Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 18 sierpnia 2018

Od Joela "Deszczowy przybysz" cz. 5

Wrzesień 2020 r.
– Ciekawe której chciałoby się wysłuchiwać mdlących piosenek o miłości i skowronkach... – skomentowała nadal nieznana mi z imienia wadera.
– Wbrew pozorom mam kilka fanek mojej twórczości... – odpowiedziałem bardziej do siebie, niż do niej.
– Jesteś kimś znanym, że posiadasz wielbicielki? – zapytała dość skwaszonym głosem. Postanowiłem to zignorować. W końcu zdarzały mi się już osoby, które się nabijały z mojej twórczości lub w ogóle z jakiejkolwiek form tworzenia muzyki.
– Raczej nie. Nie odczuwam tego – Odparłem po chwili namysłu – Miałem na myśli raczej znajome, które po prostu lubią moją muzykę.
– Pewnie obracasz się w gronie znajomych lubiących gatunek muzyki, którą tworzysz, więc co się dziwić, że posiadasz wielbicielki... – mruknęła. Dalej patrzyłem w zadumie w deszcz. Miałem przeczucie, że ta wadera zasugerowała mi, że szukam takiego towarzystwa, byleby otrzymać poklask. Tak naprawdę to chodziło mi głównie o to, by wszyscy cieszyli się tak samo z muzyki jaką mogę zaoferować. Z tego co było mi wiadomo, nie była wcale aż taka zła. Będąc po studiach, do których się jednak przykładałem i ukończyłem bez większych problemów, miałem jakąś gwarancję, że to co robię nie było wcale aż takie złe. Kiedyś przeszło mi przez myśl, by opublikować co nieco w Internecie, ale chyba miałem za słabe nerwy na coś takiego. Ponoć można było bardzo łatwo trafić na niejakich hejterów... Zniechęcenie się do czegoś co kocham to była ostatnia rzecz, którą chciałbym zrobić.
– Nie liczę na sławę. Grunt, że robię to, co lubię – oznajmiłem w końcu.
– Lubisz układać smętne piosenki dla swoich wielbicielek?
– Układam je zwykle dla siebie i nie zawsze są smętne... – odparłem z drobnym rozbawieniem. Ta wadera naprawdę sceptycznie oraz ignorancko podchodziła do muzyki. Nie zdziwiłbym się, gdyby miała podobnie negatywną opinię o innych formach sztuki.
– To dobrze, że dla siebie. Ja na ich miejscu bym nie wytrzymała i sobie strzeliła w łeb. Albo lepiej tobie. Oszczędziłabym cierpienia innym.
Ku jej lekkiemu zdumieniu, zaśmiałem się.
– To nie miało być śmieszne – odwarknęła – Mówiłam serio. Jakbym tylko mogła, to byłbyś już martwy...
– Och, daj spokój. Czasem można sobie pożartować. Wiesz jak to się nazywa? Czarny humor. Raczej wiesz co to takiego. Ty mi pogrozisz śmiercią, ja udam przestraszonego, a później będziemy się razem śmiać. Według mnie takie wyjście jest dużo lepsze od grożenia sobie.
– Chyba mnie nie rozumiesz – powiedziała groźnie.
– Być może. Płeć piękna jest trudna do zrozumienia – Wzruszyłem ramionami.
W jaskini zrobiło się aż dziwnie cicho. Jedynie w mojej głowie brzmiała zapętlona melodia obmyślonej dzisiaj piosenki. Wadera zaś wyglądała na całkowicie skupioną na słuchaniu deszczu. Wskazywało na to ułożenie jej uszu.
Po jakimś czasie zaczęło mi się nudzić, a to milczenie stawało się niezręczne. Samica nie była raczej zbyt chętna do rozmowy. Jedynie jej przewracanie się z boku na bok dawało mi jasny znak, że ta nie śpi. Ślepia co prawda miała zamknięte, lecz prawdopodobnie przez moją obecność nie umiała odpłynąć. Poczułem się niechciany w tym miejscu. Popatrzyłem sobie między łapy. Może powinienem iść do Alfy? Możne ona zezwoli mi na okazjonalne wizyty tutaj. W końcu gdzieś musiałem pobyć trochę wilkiem, inaczej będą mnie czekać regularniejsze niespodziewane przemiany, a to z całą pewnością nie skończyłoby się dobrze. Jeżeli będę pełnoprawnym członkiem stada już żadna zgryźliwa wadera nie będzie miała prawa mi grozić... Przynajmniej w teorii. Nie miałem bladego pojęcia, jakimi prawami rządziło się to miejsce.
– Jak sądzisz... kiedy przestanie padać? – zapytałem w końcu. Mój głos wydał się jeszcze cichszy i bardziej nieśmiały niż bym chciał.
– Najlepiej jak najprędzej. Będziesz wtedy mógł się ulotnić – mruknęła. Pysk miała wtulony w ściółkę swojego legowiska, przez co słowa nie były do końca wyraźne.
– A... udusisz mnie jeśli tu dołączę?
Parsknęła niewesołym śmiechem.
– Spróbuję, ale niczego nie obiecuję. Jesteś bardzo irytującym kundlem.
– Wypraszam sobie. Jestem wilkołakiem, a nie kundlem – oznajmiłem z udawanym oburzeniem. Miałem wrażenie, że zaczyna w końcu łapać zasadę z żartami.
– To jeszcze lepiej. Człowieka łatwiej zagryźć. Nie umie tak szybko uciekać – wymamrotała.
– Dziękuję za wskazówkę, by zacząć ćwiczyć bieganie. Właściwie to nie taki zły pomysł. Dobrze wpływa na utrzymanie kondycji. Miło, że o mnie dbasz.
Prychnęła.
– Och, a jak dołączę, to będziesz musiała mi w końcu wyjawić swoje imię – stwierdziłem z udawanym zachwytem.
– Nie rób sobie nadziei, nie dopuszczę do tego – mruknęła.
– W takim razie będę musiał ci wymyślić ksywkę... Może Kruszynka? Pasuje doskonale.
– Miałam na myśli nie dopuszczenie do dołączenia – odrzekła z irytacją. Zerknąłem na nią. Głowę miała obróconą w przeciwnym kierunku.
– Sądzę, że nie masz prawa mi zabronić chęci przyłączenia się do stada. Mam rację?
Nie odpowiedziała. Najwyraźniej nie chciała mi przyznać, że odgadłem. Po raz kolejny zastanowił mnie ten deszcz. Naprawdę nie zanosiło się na to, by zamierzało przestać w najbliższym czasie, a ja robiłem się nie tylko senny, ale i jednocześnie głodny. Chciałem już wracać do siebie, ale nawet z tej wysokości widziałem, że na dole zaczyna się robić niezłe bagno. Mógłbym ugrząźć na dobre i jako, że jestem intruzem, prawdopodobnie nikt by mi nie pomógł. 
