Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 14 kwietnia 2016

Od Suzanny "Kiedyś nadejdzie starcia czas" cz. 8

Szaleńcze krzyki. Wycie wilków. Hałas niosący się po całej okolicy był słyszalny nawet w mojej jaskini. Otworzyłam oczy. Coś się znowu działo. Wiedziałam. Coś po prostu mówiło mi od samego początku, że to nie koniec. Podniosłam się z ziemi i leniwie powędrowałam aż do wyjścia z jaskini. Spojrzałam w dół, przeciągle ziewając. Wciąż byłam zmęczona po wczoraj. Tyle nerwów, krwi, ofiar... Ten cały obłęd teraz jakoś mną nie poruszał. Czy to źle?
- Co się dzieje?! - krzyknęłam do wilków w dole. Kilka z nich zadarło łby i popatrzyło w moim kierunku. Byli dla mnie jedynie małymi punkcikami, na których rozróżniałam tylko kolory, więc przez dość słaby wzrok nie potrafiłam sprecyzować, kim dokładnie były.
- Wrócili!! - odkrzyknął jeden z nich, a jego głos poniósł się echem po dolinie. Obserwowałam jeszcze przez chwilę spanikowane wilki, ale to, że niektóre z nich wciąż się spokojnie przechadzały dało mi do zrozumienia, że sprawa nie jest tak poważna, jak poprzednio. Choć nie widziałam swojego pyska, to i tak wiedziałam, że mam bardziej podkrążone oczy niż zwykle. Ponownie ziewnęłam. Tym razem rzeczywiście się nie wyspałam. Ciągłe natłoki myśli nie pozwoliły mi zasnąć, a kiedy w końcu straciłam świadomość z tego, co się dzieje i popadłam w czarną nicość, musiały mnie obudzić te oto dzikie wrzaski. Słońce chyliło się ku horyzontowi. Wcześniej zaszyłam się w najciemniejszym kącie jaskini, by móc zasnąć w dzień. Teraz zaczynała się noc. Dziwne uczucie, ale zdawałam sobie z tego sprawę, że gdybym tylko mogła, przeszłabym na nocny tryb życia. Jednakże spraw do załatwienia w dzień było dużo więcej, dlatego w moim przypadku to było absolutnie niemożliwe.
Zaczęłam schodzić po skałach. Po drodze spoglądałam to pod łapy, by się o nic nie potknąć, to na biegające wilki. Wszystkich zwłok już się pozbyto, ale jednak ślady krwi lub wypalona trawa wciąż została w takim stanie, w jakim była wczoraj. W pewnym momencie moim oczom ukazał się mały pochód wchodzący na Wrzosową Łąkę. Przybywali z północnej części Zielonego Lasu. Tak jak myślałam. Musieli być z Watahy Asai... choć w sumie nie wiem, czy wciąż tak powinniśmy ich nazywać, skoro ta stara prukwa w końcu zdechła. Ciemne sylwetki niosły trzy płonące fioletowym ogniem pochodnie. Ku mojemu zaskoczeniu było tam raptem kilka wilków. Spodziewałam się całego oddziału. Z wrażenia aż zatrzymałam się na ścieżce i obserwowałam to, jak się zbliżają. Szli wyraźnie w moim kierunku. Czego mogą chcieć? Nie byli uzbrojeni. Kiedy wkroczyli w końcu w centralny punkt Wrzosowej Łąki, postanowiłam do nich podejść. Kiedy przedzierałam się między pachnącymi trawami zwieńczonymi fioletowymi kwiatami, wyprzedzili mnie rozpędzeni wojownicy z watahy z Dante na przedzie.
- Czego od nas chcecie?! - odważnie zapytała Sierra. Grupka ciemnych wilków się zatrzymała.
- Chcemy uzgodnić coś z waszą Alfą. Nie zrobimy jej niczego złego. - Powiedział jeden. Ich pyski oświetlane przez fioletowy ogień były okropnie poważne. - Proszę się odsunąć.
- Jak możemy wam ufać? - warknął Dante. Zwolniłam kroku, przyglądając się tej sytuacji z daleka.
- Nie możemy pozwolić, aby w podejmowanie ważnych decyzji dla obu watah mieszały się obce wilki - napierał jeden z nich.
- Doprawdy? Dziwne, bo u nas wszyscy są wspólnotą i decyzje podejmujemy razem - oświadczyła Zone.
- Niestety, ale mamy ustanowione takie warunki. Jeżeli ich nie spełnicie, będziemy zmuszeni wywołać kolejną wojnę - odezwał się drugi z wilków Asai. Weszłam między swoich wojowników.
