- Co...? E... nic... - mruknął mój przyjaciel wpatrując się gdzieś w dal.
Coś jest nie tak – zdążyłam pomyśleć zanim spostrzegłam łzę na policzku
Dan'a. Poczułam dziwny impuls otarcia jej. Nie lubiłam kiedy ktoś w moim
otoczeniu się smuci, a zwłaszcza ktoś tak mi bliski. Szybko otrząsnęłam
się z takich myśli i uniosłam do góry brwi zdziwiona tym, że Dante
płacze. Co się stało, że tak nim wstrząsnęło? Chłopak pospiesznie otarł
łzę rękawem kurtki i uśmiechnął się lekko.
- Wszystko ok. Nic mi nie jest. Po prostu... coś mi wpadło do oka. -
powiedział. Skierowałam spojrzenie na jego oczy. Niby takie jak zawsze,
jednak coś nie w nich czaiło. Smutek, żal? Nie mam pojęcia.
- Dante, co się stało? - spytałam – Powiesz mi? - to pytanie wydawało mi się tak naiwne i głupie, a jednak je zadałam. Idiotka.
- Nie ma o czym mówić, nie ważne. - mruknął – Może lepiej... E... Poszukajmy jakieś trumny.
- Nie musimy szukać. Wracajmy lepiej do domu. - powiedziałam
zrezygnowana. Dante spojrzał na mnie zdezorientowany. - Na nic nie
starczy nam pieniędzy. Nici z pogrzebu. Musimy go po prostu zakopać bez
trumny i innych takich typu rzeczy – wyjaśniłam. Mijająca nas kobieta
skierowała zaciekawiony i jednocześnie lekko oburzony lub też przerażony
wzrok. Jestem beznadziejna z odczytywania emocji innych, zwłaszcza
dzisiaj.
- Dobre i tyle. Przynajmniej nie zgnije gdzieś pod drzewem. - spostrzegł
Dante i skierował się w stronę, gdzie miasto się kończyło i jakiś
kawałek dalej zaczynał się Zielony Las. Ruszyłam za nim. Przed oczami
miałam tą chwilę gdy po policzku Danny'ego spadała łza, co z nie znanego
mi powodu sprawiało, że czułam smutek. W myślach przestudiowałam
wydarzenia w zakładzie pogrzebowym, próbując zrozumieć o co mogło
chodzić mojemu przyjacielowi. Cokolwiek to było musiało być poważne
skoro wywołało w nim takie emocje. Czułam się jakoś nieswojo, kiedy
przypomniałam sobie, że jeszcze niedawno go nie poznałam idącego obok
mnie chłopaka. Droga dłużyła mi się przeogromnie, chciałam coś
powiedzieć, pocieszyć Dan'a, ale nie wiedziałam jak to mam zrobić. Kątem
oka obserwowałam przyjaciela. Dante szedł chodnikiem całkowicie
pochłonięty swoimi myślami, które musiały być dość ponure, bo widziałam,
że ma tak zwane szklane oczy. Nie wiele myśląc, złapałam jego dłoń w
swoją i lekko ścisnęłam. Praktycznie od razu poczułam bijące od niego
ciepło. Dante spojrzał na mnie zaskoczony, jednak nie zabrał ręki.
Uśmiechnęłam się lekko. To wszystko było takie dziwne, robiłam w
ostatnim czasie tyle rzeczy, których całkowicie nie rozumiałam.
Oddawałam się po prostu instynktom, a zdrowy rozsądek odszedł gdzieś
daleko i nie chcę do tego wrócić. Spojrzałam znowu na Dantego. Zdecydowanie
wyprzystojniał, już nie przypomina aż tak szczeniaka, którego poznałam
dawno temu. Westchnęłam w myślach i odrzuciłam wszystkie myśli o tym, co
było i będzie. Po prostu czułam coś w stylu szczęścia z powodu, że idę
teraz koło Dante, że trzymam go za rękę, że go w ogóle znam.
W końcu doszliśmy do lasu, który zaczynał tereny naszej watahy. Puściłam
rękę Dantego i na niego spojrzałam. Chłopak odwzajemnił spojrzenie.