– Wiesz co... Możesz mnie zaprowadzić do Alfy? Już teraz. Ślicznie proszę – Wyszczerzyłem się do niej w szerokim uśmiechu. Uniosła jedną powiekę i popatrzyła bez zainteresowania.
– Musisz iść w górę ścieżki. Największa grota znajdująca się na samym końcu należy do Alf.
Coś mnie ścisnęło w środku.
– Nie pójdziesz ze mną?
– Nie chce mi się.
– Mogę spaść po drodze na jakimś bardziej śliskim kamieniu. I na kogo padnie wina? Prawdopodobnie na ciebie... – nie dokończyłem, bo mi przerwała:
– O ile odnajdą twoje ciało. Zawsze możesz wpaść do takiego błota na dole, że nikt cię nie odkopie. Ponadto nikt cię tu nie zna, ani nikt nie widział nas razem. Twój poślizg byłby wyłącznie twoją winą, nie moją. Jakiegoś obcego, plączącego się tu wilczka. W dodatku głupiutkiego.
Wypuściłem powietrze. No tak, to nie jest Miasto. Tutaj nie ma czegoś takiego jak bhp.
– No już, idź sobie. Nie chcę cię tutaj – mruknęła – Dajesz mi szansę na pozbycie się ciebie, a teraz sam dalej sterczysz jak kołek w środku mojej jaskini.
Pokręciłem głową i niechętnie wyszedłem na zewnątrz. Natychmiast zalała mnie lodowata fala wody. Nie było to szczególnie przyjemne, szczególnie zważywszy na to, że w jaskini było ciepło i nawet całkiem przytulnie. Spod zmrużonych powiek obejrzałem teren. Do góry, tak? Faktycznie prowadziła tam ścieżka, jednak piach był tak wymyty, że wiele kamieni niebezpiecznie wystawało ze ścieżki. Jeśli tylko nastąpię na nie nogą... Właśnie, nogą. Jako wilk byłem chyba nieco lżejszy. Przy odpowiednich staraniach powinno się udać.
Z tak pokrzepiającą myślą udałem się w drogę. Szło mi to dość opornie, bo łapy ślizgały mi się jeszcze bardziej, niż kiedy miałem zamiar dotrzeć do jaskini czarnej samicy. Nabyłem również chyba kilka zadrapań od tych stałych potknięć, ale nie mogłem się im nawet dobrze przyjrzeć. Wiedziałem tylko tyle, że diabelnie szczypały i mam sporą szansę na zakażenie z racji warstwy brudu. Błoto również lepiło się niemiłosiernie do futra. Deszcz może i nieco to wymywał, ale nieszczególnie mnie to cieszyło. Wraz z wiatrem sprawiał, że moja wspinaczka była jeszcze trudniejsza.
Niewiele brakowało, a bym przegapił jaskinię, która od razu wydała mi się największą spośród wszystkich mijanych. Wgramoliłem się na ostatni kamień i wszedłem do środka. Miałem ochotę się otrzepać, ale wolałem sobie oszczędzić wstydu. Tak naprawdę to jedyne o czym marzyłem to gorący prysznic i otarcie się ręcznikiem...
– Halo? – zapytałem, orientując się, że w środku było jakby pusto. W powietrzu unosił się aromat wilgoci... Był on jednak całkiem przyjemny.
Niespodziewanie zza jednej ze skalnych kolumn wyłoniła się niska wadera o brązowym futrze i wściekłym spojrzeniu, choć jej mina wyrażała tak naprawdę co najwyżej irytację.
– Słucham.
– Ja... Em... – jąkałem się. Kompletnie nie przemyślałem, o co chciałem pytać – Jeste... jest pani Alfą?
Skinęła głową. Patrzyła na mnie z lekką niecierpliwością.
– T-to świetnie... Jestem Joel Treunis, chciałbym dołączyć do pani stada.
Przyjrzała mi się uważnie od stóp do głów. Poczułem się jeszcze bardziej idiotycznie. Musiałem wyglądać okropnie. Aż strach było mi popatrzeć na moje łapy.
– Mów mi Suzanna – zaczęła odrobinę znudzonym tonem – Mogę cię przyjąć na okres próbny. W ten czas będziesz poddany obserwacji przez stałych członków stada. Za nawet drobne przewinienie możesz przestać być naszą rodziną. Zasady jakie tu obowiązują są raczej oczywiste, przypominają te z jakiejkolwiek innej watahy. Aktualnie niestety nie mogę ci przydzielić nikogo do oprowadzenia ze względu na panującą aktualnie pogodę... Póki co możesz zostać u nas i przeczekać deszcz. Jeśli nie masz na to chęci i uważasz, że poradzisz sobie sam, możesz się udać do najbliższej wolnej jaskini. Sądzę, że wszyscy mieszkańcy aktualnie już zajęli swoje schrony, więc łatwo się zorientujesz, gdzie możesz się zadomowić.
Słuchałem jej, kiwając głową ze zrozumieniem. Tak naprawdę to nie wiedziałem o co chodzi z tymi zasadami, a ruszać się stąd nieco bałem. Alfa zdawała się być tak samo oziębła jak wadera, którą spotkałem na początku. Nie wiedziałem, czy poczuję się tu dobrze. Najwyżej ulotnię się przy najbliższej okazji i będę się zmieniać w wilka gdzie indziej...
Niespodziewanie moje rozważania przerwał głos samca stojącego w cieniu jaskini, którego dotychczas nie zauważyłem:
– Wyglądasz na całkowicie zagubionego. Chodź, zaprowadzę cię – oznajmił i wstał z miejsca. Suzanna potaknęła mu głową i odprowadziła nas wzrokiem.
Okazało się, że droga w dół była równie problematyczna, co w górę. Zrobiłem sobie niezłą szramę na tylnej łapie. Kiedy to się stało, z trudem wstrzymałem przekleństwo. Musiałem się w końcu dobrze zachowywać. Czułem się jak nowy pracownik w jakimś wysoko postawionym zakładzie, który będzie obserwowany przez swoich przełożonych...
– Pomóc? – zapytał nieznajomy basior o ciemnym futrze. Zgrabnie przeskakiwał z kamienia na kamień. Kiedy mnie wyprzedził, dopiero z zaskoczeniem dostrzegłem, że miał skrzydła. Cóż to za dziwna odmiana... Wilko-ptak?
– N-nie... dam radę – stwierdziłem przez zaciśnięte zęby. Popatrzył na mnie jeszcze, czekając aż zrównamy kroku i dopiero wtedy podążaliśmy razem. Kiedy dotarliśmy do celu, przekazał mi to na ucho. Skręciłem w lewo i w ten sposób trafiłem do dość wąskiej jamy. Mimo to wyglądała całkiem obiecująco...
