Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 11 marca 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 8

Sierpień 2022 r.
Podrapałem się po głowie. Co miałem jej odpowiedzieć? Naprawdę chciała jeszcze spędzić czas w Mieście? W dodatku ze mną? Cały czas byłem święcie przekonany, że za mną nie przepada. Ba, sądziłem że mnie nie cierpi.
- Powinniśmy... A czy musimy... - zacząłem, ale ona z szerokim uśmiechem wymalowanym na twarzy postanowiła mi przerwać w pół zdania:
- Czyli nie musimy. Zostajemy.
- Mamy swoje obowiązki w stadzie...
- Zasady są po to by je łamać - Znowu mi przerwała - Poradzą sobie. Raz na jakiś czas trochę luzu się nam przyda, czyż nie? Takie małe wakacje.
Jej propozycja brzmiała bardzo zachęcająco. Ja też bym sobie trochę odpoczął, szczególnie od tej uciążliwej pogody. Patrzyła na mnie wyczekująco, a ja nadal jakoś nie czułem się przekonany. Możemy ponieść za to niezbyt przyjemne konsekwencje... Yuki dostrzegając wahanie na mojej twarzy wywróciła oczami i skierowała się do kuchni.
- Daj spokój. Coś takiego jeszcze chyba nikomu nie zaszkodziło. To tylko kilka dni. Posiedzimy tutaj i wrócimy.
Potarłem brodę, która zdążyła ostatnimi czasy zarosnąć bardziej niż zazwyczaj, a po chwili z cichym westchnięciem podążyłem w ślad za nią.
- Co chciałabyś zjeść? - zapytałem - Z góry mówię, że nie jestem żadnym wybitnym kucharzem.
- A co proponujesz? - zadała pytanie, siadając na krześle w miejscu gdzie akurat na stole stał już zaschnięty garnek. Postanowiłem zajrzeć do lodówki i wtedy o czymś sobie przypomniałem: większość jedzenia, które tam zostawiłem była już niezjadliwa. Ostatni raz zawitałem w tym mieszkaniu dobre kilka miesięcy temu... Nawet jeśli coś się nie przeterminowało, nadal istniało dość spore prawdopodobieństwo, że okrutny zapach gnijącego jedzenia przeszedł również na nie i nie czułbym się dobrze starając się to spożyć. Nadal się krzywiąc zamknąłem drzwiczki lodówki.
- Co jest? - zapytała Yuki.
- Nic. Muszę iść na zakupy. Nie mam nic jadalnego. Przeterminowało się... - wytłumaczyłem niechętnie. Znowu zerknąłem przez okno. Lało jak z cebra. Powoli zbliżyłem się do stołu, zabrałem naczynia z zaschniętym jedzeniem i włożyłem do zlewu. Zalałem to wodą, żeby trochę się namoczyło... Może wtedy domywanie tego nie będzie aż takim koszmarem.
- Mam do ciebie prośbę. Ja pójdę na zakupy, a ty wyrzucisz całą zawartość lodówki do śmietnika - mówiąc to, wskazałem jej kosz - Następnie wyniesiesz do takiego dużego kontenera za budynkiem. Kolor zgniłozielony. Musisz to tam wrzucić. Zamrażalnik możesz zostawić jak jest, bo tam raczej jeszcze cokolwiek jest zdatnego do jedzenia...
Spojrzałem na nią. Kiwała w zadumie głową w taki sposób, że stojące, skołtunione włosy stały jak jakiś pióropusz i kiwały się razem z jej głową. Miała tak zsunięty t-shirt, że odkrywał jej całe ramię, a spodenki były kompletnie pogniecione. Zdecydowanie nie wyglądała jak modelki rzekomo tuż po w wstaniu, które promują zdrowy styl życia. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy ziewnęła.
- Tylko najpierw się ubierz. Wybierz sobie coś z mojej garderoby, co tylko ci wpadnie w oko. Raczej wiesz gdzie mam szafę z ubraniami.
Skinęła głową.
- Skoro masz tutaj zostać na dłużej to później możemy się przejść po jakichś lumpeksach w poszukiwaniu bardziej babskich ubrań dla ciebie... I przede wszystkim bielizny. Niestety, ale nie posiadam żadnego stanika.
- Stanika? - zapytała, marszcząc brwi.
- No... wiesz. Takie coś, co podtrzymuje piersi - Mówiąc to, chwyciłem się dłoniami w miejscu, gdzie powinien się znajdować biustonosz - Jest wygodniej i nie podskakują. Tak przynajmniej tłumaczyły mi to koleżanki.
- Rozumiem - Znowu pokiwała głową - Trzęsą się jak galareta.
Próbowałem się nie śmiać, ale średnio mi to wyszło.
- Ciekawe porównanie.
- Taka prawda - Wzruszyła ramionami - Sporo bym dała za ten... stanik.