- To... Chodźmy może głębiej w las i się przemieńmy. - powiedziałam. Dan
skinął głową na zgodę. Tym razem ja ruszyłam przodem. Powoli mijałam
drzewa czekając, aż las zacznie się tak naprawdę. Kiedy uznałam, że
jestem w odpowiednim miejscu zamieniłam się w wilka i rozejrzałam za
Dante. Ten już od jakiegoś czasu przemieniony w wilka szedł w moją
stronę.
- Dalej się smucisz? - zadałam kolejne głupie pytanie. Nie dość, że idiotka to jeszcze żałosna...
- Co? Ja się wcale nie... - zaczął basior, po czym zamilkł, w oku
pojawiła mu się łza. Nie rozumiałam co się stało, ale cokolwiek to było
nie powinno w ogóle istnieć i męczyć Danny'ego. Podeszłam do niego i
przytuliłam na tyle ile pozwalało mi ciało wilka.
<Dante?>
Uwagi: Nie "te pytanie", tylko "to pytanie". "Niedawno" piszemy razem.
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
poniedziałek, 29 lutego 2016
niedziela, 28 lutego 2016
Od Sierry "Czasem mała rzecz może zmienić twoje życie"
Stojąc przed biurkiem, z satysfakcją zaklaskałam dłońmi przed twarzą
osobnika siedzącego przy nim. Był to - a jakże - pan podinspektor, mój
ukochany szefuńcio.
- SZEFUŃCIU! - zakomunikowałam głośno, z mądrą miną patrząc na podnoszącego głowę znad biurka policjanta. Jego łysina błysnęła w świetle z okien, ujawniając ją dość niedyskretnie.
- I kto tu zasypia w pracy? - mruknęłam. Obudzony tylko ziewnął w odpowiedzi i obrzucił nieprzychylnym spojrzeniem, które zdawało się mówić: "S****dzielaj". To wyrafinowane słownictwo zdecydowanie pasuje do niego, pomyślałam i oddaliłam się w podskokach do swojego biurka. Dziś, a jakżeby inaczej, praca papierkowa. Skoro praca papierkowa, to trzeba się pośmiać...
90-letnia staruszka dokonała z torebką pełną kamieni napadu na bank. Okładała swoim bagażem bogu ducha winnych strażników i otworzyła nim sejf. Całego napadu dokonała po to, żeby kupić Ferrari swojemu wnuczkowi - Czytając to, zastanawiałam się, czy śmiać się "czy co", ponieważ babcia wydawała mi się... dość nietypowym przestępcą.
Półtoraroczny chłopiec uciekł z domu w pieluszce i koszulce z Zygzakiem McQueenem. Kiedy wrócił do domu, okazało się, że napadł na pobliski 'Toys Rus' i zrobił wielką demolkę, jak to opisali pracownicy sklepu. Nikomu nic się nie stało - dziecko tylko pokaleczyło się troszkę klockami lego - Tym razem zaczęłam się śmiać. Ludzkie dzieci są takie rozkoszne. Niemal jak wilcze...
"STOP!"
Przyhamowałam się w myślach. Nie myśl o wilczych dzieciach! "Ale wiesz co chcesz, i z kim" - przypomina mi mój mózg co chwilę, aż się zagotowało we mnie byłam bliska okładania się pięściami po głowie. Nie myśl! Nie myśl o Kai'u!
Dzień w pracy płynął monotonnie. Udało mi się wypędzić z głowy wizję Kai'a, jakiś sukces. Mimo to różne zabawne wydarzenia przestały mnie śmieszyć, straciłam też satysfakcję z obudzenia mojego szefa. Trudno mi było powiedzieć, dlaczego weszłam w taki stan. Markotny i monotonny. Nie byłam w stanie skupić się na pracy.
Nie mogłam.
Wizja...
Wizja szczeniąt zmieniła mnie.
W stu procentach.
Uwagi: Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie... jako, że były to akurat notatki napisane przez jakąś tam osobę i należało je dosłownie zacytować, zostawiłam to w pierwotnej wersji.
