Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 13 września 2015

Od Valki "Samotna wadera" cz.2 (cd. Mizuki)

Spacerowałam po Zielonym Lesie rozkoszując się samotnością, a raczej innych przedstawicieli mojego gatunku. Dookoła mnie latały małe ptaszki, ćwierkając radośnie na mój widok. Zaśmiałam się lekko. Dla typowego wilka każdy z nich byłby taki sam, lecz ja w nich rozpoznawałam przyjaciół. Każdy był jedyny w swoim rodzaju. Nagle usłyszałam szelest dobiegający z krzaków. Coś, a raczej ktoś tam był... odsunęłam się, podwinęłam ogon, a wtedy ujawniło się małe rude stworzonko. Moje całe przerażenie w jednej chwili zniknęło i wybuchnęłam śmiechem.
- O, Pan Orange! Napędził mi Pan niezłego stracha!
- Naprawdę nie miałem takiego zamiaru. Wybaczy mi panienka?
- Oczywiście.
- A więc to dla mnie zaszczyt. - Mówiąc to, ukłonił się.
- Jeśli mogę zapytać, to jak panu mija dzień? Mamy naprawdę piękną pogodę.
- Rzeczywiście, wyjątkowo dziś ładnie. Mogę również przyznać, że dzień sam w sobie jest wspaniały - odpowiedział lis. Już miałam mu odpowiedzieć, gdy nagle zesztywniał, a później szybko cofnął się do krzaków. Musiał się najwyraźniej czegoś wystraszyć.
- Hej, jak się nazywasz?
Bojaźliwie odwróciłam się i ujrzałam... wilka. Szedł, a raczej szła w moim kierunku. Podkuliłam ponownie ogon i zaczęłam się cofać. Uszy położyłam płasko i... stałam się niewidzialna. Stałam dalej w miejscu, sparaliżowana ze strachu. Nie wiedziałam, co zrobić.
- Ej, zaczekaj! - wykrzyknęłam wadera. Gdy odpowiedziała jej cisza, zaczęła węszyć. Wstrzymałam oddech i zaczęłam się cofać jeszcze dalej, cudem unikając zetknięcia się z samicą. W pewnym momencie wyprostowała się, rozejrzała i odeszła. Wypuściłam powietrze z płuc. Byłam roztrzęsiona i nadal przerażona po zbyt bliskim kontakcie z obcym. Usiadłam na trawie i liczyłam w duchu do dziesięciu. Gdy skończyłam wzięłam największy wdech i wydech. Już byłam trochę spokojniejsza. Wstałam. Gdzie mogłabym pójść? Na pewno gdzieś, gdzie byłabym sama. Mogłabym iść do Magicznego Ogrodu, ale wtedy musiałabym przejść przez Żółty Las. Po chwili namysłu doszłam do wniosku, że to wcale nie jest aż taki głupi pomysł. Wstałam i ruszyłam w drogę.
Oczywiście na każdym kroku towarzyszył mi jeden z moich leśnych przyjaciół, starając się mnie rozweselić. To było z ich strony bardzo miłe i w końcu się udało. Uśmiechnęłam się i szłam dalej, przemierzając Żółty Las. W pewnym momencie, pośród jednolitej, jasnej barwy ujrzałam barwny akcent. Mały owad tańcował w powietrzu, ukazując piękno swych skrzydeł. Zafascynowana obserwowałam każdy jego ruch, zastygając w bezruchu. W pewnym momencie wylądował na... nosie wadery, którą już wcześniej spotkałam. Dzieliło nas jedynie kilkanaście metrów. Ponownie moje wszystkie mięśnie się napięły, lecz nadal obserwowałam jej poczynania. Kichnęła, a motyl speszony odleciał. Wtedy mnie zauważyła. To dało mi znak do ucieczki. Nie wahając się już ani chwili dłużej, rzuciłam się do szaleńczego biegu przez trasę usianą przeszkodami. Ja jednak bez namysłu je omijałam lub przeskakiwałam.
- Zaczekaj! Gdzie biegniesz?! - krzyczała za mną wadera, a jej głos odbijał się echem między drzewami. Ja jednak zdawałam się tego nie słyszeć. Nawet nie wiem kiedy urobiłam sobie aż taką kondycję. A może to właśnie strach, a nie nic innego napędzało mnie do ucieczki? Wybiegłam z Żółtego Lasu, później Magicznego Ogrodu, ominęłam Wodospad i ledwo łapiąc powietrze galopowałam przez równinę porośniętą wysoką trawą i innymi, pojedynczymi kwiatami. Łodyżki chłostały mnie po łapach, ale gnałam dalej. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek odczuwałam równie silne przerażenie. Przeskoczyłam płot mający może trzydzieści centymetrów i zatrzymałam się, próbując złapać oddech. Usiadłam i zgarbiona sapałam.
- Kochana, co się stało? - usłyszałam tajemniczy głos. Serce podeszło mi do gardła. Powoli podniosłam głowę. Byłam otoczona przez zwierzęta, które widziałam po raz pierwszy w życiu. Miały długie, umięśnione nogi zakończone kopytami i piękne umaszczenia. Ich głowy były podłużne, zaakcentowane szlachetnymi rysami.
- G-gdzie j-ja j-jestem? K-kim j-jesteście? - wyjąkałam, cofając się od nich na tyle, ile mogłam. Jedno z dziwnych istot parsknęło śmiechem. Dosłownie.
- My? Jesteśmy koniami. A ty, cóż za dziwne stworzenie?
- M-magiczny wilk... - wyjąkałam, próbując się pozbierać. Konie popatrzyły na mnie w osłupieniu.
- Ty? Magiczny wilk? - zapytał kary.
- Dużo o was słyszeliśmy, ale nie sądziliśmy, że kiedyś jakiegoś zobaczymy na własne oczy. - przemówiła kasztanowa klacz. Uśmiechnęłam się nieśmiało, po czym powoli wstałam.
- Jak ci na imię? - zapytał łaciaty.
- Jestem... - zaczęłam, lecz nie skończyłam, bo przeszkodził mi przerażający wrzask:
- WILK!!!
Moje serce ponownie zaczęło walić jak młotem. Podkuliłam ogon i zaczęłam się cofać. Którędy mogłabym uciec? Tam z całą pewnością był człowiek i zobaczył mnie wśród tłumnie zbierających się koni. Zacznie wyróżniałam się kolorem i wzrostem. Pewnie pomyślał, że chciałam zaatakować jednego z jego koni. Parzystokopytne patrzyły również na mnie w osłupieniu, jakby dopiero teraz do nich dotarło, że jestem wilkiem, drapieżcą. Kary stanął dęba, o mało mnie nie rozdeptując. Uniknęłam uderzenia w ostatniej chwili. Następną rzeczą, jaką usłyszałam był straszny huk. Odwróciłam się i próbowałam zerwać do ucieczki, ale wtedy do mych uszu dobiegł kolejny donośny dźwięk. Poczułam siarczysty ból przeszywający mój prawy bok, trochę jak w spowolnionym tempie. Mój wzrok również trochę jakby osłabł, a świat stał się breją kolorowych barw i niewyraźnych dźwięków. Nie czułam nic. Wszystko zalało się czerwienią, a później czernią.