- To sobie znajdziesz jakiś niedrogi i kupimy nieużywany. Właściwie to zostało mi niewiele pieniędzy... - skrzywiłem się. Dopiero wtedy sobie to uświadomiłem. Nie wiedziałem, czy w ogóle starczy mi na rachunek... Niby mógłbym poprosić wujostwo o pomoc, ale... Może sprzedam to mieszkanie i na stałe przeprowadzę się do watahy...? Mógłbym tylko od czasu do czasu do kogoś wpadać, żeby przypomnieć sobie jak to jest być człowiekiem...
- A nie możesz pożyczyć od jakiejś swojej... koleżanki? - zapytała, podkreślając mocniej ostatnie słowo. Zupełnie jakby była zazdrosna.
- Raczej nie da rady - mruknąłem - Wydaje mi się, że żadna się na to nie zgodzi. Nie wspominając już o tym, że poniekąd zerwaliśmy kontakt...
- Dlaczego?
- Zniknąłem, nie odzywałem się dość długo... Część wyjechała, a część została, lecz nie utrzymujemy żadnego większego kontaktu. Jedynie od czasu do czasu dzwonię do tych kumpli, o których już ci wspominałem wcześniej... - objaśniłem. Yuki cicho odetchnęła, jakby z ulgą. Uniosłem brwi.
- Cieszysz się?
- Co? Nie. Niby z czego? - powiedziała szybko, siadając noga na nogę i krzyżując ramiona na piersi. Widziałem, że jej policzki robią się czerwone. Uśmiechnąłem się złośliwie.
- Nie masz obiektu zazdrości, bo sam wykluczyłem całą konkurencję.
- Nie dorabiaj sobie już jakiejś durnej ideologii - Prychnęła, robiąc się jeszcze bardziej czerwona na twarzy.
- Czyżby? - zapytałem, zbliżając się do niej.
- Taka prawda. Ubzdurałeś sobie coś i... - nie dokończyła, bo zacząłem ją łaskotać, a ona krzyknęła, a później zaczęła się głośno śmiać. O mały włos nie spadła z krzesła, lecz ją przytrzymałem i kontynuowałem tę torturę. Próbowała mnie odpychać, ale na niewiele się jej to zdało. Właściwie nie robiła tego z taką siłą, z jaką mogła. Wiedziałem już mniej więcej na co ją stać...
- Przestań! - krzyczała, nadal się śmiejąc i usiłując obronić.
- Nie ma mowy! To za groźby wyrywania serca! - odparłem, dalej napastując łaskotkami jej brzuch.
- Dobrze, przepraszam!
Dopiero wtedy przestałem. Potrzebowała chwilki na uspokojenie się. Oddychała nieco ciężej. Nadal opierałem się rękami o krawędź siedzenia krzesła, które zajmowała, i obserwowałem dziewczynę z satysfakcją. Udało mi się odegrać i w dodatku przeprosiła! Ten dzień nie może być już chyba piękniejszy. Zaczynałem powoli wierzyć w to, że Yuki wcale nie była taka jak mi się do tej pory zdarzało i mamy szansę na jakąś przyjaźń, czy coś w ten deseń...
Wtedy podniosła na mnie wzrok. Dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów. Niemal stykaliśmy się nosami, a ja wciąż uśmiechałem się złośliwie. Zaczynałem się zastanawiać, czy zaraz mnie spoliczkuje.
- Jesteś idiotą, wiesz? - zapytała groźnie, a nim zdołałem odpowiedzieć... pocałowała mnie. Wytrzeszczyłem oczy. To zdecydowanie była ostatnia rzecz, której się w tamtym momencie spodziewałem. Nie było to jednak nic nieprzyjemnego. Wręcz przeciwnie... Delikatnie objąłem dłonią jej policzek, a kiedy skończyła nadal z niedowierzaniem patrzyłem w jej oczy. Naprawdę to zrobiła.
- Nie patrz tak na mnie. Miałeś iść na zakupy - mruknęła z charakterystycznym dla siebie niezadowoleniem. Uśmiechnąłem się czarująco i odsunąłem od niej.
- Zatem... kochanie, idę się ubrać, a później wychodzę. Ty zajmij się tą lodówką.
- Pewnie... - odpowiedziała, wywracając oczami. Spojrzałem na nią jeszcze przez tę ostatnią chwilkę, myśląc o tym, że teraz wydawała mi się jeszcze piękniejsza niż wcześniej.
Wyszedłem z kuchni.

<C.D.N.>

niedziela, 10 marca 2019

Od Asgrima "Spotkań nadszedł czas" cz. 6

Początek czerwca 2022
To niesamowite ile może się wydarzyć w tak krótkim czasie. Kiedy wyruszałem w podróż w raz z moją partnerką, spodziewałem się, że dowiem się wielu... Szokujących rzeczy. Nic jednak nie mogło mnie przygotować na pojawienie się Edel i jej wyznania. Bardzo dokładnie pamiętałem, jak wyglądały nasze relacje, gdy byłem szczęśliwym członkiem Zakonu i dziwnie było wiedzieć, że wilczyca widziała je całkiem inaczej. Owszem, byłem przystojny, charyzmatyczny i wspaniały, ale zawsze mi się wydawało, że przyjaciółka jest raczej zainteresowana Ióanem, a nie mną.