- SZEFUŃCIU! - zakomunikowałam głośno, z mądrą miną patrząc na podnoszącego głowę znad biurka policjanta. Jego łysina błysnęła w świetle z okien, ujawniając ją dość niedyskretnie.
- I kto tu zasypia w pracy? - mruknęłam. Obudzony tylko ziewnął w odpowiedzi i obrzucił nieprzychylnym spojrzeniem, które zdawało się mówić: "S****dzielaj". To wyrafinowane słownictwo zdecydowanie pasuje do niego, pomyślałam i oddaliłam się w podskokach do swojego biurka. Dziś, a jakżeby inaczej, praca papierkowa. Skoro praca papierkowa, to trzeba się pośmiać...
90-letnia staruszka dokonała z torebką pełną kamieni napadu na bank. Okładała swoim bagażem bogu ducha winnych strażników i otworzyła nim sejf. Całego napadu dokonała po to, żeby kupić Ferrari swojemu wnuczkowi - Czytając to, zastanawiałam się, czy śmiać się "czy co", ponieważ babcia wydawała mi się... dość nietypowym przestępcą.
Półtoraroczny chłopiec uciekł z domu w pieluszce i koszulce z Zygzakiem McQueenem. Kiedy wrócił do domu, okazało się, że napadł na pobliski 'Toys Rus' i zrobił wielką demolkę, jak to opisali pracownicy sklepu. Nikomu nic się nie stało - dziecko tylko pokaleczyło się troszkę klockami lego - Tym razem zaczęłam się śmiać. Ludzkie dzieci są takie rozkoszne. Niemal jak wilcze...
"STOP!"
Przyhamowałam się w myślach. Nie myśl o wilczych dzieciach! "Ale wiesz co chcesz, i z kim" - przypomina mi mój mózg co chwilę, aż się zagotowało we mnie byłam bliska okładania się pięściami po głowie. Nie myśl! Nie myśl o Kai'u!
***
Dzień w pracy płynął monotonnie. Udało mi się wypędzić z głowy wizję Kai'a, jakiś sukces. Mimo to różne zabawne wydarzenia przestały mnie śmieszyć, straciłam też satysfakcję z obudzenia mojego szefa. Trudno mi było powiedzieć, dlaczego weszłam w taki stan. Markotny i monotonny. Nie byłam w stanie skupić się na pracy.
Nie mogłam.
Wizja...
Wizja szczeniąt zmieniła mnie.
W stu procentach.
Uwagi: Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie... jako, że były to akurat notatki napisane przez jakąś tam osobę i należało je dosłownie zacytować, zostawiłam to w pierwotnej wersji.
Od Kirke: "Dwa różne światy, lecz wspólny język" cz.3
- Głupia! Kretynka! Wariatka! Zwariowałaś Kirke myślałaś, że twój wróg jest dobry! Kirke pogięło cię! - krzyczałam
do siebie w myślach chodząc w kółko. Usiadłam i zaczęłam płakać. Miałam
nadzieję, że On jest inny... a mnie zdradził. Była umowa którą
złamał... jak mogłam...
- Nie słuchaj tych którzy mówią, że księżyc jest z sera... - jego
ostatnie słowa które obiły mi się o uszy. Księżyc nie jest z sera... On
tylko tak wygląda na pierwszy rzut oka... Jest z... Moje rozmyślanie
przerwało przybycie Kasume.
- Asai kazała mi ją przesłuchać na OSOBNOŚCI - wilki przytaknęły i odeszły.
- Zadowolony?! - warknęłam.
- Ciii! Nie tak głośno! - wyjął kluczę i mnie uwolnił - pokaże ci skrót żebyś mo...
- A skąd mam wiedzieć czy to nie pułapka jak tam w lesie? - warknęłam i wyszłam niechętnie.
-
Tylko ja mogę cię zabić, pamiętasz? Teraz nie gadaj, tylko chodź... zanim
się rozmyślę... - szybko i bezgłośnie pobiegliśmy w stronę głównej
sali. Jednym ruchem łapy mnie zatrzymał.