– Jak tu trafiłeś? – zapytał basior. Podejrzewałem, że również był dowódcą, skoro samica wspominała o parze Alf...
– Znalazła mnie taka czarna wadera... Nie była zbyt miła – stwierdziłem niepewnie – Najpierw posiedziałem w jej jaskini, a później odesłała mnie tutaj. To znaczy... Tam. Sam Alfa chyba rozumie – Popatrzyłem na niego z nadzieją w oczach. Ku mojemu zaskoczeniu pokiwał głową.
– Mieszka na tej samej ścianie Góry, w której się teraz znajdujemy?
– Em... Nie wiem... Chyba – odrzekłem zdezorientowany.
– Zielone oczy, naszyjnik, długi ogon? – dopytywał dalej. Po chwili namysłu skinąłem głową. Wyprostował się.
– To na pewno Yuki.
Ma na imię Yuki..., pomyślałem, czyli z jej pozostania anonimową nici. Uśmiechnąłem się do siebie. Sprawiało mi to dziwną satysfakcję.
– Sądzę, że możemy cię przydzielić do ekipy polowań. Kiedy tylko przestanie padać masz się stawić na Wrzosowej Łące. Tam macie zbiórkę. Przekażę reszcie o ile to możliwe o tym, że mają nową osobę do pomocy.
Pokiwałem głową. Ten basior zdawał się być jedynym wilkiem, który przejawia jakąś sympatię. Zrobiło mi się trochę lepiej. Może nie wszyscy są tacy źli? Jedynie jego przenikliwy wzrok był odrobinę przerażający. Zdawał się patrzeć mi w duszę... Jakby nie patrzeć podobny miała jego partnerka. Nieźle się dopasowali.
– Nie przedstawiłem się jeszcze. Mam na imię Hitam, jestem Alfą Watahy Czarnego Kruka – Uśmiechnął się blado.
– Czarnego Kruka...? A to nie jest czasem Stado Magicznych Wilków, czy coś? – zapytałem kompletnie zbity z tropu.
– Wataha Magicznych Wilków i Wataha Czarnego Kruka połączyły się w Watahę Magicznego Kruka. Jesteśmy teraz jednym stadem.
– Ach... – odpowiedziałem cicho, wpatrując się w niego w zdumieniu. Jednak stada wilków były nieco mniej prymitywne niż mi się początkowo zdawało... Aż mi było trochę głupio z tego powodu. Ponadto zastanawiała mnie geneza określenia magiczne. Czy oznaczało to wszystkie wilko-ptaki, wilki-czarowniki, wilkołaki i wilkołaki-czarodziejów? Miałem kompletny mętlik w głowie, a wstydziłem się zapytać. Musiałem przecież uchodzić za dobrego członka stada. Tylko tego im brakowało, by dołączył jakiś mało rozgarnięty wilczuś, który większość swojego życia spędził w Mieście. Może Yuki nie jest jedyną osobą, która się z tego naśmiewa...
– Mam wezwać lekarza? – zapytał w końcu Hitam. Dopiero wtedy zorientowałem się, że patrzył na moją krwawiącą łapę. Sam na nią zerknąłem. Skrzywiłem się aż. Spodziewałem się wiele, ale na pewno nie aż tak głębokiej rany. Jako człowiek będę miał rozoraną łydkę... Pewnie przydałyby się szwy.
– Ja... Nie wiem – popatrzyłem na niego z przerażeniem. Miałem nadzieję, że nie stosowali tu starych sposobów leczniczych, takich jak chociażby spuszczanie krwi... Choć nigdy niczego nie wiadomo. Hitam uniósł brew. Speszony postanowiłem się spróbować się jakoś wytłumaczyć: – Bo... Ja... Chciałbym jedynie bandaż, jak już.
– Mieszkałeś wcześniej w Mieście, prawda?
Zwiesiłem głowę i potaknąłem.
– To by wyjaśniało, dlaczego się nie otrzepałeś z wody. Nie potrafisz, prawda?
Ponownie potaknąłem. Chyba łatwo mnie przejrzeć... Dobrze, że nie było widać mojego świeżo wykwitłego rumieńca. Hitam westchnął cicho.
– No nic, zawsze możesz się tego po prostu nauczyć. Niektóre rzeczy przychodzą z czasem. Jeżeli chcesz, mogę ci objaśnić zasady jakimi rządzą się watahy.
Ochoczo na niego popatrzyłem i po raz trzeci pokiwałem głową. Basior rozpoczął swoją opowieść, a ja słuchałem, starając się zapamiętać jak najwięcej detali.
Nagle przerwał w pół zdania.
– Miałem przynieść bandaż. Poczekaj tutaj.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, a jego już nie było. Wrócił już po zaledwie kilku minutach, niosąc w pysku słoik z kawałkiem białego, zwiniętego materiału. Trzymał go tak, by nie zamoczyć go w deszczu. Trochę się bałem pierwszej pomocy w jego wykonaniu, ale ostatecznie nie było tak źle. Radził sobie w każdym razie lepiej niż ja.
– Dziękuję – powiedziałem na końcu. Nie odpowiedział jednak, a jedynie usadowił się na swoim poprzednim miejscu i kontynuował opowieść.
Po upływie jakiegoś czasu naszła mnie myśl, że nie mam pojęcia jak w takich warunkach dotrę do swojego ludzkiego domu, do pracy... Oraz kiedy i w jaki sposób spiszę swoją najnowszą piosenkę. Ta myśl napełniła mnie niepokojem. Chciałem zrobić to jak najprędzej i nie stracić źródła dochodu, ale nie miałem bladego pojęcia kiedy skończy się ulewa. Zanosiło się na prawdziwą powódź...

piątek, 17 sierpnia 2018

Od Asgrima "Powrót do młodości" cz. 5

Lipiec 2021r
– Jadłeś kiedyś naleśniki? Albo ciastka?
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Nie masz o czym rozmawiać? Spokojnie, jedzenie to zawsze świetny wybór!
- Ciastka tak, ale naleśniki to zagadka. Smacznie brzmiąca zagadka – oblizałem się na żarty – A ty?
- Dzisiaj zjem – wzruszyła ramionami.
- Ej? - postanowiłem zmienić temat. Tori podniosła na mnie zaciekawiony wzrok – Jaki jest twój sekret?
Oczy samicy otworzyły się szerzej, a na pysk wkradło się dziwny... Strach? Wstyd? A może jeszcze coś innego? Sam nie wiedziałem, jak to nazwać.
- C-co?
- No, że Yuki cię nie zabiła, gdy się tak na nią rzuciłaś – wyjaśniłem – Chociaż możesz mi powiedzieć coś i o tym drugim.