Na domiar złego nie mogłem na nią patrzeć bez roznoszącego się gdzieś w sercu bólu. Choć wilczyca utrzymywała, że nic jej nie jest, wiedziałem, że kłamie. Wystarczyło jedno spojrzenie na jej drżące od wysiłku łapy, zmęczone oczy i ślady wymiotów, które za sobą zostawiała, by zauważyć, że nic nie było w porządku. Obawiałem się, że ta podróż ją wykończy równie skutecznie co okrutne rytuały.
Pomimo tego wszystkiego Edel zdawała się znacznie radośniejsza. Z każdym powolnym krokiem wracała moja dawna przyjaciółka, choć nie mogłem powstrzymać wrażenia, że trzymała nas - czy raczej mnie - na dystans. Rozmawiała, śmiała się i marudziła, gdy próbowaliśmy jej w czymś pomóc, jednocześnie nie czując się do końca komfortowo. Próbowałem wyobrazić sobie, jak zachowywałbym się na jej miejscu, ale moja zwykle bardzo bogata wyobraźnia, w tym temacie całkiem nie dawała sobie rady.
Ogółem odniosłem wrażenie, że z naszej małej grupki najlepiej odnajdywała się Tori. Jej okres milczenia i zdenerwowania minął od rozmowy z Vestar i choć nadal nie była tak gadatliwa, jak zwykle, to... Wróciła. Spotkanie z matką oraz dawną przyjaciółką zdawało się pomóc jej uporządkować myśli. Szkoda, że kosztem mojego spokoju ducha.
Zauważyłem także, że z każdym dniem moje towarzyszki dogadywały się coraz lepiej. Nierzadko można było spotkać je pogrążone w rozmowie i czasem byłem aż lekko zazdrosny. Było to głupie chociażby z tego powodu, że obie były samicami, jednak przywykłem do tego, że Tori nie miała zbyt wielu przyjaciół. Brzmi to strasznie egoistycznie, ale... Uczucia często nie mają sensu, prawda?
Właściwie jedynym, co nie zmieniało się niezależnie od mijanego czasu była pogoda. Każdego dnia towarzyszyły nam ciemne chmury i silny wiatr. Od miesięcy nie widziałem gwiazd, księżyca i słońca i chyba zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Nie oznacza to oczywiście tego, że nie brakowało mi ich świetlistej obecności, a jedynie, że ich nagłe pojawienie się zdziwiłoby mnie bardziej od kolejnego dnia z niebem pokrytym czarnymi chmurami.
Im bliżej znajdowaliśmy się terenów Watahy Magicznych Wilków, tym pogoda ulegała coraz większemu pogorszeniu. Miałem wrażenie, że nasza sfora znajdowała się w centrum tych wszystkich wydarzeń. Ta myśl z kolei wywoływała nieprzyjemny ucisk w żołądku i jeszcze większy niepokój. Nawet tak odważny wilk jak ja nie mógł powstrzymać zajmującego powoli umysł strachu przed nieznanym.
Zastanawiało mnie, czy któregoś dnia zbierająca się od miesięcy burza, nie uderzy z całą siłą w ziemię, doprowadzając ją do ruiny. Czy odporną na magię katastrofę zdołałby ktoś przeżyć? Nie, nie powinienem o tym myśleć. Z pewnością, któregoś dnia chmury znikną, a nasze życie wróci do normy lub przynajmniej czegoś przypominającego normalność.
Zerknąłem na błękitnego motyla, którego skrzydła zdawały się wydawać o wiele słabsze światło. Był identyczny co ten, który na samym początku wiosny wyleciał z mojej Lampki. Jedyną różnicą było to, że słuchał wyłącznie Tori ze względu na to, że to ona "powołała go do życia". Nikt inny nie mógł zarządzić przerwy czy też jej koniec.
Właściwie wskazujące nam drogę stworzenie nie było nam potrzebne - już wczorajszego wieczoru dotarliśmy na tereny, w które zapuszczali się niektórzy strażnicy czy też patrol. Od początku naszej podróży nie spotkaliśmy nikogo. Cały czas byliśmy tylko my - ja, Tor, Edel i zaczarowany motyl.
Wiedziałem, że taki stan rzeczy nie mógł trwać zbyt długo. Zbliżaliśmy się w pobliże jaskiń zajmowanych przez wilki z Watahy Czarnego Kruka i w każdej chwili mogliśmy trafić na patrol.
Jak na zawołanie z oddali zauważyłem odcinającą się od nieba sylwetkę wilczycy. Białe futro mocno kontrastowała z niemal czarnymi chmurami. Natomiast kolorowe plamki wystające spomiędzy jej długiej sierści musiały być piórami charakteryzującymi moją dawną koleżankę. Spojrzenie wadery znalazło się na naszej grupce, przez co ta szybko zapikowała w dół. Zaledwie chwilę później stała przed nami i przyglądała się spod roztarganej grzywki.
- Cześć, Lind - wypaliłem, uśmiechając się szeroko.
Samica przyjrzała mi się spod zmarszczonych brwi, jednak po chwili odwzajemniła uśmiech.