- Poczekaj tu... - Kasume ochlapał mnie jakąś mazią i szybko przebiegliśmy w stronę... biblioteki?
- Wiedziałam! - zatkał mi pysk łapą. Zaczęliśmy słyszeć jak idą w naszą stronę kroki.
- Schowaj się! - wepchnął mnie gdzieś i otworzyło się jakieś tajne przejście. Zaczęłam nasłuchiwać.
- Kasume? Ktoś tu jest?! - spytał jeden.
- Gdyby był, to bym to zgłosił, wariacie - warknął, patrząc na nich.
- Jesteś walnięty, Kasume... - warknęli obaj.
-
Chcesz się bić?! Chętnie spróbuje twojej krwi i zobaczę jak oczy ci
wylatują z orbit - drugi basior wydawał dźwięki jakby miał zaraz się
posikać ze śmiechu. Warknął niechętnie i odeszli. Przyszedł do mnie i
zamknął tajemne przejście.
- Nie mamy wiele czasu... w drogę - zaczęłam za nim iść w ciszy.
-
Czemu mi pomagasz? - spytałam miłym tonem głosu, a ten popatrzył na mnie
wzrokiem... Ale nie wzrokiem psychopaty lub kogoś godnego zemsty...
popatrzył na mnie wzrokiem przyjaciela.
- Bo jako jedyna nie chciałaś mnie zabić - westchnął - O tym nikomu ani słowa, jasne?
-
Oczywiście, mój władco - uśmiechnęłam się tak samo jak Kasume.
Chodziliśmy równym tempem. Łapy kładliśmy jakbyśmy tańczyli, a ogony
machały w idealnym rytmie dokładnie tak samo. Wnet zaczęła grać muzyka.
Jakby padał deszcz i grała spokojna muzyka.
- Ty to robisz? - spytałam.
- To przez deszcz. Jesteśmy
prawie na miejscu - zobaczyłam małe światełko w tunelu. Zaczęłam biec w
stronę wyjścia. Gdy dobiegłam poczułam jak deszcz obmywa moje futro.
Wzięłam głęboki oddech.
- Najszybciej jest do twojej watahy tamtędy - pokazał łapą i zaczęły bić dzwony.
-
Uwaga! Wadera uciekła powtarzam! Wadera uciekła! - Kasume na mnie
skoczył i udawał, że mnie atakuje, a ja delikatnie go odepchnęłam.
Zaczęliśmy odgrywać scenkę bitwy, a gdy mnie uderzył bardzo mocno ja
udałam, że go oszołamiam i uciekam w wskazaną przez niego stronę.
****
Biegłam
nadal nie oglądając za siebie. Deszcz zmienił się w burzę. Ja biegłam z
łzami. Przypomniałam sobie wszystko od nowa... od kiedy byłam
szczeniakiem... jak poznałam Kasume. Co dla mnie zrobił. Dobrze, że nic
mu nie będzie. Piorun uderzył o gałąź i o mało na mnie nie spadł.
Biegłam coraz szybciej. Deszcz nie pokazywał moich łez z wyrzutów
sumienia. Widziałam już watahę. Chciałam pobiec do jaskini i się w niej
zamknąć tak, aby nikt nie wszedł. Usłyszałam łamiącą się gałąź. Stanęłam
jak słup patrząc jak na mnie spada, gdy nagle cień przebił dużą gałąź
na pół. Popatrzyłam za siebie widząc Kasume, który łapą pokazał, że nikt
się nie skapnął i, że on jest bezpieczny jak i ja. Przytaknęłam na
znak, że rozumiem odbiegłam do watahy i poszłam do Van.
- Vanessa?
-
Kirke? - przytuliła mnie skrzydłami, nie było widać moich łez. I
dobrze. Nikt nie może wiedzieć co się wydarzyło w tamtych dniach...
< Podobało się? ^^>
Uwagi: Zapomniałaś o kilku przecinkach.
