Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Od Lind "Obowiązki strażnika terenów" cz. 1

Marzec 2022
Dookoła mnie panowała ciemność. Taki był urok wszystkich ostatnich nocy. Warstwy fioletowych chmur już od miesiąca nie znikają z nieba. Bardzo rzadko odsłaniają Słońce, a co dopiero oczekiwać widoku księżyca czy gwiazdy po zmroku. Kłęby dziwnie zabarwionej pary wodnej może nie byłyby wielkim problemem, gdyby nie przywiodły tu ze sobą stale nasilających się wichrów, których nawet wspólnymi siłami nie zdołaliśmy uspokoić.

Szłam powoli wzdłuż brzegu Wschodniej Plaży. Tony piachu uciekały mi spod łap i starały się dotrzeć do mojego pyska niczym rój wściekłych much. Nie próbowałam powstrzymać całej burzy piaskowej, ale użyłam mocy, żeby utworzyć barierę z powietrza dookoła swoich oczu, uszu i nosa. Z każdym kolejnym smagnięciem gwałtownego wiatru odnosiłam wrażenie, iż zaraz i ja zostanę porwana w górę, tak jak okruchy skalne. 
Lecieć z taką samą lekkością, będąc jednocześnie pozbawionym wyboru, dokąd trafisz. W ten sposób można przebyć ogromne odległości, ale równie dobrze można spaść od razu na ziemię i zniknąć pośród miliardów podobnych sobie...
Potrząsnęłam głową. Nie czas na rozmyślanie o losie ziarnka piasku podczas burzy. Muszę skupić się na swoim zadaniu. Mam przebyć wyznaczoną trasę i pilnować, czy nikt nieproszony nie zakrada się na nasze terytorium. Przy takiej pogodzie, marne szanse, że cokolwiek zobaczę, ale przecież zostały mi jeszcze inne zmysły.
Nagle poczułam pod poduszkami łap zimne, twarde podłoże. Zatrzymałam się zdziwiona. Już dotarłam do podnóża Gór? Mogłabym przysiąc, że Wschodnia Plaża była znacznie dłuższa. Przecież pokonuję jej długość codziennie przy okazji nocnej warty. Ruszyłam dalej przed siebie, gotowa w każdej chwili napotkać pionową ścianę skalną. Jednakże czas mijał, a grunt ani myślał się podnieść. Chwilami zdawało mi się nawet, że schodzę coraz niżej.
"Czyżbym przez tę fatalną widoczność pomyliła kierunki?", pomyślałam zdezorientowana.
Postanowiłam wzbić się w powietrze, ponad chmurę piasku z plaży i zorientować w terenie. Przywołałam skrzydła, po czym od razu wystartowałam. Powinnam była się jednak spodziewać, że szalejący wiatr nie odpuści okazji i zacznie targać mną na wszystkie strony. Tak więc, wykonałam kilka niezamierzonych pełnych obrotów i innych niekontrolowanych akrobacji. Oczywiste, iż mój błędnik natychmiast zwariował od tego wszystkiego. Zupełnie straciłam orientację, gdzie jest góra, a gdzie dół. Dopiero po czasie zdołałam odzyskać kontrolę nad kierunkiem lotu i z pewną trudnością, wyleciałam z burzy piaskowej, z całych sił ignorując mdłości. 
Wyżej wiatr nie był wiele słabszy, jednak stąd mogłam przynajmniej zlokalizować ostre szczyty gór. Jak się okazuje, wcale nie zboczyłam z trasy mojego codziennego patrolu. Zmierzałam cały czas w dobrym kierunku. Odetchnęłam z ulgą i ostrożnie wróciłam na ziemię. Szkoda, że nie mogłam pozostać w powietrzu. Suzanna wyraziła się jasno; przez większą część obchodu tej granicy terenów, mam trzymać się ziemi. Pomiędzy Górami a Plażą Wschodnią jest zbyt wiele miejsc do ukrycia się. Zwłaszcza teraz, kiedy nie można już tu polegać na zmyśle wzroku. Pokręciłam pyskiem, wspominając słowa Alfy. 
"W taką pogodę nikt o zdrowych zmysłach nie próbowałaby przedrzeć się przez plażę" - mruknęłam sama do siebie w myślach.
Dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego już teraz czułam pod łapami skały, a grunt się obniżał. Połowa piasku plaży została rozegnana na cztery strony świata przez ten dziwny, nieokiełznany wicher. Jak mogłam nie wpaść na to od razu? 
W końcu dotarłam do ścieżki prowadzącej na łańcuch górski. Zaczęłam wspinać się coraz wyżej. Po krótkim marszu tą trasą wyrwałam się z męczącej chmury wirującego piachu. Stopniowe odzyskiwanie orientacji w terenie było niezwykłym uczuciem. Po prostu odzyskiwałam wzrok. Dodatkowo, kamienna ściana zablokowała dużą część wiatru, więc stawianie kolejnych kroków przychodziło znacznie lżej. Prawdziwa ulga. Wkrótce dotarłam do odcinka szlaku, gdzie skały doszczętnie już przesiąkły specyficznym zapachem członków Watahy Czarnego Kruka. Znalazłam się blisko przydzielonych im jaskiń. Podobno wiele osobników tego stada przyzwyczaiło się do nocnego trybu życia. Jednakże moje dzisiejsze obserwacje przeczyły tym pogłoskom. Wokół ich nor panowała absolutna pustka. Wycie wiatru przerywały tylko pojedyncze pomruki śpiących wilków. Zazdroszczę im, że nie mają problemów z zaśnięciem w takich warunkach. 