- Hej - przywitała się. Następnie, gdy jej wzrok spoczął na sylwetce Edel, spytała: - Kim jesteś?
- Widzisz, z tej naszej cudownej podróży przywieźliśmy nawet jeńców. Ona chyba akurat nazywa się Edel... - wtrąciłem, nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć. Starałem się, żeby mój głos brzmiał jak najbardziej poważnie i przekonująco, ale uśmiech drgający mi na pysku oraz zgodne szturchnięcia od moich towarzyszek drogi chyba mnie zdradziły.
- Ach tak? Rozumiem, że prowadzicie ją do Alf...?
Skinąłem głową nadal z - prawie - idealną powagą.
- To zostawiam ją pod waszą opieką. Tak w ogóle jestem Lind - powiedziała jeszcze do byłej kapłanki.
- Edel - odpowiedziała, posyłając mi szybkie i dość wymowne spojrzenie.
Ledwo powstrzymałem się przed wystawieniem języka na znak, jak bardzo mnie nie przeraziła.
Lind uśmiechnęła się jeszcze i nie czekając dłużej wzbiła się powietrze. Zwróciłem uwagę na to, że pomimo nieustającej wichury, szło jej całkiem nieźle. Co prawda czasem chwiała się na wietrze, lecz nie było to nic, z czym by sobie nie radziła.
Ciekawe jakie to uczucie tak szybować wśród chmur, czuć na sobie ich dotyk. Być w powietrzu... - pomyślałem.
- To była jedna z członkiń waszej watahy, prawda? - spytała Edel.
Tor krótko przytaknęła.
- Pachniała jak wy - stwierdziła młodsza z samic. Następnie zmierzyła mnie spojrzeniem, na co zmarszczyłem brwi. - Mam na myśli ten zapach watahy, nie twój osobisty smród.
Prychnąłem urażony, jednak nie odwróciłem wzroku. Starałem się wyglądać pewnie, gdy tak unosiłem jedną brew i przyglądałem się wilczycy. Po dłuższej chwili ta odwróciła wzrok zawstydzona. Sukces.

Gdy weszliśmy do Jaskini Alf, Edel wyprzedziła nas i gdy tylko zobaczyła sylwetki naszych Alf, ukłoniła się. Podobnie jak wtedy, gdy ją zobaczyliśmy u Vestar, tak i teraz się zachwiała. Z pewnością nie była to wina braku gracji czy braku umiejętności ładnego oddawania szacunku - takich rzeczy uczyli nas jeszcze przed przystąpieniem do pełnoprawnej nauki. Sądziłem, że wilczyca zwyczajnie nie ufała swoim łapom, co zabierało jej ukłonowi całą grację.
Po wymienieniu uprzejmości, Edel mniej-więcej streściła swoją historię oraz naszą podróż. Wyjaśniła, że zna już większość zasad panujących w watasze (Suzanna posłała nam w tym momencie mało przyjazne spojrzenie, jednak ja i Tor staraliśmy się wyglądać jak najbardziej niewinnie) i uprzejmie prosi o możliwość zamieszkania tutaj.
Gdy Alfa się zgodziła, postanowiłem, że to odpowiedni moment, by się wtrącić.
- Suzanno, Edel pominęła jedną ważną kwestię. - powiedziałem, co wywołało zarówno mordercze spojrzenie niebieskich oczu, jak i lekko zaintrygowane czarnych. - Edel jest chora i z tego właśnie powodu ja i Tori chcieliśmy prosić o możliwość ulokowania jej w starej jaskini Valkoinena. Mieszkał niedaleko naszej groty, a to umożliwiłoby nam zajęcie się Edel.
- Nie potrzebuję pomocy - mruknęła wilczyca, ale nie byłem pewny, czy ktokolwiek to usłyszał oprócz mnie. Jakby nie było siedziałem najbliżej.
- Oczywiście, kiedy będziemy pomagać naszej przyjaciółce, nie zaniedbamy naszych stałych obowiązków. Nie próbujemy się wymigać z ich wykonywania - dodała moja partnerka, za co byłem jej niezmiernie wdzięczny.
- Nie ma problemu. Możecie ją tam odprowadzić - powiedziała Suzanna.
Skinęliśmy łbami i wyszliśmy razem z jaskini.
- Nie chcę waszej litości - stwierdziła, w którymś momencie E.
Wymieniłem spojrzenia z Tori i skinąłem jej łbem, by to ona odpowiedziała. Miała lepszą łapę do załatwiania takich spraw, między innymi dlatego, że nie musiała się skupiać, by wyczuć nastrój innych. Odbierała wszystko czystym przypadkiem, bez jakiegokolwiek namysłu...
- Edel, to nie jest litość. Chcemy ci pomóc, chociażby ze względu na to, że kiedyś byliśmy przyjaciółmi.
- Właśnie, kiedyś - mruknęła nadal zirytowana.
Gdy tylko dotarł do niej sens jej słów, Edel szybko podniosła na nas zmartwione i chyba trochę spanikowane spojrzenie. Zmusiłem się do uśmiechu, próbując tym samym nie pokazać, że to odrobinkę mnie zabolało.
