Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 1 października 2018

Zawieszenie bloga

Blog zostanie zawieszony w dniach 1-27 października.
Za przerwę przepraszam, ale wynika ona z braku czasu oraz braku laptopa.

Pozdrawiam i do zobaczenia,
Administratorka bloga.

niedziela, 30 września 2018

Od Lind "Więcej kart" cz. 4

Lipiec 2021
Znaleźliśmy Joela na jednej z ławek w parku. Był akurat w swojej ulubionej, ludzkiej formie. Wpatrzony w niebo, nucił jakąś wesołą melodię i zapisywał coś długopisem w zeszycie. Teraz przynajmniej wiem jak się nazywają te rzeczy. Wynalazki przynoszone z Miasta przez niektórych członków watahy są całkiem ciekawym tematem i dosyć obszernym. Szkoda, że ja nie potrafię zamieniać się w człowieka. Wilki podobne do mnie mogą tylko pomarzyć o zobaczeniu w pełnej krasie tego misternie ukształtowanego przez dwunogie istoty świata.
Podeszliśmy do wilkołaka. Wyglądał, jakby nie zauważył naszej obecności. Towarzyszący mi Crane trącił go w chude kolano. Muzyk wzdrygnął się i spojrzał w naszą stronę.
- Cześć Joel - przywitałam animatora.
- Cześć Lind - uśmiechnął się, odsłaniając dziwaczne, ludzkie kły. Z tej perspektywy przypominały uzębienie saren. - Witaj Crane. Macie do mnie jakąś sprawę?
- Owszem. Interesuje nas konkurencja festynowa - wyjaśnił brązowy basior.
- Mógłbyś zmienić formę? - zapytałam Joela. - Strasznie niewygodnie tak z tobą rozmawiać - powiedziałam, co myślałam.
- A, tak. Oczywiście - Jo wstał, rozprostowując swoje patykowate nogi człowieka.
Muzyk podniósł leżący nieopodal ławki plecak i spakował do niego notes i długopis. Zaraz po tym, zmienił się z powrotem w wilka. Stojąc już na czterech łapach, poprosił, żebyśmy sprecyzowali, o jakiej konkurencji myślimy.
- Skoki do Jeziora z lian - wyjaśniłam krótko.
- Słyszę liczbę mnogą. Rozumiem, że oboje będziecie skakać - Animator popatrzył po naszej dwójce.
- Tak - przytaknęłam.
Crane spojrzał na mnie i uchylił pysk, żeby coś powiedzieć, ale Joel go uprzedził:
- To wracamy do centrum watahy. Za mną, jeśli nadążycie - Basior o jasnym futrze wziął plecak w pysk i ruszył truchtem przed siebie.
- Uch, on tak na poważnie? - sapnął Crane.
Zrozumiałam, że mój kolega dosyć się już zmęczył dzisiejszymi spacerami przez całe terytorium naszego stada.
- Jo, zaczekaj! - krzyknęłam za muzykiem.
***
- No to kto zaczyna? - Joel usiadł obok wzburzonej tafli i zwrócił wzrok w naszą stronę, oczekując odpowiedzi.
- Ja mogę - oznajmiłam. - Mam w końcu już w tym jakieś doświadczenie.
- Trzy skoki to jeszcze nie doświadczenie - mruknął animator z przekąsem.
- Przypominam, że to były skoki zakończone sukcesem - podniosłam dumnie pysk.
- Poza jednym, po którym wylądowałaś prosto w krzakach - Jo przekrzywił nieznacznie głowę.
- To było pierwsze podejście, zawiniła niedopracowana strategia - wytłumaczyłam, rozglądając się za grubszą lianą.
- No dobra. Niech ci będzie.
Wypatrzyłam idealne pnącze. Przywołałam skrzydła z wiatru i uniosłam się, żeby złapać je w pysk i wlecieć na jedną z z gałęzi.