Posłałem jej zniewalający uśmiech, ale ona była na niego odporna. Niestety.
Wilczyca odetchnęła z ulgą i pokręciła energicznie pyskiem.
- Chyba podziękuję. Yuki mnie adoptowała, gdy byłam szczeniakiem. Jest dla mnie trochę jak matka.
- Och – wyrwało mi się w czystym zdumieniu.
Między nami zaległa cisza. Chciałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem, co takiego. Trawiłem jeszcze informację, którą przed chwilą mi podała. Niby było to logiczne, ale i tak się tego nie spodziewałem.
Tori patrzyła mi prosto w oczy. Czułem się bardzo dziwnie, gdy tak dokładnie się im przyglądała. Postanowiłem jednak nie odwracać wzroku, a zamiast tego odwzajemniłem spojrzenie.
Siedzieliśmy tak i patrzyliśmy się w sobie w oczy bez wyraźnego powodu. Wilczyca mówiła mi kiedyś, że lubi obserwować zmieniające się w nich barwy, a i dla mnie podobna obserwacja bywała przyjemna. Zwłaszcza gdy chodziło o jej jasnoniebieskie tęczówki.
- Przypomniałeś coś sobie? - usłyszałem nagle cichy, trochę niepewny głos. Zamrugałem oczami, zdezorientowany.
- Co?
- Noo... - Tori odwróciła wzrok i dotknęła łapą swojego łba – Czegoś o sobie, dzieciństwie przeszłości... Sam wiesz.
- Nie. Tylko to, co ci mówiłem.
- Szkoda – westchnęła.
- Szkoda, szkoda – powtórzyłem po niej.
Chciałem odzyskać pamięć, ale to był tak skomplikowany proces i tak długi... Wspomnienia wracały stopniowo i dość chronologicznie, a przynajmniej na to wyglądało. Aktualnie zatrzymałem się na czasach, gdy wraz z Tori rozpoczęliśmy naukę liter i liczb, ale choć widziałem oczami wyobraźni ten mozolny proces, nic z tego nie miało teraz dla mnie dużego sensu...
Wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się krzywo. Tori nie wydawała się zbyt przekonana moim zagraniem, ale nie ciągnęła tematu. Pewnie wyczuwała jakieś fale mojego nastroju czy coś i postanowiła go nie pogarszać. Nie wiedziałem, czy powinienem jej za to dziękować, czy nie. Po chwili postanowiłem zmienić temat i rzuciłem jakąś uwagę o świetlikach i już po chwili gadaliśmy jak najęci o nieco dziwnych i bardzo niezobowiązujących rzeczach.
W pewnej chwili podeszła do nas Yuki, a w pysku trzymała drewniany talerz z ciasteczkami w kształcie odcisków wilczych łap. Wyglądały one przeuroczo i bardzo pysznie. Podziwiałem Karou i Soharę za stworzenie czegoś takiego. Ja nie potrafiłbym zrobić nic tak pięknego – i pewnie smacznego – nawet z pomocą najlepszych składników, dobrego przepisu i ludzkich rąk.
- Nie patrz tak na nie. Czują się niepewnie – Tori zmierzyła mnie groźnym stworzeniem, a ja zmarszczyłem brwi.
- Kto?
- Ciastka – powiedziała jak gdyby nigdy nic. Wytrzeszczyłem na nią oczy, nie ogarniając do końca, o czym mówi.
- Co?
- Moje dzieci.
- Co?!
Wilczyca wymieniła zbiór imion, które rozpoczynały się od tej samej głoski. Z każdym kolejnym wskazywała na jedno z ciastek, a ja patrzyłem na nią jak na idiotkę.
- Tori... Dobrze się czujesz?
- Tak. Czemu miałabym się czuć źle?
- Nieważne... - pokręciłem łbem z niedowierzaniem, domyślając się w końcu, że to chyba miał być jakiś nieudany żart – Czyli to są twoje dzieci...?
Wilczyca kiwnęła energicznie głową. W tym samym czasie zbliżyła się do nas Yuki z drugim talerzem, który postawiła na stole przede mną. Podziękowałem krótko i gdy się oddaliła, wróciłem do tematu.
- To są twoje dzieci, które masz zamiar zjeść?
- Tak – powiedziała wilczyca, by po chwili się zreflektować - Co? Czekaj! To jednak nie są moje dzieci.
- Wyrzekasz się ich? Porzucasz je? Będą za tobą tęsknić!
Torance podniosła do góry łapy w geście poddania się.
- Będziesz okropną matką.
- Dzięki – mruknęła – A ty okropnym ojcem. Jestem tego pewna.
Uniosłem brew.
- Mówisz?
- Ja to wiem – powiedziała, jednak jej głos nie brzmiał tak pewnie, jak by sobie tego życzyła. By to zamaskować, ponownie się odezwała - Może lepiej zabierzmy się do jedzenia, co?
W odpowiedzi podniosłem jeszcze wyżej brew i parsknąłem śmiechem. Gdy się uspokoiłem, rzuciłem do mojej towarzyszki krótkie „Smacznego” i zacząłem jeść.
Och, jedzenie... Jakie to było pyszne! Konfitura była słodka i pachniała malinami, co współgrało wręcz idealnie ze smażonym ciastem. Ciężko jadło się jako wilk, ale smak, który odczuwałem w tej postaci o wiele intensywniej, mi to wynagradzał.
Gdy nasze talerze stały się puste, postanowiliśmy je odnieść do kuchni, za co podziękowała nam jedna z kucharek, która była w postaci człowieka. Niestety, nie wiedziałem, czy była to Sohara, czy Karou, bo nadal ciężko było mi się zorientować, gdy były w tej formie. Niby nie było to trudne, ale miałem z tym czasem problemy. Zwłaszcza kiedy było ciemno.
- Mam nadzieję, że pomożesz mi później wszystko uprzątnąć – powiedziała na pożegnanie Yuki, a ja miałem dziwne wrażenie, że to nie podpisywało się nawet pod aluzję prośby. Prędzej pod rozkaz...
- Jasne – mruknąłem i przewróciłem oczami, gdy czarna samica się odwróciła. Nie umknęło to jednak mojej towarzyszce, która szturchnęła mnie z rozbawieniem. Odwzajemniłem się jej z szerokim uśmiechem na pysku, a że nie potrafimy się zachować... Już po chwili przepychaliśmy się ze śmiechem, a Yuki patrzyła na nas z irytacją i lekkim pobłażaniem.
- Wspominałaś coś o byciu dojrzałą? - zmierzyła Tori zimnym spojrzeniem. Wilczyca w odpowiedzi jedynie prychnęła i pożegnawszy się krótko z kelnerką, ruszyła w stronę lasu.
- Wrócę – obiecałem i pobiegłem za przyjaciółką. Samica poruszała się bardzo szybko, więc gdy udało mi się z nią zrównać, byliśmy już na Wrzosowej Łące.