Wspinałam się dalej. Przywołałam znów skrzydła, tym razem żeby wlecieć na nieco oddaloną półkę skalną. Wiatr zaszumiał głośniej. Zastrzygłam uszami i zbliżyłam nos do ziemi. W dalszym ciągu nic szczególnego nie zwróciło mojej uwagi. Jedynie coraz wyraźniej słyszałam i czułam uderzenia zimnego wichru. Do tego dziwnego typu, dręczącego nasze terytorium nie pałałam miłością, więc niechętnie zbliżałam się do szczytów wyznaczających granicę. Ani na chwilę nie rozganiałam utworzonych z żywiołu skrzydeł. Może znów zarzuci mną jak suchym liściem, ale przynajmniej nie skręcę karku, jeśli potknę się i spadnę. Chociaż... Kilka lat temu spadłam z większej wysokości i jakoś żyję... ale nie chcę tego powtarzać. 
Stanęłam na szczycie. Ledwo, ale zdołałam utrzymać równowagę, pomagając sobie nieco skrzydłami. Nagle kątem oka zauważyłam jakieś światło. Obróciłam głowę w tamtą stronę. Odgarnęłam włosy i dostrzegłam promienie słoneczne wyłaniające się spomiędzy szarofioletowych chmur. 
- Wschód. Nareszcie. - szepnęłam. Moja warta lada chwila się kończy. Muszę już tylko dotrzeć do końca tego łańcucha górskiego i przez resztę dnia jestem wolna. Łatwizna. 
Ruszyłam znów przed siebie, wbijając w miarę możliwości pazury w podłoże. Interesujące, ile czasu można stracić przez - delikatnie mówiąc - kiepskie warunki pogodowe. Zwykle docierałam do tego miejsca na długo przed wschodem Słońca. Niezależnie od pory roku. 
*** 
"Tarcie cząsteczek wody i lodu... napięcie elektryczne...wyładowanie... piorun..." 
Brzmi to dosyć abstrakcyjnie. Elektryczność powstająca z wody i lodu. Co lepsze, teoretycznie ja mogę przyczynić się do wytworzenia "wyładowania elektrycznego" używając mocy powietrza. Oczywiście, jeśli wierzyć tej książce i wyjaśnieniom Joela. Naprawdę cieszę się, że mamy w watasze kilka wilkołaków obeznanych w podstawach różnych dziedzin ludzkiej nauki. 
Zamknęłam leżący przede mną tom i odpłynęłam w świat własnych myśli. Powinnam wreszcie spróbować wytworzyć "napięcie elektryczne". "Należy wprawić cząsteczki w ruch, zwiększyć tarcie"... Jeśli się uda, to zupełnie jakbym opanowała dwa żywioły, albo nawet trzy, mając we krwi zaledwie jeden. Coś niezwykłego...
Wtem przypomniałam sobie o czymś jeszcze. Zaczęłam znów kartkować wypożyczony z Biblioteki egzemplarz. Szukałam fragmentów o tarciu w odniesieniu do temperatury materiału. Po upływie niecałej minuty znalazłam właściwy akapit. Zaczęłam znów czytać i skupiłam całą uwagę na interesującej treści. Ktokolwiek dopisał na okładce tego wydania podtytuł "Poznaj swój żywioł" naprawdę wiedział co robi. 
Nagle do jaskini wdarł się wyjący wiatr z zewnątrz i przewrócił połowę stron książki. Moim oczom ukazała się karta tytułowa. Westchnęłam. Że też nie mam czym zasłonić tego wielkiego wejścia do jaskini. Wstałam i wyjrzałam na zewnątrz. Nic się nie zmieniło; nadal jest szaro i pusto, a dookoła fruwają uschłe elementy roślin i tumany kurzu. Ile to jeszcze będzie trwało? Czym w ogóle jest ten dziwny wiatr i jeszcze dziwniejsze chmury unoszące się nad naszym terytorium? Czy jedno zjawisko ma bezpośredni związek z drugim?
Kiedy tak zadawałam sobie pytania bez odpowiedzi, w mojej głowie pojawił się nowy pomysł. Skierowałam wzrok w kąt jaskini, gdzie siedział mój towarzysz. Trzymał na kolanach Wichurę Płomieni i ostrożnie polerował jej brzegi.
- Powiedz mi Ting... - zaczęłam rozmowę.
- Co mam ci powiedzieć, Pierzasta? - odmieniec podniósł nieznacznie głowę i spojrzał na mnie. Jednocześnie przerwał wykonywaną dotychczas czynność. 
- Myślisz, że dałoby się użyć mocy Wichury... - skinęłam na wspomniany artefakt - ... żeby poradzić coś na tę nienaturalną zawieruchę? 
- Myślę, że to byłoby możliwe, gdyby ktoś najpierw zapanował nad tą skumulowaną energią. Znasz kogoś, kto już to zrobił? - spytał na wpół złośliwym tonem. Wiedział dobrze, iż ten drażni mnie najbardziej ze wszystkich dostępnych. 
- Muszę w ogóle odpowiadać na to pytanie? - rzuciłam. - Nie, bo energia wciąż jest w naczyniu - prychnęłam. 
- To najpierw pomyśl o okiełznaniu mocy Wichury, potem o jej wykorzystaniu, Pierzasta - odparł Ting spokojnym głosem. - Żebyś mogła coś upolować, musisz poczekać aż wyrosną ci zęby.