- Patrzcie i uczcie się - oznajmiłam.
Po tych słowach postąpiłam tak samo, jak podczas udanych prób. Odepchnęłam się łapami od konara i trzymając mocno lianę, nabrałam idealnej prędkości do idealnego wyskoczenia z niej do Jeziora. Rozbryzg, który nastąpił po moim zderzeniu z taflą wody, dosięgnął wszystkie wilki w pobliżu. Crane i Joel też należeli do tej grupy. Wypłynęłam na powierzchnię i wróciłam na brzeg.
- Jak mi poszło? - spytałam.
- Powiedzmy, że ujdzie - odpowiedział Joel, odruchowo otrzepując się.
Crane zrobił to samo. Tymczasem animator otworzył plecak i wyciągnął z niego plik kart dla mnie. Dobrze pomyślane, że nie wyciągnął ich wcześniej; pozostały poza zasięgiem wywołanego przeze mnie tsunami.
- Teraz ty - zwróciłam się do brązowego basiora, odebrawszy nagrodę.
- No... dobra... - mruknął Crane.
- Czy mi się wydaje, czy ty masz pietra? - popatrzyłam na niego.
- Skądże... Tylko... trochę nie wiem, jak się za to zabiorę. Nie mam mocy wiatru, ani niczego takiego.
"Ciekawe, jaką w ogóle masz moc", pomyślałam. Nigdy dotąd nie wspomniał mi słowem o swoim żywiole. Zaczynałam nawet podejrzewać, że sam go nie zna.
- Ja mogę ci pomóc dosięgnąć lian, Crane - zaoferował Jo.
- Dobry początek. Jak konkretnie mi pomożesz?
- Wybierz sobie pnącze, a potem użyj mnie jako podestu, żeby go dosięgnąć.
- Nie brzmi tak źle. Niech będzie - oznajmił basior z drugiej watahy.
Rozglądał się tylko chwilę, a kiedy już wybrał sobie odpowiednie pnącze, zakomunikował o tym Joelowi. Muzyk przykucnął, żeby Crane mógł odbić się od jego grzbietu. Brązowy wilk doskoczył do liany i zacisnął na niej zęby. Udało mu się; nie spadł od razu z powrotem na ziemię.
- Świetnie. Teraz musisz się rozhuśtać - zaznaczyłam.
- To pestka - dodał Joel.
Crane zaczął dosyć niezdarnie poruszać kończynami, a później całym ciałem. Długo nie nabierał zbytniej prędkości. Postanowiłam kilka razy niepostrzeżenie mu pomóc, lekko popychając go wiatrem. Udało się tak jak planowałam; Jo niczego nie zauważył, a Crane w końcu rozbujał się dostatecznie, żeby doskoczyć do wody. Nie powiedziałabym, że tak się skacze "na bombę", ale chyba animator uznał to jako poprawne wykonanie zadania.
Po chwili Crane wyszedł z Jeziora, utykając na prawą, przednią łapę. Odebrał szybkim ruchem czekające na niego karty i syknął z bólu.
- Co się stało? - zapytałam zaniepokojona.
- Uderzyłem o dno łapą - odpowiedział brązowy samiec. - Strasznie boli.
- Lind, weźmiesz go do Alvarega? - zapytał od razu Joel. Przybrał nieco poważniejszy ton głosu.
- Jasne - odpowiedziałam bez wahania. - Oby to tylko nie było złamanie... - mruknęłam ciszej.
Pożegnaliśmy się krótko z animatorem i ruszyliśmy w kierunku Wilczego Szpitala.
- Nie martw się, Lind. To pewnie nic takiego - uspokajał mnie po drodze Crane.
- Pewnie nie... to przecież tylko skok do wody... - wymamrotałam.
Czułam się winna, te głupie skoki z lian były przecież moim pomysłem.