- A co to za romanse z moją adopcyjną matką? - spytała z udawaną powagą.
- Żadne. Próbowałem cię dogonić, kiedy tak uciekałaś – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
- Jasne, jasne... Bo ci jeszcze uwierzę.
- No tak. Jestem cały twój – zbliżyłem się do wilczycy i zatrzymawszy ją, opatuliłem jej grzbiet jedną łapą.
- Może być, ale ja nie jestem twoja – strąciła moją łapę.
- Niech zgadnę: I nigdy nie będziesz? - przerwałem jej w pół słowa.
- Dokładnie! - zawołała i roześmiała się. Postanowiłem zrobić to samo, ale nie było mi do śmiechu. Bardziej miałem ochotę zawyć ze smutkiem.
- Niestety – mruknąłem cicho. Wilczyca zwróciła pysk w moją stronę i zmierzyła mnie dziwnym spojrzeniem.
- Coś mówiłeś?
- Nie – powiedziałem stanowczo, starając się, żeby nie wyczuła kłamstwa.
Jeśli jednak je wyczuła, nie skomentowała tego, a jedynie zmieniła temat. Pokonaliśmy resztę drogi do jej jaskini w wesołych nastrojach i dyskutując o głupotach.
- Chwila... Co my tutaj robimy? Twoja jaskinia jest tam – powiedziała w pewnym momencie wilczyca, wskazując przy tym w całkiem inną stronę.
- A no racja, ale jeśli jeszcze się nie domyśliłaś, odprowadzam cię do domu.
- Po co? Wiem, gdzie mieszkam.
- Bo tak.
- Nie masz lepszych argumentów?
- Nie.
Wilczyca prychnęła i przewróciła oczami, jednak nie wykłócała się dłużej. Na moje szczęście.

- To ja już będę iść – powiedziała Tori, gdy posiedzieliśmy sobie nieopodal jej jaskini. Wcześniej rozmawialiśmy jeszcze trochę, bo ani jej nie spieszyło się do środka, ani mi do sprzątania w restauracji.
- Spoko. To cześć – powiedziałem i już miałem się odwrócić, gdy Tori rzuciła się na mnie i przytuliła mocno. Trochę zaskoczony, odwzajemniłem uścisk – Hej, spokojnie.
Samica nie odpowiedziała, a zamiast tego delikatnie mnie polizała w pysk. Następnie odskoczyła i pobiegła do jaskini, wołając krótkie „hej”. A ja stałem totalnie oniemiały, próbując zrozumieć, co takiego się właśnie wydarzyło.
Czułem, jak łapy niosą mnie wprost do jej jaskini. Musiałem zapytać, wyjaśnić i zrozumieć. Po prostu musiałem. Nie wiedziałem, czy sobie to uroiłem, czy ona naprawdę... Nie, to było niemożliwe. Może miałem jakieś halucynacje?
- Idiotka! Jesteś cholerną idiotką! - usłyszałem krzyk, gdy zbliżyłem się do groty. Słowa samicy wywołały u mnie jeszcze większy rozstrój. Co się stało i co teraz się działo?
- Tori? - odezwałem się cicho, wchodząc do jaskini.
- Daruj sobie. To był błąd i więcej się nie powtórzy – syknęła w moją stronę wadera. Stała odwrócona, tak że nie widziałem jej pyska. Jednak jej drżący głos mi wystarczał. Ba, moim zdaniem to i tak było zbyt wiele.
- Co? Co było błędem?
Torance odwróciła się. Z jej jasnoniebieskich oczu płynęły łzy, a na pysku widniała cała gama emocji.
- To wszystko – wykonała kółko łapą.
- Nie rozumiem...
- Czego nie rozumiesz?! Przecież to jest proste i oczywiste! - krzyczała ruda, a ja nadal nie rozumiałem, co miała na myśli. Ba, dopiero zaczęło do mnie docierać, że może nie miałem halucynacji. Ale tylko może – Podobasz mi się, kretynie. A teraz wszystko zniszczyłam. Przyjaźń, relacje... Wszystko.
- C-co?!
Moje wnętrzności postanowiły chyba sobie poskakać i w tym momencie czułem się, jakbym miał za chwilę zwymiotować. Och, cóż za romantyzm! Normalnie godny szczeniaka, jak który się właśnie czułem.
- Przestań. Czuję twoje zmieszanie bardzo wyraźnie. Najlepiej będzie, jeśli sobie pójdziesz. To koniec przyjaźni. Zniszczyłam ją.
- C-co?! Nie! - wilczyca zmierzyła mnie zszokowanym spojrzeniem – Zaczynam wątpić w twoje zdolności. Naprawdę czujesz tylko to?
Tori przyjrzała mi się dokładnie.
- Przepraszam, ale chyba jestem zbyt roztrzęsiona, by używać magii. Możesz mnie zostawić w spokoju? Dziękuję.
- Nie mogę.
- Czemu?
- Bo jestem twój – oczy mojej przyjaciółki otworzyły się szerzej, a na mój pysk wkradł się uśmiech – Wiem, że jestem przystojny i mnie kochasz, ale... W tym momencie czuję się aż niezręcznie.
- Idiota – mruknęła samica i wykonała kilka skoków. Następnie wtuliła się w moją sierść.
- Też cię kocham – odwzajemniłem uścisk.
Staliśmy tak, opatulając się łapami. Oboje ciesząc się tą chwilą. Trochę zszokowani, ale szczęśliwi. Po tylu latach znajomości w końcu wyszły na jaw ten mały szczegół.
- Czyli jesteś moim partnerem? - odezwała się w pewnej chwili Tori, nadal wtulona we mnie.
- Tak, a ty jesteś moja. Na zawsze – powiedziałem, nawiązując do naszej wcześniejszej rozmowy. Tor roześmiała się cicho i przytuliła mocniej.
Byłem cholernie szczęśliwy, a jednak łeb pulsował delikatnym bólem, charakterystycznym do powrotu wspomnień. Czułem, że od tego wieczoru, będę szybciej sobie przypominał wszystko, co dotyczyło mojej przyja... Partnerki. A że była nieopodal przez większą część mojego życia... To jest całkiem inna historia.
Tak samo jak inną historią jest to, że Młoda już nigdy się ode mnie nie uwolni...

Uwagi: Brak.

czwartek, 16 sierpnia 2018

Od Navri "Jestem młodsza, ale nie gorsza" cz. 21

Marzec 2021 r.