<CDN>

Uwagi: kilka przecinków.

środa, 12 grudnia 2018

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 6

Początek marca 2019r.
Poczekaliśmy jeszcze chwilę, by inne szczeniaki zasnęły. Nie zajęło to długo – większość mieszkańców tej jaskini była młoda, co oznaczało, że wykończeni zabawą i nauką szybko zasypiali. Wsłuchiwałem się w ich miarowe oddechy z delikatnym uśmiechem. Uwielbiałem obserwować harce najmłodszych, jednak było coś uroczego w ich drobnych sylwetkach przewracających się podczas snu i cichym pochrapywaniu. Gdy tylko zacząłem się nad tym zastanawiać, poczułem dziwnego rodzaju żal, że gdy tylko Wielki Mistrz mianuje mnie pełnoprawnym kapłanem, zostanę praktycznie odizolowany od tych maluchów do czasu, dopóki któryś z nich nie trafi mi się pod opiekę. A i wtedy to będzie coś całkiem innego od spokojnego obserwowania dorastających szczeniąt...
Na Eydis, o czym ja myślę? Chyba gadanie Edel wywarło na mnie znacznie większy wpływ niż sądziłem. To, o czym właśnie rozmyślałem, nie było możliwe. Wiedziałem to bardzo dobrze i... To chyba właśnie ta wiedza zwiększała mój żal.
- Przestań – mruknąłem, uderzając się łapą w pysk, by nieco otrzeźwieć. Mój nietypowy ruch zwrócił uwagę Edel, która zmierzyła mnie zdumionym spojrzeniem.
- Co ja niby robię? - spytała trochę urażona.
- Nie ty. Ja mam przestać – burknąłem w odpowiedzi. Wadera posłała mi jeszcze bardziej zdziwione spojrzenie, ale na moje szczęście nie skomentowała tego. Wolałem jednak nie ryzykować i zmienić jak najszybciej temat. - Idziemy?
Edel przyjrzała się sylwetkom śpiących szczeniaków i przytaknęła. Ruszyliśmy najciszej jak umieliśmy w stronę wyjścia z jaskini, gdy nagle ciszę przerwał dziecięcy głosik.
- Gzie chcecie iść? - ziewnął jakiś szczeniak. Chyba miał na imię Leaf, ale łapy nie dałbym sobie uciąć.
Edel jak na komendę zwróciła się w jego stronę i zmierzyła go groźnym spojrzeniem, pod którym ten zadrżał.
- Odprowadzam Asa, bo ta ciamajda sama się zgubi – wyjaśniła, co wywołało u mnie niezadowolone prychnięcie i pokusę, której nie mogłem się oprzeć. Szturchnąłem ją, szepcząc najgłośniej jak mogłem sobie pozwolić:
- Nie pozwalaj sobie!
Wilczyca szybko odwróciła się w moją stronę i posłała mi oczko.
- Też cię kocham, As – powiedziała, a ja w odpowiedzi przewróciłem wymownie oczyma. Edel ponownie skierowała wzrok na szczeniaka – Zrozumiałeś?
- T-tak... - wyjąkał basiorek, odwracając łeb od spojrzenia niebieskich oczu samicy.
- Super. Idziemy, ciamajdo ty moja – powiedziała i nawet nie patrząc w moją stronę, wyminęła mnie. A to, że jej ogon uderzył mnie prosto w pysk było oczywiście nieszczęśliwym przypadkiem. Jasne...
Parsknąłem niezadowolony i ruszyłem za Edel. Wilczyca szła szybkim tempem, więc musiałem zacząć biec, by ją dogonić.
- Nie wiedziałem, że potrafisz być tak stanowcza – powiedziałem, gdy w końcu udało mi się z nią zrównać.
Edel odpowiedziała mi uśmiechem.
- Czasem trzeba, nie? Gdyby nie ja, dalej byśmy tam stali i gapili się w piękne złote oczy Leafa.
Skinąłem głową, przyznając jej rację. Samica wykazała się sprytem, znajdując prostą i wiarygodną wymówkę, dla której opuszczaliśmy jaskinię o tak późnej porze.
- Mam rozumieć, że jak w końcu rzeczywiście dotrzemy do mnie, to mam powiedzieć, że troszkę mi się u was przysnęło? - upewniłem się z szerokim uśmiechem na pysku.
- Dokładnie! - zawołała, na co szybko skarciłem ją wzrokiem. - Och, przepraszam. Zapomniałam.