- Mogę zachować przy sobie chociaż mojego obrońcę i wezwać Betę? Skoro to takie ważne, to chciałabym zadecydować wspólnie z moją zastępczynią. - oznajmiłam w końcu. Czarne wilki wymieniły się spojrzeniami, na co ten stojący na samym tyle delikatnie skinął głową.
- Zgadzamy się na twoje warunki. Reszta musi odejść. - Oświadczył na nowo pierwszy wilk. Ja również dałam znak głową swoim podwładnym, aby odeszli. Został tylko Dante, który po chwili zrozumiał, że musi prędko biec po Yuko. Tak więc zrobił. Zostałam sama z obstawą wrogiej watahy. - Wy powinniście zrobić tak samo.
- Uczynimy tak dopiero, gdy wybierzemy ustronne miejsce do prowadzenia dialogu - po raz pierwszy odezwał się wilk, który stał z tyłu. Reszta ustąpiła mu miejsca, dzięki czemu stanął tuż przede mną. Popatrzyłam mu w lśniące złotem oczy. Zdawały się nie mówić nic wyraźnego. A przynajmniej ja nic w nich nie widziałam. Nagle moje serce zabiło szybciej. Zrozumiałam. To może być ich nowy przywódca. Przełknęłam ślinę, nerwowo spoglądając na resztę wilków. Raczej nie mieli wobec mnie wrogich zamiarów. Najbardziej przerażało mnie jednak to, że jestem niemalże całkowicie bezbronna. Musiałam jednak zachować zimną krew.
- Mam przez to rozumieć, że najpierw muszę odnaleźć jakieś spokojne miejsce, w którym nikt się nie napatoczy?
Wilki skinęły głowami. Tylko gdzie ja mogłabym ich zaprowadzić? Pod Pomarańczowe Drzewo? Nie, tam kręci się zbyt wiele wilków. Przyszło mi do głowy tylko jedno miejsce.
- W takim razie zapraszam do mojej jaskini.
Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem w kierunku swojego mieszkania. Pochód z fioletowymi pochodniami podążył w ślad za mną. Chwilę później do mojego prawego boku podbiegła Yuki, a do lewego Dante.
- Gdzie idziemy? - szepnęła wadera. Wyglądało na to, że Dan zdążył jej wytłumaczyć wystarczająco dużo szczegółów, by pojąć, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. - Musimy uważać. Nie ufam im.
- Do mojej jaskini.
Nie pytała już o nic więcej, tylko raz na jakiś czas odwracała wzrok w ich kierunku, mrużąc przy tym oczy. Poszukiwała kogoś. A może się bała, że kogoś między nimi ujrzy. Kogoś znajomego. To, że miała z nimi sporo wspólnego zauważyłam już na początku. Jednak nie chciałam wtrącać się do jej życia, dlatego nie pytałam. Czarne wilki zdawały się to całkowicie ignorować. Po kilku minutach stanęliśmy przed moją przestronną jaskinią. Odczekałam, aż czwórka z sześciu wilków się rozejdzie. Zostały tylko dwa - zapewne nowy samiec Alfa watahy Asai i jego obrońca. Albo Beta. W sumie nie wiem, jaką oni mają tam hierarchię. Podobno dość często się zmieniała. Weszliśmy do środka. Ściany i wszelakie śmieci tam rzucone oświetlał fioletowy płomień. Ja i nowy przywódca wrogiej watahy usiedliśmy na przeciwko siebie i popatrzeliśmy sobie w oczy. Ktoś, kto nie zauważyłby stojących w cieniu pozostałych trzech wilków mógłby to uznać za romantyczną randkę. Jednak ten pochodzący od pochodni nie był jedynym płomieniem, który odbijał się w moich oczach. Czaiła się w nich również iskierka nienawiści. Zaatakowali moją watahę i wymordowali część wilków. Niech nie myślą, że zapomnę.
- Nazywam się Fermitate i jak już pewnie zdążyłaś się domyślić, jestem nowym przywódcą Watahy Czarnego Kruka.
Wataha Czarnego Kruka? Po raz pierwszy słyszę tą nazwę. Wyglądało na to, że "wataha Asai" tak naprawdę nie nazywa się tak, jak początkowo sądziliśmy. Aż dziw, że dopiero teraz spostrzegliśmy, że powinniśmy się tym zainteresować nieco wcześniej.
- Przybywam w ramach negocjacji. Jeżeli nie będą one dla ciebie atrakcyjne i odmówisz, wówczas będziemy zmuszeni ponownie przystąpić do walki - kontynuował basior.