***
Otworzyłam oczy, jednocześnie biorąc głęboki oddech. Ból w prawym boku dał się we znaki. Nade mną stała wadera, którą już wcześniej spotkałam. Poznałam po zapachu. Mówiła coś, ale nie mogłam rozpoznać słów. Zaczęłam się wić, próbując się poderwać do ponownej ucieczki, ale nie było to takie proste. Leżałam w lesie, na trawie.
- ...ana... Roz...iesz?! Nie mo... yć! - usłyszałam. Nadal do mnie nie docierały jej słowa, więc przytrzymała mnie łapami do ziemi. Była silniejsza ode mnie, więc już pod chwili zrezygnowana przestałam się miotać. Ból stawał się coraz silniejszy, więc próby oddychania nie były zadaniem prostym. Co się wtedy stało? - ta myśl nie dawała mi spokoju. Nie odważyłam się jednak go zadać waderze, jednak ona jako pierwsza wyjaśniła mi zaistniałą sytuację. Dopiero wtedy zaczęłam rozumieć, co do mnie mówi.
- Zostałaś postrzelona przez człowieka. Masz przebite prawe płuco. Uratowałam cię. Nie możesz się tak kręcić, bo zrobisz sobie większą krzywdę. Muszę wezwać pomoc. Jak na razie udało mi się zamrozić krew, dlatego jeszcze żyjesz... - mówiła mi ze spokojem, ale ja straciłam przytomność słysząc, że moja krew jest częściowo zamrożona.


<Mizuki? Brak pomysłu.>

Uwagi: Znalazłem tylko kilka literówek, nic poza tym. :)

sobota, 12 września 2015

Od Takashi "Mój początek?" cz.1 (cd. Suzanna)