Siedziałam na swoim stanowisku, oczekując na pojawienie się Aoki. Wyglądałam zza skromnej lady, wodziłam wzrokiem po okolicy... Wszystko tylko po to, byleby jak najprędzej wypatrzyć znajomą rudą kitę. Raz zostałam zmylona przez Torance, która zmierzała jednak do całkowicie innego punktu z konkurencjami. Wypatrzyła mnie jednak i prócz grzecznościowego wymienienia się przywitaniem nie nawiązałyśmy żadnej rozmowy. Nasze relacje z czasem stawały się coraz chłodniejsze... Możliwe, że również przez to, jak bardzo różnił się nasz styl życia. Ona była zabiegana i musiała pełnić stanowisko przeznaczone dla dorosłego wilka, a ja nadal się uczyłam. Nie ukrywałam, że Torance miała znacznie mniej wolnego czasu niż ja, choć szczerze mówiąc nie przeszkadzałaby mi zmiana w mojej codziennej rutynie. Chciałabym zrobić już krok naprzód, jednak gdzieś z tyłu głowy trzymała się mnie myśl, że jeszcze wielu rzeczy muszę się nauczyć. Możliwe, że to właśnie chęć poczucia się jak pełnoletni członek stada skłoniła mnie do zajęcia stanowiska animatora. Kto wie? Tak czy inaczej mimo, że nauczyciele przekazywali mi niezbędną wiedzę, to miałam już świadomość, że wielu rzeczy już zdołałabym się nauczyć sama, a nie każdy temat, który przerabiamy w szkole mnie interesuje. Być może odrobinę pogorszyłam swoje stopnie, ale kto by na to patrzył? Torance miała podobno beznadziejną średnią, ale tak naprawdę nikt się tym szczególnie nie przejął i ma pełen dostęp do niemal wszystkich stanowisk. Kto by się przejmował nauką rzeczy niepotrzebnych, skoro można się skupić na tych bardziej lubianych?
Znowu wróciłam myślami do Aoki. Ona na przykład bardzo lubiła przedmioty realizowane przez Kai'ego. Nie była najlepszą uczennicą, ale to stanowiło chyba jedyną rzecz, którą się interesowała. Na początku kompletnie tego nie rozumiałam, ale teraz wiem, że to całkiem przydatne. Można się skupić na czymś takim, jak samorozwój... Warto uczyć się innych umiejętności na boku, dokładnie tych, które wie się, że są przydatne w przyszłości. Być może Aoki też miała w tym jakiś konkretny cel? Chciałabym to wiedzieć. Marzyło mi się, abyśmy były w stanie normalnie ze sobą porozmawiać. Jeszcze z nikim prócz taty i Hitamem nie rozmawiałam o moich marzeniach. Czułam jakąś potrzebę przekazania komuś moich myśli, ale nie miałam komu. Gaja nadal pozostawała dla mnie personą bardzo odległą, Torance poniekąd mnie zostawiła, Shen zniknął... Nikt prócz tej wadery o ślicznym futerku mi nie pozostał.
Wtedy zza krzewów wyłoniła się znajoma mi sylwetka. Z wrażenia aż położyłam łapy na stoliku. Siedzący nieopodal tata spojrzał na mnie ukradkiem. Już wcześniej pytał, czy na kogoś czekam, ale nie chciałam mu odpowiedzieć. Teraz nareszcie wiedział o kogo chodziło i chyba wyglądał na nieco zaskoczonego. Nie mówiłam mu o tym, że próbuję się zaprzyjaźnić z moim byłym wrogiem.
Powoli, ze zmarszczonym pyskiem, podeszła do mojego punktu.
- Po co chciałaś, żebym przyszła? - zapytała chłodno.
- Możesz usiąść, popatrzeć jak pracuję, pomóc... - Zrobiłam pauzę na chwilę namysłu - Będziesz dawać karty za udział w konkurencjach.
Uniosła brew nic nie rozumiejąc, więc objaśniłam jej, jak wygląda podział nagród. Słuchała ze skupieniem wymalowanym na pysku. W duchu trochę mnie cieszyło, że jednak zechciała się choć trochę zaangażować. Marzyło mi się, by została tu jak najdłużej.
Kiedy tylko skończyłam jej objaśniać, podszedł do nas wilk z Watahy Czarnego Kruka. Wykonał zadanie bez zarzutu, więc dałam znak Aoki, by podeszła do niego z kartami. Jakoś tak cieplej mi się zrobiło na ten widok... Później powoli wróciła do mojego punktu, ale rozmowa się nie kleiła. Nie miałam bladego pojęcia o czym mówić, a ona była zajęta rozglądaniem się, czy nie idzie do nas kolejny uczestnik festynu. Serce łomotało mi jak oszalałe, kiedy rozmyślałam, jaki temat mogłabym poruszyć. Nic mi nie przychodziło do głowy. Ponadto nie pamiętałam, bym kiedykolwiek się tak stresowała. Naprawdę nie chciałam palnąć przy niej żadnej głupoty. Co jeśli mnie wyśmieje?
***
Ku mojemu miłemu zaskoczeniu Aoki została aż do końca dyżuru. Nie rozmawiałyśmy aż tak wiele, ale był to choć jakiś postęp: w końcu wytrzymała moją obecność przez tak dużą ilość czasu.

Maj 2021 r.
Aoki odwiedzała mnie na festynie częściej. Rozmowa nadal się nie kleiła, ale fakt, że wracała był pokrzepiający. Zawsze czekałam na jej pojawienie się. Tata kilka razy pytał co się stało, że przestałyśmy sobie skakać do gardeł, ale nigdy mu nie odpowiedziałam. Właściwie to miałam tylko teorie, to mogło być tego powodem. Nie czułam też konieczności, aby tata wiedział o takich detalach. Powinno się dla niego liczyć głównie to, że znalazłam kogoś do stałego towarzystwa, mimo, że Torance, Shen oraz Sakura mnie już zostawili, i co za tym idzie - zapowiadało się, jakobym miała pozostać samotnikiem do końca mojej edukacji, albo i dłużej. Po jakimś czasie chyba w końcu przyjął do wiadomości, że nie muszę mu mówić o wszystkim, a taki stan rzeczy wcale nie jest aż taki zły.
- Dziś po raz kolejny spróbujemy wywołać wasze magiczne zdolności - oświadczył Kai, pochylając się nad jakąś książką. Dopiero po jakiejś chwili podniósł wzrok i zmierzył nas swoimi fioletowo-różowymi ślepiami. Nie był to żaden niemiły gest. Miałam wrażenie, że Kai zdawał się być tak samo sympatycznym wilkiem dla dosłownie każdego...
- To boli - stęknęła Aoki. Kai się krótko zaśmiał.
- Lecz jest skuteczne. Odczuwałyście po ostatnim razie jakieś drgania mocy dookoła siebie?
Skinęłyśmy zgodnie głowami, jednak Aoki wciąż nie wyglądała na przekonaną.