Wygrane karty: brązowe: Kozice, Róża Harmonii; srebrne: Delta, Xeral.

Uwagi: Brak.

czwartek, 27 września 2018

Od Cess „Poranne wróble” cz. 3 (CD Valkoinen)

Lipiec 2021
Droga na festyn przebiegła nam bardzo dobrze. Basior lubił dogryzać i sprzeczać się, co było widać po jego zachowaniu. Miał w sobie tyle energii i czasem był nawet zabawny. Spoglądałam na niego cały czas swoimi czerwonymi ślepiami, śmiejąc się co jakiś czas.
W oddali zobaczyłam waderę, która stała przed wejściem na tor przeszkód. Pomyślałam, że fajnie będzie zmierzyć się w jakiejś konkurencji z Valkoinem.
- Valk, popatrz tam! - powiedziałam do niego wskazując na ową wilczycę. - Chodź, szybko! - pognałam w jej stronę, nie czekając na mojego towarzysza. Stanęłam przy białej waderze, lekko się szczerząc. - Cześć! - rzekłam do niej.
- Hej! - odpowiedziała. - Przyszliście na konkurencje związanych łap?
- Tak. - odpowiedział basior, także szczerząc się. Było w nim coś, co nie pozwalało mi zachować powagi. Śmiejąc się podeszłam bliżej do Valkoina, wiedząc, że nasze łapy będą zaraz związane.
- W takim razie będziecie musieli pokonać tor przeszkód ze związanymi łapami. - Kiwnęliśmy potakująco głowami – Twoje prawe, – powiedziała do wilka – a jej lewe. - wskazała na mnie, a następnie chwyciła za dwa sznurki. Związała nasze łapy i kazała nam sprawdzić czy wszystko jest dobrze. Spojrzałam się na Valka i wahałam się, czy to aby na pewno dobry pomysł. W końcu basior jest ode mnie większy i zapewne szybszy. Czułam się jak kula u jego dwóch łap. Nie chciałam jednak się poddać i nie dałam po sobie poznać, że trochę wymiękam.
- To jak? - Spojrzał się na mnie.
- Gotowa. Zaczynamy od związanych. - powiedziałam, uśmiechając się i starając ułożyć w głowie schemat, dzięki któremu bezkolizyjnie zaczniemy bieg.
- Może być. - Powiedział i ruszył od razu. Nie zdążyłam zareagować i walnęłam w niego swoim pyskiem, wydając stłumiony jęk. Nie mogłam wrócić przez kilka sekund do pionu.
- Mogłeś mnie ostrzec. - syknęłam, odzyskując powoli równowagę. Ten tylko prychnął cicho i odrzekł:
- Przecież byłaś gotowa. - na jego słowa westchnęłam, podstawiając przez przypadek swoją łapę przed jego, w wyniku czego oboje się wywróciliśmy. Zrobiliśmy to tak głośno i niezdarnie, że wilczyca, która związywała nam łapy, zaśmiała się głośno. Wylądowaliśmy metr dalej, a ja znów miałam poobijany pysk. Zaczęłam się podnosić czekając, aż basior zrobi to samo.
- Teraz tego nie schrzańmy... - warknęłam, zła sama na siebie za swoją niezdarność.
Ruszyliśmy w miarę ładnie. Gdyby nie liczyć kilku potknięć to szło nam bardzo dobrze. Staraliśmy się poruszać w jednym tempie, a ja po jakimś czasie przestałam czuć obecność liny przy naszych kończynach. Wszystko szło nam jak po maśle. Rozłożone drzewo, ciemny tunel, czołganie się pod gałęziami. Ostatnia z przeszkód to było błoto. Grząskie, głębokie, śmierdzące. Już czułam jak trudno będzie go się pozbyć z sierści. Nie mogliśmy się jednak wycofać, nie w tym momencie! Starałam się nie ciągnąc ogona po tym błocku i choć było mi ciężko, ukończyliśmy ten bieg zadowoleni.
Wadera rozwiązała nam łapy. Spojrzałam się na Valka i rzuciłam w niego błotem. Zaczęłam się śmiać, gdy zobaczyłam jego zdziwioną minę. Zaczęła się walka na śnieżki, tyle że z błota. Zaczęliśmy się wywracać i tarzać, a na koniec cali brudni, zmierzyliśmy w stronę wodospadu.
- Wyglądasz jak niedźwiedź. - zaśmiałam się głośno, idąc obok wilka. - Taki miś miniaturka.
- Ty za to wyglądasz jak jakaś przerośnięta jaszczurka. - wytknął mi język, a ja po chwili zrobiłam to samo. Szliśmy, przedrzeźniając się nawzajem.
Jako pierwsza wskoczyłam do wody, starając się pozbyć błota. Robiło się już późno. Razem spędziliśmy praktycznie cały dzień. Nie odczuwałam, że czas tak szybko płynął. Czułam się dobrze w jego towarzystwie. To był naprawdę udany dzień. Basior pływał niedaleko mnie, więc chciałam rozpocząć jakiś nowy temat:
- To czym się zajmujesz?
- Jak już wiesz, jestem mimem na festynie, ale także zabójcą podczas polowań. - uśmiechnął się, będąc zapewne dumny ze swojego stanowiska. - A ty?
- Niczym. - odpowiedziałam krótko, a Valkoinen spojrzał na mnie zdziwiony.
- Jak to niczym, każdy wilk powinien, a raczej musi coś robić! - ochlapał mnie wodą. - Halo, pobudka! Oni cię wyrzucą!
- Eee tam... - machnęłam łapą. - Siedzę tu ponad dwa miesiące i nic nie robię. Dosłownie nic. Rzadko wychodziłam z jaskini.
- Nie załamuj mnie... - zrobił wielkie oczy. - Przez dwa miesiące siedziałaś i nic nie robiłaś? Nic?!
- No... - skurczyłam się lekko, dryfując na wodzie. - Ale znajdę sobie coś, niedługo...
- Mam nadzieję, bo inaczej będzie z tobą źle, oj uwierz... - spoważniał, a ja głośno przełknęłam ślinę. Nie chciałam mieć kłopotów.
Powoli robiło się ciemno. Wyszliśmy z wody, czyści jak nie wiem co i wysuszyliśmy się na brzegu. Westchnęłam głośno i uśmiechnęłam się szeroko do basiora, pokazując swoje białe ząbki.
- Co? - spytał się niepewnie, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Dziękuję ci, dziękuję za super dzień. - odpowiedziałam, otrzepując się po raz wtóry z kropelek wody.
- Och, nie ma sprawy! - odwzajemnił uśmiech. Razem zmierzyliśmy w stronę jaskiń. To był udany dzień.