- Możemy znowu być - stwierdziła Tori.
Wadera nie odpowiedziała od razu. Między nami zaległa cisza, o ile można było tak powiedzieć, gdy wokół świszczał wiatr, a gałęzie trzeszczały, niemal dotykając ziemi.
Po dłuższej chwili, Edel odezwała się. Jej głos był niepewny i zawstydzony. Pamiętałem, jak bardzo nienawidziła dziękować, przepraszać czy prosić.
- Tak... Ja... Dziękuję.
Krzywy uśmiech został zastąpiony całkowicie szczerym.
- Nie ma za co.

sobota, 9 marca 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 7

Sierpień 2022 r.
Wciąż dość zaspany zamrugałem powiekami i już miałem się obrócić na plecy, aby sprawdzić godzinę, kiedy zorientowałem się, że coś jest nie tak. Yuki wciąż słodko spała, na co wskazywał jej spokojny, miarowy oddech... Z tym, że czułem czyjeś dłonie na swoim brzuchu. W dodatku nie na koszulce od piżamy, lecz pod nią. Z całą pewnością nie były to moje dłonie. Pozostawał tylko jeden, w dodatku wciąż śpiący, winowajca. Poczułem, jak robię się czerwony. Zrobiła to przypadkiem przez sen czy może zasnąłem wcześniej niż ona i zrobiła już wieczorem to z pełną premedytacją? Nie, nieprawdopodobne. Yuki by tak nie zrobiła. To na pewno przypadek... Choć może...?
Żal było mi ją budzić, aby zapytać. Żal było mi zabierać jej ręce, bo możliwe, że miała dość płytki sen. Żal mi było się w ogóle ruszyć. Nieco zdesperowany po prostu leżałem, wpatrując się w jej jasną twarz. Miałem nadzieję, że niebawem się wybudzi, a ja będę mógł na spokojnie zadać kilka pytań. Póki co jednak pozostawałem w potrzasku, nie mając możliwości wstania. Nie wiedziałem też która jest godzina. Przeniosłem wzrok na niezasłonięte okno. Mogłem tylko zgadywać. Słońce już dawno wzeszło, ale nie było dość jasno, żeby ocenić porę na południe. Mógłbym rzecz, że mieliśmy godzinę między ósmą a dziewiątą... Westchnąłem cicho i znowu spojrzałem na twarz Yuki. Nadal wyglądała jak jakaś nastolatka, która dopiero co wkracza w dorosłe życie, a nie jak wadera, która gdyby nie jej cudowny naszyjnik mogłaby być zwykłą staruszką. Sam już nie wiedziałem, jak powinienem o niej myśleć... Czy jako o osobie wciąż młodej, czy może starej, choć już sam nie byłem pierwszej młodości. Przynajmniej z perspektywy innych wilków z watahy...
***
Nawet nie wiem kiedy przysnąłem. Nie wiem też co mnie obudziło. Tak czy owak tuż po otworzeniu oczu zauważyłem, że Yuki się we mnie wpatruje. Może też ocknęła się dosłownie chwilę temu? Trudno określić. Nie wyglądała na zaspaną... Odchrząknąłem.
- Hm, dzień dobry.
- Dzień dobry - odpowiedziała, nie spuszczając ze mnie wzroku. Wciąż czułem jej dłonie na swoim brzuchu. Musiała sobie doskonale zdawać sprawę z tego, co zrobiła. Nie wiedziałem jak zacząć, więc po prostu się w nią wpatrywałem z coraz mocniejszym rumieńcem.
- Co się gapisz? - zapytała.
- Co twoje ręce robią na moim brzuchu? - wypaliłem.
- Nie powinno się odpowiadać pytaniem na pytanie - odparła chłodno i stanowczo za razem.
- Gapię się, bo ty się gapisz i naruszasz jednocześnie moją przestrzeń osobistą, a ja nie wiem jak to skomentować. Teraz ty odpowiedz - rzekłem z uporem. Musiała mieć jakiś powód dla którego nie zabrała stamtąd dłoni.
- Grzeję ręce - oznajmiła swobodnym tonem. Zmarszczyłem lekko brwi z drobnym niezrozumieniem.
- I... musiałaś akurat tam...?
- Masz ciepły brzuch.
Zmrużyłem dodatkowo oczy. Wymówka na szybko, czy mówiła prawdę? Wyglądała na bardzo poważną.
- Chcę wyrwać twoje serce, by złożyć je w ofierze demonom z watahy - dodała z taką samą powagą. Wytrzeszczyłem oczy i znowu się zestresowałem. Tym razem to nie był ani trochę przyjemny stres. To planowała od początku? Chwyciłem za jej nadgarstki i spróbowałem pociągnąć w dół, ale niewiele to dało. Uparcie trzymała je pod moją koszulką.