Uwagi: Zapomniałaś o kilku przecinkach.
poniedziałek, 22 lutego 2016
Od Sarah "Kiedyś nadejdzie starcia czas" cz. 6
Basior, który stał nade mną, uśmiechał się szyderczo. Jakim
cudem wpadłam w jego pułapkę, tego nie wiem sama. Wyglądał na młodszego
ode mnie, na pewno głupszego. Przy tym był mięczakiem z niewyparzoną
gębą.
- Młodą damę to w ogóle do wojska przyjęto? - zaśmiał się. - Troszkę szybko panna wpadła w moje łapy.
- Śmiej się, śmiej - burknęłam, przyciśnięta do ziemi. Miałam gdzieś, że równie dobrze mógłby w tej chwili zadać śmiertelny dla mnie cios. Wszystko miałam gdzieś, liczyło się to, że trzeba bronić watahy. Trzeba pokazać, na co mnie stać. Uderzyłam go tylną łapą w brzuch, przednią wymierzyłam mu coś na styl policzka. Przeturlałam się na bok i wstałam. Patrzyliśmy sobie w oczy, czekając, aż któryś zaatakuje. Wilk uśmiechnął się z politowaniem.
- No dalej. Kobietom się ustępuje. - powiedział.
- Kobieta żąda, byś to ty zrobił pierwszy ruch.
- Dobrze więc.
Zamachnął się łapą, z zamiarem "podcięcia" mi nóg. Uskoczyłam. Za drugim razem jednak się mu udało i przewróciłam się na trawę. W locie zafundowałam mu trzy, krótkie rany, w okolicach płuc. Podniosłam się i rzuciłam na niego. Wbiłam pazury głęboko w jego skórę, zęby również, w okolicach karku. Usiłując mnie zrzucić, zadał mi kilka głębokich ran na nodze i brzuchu. Powstrzymując krzyk, zacisnęłam szczęki jeszcze bardziej. Usłyszałam chrupnięcie. Sparaliżowany basior opadł bez sił na ziemię, wpatrując się we mnie bolesnym wzrokiem. Próbował coś powiedzieć, ale nie mógł. Westchnęłam i mocno ugryzłam go w szyję, zabijając go. Przecież nie będę patrzeć, jak wolno umiera, mam swój honor i godność.
Poziom adrenaliny spadł, a ja poczułam tak gwałtowny ból, że o mało nie ugięły się pode mną łapy. Położyłam się na trawie i by troszkę sobie ulżyć, zamroziłam sobie łapę i podbrzusze. Leżąc chwilę, myślałam. Czy dobrze zrobiłam? Może lepiej by było, bym została w jaskini? Przecież nie jestem wojowniczką, nie powinno mnie tu być. Gdybym trafiła na silniejszego wilka, albo choćby mądrzejszego, źle by ze mną było. Trudno, czasu nie cofnę, tak jak niektóre wilki. Wrzaski na polu walki momentalnie ucichły. Dźwignęłam się i poszłam w tamtą stronę. Skryłam się za krzakiem, i wyjrzałam zza niego. Wszystkie wilki zaprzestały walki, a raczej niektóre, te, które były w centrum wydarzenia, które przyciągnęło moją uwagę.
D w ó c h A l e k s a n d r ó w stało koło siebie, mierząc się wzrokiem. Jeden z nich, trzymał swoje pazury bardzo blisko Kiiyuko, tak, jakby zamierzał ją rozszarpać. Mówił coś bardzo cicho do tego drugiego, prawie niesłyszalnie. Nagle, ten wziął leżący koło nich miecz i odciął temu pierwszemu głowę. Przerażony swoim czynem upuścił broń i spojrzał na leżącą w kałuży krwi część ciała. Za chwilę otrząsnął się, zabrał głowę i poszedł w las. Osłupiałe wilki z Watahy Asai stały jak wryte.
- Odwrót! - wrzasnął ktoś i wataha się wycofała. Po prostu.
Wataha Magicznych Wilków natychmiast przystąpiła do rozmów i leczenia ran. Ranna Kiiyuko nie mogła się podnieść. Podbiegłam do niej i pomogłam jej wstać.
- Co ty tu najlepszego robisz? - spytała tonem zatroskanej (byłej już, co prawda) Alfy.