- Rozumiem. Jakie w takim razie zamierzacie postawić warunki? - zapytałam drżącym z nerwów głosem. Zaczęłam odczuwać dziwny impuls, aby go uderzyć.
- Odstąpicie nam część swoich terenów.
Z wrażenia aż uniosłam brwi. Czy on właśnie zapytał, czy oddam mu tereny, które zdobyliśmy ciężką pracą? Które już od lat należą do nas? Które są naszym domem? Basior chyba też się speszył, bo spuścił wzrok. I dobrze. Niech się wstydzi. Nie oddam mu tego tak za nic. Ba! Przecież zniszczyli naszą własność, a teraz chcą jeszcze wynagrodzenia? Ciekawe za co.
- Nie mogę tego zrobić. Dlaczego wam na tym zależy?
- Nędza. Nie mamy czego jeść, czego pić... każdy dzień jest walką o przeżycie - wyszeptał. Moje serce aż zabiło szybciej. Sama już nie wiem, czy ja jestem naprawdę zła w tej całej historii, czy może tylko tak mi się zdaje. Najwidoczniej właśnie teraz targnęło mną sumienie. - Straciliśmy Asai. Bez niej nasza klęska jest pewna.
Popatrzył mi w oczy. Wyrażały wyraźny ból i błaganie o pomoc. "On może być świetnym aktorem" - skarciłam się w duchu, ale myśl, że to prawda nie dawała mi spokoju. Chęć uderzenia samca znacznie osłabła. Te ich spowite mrokiem tereny... nawet nie przeszło mi przez myśl, że to dla nich jest więzieniem. A mimo to nie odchodzili. Podobno miała na to wpływ jakaś klątwa, choć szczerze wątpię, skoro posiadają własną wolę. Oni mogli czuć się po prostu przywiązani.
- Może załatwimy to jakoś inaczej? - zapytałam drżącym głosem.
- Teoretycznie możemy... - oznajmił niepewnie.
- A więc słucham. Może to będzie dla nas lepszym wyjściem.
- Możemy połączyć waszą watahę z naszą. Będziemy mieli wspólne tereny.
Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę. Nie wiedziałam, co o tym mam w ogóle myśleć. Kątem oka zauważyłam, że Yuki wykonała niecierpliwy ruch. Chyba niezbyt przypadł jej du gustu ten pomysł. Wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Coś, czego nikt z nas do teraz nie rozgryzł.
- Powiedz mi najpierw... co doprowadziło twoją watahę do takiego, a nie innego stanu?
Zapanowała cisza. Chwilę później odezwał się wilk, który dotychczas służył nam za latarnię. Dostrzegłam, że teraz pochodnia nie była w jego pysku, tylko lewitowała nad ziemią.
- To było dawno. Miesiąc po pojawieniu się Kiiyuko na tych terenach - zmierzył nas swoimi czerwonymi ślepiami - Jesteście zbyt młodzi, aby to pamiętać, ani tym bardziej zrozumieć. Asai poszukiwała nowego domu wraz ze swoim przybranym synem. Dołączyła się do niej jeszcze brygada kilku osłabionych wilków. Ich jedyną szansą na przeżycie było zażycie tej samej mikstury, która uczyni ich silniejszymi. To jednak sprawiło, że ich serce przestało odczuwać znaczną część emocji i drastycznie zmieniło charakter. Wtedy obrała sobie za nowe miejsce zamieszkania terytorium tuż przy Watasze Magicznych Wilków... która wtedy jeszcze nie miała żadnej nazwy. Do waszej watahy dołączało znacznie więcej wilków, niż do naszej, co spowodowało, że musieliśmy się wycofać i przypadły nam gorsze, już umierające tereny. Wiedzieliśmy, że to skończy się dla nas niezbyt dobrze, ale żadne tereny w okolicy nie były wolne. Asai jednak stwierdziła, że zbudujemy własną kulturę, wojsko, a nawet budynki. Z tym ostatnim było jednak najciężej, bo właściwie nie doszło do skutku, prócz ciasnego zamku naszej przywódczyni. Uczyliśmy się, jak żyć z klątwą. Opanowaliśmy to na tyle, że potrafiliśmy powrócić choć częściowo do tego, kim byliśmy wcześniej. W Watasze Czarnego Kruka od zawsze obowiązywała równość, więc każdy nowy członek musiał wypijać miksturę. Mimo to było nas coraz więcej. Właśnie ta równość powodowała, że każdy czuł się jak u siebie w domu. Jednakże nasze sposoby na utrzymanie terenów przy życiu przestały skutkować, aż w końcu popadły w ruinę. Co prawda już wcześniej próbowaliśmy zdobyć siłą wasze tereny, jednak nie z najlepszym skutkiem. Dopiero teraz doszliśmy do wniosku, że najlepsza jest rozmowa.