Wygrane karty: brązowe: Ryby, Jezioro, Pierścień Niezgody, Eliksir Młodości; srebrne: Beta, Białe Królestwo; złote: Shadow.

<Valkoinen?>

Uwagi: Rób Spacje po rozpoczęciu wypowiedzi. "Na pewno" piszemy oddzielnie. "Tempo" piszemy przez "em". Przeinaczyłaś charakter Navri.

poniedziałek, 24 września 2018

Od Lind "Skrzydlata wadera" cz. 4 (cd. Valkoinen)

Czerwiec 2021 r.
Crane ruszył w naszym kierunku. Futro na karku Valka nagle stanęło dęba. Całe jego ciało spięło się, jakby było gotowe do ataku. W pierwszej chwili nie rozumiałam takiej reakcji. Dopiero po upływie kilku sekund przypomniałam sobie, że wilki z Watahy Czarnego Kruka w tym także Crane, mają zupełnie inny zapach. Być może właśnie to zaniepokoiło towarzyszącego mi basiora. Mógł po prostu uznać brązowego samca za wroga. Nie zwlekając ani chwili dłużej, postanowiłam uspokoić nowego znajomego:
- Nazywa się Crane. Pochodzi z tej drugiej watahy - wytłumaczyłam. Valk skinął głową na znak, że rozumie, jednak nie rozluźnił się prawie wcale.
Brązowy basior dotarł do nas i przyozdobił swój pysk przyjaznym uśmiechem. Albo nie zauważył bojowej postawy albinosa, albo postanowił ją zignorować.
- Cześć, Crane - przywitałam kolegę.
- Cześć Lind, dobrze cię znów widzieć - przytulił mnie na przywitanie. Nie protestowałam, ponieważ robił tak już wcześniej. Bardzo lubiłam taki gest powitalny.
Kątem oka dostrzegłam, że Valk nieznacznie odwrócił od nas wzrok i podniósł głowę jeszcze wyżej. Przez głowę przemknęło mi, że może być zazdrosny. Kiedy wreszcie brązowy basior wypuścił mnie z objęć, zwrócił się do towarzyszącego mi wilka:
- To ty jesteś Valkoinen, prawda?
Podniosłam uszy. Chwila... jak on go nazwał?
- Skąd znasz moje imię? - rzucił wojownik lodowatym tonem.
- As mi mówił o tobie - wytłumaczył Crane i wykonał pół kroku w tył. Chyba myślał, iż albinos zaraz się na niego rzuci.
- Ty znasz Asa? - zapytał niebieskooki basior.
- Oczywiście. Rozmawialiśmy nawet dzisiaj - padła odpowiedź.
- Nie powiedziałeś mi, że nazywasz się "Valkoinen" - wtrąciłam, spoglądając białemu samcowi prosto w oczy.
- To co ja ci powiedziałem? - zdziwił się wojownik. Wyraz jego pyska momentalnie złagodniał.
- Że jesteś "Valk".
"Pewnie kolejny używający skrótu na co dzień... W sumie ładne to jego pełne imię" - pomyślałam.
- Uch, wybacz mi Lind... - mruknął albinos. - Jakoś częściej używam tego i... i to już odruch... - Zaczął nerwowo wyjaśniać sytuację i przepraszać, zapewne w obawie, że uraził mnie przedstawiając się byle skrótem. Na jego pysku pojawił się wyraz wstydu, a w oczach prośba o przebaczenie. Wypuściłam powietrze i posłałam koledze uśmiech.
- Hej, nie ma sprawy. Nie jeden wilk w watasze tak robi. Nie jestem zła na ciebie - uspokoiłam go.
- Tak? To dobrze - stwierdził z ulgą Valkoinen.
Odgarnęłam grzywkę, która wdarła mi się znów w pole widzenia. Chyba kiedyś ją sobie utnę przy samym czole. Spojrzałam na Crane'a, który wyłączył się na chwilę z rozmowy. Spoglądał w ziemię. Kontemplował nad czymś z dziwnym skupieniem. Chrząknęłam i zaczęłam nowy temat, uwzględniający także jego:
- Będziesz na dzisiejszym koncercie, Crane?
- A wiesz, że jeszcze się nad tym nie zastanawiałem? - samiec w sekundę wrócił na ziemię. - Wy się wybieracie? - przekrzywił głowę.
- Ja raczej nie. Pewnie będę już powoli wracać do siebie. A ty, Valk?
- Nie, też nie idę - mruknął albinos.
- A szkoda - stwierdził Crane. - Podobno... - urwał i spojrzał na mnie.
- Podobno..? - czekałam, aż dokończy.
- Albo nie, jednak nic - mruknął brązowy samiec. - Masz coś przeciwko, żebym cię odprowadził do jaskini?
- Znam drogę, ale towarzystwo też jest mile widziane - odparłam z uśmiechem. - A właśnie... - spojrzałam na Valkoinena. - Trafisz do swojej nory, Valk?
- Yhym. I tak będziemy iść w tę samą stronę - wydukał, jakby coś więcej pchało mu się na język.
Teraz na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że wolałby sam ze mną wracać. Zupełnie, jakby to dzisiejsze spotkanie było randką. Chociaż... czy kolacja we dwoje to już randka?
- No to chodźcie - ruszyłam przed siebie, jak gdyby nigdy nic.
Minęliśmy obecnie pustą "Polanę Animatorów". Udeptana przez dziesiątki kolekcjonerów kart trawa prawie nie szeleściła pod naszymi łapami.
- Jak ci się podoba nasza wataha, Valkoinen? - zapytał Crane. Widać nie miał ochoty maszerować w ciszy i postanowił wykorzystać okazję, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o nowym znajomym.
- Jest w porządku - odparł krótko biały basior, zerkając nieznacznie na rozmówcę.
- Okazałe tereny, co nie? Prawdziwa utopia, jeśli chodzi o zasoby potrzebne wilkom i nie tylko - zachwalał brązowy samiec.
Rozumiałam jego nadal trwający zachwyt. Z tego co mi opowiadał, większość życia spędził pośród umierających drzew na terenach Watahy Asai, żywiąc się śmierdzącą padliną, co dzień wdychając dym i swąd siarki. Połączenie terenów i watah było wielką zmianą dla członków Watahy Czarnego Kruka, bez wątpienia na lepsze.
- Tia, powiedzmy - mruknął w odpowiedzi Valk, bez przekonania. Mało energii wkładał w słowa. Wyglądał jakby wolał się skupić na omijanych pniach, niż na moim prywatnym źródle informacji o drugim stadzie.
- Szkoda tylko, że sporo tutaj niebezpiecznych kreatur - westchnęłam.
- "Sporo"? - zdziwił się Crane. - W porównaniu z tym, co widziałem na terenach Watahy Asai to nic. Możesz normalnie iść napić się z górskiego źródła i wrócić do jaskini bez głębszych ran.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie miałam porównania z tym, jak się mieszkało na wyniszczonych terenach drugiej watahy. Prawdę mówiąc, nigdy tam nawet nie byłam. Ja terytorium Watahy Magicznych Wilków mogłam zestawiać tylko z moim rodzinnym domem, gdzie nie było nawet odmieńców, a co dopiero smoków, wyvernów, czy innych hydr.
Dotarliśmy na Wrzosową Łąkę. Po scenie amfiteatru krążył Kai. Zabawiał stamtąd widzów, opowiadając swego rodzaju anegdoty. Większość znajdujących się w pobliżu wilków co jakiś czas pomrukiwało z rozbawieniem. Przez moment rozważałam pozostanie tutaj jeszcze chwilę, jednak koniec końców odrzuciłam ten pomysł. Powiedziałam kolegom, że już wracam do siebie, dziwnie by było tak nagle zmienić zdanie. Do tego w jaskini czeka na mnie książka o żywiołach, którą powinnam wreszcie zacząć czytać.