- Jak to co, pomagam ci wstać. - Tja, ja i moja ironia.
- Sarah, nie jesteś wojowniczką - mówiła. - Mogło ci się coś stać, i stało.
- Chwilowo sobie poradzę.
Kii, dotychczasowo stojąca niepewnie na czerech łapach, przewróciła się, znowu.
- Pójdę po Astrid - powiedziałam.
Podniosłam głowę. Moim oczom ukazał się niezbyt miły widok: pobojowisko całe w plamach krwi, leżące nieprzytomnie wilki, ranne bardziej lub mniej. Niektóre z nich krążyły między poszkodowanymi, bandażując im rany i nakładając okłady. Pośród nich zobaczyłam Astrid.
- Astrid! - zawołałam. - Chodź na chwilę.
- Zaczekaj - odkrzyknęła.
Ruszyłam w jej stronę. Klęczała nad mocno poranioną od ognia wilczycą.
- Poparzona - mówiła pod nosem. - Okłady mi się skończyły...
- Kiiyuko.
- Co Kiiyuko?
- Kiiyuko jest ranna.
- Gdzie jest?
Wskazałam miejsce, w którym leżała Kii.
- Co do okładów - zaczęłam - to mogę cię wyręczyć.
- Dobrze - powiedziała i pobiegła do byłej Alfy.
Nieprzytomna wadera ocknęła się.
- Wody... - wyszeptała.
- Już podaję. - powiedziałam żartobliwie, wykopałam dół i natychmiast przywołałam wodę. Napiła się, po czym bezwładnie położyła głowę na ziemi. Zrobiłam jej okład z lodu na wszystkich jej ranach, po czym usiadłam. Słońce niemiło piekło, co nie poprawiało stanu niektórych rannych. Skupiłam się, starając przyzwać noc. Nic się nie zadziało.
No cóż - pomyślałam - mam jeszcze wiele do nauki.
Uwagi: "Nade mną" piszemy osobno. Nie "puapkę", tylko "pułapkę". Nie ma takiego słowa jak "poddźwignęłam". Rozwijaj skróty (WMW = Wataha Magicznych Wilków). Literówki...
- Młodą damę to w ogóle do wojska przyjęto? - zaśmiał się. - Troszkę szybko panna wpadła w moje łapy.
- Śmiej się, śmiej - burknęłam, przyciśnięta do ziemi. Miałam gdzieś, że równie dobrze mógłby w tej chwili zadać śmiertelny dla mnie cios. Wszystko miałam gdzieś, liczyło się to, że trzeba bronić watahy. Trzeba pokazać, na co mnie stać. Uderzyłam go tylną łapą w brzuch, przednią wymierzyłam mu coś na styl policzka. Przeturlałam się na bok i wstałam. Patrzyliśmy sobie w oczy, czekając, aż któryś zaatakuje. Wilk uśmiechnął się z politowaniem.
- No dalej. Kobietom się ustępuje. - powiedział.
- Kobieta żąda, byś to ty zrobił pierwszy ruch.
- Dobrze więc.
Zamachnął się łapą, z zamiarem "podcięcia" mi nóg. Uskoczyłam. Za drugim razem jednak się mu udało i przewróciłam się na trawę. W locie zafundowałam mu trzy, krótkie rany, w okolicach płuc. Podniosłam się i rzuciłam na niego. Wbiłam pazury głęboko w jego skórę, zęby również, w okolicach karku. Usiłując mnie zrzucić, zadał mi kilka głębokich ran na nodze i brzuchu. Powstrzymując krzyk, zacisnęłam szczęki jeszcze bardziej. Usłyszałam chrupnięcie. Sparaliżowany basior opadł bez sił na ziemię, wpatrując się we mnie bolesnym wzrokiem. Próbował coś powiedzieć, ale nie mógł. Westchnęłam i mocno ugryzłam go w szyję, zabijając go. Przecież nie będę patrzeć, jak wolno umiera, mam swój honor i godność.