Na nowo zapadła cisza. Na dworze było już całkiem ciemno, więc fioletowa pochodnia była jedynym źródłem światła.
- Ja... nie wiem co powiedzieć - oznajmiłam cicho.
- Wierzysz mu? - zapytała ostro Yuki. Ja jednak ją zignorowałam.
- Dajcie mi czas na zastanowienie się...
- Jest jakiś haczyk, prawda? - dopytywała Yuki. Samce spojrzeli po sobie, po czym Fermitate odpowiedział:
- Zgadza się.
Z sykiem wypuściłam z płuc powietrze. Ciekawe cóż takiego wymyślili... Już sądziłam, że to będzie łatwiejsza decyzja. Jak widać - myliłam się.
- Suzanno, wtedy będę musiał cię pojąć za żonę. - Po tych słowach uśmiechnął się lekko. Jedyne co ja poczułam, to zawroty głowy. Gdyby Dante mnie nie podtrzymał, pewnie zaryłabym czołem w ziemię.
- J-jak to? - zapytałam słabo.
- Takie są zasady: jeżeli watahy chcą połączyć swoje tereny, obecna Alfa lub jej potomstwo musi pobrać się z tym należącym do Alf drugiej z watah.
- J-jasne... - wydukałam, stając już prosto. Łapy mi się trzęsły, a serce łomotało - Przemyślę to.
- Dobrze więc. Przyjdziemy jutro o tej samej porze i poprosimy o odpowiedź.
- Zgoda - skinęłam głową. Goście wymaszerowali z jaskini, a ja, Dante i Yuki siedzieliśmy przez kolejne kilka minut w bezruchu w kompletnych ciemnościach.
- Tego się nie spodziewałem... serio - oświadczył Dan. Yuki tylko prychnęła.
- Nikomu o tym nie mówcie, ok? - poprosiłam. Przyjęli polecenie. - Ogólnie... co o tym sądzicie?
- Że to nie jest dobry pomysł - odpowiedziała bez zastanowienia Yuko.
- Dlaczego? Wolisz kolejną wojnę?
- No jasne! Przecież i tak wygramy. Zawsze wygrywaliśmy. Nie ma czego się bać. Wystarczy tylko znowu postawić na czele wojsk Kiiyuko... no albo mnie.
- Czy ty mi coś sugerujesz? - mruknęłam niezadowolona.
- Że jesteś kiepską przywódczynią? Tak.
- Dzięki.
- Dziewczyny, wiecie co? - wtrącił Dan - Skoro nawet ja uważam tę kłótnię za co najmniej głupią, to już coś znaczy.
Zapanowała cisza. W powietrzu aż było czuć tę napiętą atmosferę.
- Kto by pomyślał... Jest szansa, że lada dzień będę miała męża, którego tylko raz widziałam na oczy - wymamrotałam.
- A ja zawsze powtarzam, że miłość nie istnieje i najlepszym wyjściem jest walka o swoje - westchnęła wadera.
- Bo nie istnieje - odpowiedziałam. Dan milczał.
- W takim co mi radzicie zrobić?
Cisza. Mogłam się tego spodziewać. Dobrałam sobie zastępców, nie ma co. Yuki uważa nawalankę za najlepsze wyjście, a Dan zapewne nic nie mówi, sądząc, że jest za głupi, by podjąć jakąkolwiek sensowną decyzję. Wygląda na to, że sama będę musiała nad tym posiedzieć i rozpatrzyć wszystkie możliwe opcje. Jakiś czas później wszyscy rozeszli się w swoje strony. Ciekawe, czy nie dawało im to spokoju tak samo, jak mnie.
***
Następnego dnia o zmroku stałam na jednej z większych skał i wypatrywałam przybycia Fermitate. Kilka przechodzących wilków spoglądało na mnie lub pytało, na co czekam, ale nie odpowiadałam. Tak już od przeszło dwóch godzin. Po prostu stałam tak w bezruchu i czekałam. Byłam strasznie poddenerwowana. Podjęłam decyzję, jak dla mnie najbardziej słuszną. Raz kozie śmierć. Może się uda. W końcu ich ujrzałam. Znowu mieli fioletowe pochodnie. Im bliżej byli, tym bardziej moje serce łomotało w piersi.
- Dobry wieczór - przywitał się młody basior. - Podjęłaś już decyzję?
Skinęłam głową i zeskoczyłam z kamienia.
- W takim razie możesz nam ją przedstawić - uśmiechnął się lekko. Słowa ugrzęzły mi w gardle, ale w końcu udało mi się przezwyciężyć strach i odpowiedzieć...