- Nie szkodzi – mruknąłem, mając nadzieję, że była to prawda. Głupio by było, gdyby ktoś nas zauważył i postanowił eskortować prosto do własnych jaskiń. - Przyspieszmy trochę, dobra?
Edel bez słowa wykonała moją prośbę i to nawet lepiej niż się spodziewałem – musiałem trochę się namachać, by dorównywać jej kroku. Choć – podobnie jak Tori – miała krótsze łapy niż ja, przebierała nimi znacznie bardziej żwawo, co dodawało jej szybkości. W sumie to było przykre, że obie były młodsze i mniejsze, a i tak znacznie szybsze ode mnie... Moim jedynym pocieszeniem było to, że chociaż byłem silniejszy i lepiej radziłem sobie na dłuższe dystanse. Gdyby nie to już dawno schowałbym się ze wstydu...
Przemierzaliśmy tereny Zakonu zaskakująco cicho, biorąc pod uwagę moje godne pożałowania zdolności skradania się. Szedłem wprost przed siebie, pokonując automatycznie trasę, która choć przemierzona jedynie raz, wyryła się głęboko w mojej pamięci. Słyszałem za sobą spokojny oddech przyjaciółki, jednak poza tym nie zwracałem na nią najmniejszej uwagi. Moje myśli zaprzątała całkiem inna samica, a właściwie jej brak.
Nie to, że nie lubiłem Edel! Muskularna wilczyca była wspaniałą koleżanką, ale jednak byłem znacznie bardziej przywiązany do tej małej kulki rudej sierści i po prostu się o nią martwiłem, dobra? Jej zniknięcie było tak nagłe i dziwne... Nie spotkałem się nigdy wcześniej z czymś takim...
Niespodziewanie w mojej głowie pojawił się obraz jakiegoś wilka. Przyglądałem się oczami wyobraźni jego czarnemu, wąskiemu pyskowi i charakterystycznemu, czerwonemu pasowi ciągnącego od nosa w stronę brązowych oczu. Jak on się nazywał? Will...? Wein...? Wale!
Wspomnienia dotyczące starszego ode mnie basiora zaczęły zalewać mój umysł. Nie było ich wiele, a większość i tak była dość niewyraźna – byłem bardzo mały, gdy samiec mieszkał ze mną w jaskini. Pamiętałem jego wesoły uśmiech, którym obdarzał inne szczeniaki. Jednak to właśnie reakcja na temat magii zwróciła moją uwagę. Wale, identycznie jak Tori, opuszczał uszy, zaciskał usta i patrzył się wszędzie, byle nie na swojego rozmówce. Nie był uzdolniony.
Nie. To nieprawda – pomyślałem nagle pod wpływem kolejnego wspomnienia, które stanęło tuż przed moimi oczami prosząc o uwagę. Przedstawiało ono Wale'a, który – zapewne myśląc, że nikt go nie widzi – wpatrywał się w skupieniu w ziemię. Nie byłoby w tym nic aż tak dziwnego, gdyby nagle ta nie zaczęła się poruszać. Obserwowałem ze zdziwieniem jak grudki ziemi unoszą się w powietrzu, tuż przed oczyma rozradowanego Wale'a. Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz wiedziałem, że to on to sprawił. Basior nie potrafił władać umysłem, a ziemią. Był inny od nas i przez to pewnego dnia zniknął bez słowa i nigdy nie wrócił.
Gdy tylko uświadomiłem sobie powiązanie między nim a moją przyjaciółką, ledwo udało mi się stłumić okrzyk.
- As, co się stało? - głos Edel zdawał się dochodzić z bardzo daleka, choć w rzeczywistości była tuż obok mnie.
- Musimy się pospieszyć, E. Oni chcą jej coś zrobić – wyszeptałem, czując jak do moich oczu napływają łzy. Nie wiedziałem, czy wilczyca usłyszała, co do niej powiedziałem i nie obchodziło mnie to. Musiałem jak najszybciej znaleźć się w jaskini Wielkiego Mistrza. Odnaleźć moją przyjaciółkę.
Znajdę cię, Tor. Obiecuję – pomyślałem, biegnąc w stronę tej cholernej groty i mając ogromną nadzieję, że nie było za późno...