- Ty mała cholero... - przekląłem, nieustannie próbując. Na jej twarzy pojawił się szeroki, nieco kpiący uśmieszek, a ja nadal się szarpałem. Przeturlałem się, a później ona, byleby tylko uzyskać większą dominację i nie dać mi za wygraną. Była silniejsza niż podejrzewałem. Mimo że jestem mężczyzną, który na pozór powinien być silniejszy, to czułem, że nie mam z nią najmniejszych szans. W pewnym momencie nie wytrzymała i zaczęła się szaleńczo śmiać. To jeszcze bardziej zmroziło mi krew w żyłach. Czułem, że mimo mojej walki jej dłonie posuwają się coraz wyżej i wyżej, a jej dość długie pazury drapią moją skórę. Co prawda nie mocno, ale dostatecznie bardzo mnie to przerażało. Co jeśli to była zaledwie mała próbka jej siły i potrafiłaby mi rozerwać klatkę piersiową bez pomocy żadnego narzędzia? Dość agresywnie próbowałem ją zrzucić, ale na niewiele się to zdało. Kiedy spróbowałem sam sturlać się na ziemię, by upadła na podłogę i się ode mnie odczepiła, a ja bym miał choć chwilę na ucieczkę, krzyknęła:
- Spokojnie, żartowałam! - Mówiąc to, zabrała ręce i uniosła je, jakby chcąc udowodnić swoją niewinność. Dopiero wtedy przestałem się szarpać. Cały czas się śmiała. Teraz już nie brzmiało to jak śmiech szaleńca. Poczułem się jak idiota, ale nadal pozostawał we mnie jakiś niepokój. Wciąż byłem gotów do dalszego odpychania jej. Siedziała na mnie, mógłbym spróbować ją zrzucić i... A może jednak faktycznie to był jeden wielki żart? Nie mając pojęcia czy wykorzystać swoją szansę chwili jej nieuwagi, czy może odpuścić. Nadal nieruchomo leżałem z uniesionymi rękoma, gotów do ponownego chwycenia jej nadgarstków i prób ubezwładnienia.
- Tak się miotałeś, że aż zrzuciłeś kołdrę - Śmiała się dalej. Zmrużyłem oczy. Dopiero teraz to brzmiało szczerze i bardziej przekonująco. Zdecydowanie zachowałem się jak idiota. Uwierzyłem w jej gierki.
- A jaką miałeś minę! - wykrzyknęła nadal z serdecznym rozbawieniem. Wywróciłem oczami.
- Po tobie można się wszystkiego spodziewać. Słyszałem, że pełnisz funkcję mordercy i w dodatku Alfa za tobą nie przepada. Musiałaś coś przeskrobać, więc lepiej mieć się na baczności w twoim towarzystwie. O różnych plotkach krążących po watasze nie wspominając... Tak jeszcze przypomnę, że przy pierwszym spotkaniu próbowałaś mnie zabić.
- Zapomnij o tym - Machnęła ręką, zsunęła się ze mnie i zlazła na podłogę. Wciąż podążałem za nią wzrokiem.
- Jestem głodna.
- Jak wilk? - zaironizowałem.
- Jak wilk - odparła, ale wciąż nie ruszyła się z miejsca.
- Czy ty sugerujesz mi w ten sposób, że mam wstać i przygotować dla ciebie śniadanie?
- To twój dom, ja jestem gościem... No i nie wiem co jedzą ludzie, ani jak to przygotować. Podobno jakoś przetwarzacie żywność, bo wasze żołądki nie trawią surowego mięsa - Wzruszyła ramionami. Westchnąłem. Miała rację. Nie przywykłem, że odwiedzający mnie goście nie byli zdolni do samodzielnego wymyślenia czegoś w ramach przekąski. Yuki w kuchni mogła się zrobić niebezpieczna.
- Już idę... - mruknąłem i niechętnie zgramoliłem się z łóżka. Oddaliła się na kilka kroków, stale mnie obserwując. Zignorowałem to i zbliżyłem się do okna, by sprawdzić aktualną pogodę. Słońce już zaszło za chmury, znowu lało i wiało. Skrzywiłem się. Mieliśmy dzisiaj wrócić do watahy. Nie zapowiadało się to zbyt przyjemnie. Najchętniej jeszcze trochę bym tu został, spisał porządnie wszystkie moje dotychczasowe pomysły na utwory, poobijał się i poudawał, że nie istnieję dla reszty świata... Choć pewnie by szukali mnie w watasze, a raczej nie tyle mnie, co bardziej Yuki. Ona nie miała zwyczaju spontanicznego znikania. Nie mogłem jej puścić samej w drogę powrotną. Jakby coś się stało, to chyba bym sobie nie wybaczył. Powinniśmy wrócić już po śniadaniu...
Spojrzałem na nią w zadumie.
- Wiesz, jak zjemy powinniśmy zawracać.
Nie wyglądała na zachwyconą, co mnie nieco zaskoczyło. W końcu chyba uwielbiała przebywać w lesie, w stadzie... Zawsze wydawało mi się, że ludzkie życie było dla niej nienaturalne i niezrozumiałe.
- Musimy? - zapytała.