Bieg dawał mi to ukojenie w bólu, który rozdzierał mój lewy bok, promieniował w przedniej, prawej łapie. Potykałam się przez krzaki. Umazana własną krwią, goniły mnie oddziały wadery zwanej Asai. Cienie przemieszczały się, co jakiś czas ujawniając się oraz coraz bardziej raniąc pazurami i zębami. Zacisnęłam jedynie zęby. Musiałam im jakoś uciec! Ale nie miałam pojęcia, jak... Nie miałam dość siły, aby zadziałać swoją mocą.
Ale, czego oni ode mnie chcą? Co ja zrobiłam!? Wilki! Zlitujcie się!
Nagle postanowiłam zmienić taktykę. Chcą mnie? Będą mieli, oj, będą. Siniaki. Skumulowałam w sobie resztę mocy, dosłownie rezerwy. Wypuściłam falę mocy, która ogłuszyła połowę wrogów. Przynajmniej coś.
Ku mojemu zdziwieniu, nie gonili mnie dalej. Mokra od deszczu, poraniona i wyziębiona, starałam się trzeźwo myśleć. Przede mną rozciągały się tereny pewnej watahy. Wywnioskowałam to po tym, że było tam od groma wilków. Nie wiem, ile jeszcze tak biegłam, wszystko powoli zaczęło się rozmywać. Łapa coraz bardziej łapała, przez co więcej kuśtykałam niż biegłam.
Udało mi się dotrzeć do jakiegoś wodospadu. Tam też wilków było na pęczki.
A co było potem? Nie pamiętam. Upadłam i straciłam kontakt z otoczeniem.
***
- Ała... - wydałam z siebie.
Leżałam na czymś twardym, to na pewno. Otworzyłam ślepka i zauważyłam pochylające się nade mną wilki. Wszystko przez dobrą chwilę nieźle się mazało, potem się wyostrzyło.
- Moja bania... - podniosłam się do pozycji siedzącej i syknęłam. No tak, rozwalona łapa. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. - Wszystko ładnie, pięknie, ale gdzie ja jestem?
- W Watasze Magicznych Wilków. - odpowiedziała biało-niebieska wadera, przyglądająca się moim dosyć... zabawnym poczynaniom.
- Ok... - chwilę zajęło mi przetrawienie informacji.
Nie miałam dokąd wracać. To było pewne. Ciekawiło mnie, czy mogę tu zostać. Już chciałam pytać się o Alfę, kiedy do jaskini weszła pewnym krokiem wilczyca o ni to kremowym, ni to jasnobrązowym umaszczeniu.
- Widzę, że już się obudziłaś. Napędziłaś nam niezłego stracha - uśmiechnęła się lekko. - Jak się nazywasz?
- Jestem Takashi. - odpowiedziałam bez ceregieli.
- A ja to Alfa, Suzanna. - przedstawiła się wadera.
- Alfo. - zaczęłam. - Czy jest możliwość dołączenia do twojej watahy?
Suzanna zastanawiała się dłuższą chwilę. Wpatrywałam się w nią jak zwierciadło, próbując cokolwiek wyczytać z jej pyska cokolwiek.

<Alfo?> 

Uwagi: "biało-niebieska" należy zapisać przy użyciu myślnika, poza tym wykryłem jeszcze tylko skromne uwagi odnośnie samej treści... "Ludzie! Zlitujcie się!"? Skąd tu ludzie? Nie lepiej wilki? Wiem, że to będzie nieco dziwnie brzmieć, ale bardziej przypasuje się do faktu, że to nie człowiek jest narratorem, a wilk, dodatkowo psowate nie mają twarzy, no chyba, że o czymś mi nie wiadomo. Kilka zdań wyglądało na niedokończone. W opowiadaniach lepiej nie używać języka potocznego, ale z tekstu wynika, że Twój wilk właśnie nim się charakteryzuje, więc w takich przypadkach można to uznać. ;)

Od Lithium „W poszukiwaniu szczęścia” cz.3 (Cd. Kiiyuko)

Drugie op. na wrześniowy Tematyczny Weekend!