C.D.N.

Uwagi: brak.

czwartek, 6 grudnia 2018

Mikołajki

A oto i nadeszły Mikołajki - wspaniały przedsmak zbliżających się świąt. Mam szczerą nadzieję, że odnaleźliście w nogach swoich łóżek, pod poduszką czy też w specjalnych skarpetach to, co sobie wymarzyliście. A jeśli nie, to nic straconego - przed nami jeszcze Boże Narodzenie! 
Tak naprawdę to nie wiem, czego powinnam Wam życzyć. O prezentach mówiłam, to może w takim razie szczęścia, spełnienia marzeń i weny? Sama nie wiem... Może po prostu bawcie się dobrze w ten zakręcony, mikołajkowy dzień? ^-^

(zdjęcie pochodzi ze strony pexels.com)

Ktoś poznał po stylu pisania, że nie pisze tego nasza administratorka? Jeśli tak, to mogę dać ciasteczko. Takie dobre, z czekoladą. 
Hej, ale bez paniki, proszę! Nie pozbyłam się w żaden brutalny sposób naszej kochanej Av, naprawdę. Zostałam jedynie mianowana moderatorką, z czego bardzo się cieszę. WMW jest moją ukochaną watahą i jestem zaszczycona, że mogę jakoś pomóc.
Och, właśnie. Wypadałoby się też przyznać, kim w ogóle jestem... W takim razie z tej strony Thor - właścicielka Torance i Asgrima. Począwszy od dzisiaj, jeśli macie jakieś opowiadania, to możecie wysyłać je również do mnie. Postaram się dodawać je najszybciej jak się da, obiecuję!
Hw: Tina017
Adres e-mail: ulicznyksiadztomek@gmail.com