- To naruszyło wasze wewnętrzne źródło mocy. Udało mi się wyciągnąć tylko ich pierwszą powłokę. By ujawnić całą resztę musicie same tego chcieć i wiedzieć, w który element swojego możliwego żywiołu celować. Macie przynajmniej gwarancję, że posiadacie predyspozycje do czarowania, a nasza praca nie jest bezcelowa.
Po raz kolejny pokiwałyśmy głowami.
- Plan wygląda następująco: ja powtórzę zabieg, a wy z całych sił spróbujecie poruszyć swoje źródło mocy, o którym rozmawialiśmy jakiś czas temu. Musicie to dosłownie wyrzucić z siebie, celując w przeciwległą ścianę - Mówiąc to, wskazał na skałę, która znajdowała się tuż za nim. To by wyjaśniało, dlaczego przed lekcją zdjął wszystkie księgi z półek i przesunął w drugi kąt jaskini: nie chciał, by cokolwiek mogło ulec zniszczeniu.
- Co jeśli ją zepsujemy? - zapytała Aoki.
- To nic. Powiększycie nam salę do moich lekcji - Stwierdził z uśmiechem i przeszedł na drugi kąt klasy. Był niedaleko za nami. - Sądzę, że lepiej wywołać tutaj jakiś pożar lub tornado, niż na zewnątrz.
- Czy ja wiem... - mruknęła Aoki.
- Kiedy weszłyście do sali, czytałem jakąś książkę i mamrotałem coś pod nosem, prawda? - Nie czekając na odpowiedź, mówił dalej: - Wtedy wytworzyłem tarczę ochronną tuż przed waszymi nosami. Mogę ją przekroczyć tylko ja lub wasza moc, jednak ona w przeciwieństwie do mnie nie wróci. Znaczy to tyle, że jedyne możliwe zniszczenia odbędą się na tym odcinku, gdzie nas nie ma.
Nauczycielowi odpowiedziała głucha cisza, więc westchnął pod nosem. Dopiero wtedy powoli pokiwałyśmy głowami.
- To jak? Gotowe?
Ponownie mu potaknęłyśmy i prawdopodobnie równocześnie zacisnęłyśmy powieki.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

środa, 15 sierpnia 2018

Od Crane'a "Jedna konkurencja, albo dwie" cz. 1

Czerwiec 2021
Wracałem z patrolu wczesnym popołudniem. Szedłem akurat przez Żółty Las i przyglądałem się mijanym, zamkniętym grupkom bliskich znajomych. Tym razem widziałem tylko członków, niegdyś oddzielnej, Watahy Magicznych Wilków. Skakali w złocistych liściach z szerokimi uśmiechami na pyskach. Zajęci sobą nawzajem, nie zwracali na mnie uwagi. Pomimo tego, ja nie opuszczałem uszu dla pewności, że nikt się do mnie nie podkrada.
Ale co bym zrobił, gdyby zaatakowano mnie z góry? Popatrzyłem na rozłożyste gałęzie wszechobecnych drzew. Gdyby ktoś teraz stamtąd uderzył, najpierw uskoczyłbym w bok. Potem unik przed następnymi ciosami. Następnie podesłałbym przeciwnikowi jakiś ryk groźnego stwora... Powiedzmy, że Wyverna... i spróbowałbym dosięgnąć jego karku kłami. O ile będzie miał odsłoniętą szyję. A jeśli nie to... Rzuciłbym się na niego i powalił na ziemię używając swojego ciężaru ciała. Gdyby jednak atakujący był zbyt wielki, uciekłbym. Najlepiej w stronę tych wesołych wilków. Jeśli jednak nie pomogą mi, jest szansa, że chociaż na chwilę odwrócą uwagę nieprzyjaciela. Będę miał czas, żeby umknąć z pola widzenia...
Dalej wpatrywałem się w żółte korony drzew. Nie było tam nikogo... i dobrze.
Wszedłem na nadgryzione zębem czasu deski Żółtego Mostu. Cicho zaskrzypiały pod moimi łapami. Zatrzymałem się w połowie drogi na drugi brzeg rzeki i nieznacznie wychyliłem, żeby spojrzeć na płynącą dołem wodę. Porywała wszystkie dostępne opadłe liście i zabierała je w dalszą podróż. Wtem dostrzegłem pod szumiącą falą jakiś poruszający się obiekt, odbijający promienie słoneczne. Chociaż prąd próbował pociągnąć go ze sobą, przedmiot o dziwo nie ustępował. Wyciągnąłem łapę, żeby schwycić to błyszczące coś. Znalazło się w moim uścisku, ale ja też nie mogłem go tak po prostu zabrać z dotychczasowego miejsca. Szybko zlokalizowałem przyczynę takiego zjawiska. Łańcuszek tego, jak się domyślałem, medalionu, utknął między elementami mostu. Złapałem zawieszkę w pysk i podważając łapami jedną z luźniejszych belek, wreszcie wydostałem znalezisko. Na zdobytym medalionie dostrzegłem kota, trzymającego... drugi medalion. Wtedy skojarzyłem, że to na pewno Medalion Giętkiego Kota. Założyłem go sobie na szyję i ruszyłem dalej, całkiem zadowolony ze swojej spostrzegawczości. Tak samo cieszyłem się, że w okolicy chwilowo znów zapanowała cisza i gdyby ktoś się do mnie podkradał, natychmiast bym zauważył.
Idąc dalej, wyminąłem szerokim łukiem Drzewo Wiedzy. Później, dotarłszy do Pomarańczowego Drzewa, dostrzegłem samicę Alfa - Suzannę. Pochylała się nad jakimś pergaminem. Nie umiem czytać, więc nie było mowy o tym, żebym zdołał podejrzeć, co tam takiego ciekawego napisano. Nie zmieniłem kierunku, żeby uniknąć ewentualnej wymiany zdań z tą waderą. Gdyby podniosła wzrok w złym momencie, niechybnie pomyślałaby, że specjalnie jej unikam i mam ku temu prawdziwy powód. Szkoda ryzyka, szkoda nienagannej opinii, szkoda podejrzeń Alfy.
Tak więc, szedłem dalej przed siebie i mijając Suzannę, przywitałem ją jak należało:
- Witaj, Alfo.
Odpowiedziała mi skinięciem głowy i wróciła do swojego pergaminu. Heh, czyli jest zbyt zajęta, żeby pytać mnie o cokolwiek.
Wróciłem do Zielonego Lasu. Nagle przed moim nosem przemknęli dwaj technicy. Byli to Joel i Asgrim, gonili grupkę zajęcy. Widać restauracja stale potrzebuje zaopatrzenia.
Wtem skojarzyłem, że przecież Joel jest też animatorem. On, Dante i mała Navri wydają karty za wykonywane zadania. A karty można sprzedać...