Słyszałam o tym, że Kiiyuko ponoć straciła pamięć, ale szczerze mówiąc, nie dawałam wiary plotkom. Aż do teraz. To było… dziwne. Idąc w towarzystwie Dantego, który co jakiś czas wypytywał mnie o różne takie rzeczy, np. „Ale jak to możliwe, że Kii straciła pamięć!?”. Nosz do jasnej ciasnej, nie wiem! Z drugiej strony miałam Astrid, z którą co jak co, ale rozmowa się kleiła. Sensowna, ogarnięta i tak dalej.
Ni z gruszki, ni z pietruszki zjawiła się Kii, pytając nas o pomoc przy imprezie. W tym momencie moje oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
- Witaj, Kiiyuko… - przywitałam się co najmniej zszokowana. – Jasne, mogę pomóc z muzyką, gram na gitarze elektrycznej…
- To świetnie! – zachwyciła się, po czym spojrzała na mnie z pytaniem. – A tak na marginesie, to skąd znasz moje imię?
- Byłaś kiedyś Alfą tej watahy, zanim przekazałaś władzę… - tu się zawiesiłam, gdyż miałam przeczucie, że jak na tę chwilę to za dużo informacji. – Czyli nie pamiętasz nikogo, ani nic… - dodałam po cichu.
- Więc wypadałoby zacząć od nowa? – zapytała z uśmiechem, chyba mnie usłyszała. – Jak się nazywasz?
- Jestem Lithium Vane. Mów mi Lith albo Li Vane. – uśmiechnęłam się blado, postanowiłam przy okazji „przedstawić” jej Dantego i Astrid. - To jest Dante, a to…
- A to Astrid. Zdążyłyśmy się zapoznać! – uśmiechnęła się od ucha do ucha, a potem lekko spoważniała. – Czyli jest ostrzej, niż myślałam.
- Nie przejmuj się, Kiiyuko. Niedługo przyjdę z gitarą i wzmacniaczem, ok? – powiedziałam.
- Dobra! A więc dzięki, Lith!
I tyle jej widziałam. Po chwili Dante i Astrid stwierdzili, że idą pomóc Kii z przygotowaniami. A ja postanowiłam pójść po gitarę i wzmacniacz, które trzymałam na zapleczu biblioteki. Może po drodze zastanowię się, jakie działania powinnam podjąć. Nie miałam ochoty na lot. Spokojny spacer był najlepszym rozwiązaniem. Pozwalał mi poskładać myśli.
W ludzkiej formie wtaszczyłam wzmacniacz na plażę. Z gitarą miałam lepiej, bo mogłam ją sobie nałożyć jak kołczan dzięki pasowi nabytemu przy jej zakupie. Patrzyłam na Kii, Astrid, Dantego i inne wilki krzątające się przy obszarze, na którym miała się odbyć dyskoteka. Były już balony, serpentynki, i porozkładane stoliki. No, nieźle się uwinęli! Tylko zasadnicze pytanie: Gdzie okablowanie? A może mamy tu jakiegoś wilka panującego nad elektrycznością czy tam prądem? Ale nie wiem, czy niechcąco nie spali mi wzmacniacza. Kurde, no!
Rozejrzałam się po Plaży Wschodniej. Kii bawiła się świetnie. Lekko spuściłam głowę, po czym westchnęłam. Ale co mogło spowodować taki stan rzeczy? Przecież ona jest, a raczej była rozważna, no i nie umoczyłaby łapy w Jeziorze Zapomnienia! A może?
Vane, weź się puknij w baniaka! Kii nie jest głupia, wiedziała, czym to może się skończyć!
Kiedy tak stałam, ktoś zdążył rzucić trochę okablowania. Z lekkim uśmiechem, choć dalej z umysłem przesłoniętym wszystkimi tymi myślami, podpięłam wzmacniacz i na próbę przetestowałam akordy. Nie grałam od miesiąca, miała prawo się rozstroić. Pierwsze dwa były ok. Reszta… niekoniecznie.
- Czy ma ktoś urządzenie do strojenia gitary? – zapytałam. W moją stronę odwróciło się kilka wilków...

<Kiiyuko? Wiem, marnie wyszło, wybacz> 

Uwagi: Kilka literówek, a tak poza tym wydaje się być w porządku. :)

Od Igły "Pierwszy znajomy" cz. 1 (cd. Toboe)

- Własnej córki nie akceptować? Bezczelność! Już dłużej nie wytrzymałam z tymi wrednotami! Przynajmniej teraz mam szansę znaleźć normalne wilki i watahę. - mruczałam pod nosem.
Kilka dni temu opuściłam rodzinną jaskinię w poszukiwaniu innych wilków. Byłam z siebie dumna. W końcu nie każdy wilk ma odwagę uciec! Cóż... Od takiej rodziny każdy chyba chciałby uciec... Wolnym truchtem sunęłam przed siebie. Rytmicznie poruszałam ogonem, a moje białe kły lśniły w słońcu. Po kilku minutach zatrzymałam się, żeby odpocząć.
- Witam. - usłyszałam nagle głos.
Dochodził zza drzewa. Zaciekawiona wstałam i podeszłam do miejsca, z którego dochodził dźwięk.
- Ktoś ty? - spytałam.
Byłam pewna siebie i gotowa do ataku.
- Ty z WMW? - zapytał głos.
Zdziwiona zamachałam ogonem.
- WM.. Co? - wykrzyknęłam oszołomiona.
- Wataha Magicznych Wilków. - westchnął.
Ucieszyłam się. Prawdę mówiąc, to od początku szukałam jakiejś watahy.
- Wyjdź i opowiedz mi o niej. - poprosiłam grzecznie.

<Toboe?> 

Uwagi: Troszeczkę krótko... Może następnym razem postaraj się o coś dłuższego? Zazwyczaj wychodzą lepiej, niż te kilkunastolinijkowe i są ciekawsze. ;)