Pozdrawiam cieplutko!
Thor

niedziela, 2 grudnia 2018

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 5

Początek marca 2019r.
Tego dnia walczyłem na spojrzenia z moją nauczycielką. Vestar twierdziła, że odwracanie wzroku jest pierwszą oznaką słabości, która może zmotywować mojego przeciwnika do nasilenia ataku. Poza tym miał to być dobry sposób na skupienie się na aurze wilka bez tracenia go z oczu. W tym musiałem przyznać jej rację – kiedy ćwiczyłem z Tori, wilczyca wykorzystywała to, że musiałem zamknąć oczy i mnie popychała, co skutecznie przywracało mnie do rzeczywistości. Gdy opowiedziałem o tym Vestar, jej pysk wykrzywił się w lekkim uśmiechu, który szybko zniknął. Powiedziała wtedy, że Tori powinna nauczyć się magicznej obrony. Było to jednak o tyle trudne, że samica nadal nie odkryła żadnej umiejętności... Znaczy jasne, była ode mnie znacznie szybsza i zwinniejsza, poruszała się ciszej, ale... Nie potrafiła nawet wyczuć aury, co było przecież najprostszą rzeczą.
Przyglądałem się jasnoniebieskim, przywodzącym na myśl lód oczom wilczycy. Miałem wrażenie, że widziałem wcześniej identyczne, ale nie potrafiłem wskazać czyje dokładnie. W Zakonie było dużo niebieskookich... Próbowałem przywołać w głowie wygląd wszystkich znanych mi wilków, ale nadal nie byłem pewien. Nie miałem pamięci do takich rzeczy...
- Nie rozpraszaj się. - powiedziała wadera, a ja zdałem sobie sprawę, że trochę odpłynąłem myślami. Na powrót skupiłem się na oczach Vestar i próbowałem nie drżeć, gdy ta posyłała mi swoje najgroźniejsze i najbardziej lodowate spojrzenia. Nie było to proste zadanie.
Po dłuższym czasie pysk kapłanki rozświetlił uśmiech.
- Bardzo dobrze, As. Teraz przejdziemy do... - urwała głos, a ja poczułem czyjąś obecność w swoim umyśle. Poczułem jak zaczyna wypełniać mnie panika. Nienawidziłem, gdy atakowała mnie znienacka... 
- Idź sobie! - krzyk sam wyrwał mi się z gardła.
Czułem, jak przerażenie formułuje kule w moim brzuchu, a sierść staje dęba. Próbowałem pozbyć się wilczycy ze swojego umysłu, wyszukiwałem najdziwniejsze obrazy, atakowałem ją czym popadnie, ale to nie zdawało robić na niej żadnego wrażenia. Była zbyt silna.
Wiedziałem, że to ona każe mi się bać, co jeszcze bardziej potęgowało moje przerażenie. A może to był kolejny niewypowiedziany rozkaz? Wszystko zaczynało mi się mieszać i czułem, że jeśli to się zaraz nie skończy, to moje szaleńczo bijące serce wypadnie z piersi.
Zdesperowany położyłem się na plecach, popiskując cicho. W rzeczywistości miałem ochotę wyć i błagać, by samica zaprzestała, ale wątpiłem, bym mógł cokolwiek powiedzieć.
Dopiero po kilku chwilach, przerażenie zaczęło znikać. Jednak nadal czułem, że samica nie opuściła mojego umysłu. Tylko tym razem nakazywała mi się uspokoić, co moje skołatane ciało przyjęło z wielką ulgą. 
Gdy moje serce już całkiem się uspokoiło, wilczyca opuściła mój umysł i stanęła nade mną. Jej spojrzenie było - jak zwykle - chłodne.
- Musisz nauczyć się bronić w każdej chwili. Twój przeciwnik nie powie ci, w którym momencie zaatakuje. - powiedziała - To na tyle. Możesz wracać do siebie.
Pospiesznie wstałem i otrzepałem się z ziemi, której drobinki z pewnością zdążyły przyczepić się do mojego futra. Następnie podniosłem łeb i spojrzałem prosto w oczy wilczycy.
- Po co właściwie się tego uczymy? Nie mam być kapłanem?
Vestar tylko się uśmiechnęła.
- Liczę, że będziesz najlepszy ze wszystkich. Silniejszy nawet od Wielkiego Mistrza. Nie zawiedź mnie.
- Ale... - zacząłem, jednak wilczyca już się odwróciła i zaczęła iść w stronę jaskiń kapłanów. Obserwowałem jej wysoką sylwetkę i poruszającą się na wietrze brunatną sierść. W chwili gdy sam chciałem odejść, samica się odwróciła.
- Przykro mi, As.
- Czemu? - spytałem, marszcząc brwi. 