<C.D.N.>

piątek, 8 marca 2019

Od Edel "Spotkań nadszedł czas" cz. 5 (c.d. Asgrim)

Kwiecień 2022
Gdy zauważyłam, że koniec opowieści zbliża wielkimi krokami, poczułam, jak wypełnia mnie strach. Irracjonalny lęk przed przyznaniem się do słabości. Wiedziałam, że ta dwójka nigdy nie zrobiłaby mi nic złego, między innymi ze względu na to, co nas łączyło kiedyś, jednak... Nie przyznałam się do tego jeszcze przed nikim, ale w końcu miałabym to powiedzieć? Nikogo nie obchodziło, że mogę umrzeć. Każdego dnia kilka wilków wydawało ostatnie tchnienie, udawało się do Eydis - jak kazali nam wierzyć. Ja nie wierzyłam. Pomimo tego, że zostałam wychowana w tej wierze, codziennie się modliłam i przekazywałam innym moją wiedzę, wątpiłam w istnienie naszej bogini. Albo raczej wątpiłam w to, że to, co robi Zakon ku jej czci jest w porządku. Jeśli Eydis się to podobało, to wolałam nie siedzieć w tym wszystkim. Odejść. Jednak nigdy się na to zdecydowałam, a teraz...
Nagła myśl uderzyła mnie tak mocno, że aż fizycznie się zachwiałam. Wzbudziło to zainteresowanie Tori i Asa, którzy momentalnie zerwali się z miejsca gotowi, by mnie powstrzymać. Nie potrzebowałam ich pomocy, a przynajmniej nie w tym.
- Kiedy wracacie?
- Już masz nas dość? E, dopiero się spotkaliśmy... - odezwał się As. 
Posłałam mu zirytowane spojrzenie, próbując zakomunikować, że nie mam ochoty na żarty. Wilk musiał zrozumieć, bo głupawy uśmiech na jego pysku zamarł, a oczy spoważniały. Musiałam przyznać, że wyglądał tak o wiele lepiej.
- Myślę, że następnej nocy. Niedługo będzie świtać i tereny zapełnią się kapłanami. Noc jest najbezpieczniejszą opcją oraz najbardziej dogodną. Będziemy mogli odpocząć - wyjaśnił basior.
Skinęłam powoli łbem i zadałam to jedno pytanie. Zrobiłam to najszybciej jak umiałam, próbując nie myśleć, że to dopiero początek mojego upokorzenia.
- Możecie mnie zabrać ze sobą?
Dwie pary brwi uniosły się w zdziwieniu.
- Chcesz odejść z Zakonu? - upewnił się As.
- Tak.
- Nie to, że nie popieram twojej decyzji, ale... - Tori zamilkła na moment, prawdopodobnie szukając odpowiednich słów. - Nie wyglądasz, jakbyś była gotowa przejść taką drogę. Nie lepiej byłoby, gdybyś została tutaj i najpierw... Nie wiem, wyzdrowiała?
- Rzecz w tym, że nie wyzdrowieję - mruknęłam o wiele głośniej, niż zamierzałam.
- Jak to nie wyzdrowiejesz? Edel, co ci jest? - W głosie samca było słychać szczere zmartwienie.
Westchnęłam głośno, próbując ukryć zawstydzenie. Sama nie wiedziałam, czemu właściwie to robiłam, skoro Tori i tak z łatwością wyczuwała każdą najmniejszą zmianę w moim nastroju.
- Jestem chora...
Słowa wirowały w moim umyśle. Próbowałam złapać kilka z nich, jednak każde wydawało się nieodpowiednie. Jak powinnam oznajmić dawnym przyjaciołom, że niedługo umrę i w chwili śmierci chciałabym być z dala od miejsca, w którym się wychowałam? Czy odpowiednie słowa w ogóle istniały?
- To już wiemy.
- As! - upomniała go wilczyca.
Jej partner w odpowiedzi wzruszył odpowiedzi, nie odrywając ode mnie wzroku. Było to dość krępujące.
Przełknęłam głośno ślinę. Kiedy zaczęłam, mój głos zdawał się jednocześnie cichy i przerażająco głośny. Pobrzmiewał w nim żal, który czułam od momentu, gdy usłyszałam tę cichą rozmowę.
- Śmiertelnie. W najlepszym razie mogę nie dożyć następnej wiosny, w najgorszym i jednocześnie najbardziej prawdopodobnym umrę przy porodzie.
As zmarszczył brwi.
- Jesteś w ciąży?
- Jeszcze nie, ale niedługo... Najwyżsi chcą, żebym wydała jeszcze jeden, ostatni miot.
Odpowiedziała mi głośna wiązanka przekleństw skierowana do tych "gnid, kapłanów" prosto od Asa oraz cichy uścisk Tori, z którego czym prędzej się wyplątałam.
- Idziesz z nami. Nie zostawię cię tutaj. Mogę nieść cię na własnym grzbiecie, ale z pewnością nie pozwolę, byś tu umarła - zakomunikował As. Jego głos był zdecydowany i śmiertelnie poważny.
- Zgadzam się z Asem. Nie możesz tutaj zostać, choć obawiam się, że podróż będzie zbyt męcząca... - przyznała Tori.
- Mówię, że ją zaniosę.
Tori uniosła wymownie brew i zmierzyła Asa spojrzeniem.