<C.D.N.>

Od Alfie "Światłość w ciemności świeci" cz. 3

Obudziłam skraju Zielonego Lasu. Usłyszałam dochodzący z oddali szum rzeki i radosny śpiew ptaków.
- Co... co ja tu robię? - zapytałam zaskoczona szukając odpowiedzi we własnych wspomnieniach, jednak na marne. Dotknęłam łapą swojej głowy, przewróciłam się. Ból głowy nie dawał mi spokoju, byłam zaskoczona, że w ogóle zasnęłam.
- No tak... musiałam mocno się walnąć w głowę... ale co ja tu robię? Nie przypominam sobie, abym kładła się spać w lesie, ani żebym w ogóle tu przychodziła.
Ledwo wstałam, potknęłam się o swój długi ogon i runęłam w przód. Zdmuchnęła pasmo swoich fioletowych włosów opadających na oko i wstałam. Ból niespodziewanie minął.
Nagle usłyszałam szelest krzaków, schowałam się za drzewem, zobaczyłam leśnego zająca.
"Niezły kąsek jak na śniadanie" - pomyślałam, po czym ustawiłam się w pozycji bojowej. Już miałam na niego wskoczyć, kiedy zobaczyłam małe zajączki wesoło kicające wokół swojej mamy. Zrobiło mi się żal tych małych zwierzątek. Stwierdziłam, że zjem po drodze owoce leśne, a zające zostawię w spokoju.
W prawdzie już dawno nie czułam smaku mięsa w swoim pysku, udawałam przed wilkami, zawsze zjadałam jakieś owoce, żal mi było tych wszystkich niewinnych zwierząt, które giną tylko dla przyjemności drapieżników. "Przecież te jelenie także mogą mieć jakąś rodzinę?" - zawsze usprawiedliwiałam się tymi słowami.
Postanowiłam wrócić do domu, a raczej do swojego nowego "pokoju".
Nuciłam sobie piosenkę, którą grały na ostatnim koncercie wilki-piosenkarze z watahy. Nawet nie pamiętałam na jaką okazję, ale ta nuta bardzo mi się spodobała i nieodwracalnie wpadła mi w ucho.
Nawet nie zauważyłam, a już byłam na Wrzosowej Łące. Bardzo lubiłam tu malować obrazy, miałam zawsze jakąś wenę. Zawsze zrywałam świeże kwiaty wrzosu, które kładłam w swojej jaskini. Nie obeszło by się bez tego i tym razem.
Nagle zobaczyłam coś w oddali. Przypominało to... wilka? Ale nie z mojej watahy. Byłam tego pewna!
- Zaraz, zaraz... czarna sylwetka, czerwona grzywa... - próbowałam rozpoznać któregoś z jej przyjaciół - Nie... to niemożliwe... to niemożliwe! To nie może być Xander!

Uwagi: Aktualnie nie ma w WMW żadnych wilków na stanowisku "piosenkarz".

środa, 13 kwietnia 2016

Od Zone "Sen" cz. 3 (cd. Yui)