Vestar albo nie słyszała mojego pytania, albo postanowiła nie odpowiadać. W pierwszej chwili chciałem za nią pobiec, ale ta - jakby czytając mi w myślach – przyspieszyła. Wiedziałem, że nie mam z nią szans, więc westchnąłem i postanowiłem skierować swoje kroki w stronę jaskini Tori, by ta mogła na mnie poćwiczyć. Po zajęciach z Vestar byłem zawsze wyczerpany, więc nie obroniłbym się automatycznie przed jej ewentualnym wejściem.
Gdy szedłem w odpowiednią stronę, moje myśli zaprzątały słowa mojej mentorki. Nie wiedziałem o co mogło chodzić i bardzo mnie to ciekawiło. Z drugiej strony miałem przeczucia, że cokolwiek to było, nie spodoba mi się.
- Muszę o tym pogadać z moją małą Lisicą – mruknąłem.
Kilka chwil później dostrzegłem jaskinię, jednak coś było nie tak. Zwykle przed wejściem siedziała moja przyjaciółka i wyczekiwała mnie z niecierpliwością, co całkiem mi schlebiało. Może zagadała się z Edel – najmłodszą uczennicą z naszej grupy i przy tym współlokatorką Tor?
Trochę zdziwiony, wlazłem do środka, krzycząc coś na powitanie. Odpowiedziało mi kilka szczeniaków, jednak nie usłyszałem wśród nich głosu mojej przyjaciółki. Już całkiem zmartwiony rozejrzałem się, a gdy nie dostrzegłem jej charakterystycznego rudego futerka, moje serce zamarło.
- Cześć, As!
Spojrzałem w dół i rozpoznałem piaskową sierść Edel, która wpatrywała się we mnie jasnoniebieskimi oczami. W mojej głowie niemal od razu pojawił się obraz lodowych tęczówek Vestar, jednak szybko zdałem sobie sprawę, że te należące do młodszej wilczycy przypominają raczej letnie niebo.
- Cześć, E. Widziałaś może Tori?
Samica widząc moją zmartwioną minę, uśmiechnęła się. No tak, zawsze zapominałem, że odkąd tylko zacząłem przychodzić tutaj regularnie, młodsza wilczyca wzięła sobie za cel doprowadzić do tego, bym ja i Tor zostali parą. Nasłuchała się o wielkiej miłości Mistrza i nie mogła zrozumieć, że w Zakonie związki nie istnieją, a my nigdy byśmy nawet nie chcieli być razem. Byliśmy przyjaciółmi i tak było dobrze.
- Dopiero przyszłam, więc nie. Czekaj... - Edel odwróciła się do jednego z najmłodszych szczeniaków w jaskini – Fin! Wiesz może gdzie jest Tori?
Szary wilczek odwrócił łeb w naszą stronę, co wykorzystał jego kolega, z którym się wcześniej siłował i rzucił się na basiorka. Fin szybko na niego warknął, na co ten wycofał się z podkulonym ogonem. Uśmiechnąłem się lekko na ten widok.
- Wielki Mistrz.
- Co? - zmarszczyła brwi Edel.
- Wielki Mistrz? - powtórzyłem, czując, jak robi mi się zimno.
Fin zerknął w stronę swojego kolegi, upewniając się, że ten nie zamierza go na razie zaatakować.
- Poszła z nim – powiedział i zaskakującą szybkością odwrócił się, by skoczyć na drugiego szczeniaka.
Wymieniłem z Edel zmartwione spojrzenia.
- Jak myślisz, co od niej chciał?
- Nie wiem... - westchnąłem, starając się udawać spokój. - Może chciał porozmawiać z nią o jej postępach?
- Znaczy się ich braku? - upewniła się Edel, jednak gdy zgromiłem ją wzrokiem, zreflektowała się. - Przepraszam. Już się tak nie denerwuj...
W odpowiedzi tylko przewróciłem oczami. Ta wilczyca była czasem niemożliwa.
- Mam złe przeczucia – mruknąłem, kładąc się na ziemi. Nie miałem zamiaru się stąd ruszać, dopóki nie wróci moja przyjaciółka. Za bardzo się martwiłem...
Edel nie podzielała moich obaw i zaczęła prosić mnie o ćwiczenia. Początkowo byłem nastawiony dość sceptycznie i dopiero argument, jakoby miało to być dobrym sposobem na zabicie czasu w oczekiwaniu na Tor, mnie przekonał.
Zadowolona z siebie wilczyca usiadła naprzeciw mnie i zacisnęła powieki. Obserwowałem ze znudzeniem jak stara się ze wszystkich sił dojrzeć moją fioletową aurę. A może nawet próbowała sformułować własną energię i mnie zaatakować? Nie miałem pojęcia i nieszczególnie mnie to obchodziło. Moje myśli zaprzątała właśnie całkiem inna wadera.