Poziom adrenaliny spadł, a ja poczułam tak gwałtowny ból, że o mało nie ugięły się pode mną łapy. Położyłam się na trawie i by troszkę sobie ulżyć, zamroziłam sobie łapę i podbrzusze. Leżąc chwilę, myślałam. Czy dobrze zrobiłam? Może lepiej by było, bym została w jaskini? Przecież nie jestem wojowniczką, nie powinno mnie tu być. Gdybym trafiła na silniejszego wilka, albo choćby mądrzejszego, źle by ze mną było. Trudno, czasu nie cofnę, tak jak niektóre wilki. Wrzaski na polu walki momentalnie ucichły. Dźwignęłam się i poszłam w tamtą stronę. Skryłam się za krzakiem, i wyjrzałam zza niego. Wszystkie wilki zaprzestały walki, a raczej niektóre, te, które były w centrum wydarzenia, które przyciągnęło moją uwagę.
D w ó c h A l e k s a n d r ó w stało koło siebie, mierząc się wzrokiem. Jeden z nich, trzymał swoje pazury bardzo blisko Kiiyuko, tak, jakby zamierzał ją rozszarpać. Mówił coś bardzo cicho do tego drugiego, prawie niesłyszalnie. Nagle, ten wziął leżący koło nich miecz i odciął temu pierwszemu głowę. Przerażony swoim czynem upuścił broń i spojrzał na leżącą w kałuży krwi część ciała. Za chwilę otrząsnął się, zabrał głowę i poszedł w las. Osłupiałe wilki z Watahy Asai stały jak wryte.
- Odwrót! - wrzasnął ktoś i wataha się wycofała. Po prostu.
Wataha Magicznych Wilków natychmiast przystąpiła do rozmów i leczenia ran. Ranna Kiiyuko nie mogła się podnieść. Podbiegłam do niej i pomogłam jej wstać.
- Co ty tu najlepszego robisz? - spytała tonem zatroskanej (byłej już, co prawda) Alfy.
- Jak to co, pomagam ci wstać. - Tja, ja i moja ironia.
- Sarah, nie jesteś wojowniczką - mówiła. - Mogło ci się coś stać, i stało.
- Chwilowo sobie poradzę.
Kii, dotychczasowo stojąca niepewnie na czerech łapach, przewróciła się, znowu.
- Pójdę po Astrid - powiedziałam.
Podniosłam głowę. Moim oczom ukazał się niezbyt miły widok: pobojowisko całe w plamach krwi, leżące nieprzytomnie wilki, ranne bardziej lub mniej. Niektóre z nich krążyły między poszkodowanymi, bandażując im rany i nakładając okłady. Pośród nich zobaczyłam Astrid.
- Astrid! - zawołałam. - Chodź na chwilę.
- Zaczekaj - odkrzyknęła.
Ruszyłam w jej stronę. Klęczała nad mocno poranioną od ognia wilczycą.
- Poparzona - mówiła pod nosem. - Okłady mi się skończyły...
- Kiiyuko.
- Co Kiiyuko?
- Kiiyuko jest ranna.
- Gdzie jest?
Wskazałam miejsce, w którym leżała Kii.
- Co do okładów - zaczęłam - to mogę cię wyręczyć.
- Dobrze - powiedziała i pobiegła do byłej Alfy.
Nieprzytomna wadera ocknęła się.
- Wody... - wyszeptała.
- Już podaję. - powiedziałam żartobliwie, wykopałam dół i natychmiast przywołałam wodę. Napiła się, po czym bezwładnie położyła głowę na ziemi. Zrobiłam jej okład z lodu na wszystkich jej ranach, po czym usiadłam. Słońce niemiło piekło, co nie poprawiało stanu niektórych rannych. Skupiłam się, starając przyzwać noc. Nic się nie zadziało.
No cóż - pomyślałam - mam jeszcze wiele do nauki.
Uwagi: "Nade mną" piszemy osobno. Nie "puapkę", tylko "pułapkę". Nie ma takiego słowa jak "poddźwignęłam". Rozwijaj skróty (WMW = Wataha Magicznych Wilków). Literówki...
Subskrybuj:
Posty (Atom)