Gdy nastał ranek czekałyśmy, na Xarę, ponieważ nie wiedziałyśmy co teraz zrobić. Kiedy wróciła pokazała nam książkę gdzie była mapa. Ta prowadziła do jaskini, gdzie miałyśmy się ukryć. Chciałam się coś zapytać Xary, ale dała nam mapę i wskazała, że mamy iść. Więc poszłyśmy.
- Wiesz co, Yui?
- Co?
- Mam trochę już dość tego ukrywania się.
- No ja też. - powiedziała i zamilkła.
Podróż była dość długa, ponieważ szłyśmy aż do popołudnia. Niedaleko był mały lasek. Spojrzałyśmy się w niego, bo coś słyszałyśmy. Okazało się że to była sarna. Na początku spoglądałyśmy na nią, a później na siebie.
- Jestem głodna, a ty? - Zapytałam się Yui
- Tak.
- To może się podzielimy sarną, bo jesteśmy obie głodne?
- Okej.
Gdy zdecydowałyśmy ze się podzielimy, jedna z nas poszła ją upolować.
A tą wilczycą byłam ja. Po pięciu minutach wróciłam z sarną. Zaczęłyśmy ją jeść. Kiedy już skończyłyśmy, poszłyśmy szybkim tempem do jaskini, która była już bardzo blisko. Położyłyśmy się i wtedy powiedziałam.
- Dobranoc Y... - Nie zdążyłam powiedzieć, zasnęłam.
***
Kiedy się przebudziłam, zobaczyłam, że leżało w kącie jakieś stworzenie. Krzyknęłam. Gdy Yui się przebudziła zapytała...
- Co się stało?
- Ktoś tam leży! - spanikowałam.
- Gdzie?
- No tam w kącie!
- Zone uspokój się, zaraz zobaczę kto to.
Yui podeszła do tego stworzenia i próbowała go obudzić. To stworzenie się przebudziło. Yui się cofnęła i przyglądała mu się. Była to Xara.
- Widzisz? To tylko Xara.
- Oj, przepraszam że cię zbudziłam. - powiedziała opuszczając pysk na dół.
- Spokojnie, nic się nie stało.
Wyszłam z jaskini, żeby zobaczyć jaka jest pogoda. Dzisiaj był deszczowy dzień, wiec nie miałyśmy co upolować, ponieważ wszystkie zwierzęta się schowały. Poszłam do kąta i siedziałam czekając aż minie deszcz. Byłam głodna. Długo nie wytrzymałam i powiedziałam:
- Ej, może pójdę czegoś poszukać do jedzenia?
- To świetny pomysł.- powiedziała Yui.
- Zgadzam się z Yui. - odrzekła Xara.
- Zostańcie tu.
Powiedziałam i odleciałam szukając jedzenia. W lesie żadnego zwierzęcia nie było. Szukałam dalej. Podleciałam do stawu szukając ryb, ale były tylko dwie. Tak czy inaczej wzięłam te ryby i poszłam je zanieść Yui i Xarze.
- Proszę.
- Dziękuje, a ty czemu nie jesz? - zapytały Yui i Xara w tym samym momencie.
- Ponieważ nie ma więcej ryb, ale mną się nie przejmujcie jakoś sobie poradzę.
- Okej.
Gdy już zjadły, poszłyśmy się przejść. Deszcz już nie padał i było sucho. Pochodziłyśmy sobie w różne miejsca. Wróciłyśmy do jaskini.
- Co teraz? - zapytałam.
- Nie wiem.

< Yui? przepraszam za powtórzenia>

Uwagi: Przede wszystkim powtórzenia wyrazów. We większości przypadków mogłaś je po prostu pominąć, a w pozostałych zastąpić zaimkami (jej, jego, ona, tej, tamtej itd.). Kolejną sprawą są przecinki. "Tempo" piszemy przez "em".

Od Yui "Sen" cz. 2 (cd. Zone)