- Co tym masz tak właściwie z okiem, Crane? - zapytał Valk, po niezbyt długiej przerwie w rozmowie.
- Nazywa się to heterochromią - odpowiedział brązowy basior.
Interesujące... Tylko co to znaczy? Sama byłam ciekawa, jednak ja nigdy nie zebrałam się na odwagę, żeby zapytać Crane'a o tę cechę charakterystyczną. Założyłam, że może nie lubić o tym rozmawiać.
- Różne kolory barwnika w tęczówce. Nic aż tak nadzwyczajnego - dodał samiec z drugiej watahy.
- Hmph... - po tym dziwnym mruknięciu Valk spojrzał znów przed siebie.
Po jakimś czasie trawę pod naszymi łapami zastąpiły skały. Zbliżaliśmy się do Jaskiń. Przewidywałam, że lokum Valkoinena będzie bliżej Wilczego Szpitala, niż moje, jednak biały basior nadal nigdzie nie skręcał. Podejrzewałam, że może nie chciał zostawiać mnie sam na sam z Crane'm i wolał odprowadzić aż pod wejście do nory. Wreszcie stanęliśmy przed moim lokum. Brązowy wilk jeszcze raz mnie uściskał, tym razem na pożegnanie. Dodał, że za dwa dni będzie mógł oprowadzić mnie po okolicy opuszczonej twierdzy Asai. Z moimi mocami, powinniśmy poradzić sobie z tamtejszymi trującymi oparami. Po tych słowach, posłał mi ostatni uśmiech tego dnia i poszedł w swoją stronę: do wyżej położonych jaskiń wilków z drugiego stada. Skierowałam wzrok na Valkoinena. Patrzył na mnie z trudnym do określenia wyrazem pyska.
- Zobaczymy się jutro? - zapytał.
- Jeśli będziesz chciał - przytaknęłam. - Chętnie spędzę z tobą więcej czasu.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Wyglądasz na w porządku gościa. - Przynajmniej tyle mogłam wnioskować z tych kilku godzin spędzonych z nim. Żeby kogoś lepiej poznać, potrzeba więcej czasu. A jak się kogoś pozna, będzie można ocenić, czy warto ciągnąć tę znajomość.
- Dzięki. Ty też. Znaczy... e... - chrząknął. - Mówiłem ci już to z resztą, wyglądasz na sympatyczną waderę - dokończył szybko wypowiedź.
- No tak, pamiętam - zaśmiałam się. - Możemy już jutro wziąć udział w jakiejś konkurencji festynowej.
- Dobrze. Do zobaczenia, Lind.
Biały samiec zawrócił i już po chwili zniknął mi z oczu. Zostałam sama przy wejściu do jaskini.
Zaczynałam naprawdę utwierdzać się w przekonaniu, że Valkoinen'owi nie chodzi tylko o jakąś tam znajomość w watasze na start. Kogo ja próbuję oszukać, to spotkanie pewnie było pierwszą próbą zdobycia moich względów. Tak myślę, tak by mi się zdawało...
Jeśli to prawda to... nie wiem jak się czuć i jak zachowywać. Udawać, że się nie domyślam, czy może powiedzieć wprost, że wiem co jest grane? Pozostaje też jeszcze jedna kwestia; czy będę chciała odrzucić jego zaloty, czy nie. Całe szczęście, że na tę decyzję mam nieco więcej czasu.
Hm... Sama siebie zaskakuję. Prędzej spodziewałabym się po sobie wielkiej radości z posiadania adoratora, niż zafrasowania nad całą sytuacją i tym, jak powinnam postąpić. Chyba wreszcie zaczęłam dorastać. Dziwne uczucie.
Odwróciłam się na pięcie i weszłam do jaskini. Wspomniana wcześniej książka, leżała w kącie. Zapewne Ting przejrzał ją pierwszy.

<Valkoinen?>

Uwagi: Brak daty!