- Ty?
- Tak. Nie musisz być zazdrosna, Młoda.
- Nie jestem zazdrosna - zaprzeczyła, mrużąc przy tym groźnie oczy.
- Jasne - roześmiał się i potargał jej futro na głowie, co wilczyca skomentowała wymownym prychnięciem. Widziałam, jak próbuje zgrywać zagniewaną, lecz nie wychodziło jej to zbyt dobrze. Tor była marną aktorką.
Odchrząknęłam, próbując zwrócić na siebie uwagę. Obawiałam się, że zajęta sobą para już całkiem o mnie zapomniała. Ta myśl zabolała i sprawiła, że poczułam się jak intruz. Może nie powinnam pytać? Będę tylko ciężarem...
- Nie wiem, co myślisz, ale masz natychmiast przestać - upomniała mnie ruda.
W odpowiedzi jedynie mruknęłam coś pod nosem, uśmiechając się delikatnie.
- Odnośnie całej tej ucieczki mamy wielki problem - powiedziałam.
Uszy wilków podniosły się w zaciekawieniu. Skierowali na mnie spojrzenia, czekając, aż wyjaśnię, do czego zmierzam.
- Vestar - uściśliłam. - Was lubi i nie powinna powiedzieć Nevrze o waszej obecności, ale moje zniknięcie... To nie ujdzie mi płazem.
- Nie, na pewno nie miałaby nic przeciwko. Nie znasz jej - zaoponował Asgrim.
- A ty nie wiesz, jak wygląda życie tutaj odkąd musimy nazywać ją Mistrzynią. Od tego czasu... Jest gorzej.
Basior wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, jednak nie zdecydował się na to. Zamiast tego westchnął i spuścił wzrok na własne łapy.
Spojrzałam na Tori, która wyglądała, jakby mocno się nad czymś zastanawiała. Marszczyła brwi i nos, aż w końcu wstała i podeszła do wyjścia z jaskini. Wiatr momentalnie uderzył w jej ciało i zaczął rozwiewać długą sierść. Wilczyca zdawała się z tego nic nie robić.
- Zostało jeszcze trochę czasu do świtu. Jeśli się pospieszymy, możemy wydostać się stąd zanim rozpoczną się poranne rytuały - powiedziała, odwróciwszy się w naszą stronę.
Postawiłam uszy i uśmiechnęłam się słabo.
- Dacie sobie radę? - spytałam, mierząc spojrzeniem towarzyszy. - Nie wyglądacie najlepiej...
- I kto to mówi - prychnęła Tori - Potrzebujesz czegoś z własnej jaskini?
Wzruszyłam ramionami i pokręciłam głową. Skoro miałam szansę uwolnić się od Zakonu, to nie zamierzałam zabierać ze sobą jakichkolwiek pamiątek.
Torance uśmiechnęła się i podniosła na łapie zawieszkę błyszczącego na niebiesko naszyjnika w kształcie motyla. Skierowała go prosto pod własny pysk i wyszeptała coś, czego nie zrozumiałam. Chwilę później z naszyjnika wyleciał piękny motyl, którego zdawało się otaczać błękitne światło. Spojrzałam na naszyjnik Torance, jednak okazało się, że ten przestał świecić. Wydawało mi się też, że w ogóle nie było na nim zawieszki.
Potrząsnęłam łbem i niepewnie podniosłam się na łapach, które zaczęły mnie boleć od długiego siedzenia. W głębi duszy obawiałam się też, że zmęczenie, które odczuwał każdy z nas, może boleśnie pokrzyżować nam wszystkie plany.
Nie powiedziałam jednak o tych myślach Asowi i Tor, którzy wyszli z jaskini za motylem, jednocześnie dogryzając sobie tak, jak to mieli w zwyczaju już jako szczeniaki. Całkiem zabawne, że tylko ta jedna rzecz zdawała się nie zmienić... Podejrzewałam, że te wzajemne zaczepki będą im towarzyszyć przez całe, pewnie długie życie.
Ciekawe, czy pewnego dnia zobaczę zgraję wesołych szczeniaków wokół sylwetki tej dwójki. Z pewnością byliby ciekawymi rodzicami. A ja? Czy byłabym dobrą "ciocią Edel"? Wolałam myśleć, że tak. Skoro nie dane mi było być pełnoprawną matką, a nie jedynie rodzicielką, to chciałabym być chociaż wspaniałą ciotką. Z wielką przyjemnością zostałabym opiekunką takich rozbrykanych szczeniaków. Chociaż moja wymiotująca obecność chyba nie była tym, co powinny widzieć maluchy. Bałyby się mnie...
Westchnęłam i postanowiłam skupić się na drodze. Rozglądałam się w poszukiwaniu wilków gotowych pójść na poranne rytuały lub szukających jakichś kwiatków, do których mogliby się pomodlić. Jednak pomimo tego, że powoli zbliżał się świt, nadal było ciemno. Nie dostrzegłam nikogo i mogłam mieć jedynie nadzieję, że ewentualny wilk również nie dostrzegł nas.

<Asgrim?>