Wieczór. Niechętnie doczłapałam się do najbliższego kamienia i ułożyłam na nim wygodnie. Wciąż byłam zła na siebie za swoją nieuwagę. Dlaczego musiałam się potknąć? Dlaczego musiałam wpaść na kogoś, mimo jej ostrzeżenia? Jakim prawem w ogóle zostałam przeklęta i przez kogo?! Gdybania niczego nie zmienią, na pewno nie teraz. Ocknęłam się w całkiem innym miejscu, niż ostatnio. Znajdowałam się w ciasnej grocie. Przynajmniej była oświetlona... Na jednej z jej ścian wisiała krzywo przymocowana półka, uginająca się pod ciężarem grubych, zakurzonych ksiąg. Skąd się tu wzięły? Nieważne, mam inne problemy. Gdzie ja jestem? Zsunęłam się ostrożnie z głazu, próbując ustać na łapach. Ta sama wadera, którą widziałam ostatnio, podbiegła i przytrzymała mnie.
- Ostrożnie, twoje ciało z początku jest ociężałe. Przyzwyczaisz się. Powinno ci zaraz przejść.
- Gdzie my jesteśmy? I skąd się tu w ogóle wzięłam? Czy za każdym razem pojawiam się w innym miejscu? Skąd wiedziałaś, gdzie mnie szukać? - Wylałam z siebie potok słów, zadając to kolejne pytania.
- Zadajesz sporo pytań. Jak każdy... - Milczała przez chwilę w zamyśleniu, które przerwałam, szturchając ją łapą.
- Nie zadałam ich bez powodu. - Spojrzałam na nią wyczekująco.
- Jesteśmy w jedynym, w miarę... bezpiecznym miejscu. Nie, nie pojawiasz się za każdym razem gdzie indziej. Przeniosłam cię. Nawet jeśli świadomością jesteś w świecie rzeczywistym, twoje ciało zostaje po części tutaj. Jest wtedy niewidoczne dla wszystkich zmor, ale wolałam nie ryzykować. Swoją drogą... Usłyszałaś moje ostrzeżenie, prawda? - Tym razem ona wlepiła we mnie wzrok.
- T-tak, ale... No wiesz... - Odchrząknęłam i odwróciłam łeb w drugą stronę. - Dotknęłam kogoś. Przez przypadek, przysięgam!
- Gratuluję. - Warknęła na mnie, a na jej pysku wymalował się zawód. - To nie są żarty! Jeśli się nie pospieszymy, możemy już nie zdążyć znaleźć tego kogoś. Te tereny nie są tak małe, jak może się wydawać. W rzeczywistości są duże. Bardzo duże. Ten wilk, którego dotknęłaś może być dosłownie wszędzie...
- No to się rozdzielimy i jej poszukamy, będzie szybciej! - Spanikowałam. Naraziłam niewinną waderę na niebezpieczeństwo. Tylko pogratulować. Och, no tak, nawet to zostało zrobione.
- Nie ma mowy. Zginiesz szybciej, niż myślisz. Jesteś zbyt słaba, żebyśmy mogły się rozdzielić. - Jakim prawem tak stwierdziła? Poradziłam sobie z jedną bestią. Dlaczego miałabym nie poradzić sobie z innymi?
- Nie jestem słaba! Dałam sobie radę z jednym z nich. - Dumnie uniosłam głowę, spoglądając na wilczycę. Ta jedynie wybuchła głośnym śmiechem.
- Jednym? Brawo! Szkoda, że był on wyjątkiem, błąkającym się samotnie. Żadna z tych istot nie oddziela się od stada, wyjątkiem są wygnańcy. Grupy zwiadowcze zazwyczaj liczą od trzech do siedmiu osobników. Nie chcesz nawet wiedzieć, co się dzieje w ich gniazdach. Jesteś tak samo uparta jak wszyscy inni! - Krzyczała na mnie wściekle. Wygłupiłam się. No tak, ona wie o tym miejscu więcej, niż ja...
- Przepraszam... - Wydukałam pod nosem.
- Nieważne. - Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. - Idziemy. RAZEM. Nawet nie próbuj działać według własnych zasad. Musimy ją znaleźć, zanim dotrze do gniazda, albo coś jej się stanie... - W tym samym momencie wybiegła z kryjówki, a ja zaraz za nią.

