkańców zmalała o ponad połowę, a Ci co przeżyli byli coraz bardziej
wściekli na Boga za jego próżność. Którejś nocy przyszli wszyscy z
pochodniami w ręce pod świątynie. Bogini próbowała z nimi rozmawiać,
jednak po chwili dostrzegła że ich serca są wypełnione mrokiem i
zrozumiała, że rozmowa nic tu nie da. Jednak potem stało się coś czego
bogini nawet nie podejrzewała, że coś takiego może się stać, ludzie
podpalili jej świątynie. Bogini upadła z bezsilności i patrzała jak jej
dom zajmuje ogień, aż nie zostało z niego nic prócz popiołu. - Dlaczego? Tak bardzo was kochałam! A wy? Obwiniliście mnie o coś na co nie mam wpływu! - wykrzyczała ze łzami w oczach. - Nienawidzę was! Nienawidzę!
Jej smutek zmienił się w gniew, wyrzekła się boskiego pochodzenia i przeklęła wszystkich ludzi i każdą istotę która ma choćby moc zmiany w człowieka. Piękna bogini stała się upadłym bogiem. Od tamtej pory opętuje ludzi i czasami nawet magiczne istoty. Każdy z opętanych umierał z przeciągu tygodnia. Legenda kończyła się na pytaniu: Czy bogini stała się upadłym bogiem czy po prostu demonem? Jako szczeniak miałam zupełnie inne zdanie na temat tego boga. Według mnie bogini stała istotą dużo wspanialszą od demonów czy upadłych bogów, według mnie była po prostu cudowna. Pewnego dnia nakreśliłam na ziemi pentagram, stanęłam po środku i przegryzłam żyły w łapie, co doprowadziło do zalania pentagramu krwią. Wezwałam boginie po imieniu. Wokół mnie pojawiła się bariera a koło mnie stanęła bogini.
- O a cóż to? Jakiś mały szczeniaczek wezwał mnie? - zapytała patrząc na mnie tymi swoimi upiornymi oczami
- Łał, jesteś cudowna - powiedziałam patrząc na nią z zaciekawieniem
Demon zdziwił się tym, co powiedziałam. Dalsza rozmowa poszła w dziwnym kierunku. Skończyło się na tym, że podpisałam z nią kontrakt. Kilka sekund po tym bariera runęła, a mój ojciec złapał mnie w pysk i uciekł. Mój ojciec wyczyścił mi pamięć o tym wydarzeniu. Myślał, że nigdy sobie nie przypomnę. Mój ojciec wykonał kawał dobrej roboty, nie pamiętałam, a przynajmniej do teraz...
*Teraźniejszość*
Tego dnia poszłam na polowanie. Miałam ochotę na kozicę górską. Po wspięciu się na szczyt spędziłam z godzinę na namierzenie celu. Zakradłam się do niej jak najbliżej i wykonałam skok. Kozica walczyła nie poddając się ani sekundy, jednak ja wspięłam się na jej grzbiet i wbiłam pazury w jej szyję. Kozica już po chwili runęła na ziemię, zapewniając mi przepyszną ucztę. Po skończonym posiłku wspięłam się na wyższe partie gór, stanęłam przy skarpie w dół i pozwoliłam wiatru "bawić się" moim futrem.
- Mizusia - usłyszałam cichy i łagodny głos
Odwróciłam się jednak nie było tam nikogo. Pomyślałam że to tylko mój umysł znowu się ze mną bawi, a przynajmniej chciałam by był to zwykły żart.
- Mizusia - znowu ten sam głos.
Odwróciłam się i ujrzałam dziwną istotę. Ze strachu cofnęłam się, zapominając że za mną jest tylko przepaść. Przypomniałam sobie o tym dopiero gdy zaczęłam spadać w dół. Mój upadek mimo, że był kwestią paru sekund był dla mnie wiecznością. Gdy byłam jakieś pięć metrów nad ziemią poczułam jak coś mnie łapie. Po chwili obje staliśmy już bezpiecznie na ziemi. Otworzyłam oczy i zobaczyłam prześliczną dziewczynę trzymającą mnie w uścisku.
- Dlaczego się bałaś? Przecież obiecałam, że nigdy nie pozwolę Ci zginąć - powiedziała bardzo łagodnym głosem.
Wtedy mi się przypomniał: Tamten dzień, tamta legenda i upadła bogini z którą podpisałam kontrakt.
- Emilia!? Czyli to było naprawdę? - zapytał ze zdziwieniem.
- Cieszę się, że pamiętasz - powiedziała i uśmiechnęła się
- Tak czy siak natychmiast postaw mnie na ziemię!
- Jak sobie życzysz.
Postawiła mnie delikatnie na ziemię. Musiałam chwilę pomyśleć o tym wszystkim. Udałam się w kierunku Zielonego Lasu.
- Możesz mi powiedzieć dlaczego za mną łazisz? Nie mogę się przez Ciebie skupić! - powiedziałam podnosząc głos.
- Widzę że charakter Ci się zmienił... na dużo mroczniejszy, co mi się strasznie podoba - powiedziała i zaczęła chichotać
- To twoja wina, w końcu byłaś osobą z której brałam przykład w dzieciństwie, a po tym jak zapomniałam podświadomie stawałam się coraz mroczniejszym wilkiem - zaczęłam również chichotać.
- Mizusia, nie chce Cię martwić, ale od jakiegoś czasu ktoś za nami idzie.
Odwróciłam się i dostrzegłam w krzakach Valkę.
- Valka? Co ty tu robisz? - zadawałam pytania jedno za drugim
- Mogę się nią zając, jeśli chcesz - wtrąciła się Emilia
- Ty już lepiej nic nie mieszaj i tak mam już niemałe problemy przez Ciebie! - odpowiedziałam, a Valka wydała się jeszcze bardziej spanikowana - Przepraszam za nią.
- Co z tobą nie tak? Gadasz sama do siebie - powiedziała robiąc krok wstecz
- Że co? - odwróciłam się jednak Emilia nadal tam była
- Nikt nie może mnie zobaczyć poza tobą - odpowiedziała
"No cudownie, teraz mam przechlapane" - pomyślałam
Postanowiłam wszystko wyjaśnić wilczycy, miałam już nawet gotowy scenariusz "Chwilowe zaćmienie umysłu i przemęczenie". Jednak gdy spojrzałam w stronę, gdzie była Valka nie było już jej tam. Zobaczyłam tylko jak jej sylwetka znika w krzakach. Postanowiłam ją dogonić i pogadać.
- Valka! Zaczekaj! - krzyczałam w biegu
(Valka?)
Uwagi: Wciąż masz poważne problemy z przecinkami. Ponadto nie jestem pewna, czy w tym przypadku powinno się zapisywać słowo "Bóg" z wielkiej litery, gdyż uznaje się, że tylko i wyłącznie w przypadku Boga jako Jahwe powinno się tak czynić. Wszystkie inne nazwy bożków zapisywane są z małych liter. No i nadal nieprawidłowo zapisujesz wypowiedzi. Zdania kończ kropką, nawet te będące wypowiedziami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)