- Czy ty śpisz? - usłyszałem nagle czyiś głos. 
Zerwałem się z miejsca i rozejrzałem nerwowo. Mój wzrok spoczął na sylwetce Edel.
- Co? Nie. Skądże. Ja tylko tak... - zacząłem się tłumaczyć, na co wadera parsknęła śmiechem – Nie śmiej się!
W odpowiedzi usłyszałem kolejny wybuch śmiechu.
- Dzięki, E. Zawsze mnie wspierasz... - burknąłem, zerkając w stronę wyjścia z jaskini. Zaczynało się robić ciemno... - Tori wróciła?
Uśmiech zamarł na pysku wadery, a w jej oczach zalśnił niepokój.
- Nie i zaczyna mnie to martwić. Powinna już dawno wrócić.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem, czując jak zaczyna mnie boleć brzuch z nerwów. Ta cała sytuacja była tak dziwna, nienaturalna i inna... Kojarzyła mi się z jakimś koszmarem, który nie chciał się skończyć.
Edel zbliżyła się do mnie i lekko zadarła łeb, by spojrzeć mi prosto w oczy. Z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że choć młodsza była już znacznie wyższa od mojej przyjaciółki.
- Co masz zamiar zrobić?
Wzruszyłem ramionami i już chciałem oznajmić, że nie mam pojęcia, gdy do głowy wpadł mi pewien nieco ryzykowny pomysł.
- Pójdę tam i zapytam, co się z nią stało.
Edel wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Nie mówisz poważnie... - powiedziała, mierząc mnie zdumionym spojrzeniem. Gdy nie zareagowałem, westchnęła – Cholera, As, całkiem oszalałeś. A chyba ja jeszcze bardziej, bo mam zamiar iść z tobą.
Tym razem to na moim pysku wymalował się szok.
- Żartujesz. Nigdzie nie idziesz, Edel.
- Owszem, idę. To też moja przyjaciółka, rozumiesz, As?
W jej oczach pobłyskiwała determinacja, a ja wiedziałem, że nie miałem szans, by wygrać z nią tej kłótni. Jej nieugięta postawa wywołała u mnie pewien rodzaj ulgi. Jakby nie było, obawiałem się iść sam. Poza tym wilczyca miała rację – oboje musieliśmy dowiedzieć się, co działo się z Tor. A żeby uzyskać te informacje trzeba było udać się prosto do jamy lwa – to znaczy jaskini Wielkiego Mistrza.

C.D.N

Uwagi: kilka literówek.