Sprawdziłyśmy najbliższe okolice, jednak Zone nigdzie nie było. Co, jeśli już coś jej się stało? Byłoby to tylko moją winą. Miałabym na sumieniu niewinnego wilka... Odpędzając od siebie ponure myśli, rozglądałam się uważnie. Wzrok zdążył się przyzwyczaić do wszechobecnych ciemności, dostrzegając coraz więcej szczegółów. Zapuściłyśmy się w dalsze tereny. Faktycznie, przestrzeń była tu spora. Nie minęło wiele czasu, gdy towarzyszka gwałtownie się zatrzymała, przez co wpadłam na nią.
- Chyba znalazłyśmy naszą zgubę. - Wzrok miała spuszczony w dół. - Jest jeszcze nieprzytomna, dopiero zasypia.
- Na pewno? Jeśli jest ranna?
- Nie jest. Pomóż mi ją przenieść. - Obydwie podniosłyśmy nieruchome ciało Zone i skierowałyśmy się do kryjówki. Z dali dobiegały nas te okropne ryki. Po plecach przeszły mi ciarki i niepewnie spojrzałam na waderę. Obydwie miały ciemne futro, więc kamuflaż nie powinien być dla nich problemem, ale co ze mną? Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że cała aż świecę od tego jasnego koloru.
- Co teraz?!
- Nie wrzeszcz! - syknęła na mnie. - Bierz ją, zaraz do was dołączę. Pobiegnij tym tunelem - Wskazała łapą na szczelinę w skale. Nie była zbyt szeroka, ale nie powinnam mieć problemów z przedostaniem się. Posłusznie wbiegłam do wyrwy i biegłam tak szybko, na ile pozwalało mi ciało Zone, które wlokłam za sobą.
Zatrzymałam się, zmęczona szaleńczą ucieczką i odłożyłam towarzyszkę obok siebie. Ta, jak na sygnał, zerwała się na równe łapy i rozejrzała szybko.
- Gdzie ja jestem?!
- Nie żartowałam z tym snem. - Westchnęłam cicho, przeżarta poczuciem winy. Dlaczego my?
- A-ale jak to?! Co z nami teraz będzie?!
- Proszę, nie panikuj... - Łatwo mówić. Jeszcze przed chwilą reagowałam podobnie... - Słuchaj, nie mamy czasu, musimy uciekać! - Zawołałam do niej, po czym rzuciłam się w ponowny bieg. Zone bez zbędnych pytań rozłożyła skrzydła i poleciała za mną. Oczywistym jest, że mnie wyprzedziła. Nie chcąc zostawać w tyle, pozwoliłam, by ciemna chmura delikatnie uniosła mnie w górę. W mig wyprzedziłam waderę, przejmując dowodzenie. Wpadłyśmy zdyszane do kryjówki. Opowiedziałam na szybko to, co sama wiem i w milczeniu oczekiwałyśmy ostatniej kompanki. Ta wbiegła do nas z kilkoma ranami. Nie należały one do najlżejszych, ale wadera nie wydawała się tym przejmować. Po złapaniu oddechu, przybrała skwaszoną minę i spojrzała w naszą stronę.
- Która użyła magii. - To nawet nie było pytanie. Stwierdziła to tak, jakby miała magiczny radar w nosie...
- J-ja - wymamrotałam pod nosem nieco speszona. - Co w tym złego? - Wilczyca westchnęła zniecierpliwiona.
- Nie rób tego więcej. Te potwory wyczuwają magię. Takim sposobem doprowadziłaś ich wprost do kryjówki. Od następnego snu zmieniamy położenie, tu już nie jest bezpiecznie.
- Te bestie są jakieś idealne?! Potrafią latać?!
- Niektóre rodzaje. - Odparła obojętnie, chwytając w pysk jedną z tych przestarzałych ksiąg.
- A jest coś, czego NIE potrafią?! - Nie wierzę, że mogą być aż tak silne... - Wadera nie odpowiedziała, jedynie otworzyła książkę i przekartkowała ją na szybko, zatrzymując się na jednej z środkowych stron.
- Spójrzcie obydwie. Potwory, które mogłyście zobaczyć, to tylko jeden z gatunków. Jest ich dość sporo, chociaż niektóre należą do wymarłych. Te, które spotkałyśmy, to Posłańcy Demona. Mnożą się w niesamowitym tempie, nie ma szans na ich wybicie.
- Jak z nimi walczyć? - Zapytała Zone, wpatrując się w książkę.
- Dobre pytanie. Są szybkie i silne. Mają dobry wzrok. Magię wyczuwają z daleka, jednak da się je pokonać. Trzeba celować w serce, nic innego ich nie zabije. Oczywiście można ułatwić sobie robotę. Jeśli zdołasz trafić go czymkolwiek w kark, powinien być osłabiony na jakiś czas. Każdy z potworów ma takie słabe miejsce, chociaż nie u wszystkich wiadomo, gdzie ono jest. Tyle powinno wam póki co wystarczyć. Odpocznijcie sobie, niedługo powinno świtać.
- Przy okazji, jak masz na imię? - Zapytała Zone. Właśnie, nigdy się o to nie pytałam... Wadera milczała przez chwilę, po czym jednak odpowiedziała:
- Mówcie mi Xara. Idę... Po coś, zostańcie tu.
- Po coś? - Zone posłała jej podejrzliwe spojrzenie. Xara uśmiechnęła się niewinnie i wybiegła z nory. - Ta cała sytuacja mi się nie podoba...
- A komu by się podobała? Chcę już ranek... - Jak na zawołanie, w tym samym momencie obraz zaczął mi się rozmazywać. Położyłam się ostrożnie, oczekując wybudzenia.

Ziewnęłam i przeciągnęłam się leniwie. Otworzyłam oczy, na które padały promienie światła, więc je przymrużyłam. Gdy przyzwyczaiłam wzrok do jasności, rozejrzałam się. Obok mnie leżała Zone, wpatrująca się we mnie.
- Szalona noc... - Stwierdziła, chociaż nie wyglądała na zadowoloną. W sumie, kto by się cieszył z tej sytuacji...
- Nie da się ukryć. - Westchnęłam bezradnie. - Co teraz?
- Nie mam pojęcia...

<Zone?>

Uwagi: brak