Nie mam lepszego zajęcia, pójdę na tę ich polanę i wezmę udział w jakiejś konkurencji. Nawet jeśli wilkołak-muzyk jest tutaj, może tamta dwójka akurat pilnuje swoich stanowisk.
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Szybko znalazłem miejsce, gdzie siedziała, tym razem samotnie, uczennica imieniem Navri. Patrzyła w jakiś bliżej nieokreślony punkt na ziemi, skupiona na swoich myślach. Szkoda, że nie umiem w nie zaglądać. Podszedłem bliżej i uśmiechnąłem się przyjaźnie.
- Witaj, Navri.
Waderka podniosła głowę i zmrużyła nieznacznie oczy.
- Dzień dobry panu. Chce pan wziąć udział w jakiejś konkurencji?
- Tak. Jakie są dostępne u ciebie? - zapytałem.
Młoda wilczyca chyba trochę się denerwowała. Niech więc zapamięta taki mój wizerunek; cierpliwego i uprzejmego.
- Odpowiadam obecnie za dwie. Pierwsza konkurencja, to gra dwuosobowa, a druga jest dla jednego wilka - wydukała.
- Wybieram drugą takim razie - oznajmiłem. - Na czym polega zadanie do wykonania?
- Musi pan odnaleźć pewien mały przedmiot ukryty tutaj w pobliżu. - omiotła wzrokiem okolicę. - Promień poszukiwań jest od mojego stanowiska do tamtego świerku - wskazała.
- W porządku. Czego szukam konkretnie? - utrzymywałem ten sam, spokojny ton.
- O takiej zawieszki - Młoda wilczyca pokazała mi nie za duży, oszlifowany, czerwony kamyk, umieszczony w metalowym uchwycie.
- Jest określony czas, w którym mam to znaleźć? - dopytałem.
- Nie - odparła animatorka.
- Dobrze. To zaczynam - odszedłem kawałek od jej stanowiska.
Jak się za to w ogóle zabrać...? Pole poszukiwań jest duże, a przedmiot niewielki. Hm... Już mam.
Wróciłem się do młodej wadery i poprosiłem, żeby pozwoliła mi obwąchać pokazaną wcześniej zawieszkę. Jeżeli obie pochodzą z jednego kompletu i jednego miejsca, powinny pachnieć bardzo podobnie, jeśli nie tak samo. Navri oczywiście zgodziła się. Zbliżyłem nos do oszlifowanego kamyka Poczułem metal, ludzkie dłonie i pewien charakterystyczny zapach jakby-lawendy. Mając już odpowiednią wskazówkę, zacząłem węszyć dookoła. Nigdy nie byłem specem od tropienia, jednak takiego zapachu nie powinienem przeoczyć. Postanowiłem, że będę zataczać koła wokół pola poszukiwań. Każde następne będzie coraz mniejsze, aż dotrę do stanowiska animatorki. Plan wręcz idealny. Przystąpiłem do jego realizacji. Zacząłem od okolic niskiego krzewu z czerwonymi owocami. Stamtąd, szedłem już po lekkim łuku i sprawdzałem, czy kolejne elementy otoczenia nie są miejscem ukrycia zawieszki. Czas mijał, a ja dalej cierpliwie krążyłem z nosem przy ziemi. Nie wiem ile to trwało. Może długo, jak na tę konkurencję, może i nie.
W końcu poczułem zapach, którego szukałem. Znalazłem drugą zawieszkę ukrytą pod rozłożystymi liśćmi jakiejś rośliny. Wziąłem ten błyszczący przedmiot w pysk i przyniosłem animatorce.
- Gratuluję wygranej - oznajmiła. Niewykluczone, że za każdym razem powtarza uczestnikom to samo. - Oto pana karty - Podsunęła mi moją nagrodę: jedną kartę złotą, jedną srebrną i dwie brązowe. Dobrze wybrałem konkurencję.
- Dziękuję - skinąłem głową. - Nie wiesz kiedy wrócą pozostali animatorzy, prawda?
Uczennica pokręciła głową na znak, że nie ma pojęcia.
- No to ja już pójdę. Do widzenia, Navri.
- Do widzenia.
Wziąłem swoją wygraną w pysk i opuściłem polanę. Poszedłem w stronę Gór, gdzie mieściła się moja ciasna, ale własna jaskinia. Pewnie znów ze stosami suchych liści w środku.
Byłem już blisko celu, jednak wtem usłyszałem jakby uderzenia skrzydeł. Chwilę potem, przed wejściem do swojego lokum ujrzałem Lind. Głośno oddychając, rozgoniła swoje skrzydła i popatrzyła gdzieś w górę.
- Cześć, Lind - powiedziałem, odkładając karty na skalistą ziemię.
Wilczyca odwróciła się gwałtownie i spojrzała na mnie. Potargana grzywka opadła jej na pysk.
- O, Crane... Co ty tu robisz?
- Mieszkam - zaśmiałem się, ale pilnowałem, żeby nie zabrzmieć złośliwie.
Dopiero wtedy wadera o jasnym futrze zauważyła wejście do mojej nory.
- A... faktycznie - zawstydziła się trochę przez swoją nieuwagę. - Jak coś, ja tylko goniłam kozicę, nie chciałam ci przeszkadzać. Zupełnie zapomniałam, że wy tu mieszkacie.
- Żaden problem - mrugnąłem do niej okiem.
Lind uśmiechnęła się, żeby ukryć swoje zażenowanie, po czym spojrzała na leżące przede mną karty.
- Widzę ty też zbierasz karty... - oznajmiła, zmieniając temat.
- No... niezupełnie. Nie miałem co robić, wziąłem udział tylko w jednej konkurencji - wyjaśniłem. Wtem w mojej głowie pojawił się nowy pomysł, co mogę zrobić z moją wygraną. - Jeśli chcesz, mogę ci je oddać.
- Tak po prostu? - zdziwiła się wadera. Spojrzała na moją skromną kolekcję. - Nie, nie mogę ich wziąć za darmo. To twoja nagroda za wykonane zadanie.
- No to... Odsprzedam ci je.
Tak też mogę zrobić i wyjdę na tym jeszcze lepiej.
- Na to już prędzej się zgodzę - mruknęła. - Ile Srebrnych Gwiazdek od sztuki?
- Po jednej - odparłem. Wadera znów się na mnie dziwnie popatrzyła.
- Na pewno..?
- Chcesz te karty, czy nie? - usiadłem na ziemi.
- Chcę, niech będzie. Tylko muszę skoczyć do jaskini po zapłatę - po tych słowach wilczyca przywołała z powrotem skrzydła i poszybowała w stronę swojego miejsca zamieszkania. Zaczekałem aż wróci. Skoro zapłata była równa ilości odkupowanych kart, łatwo było się połapać w nazwijmy to rozliczeniu.
Jeśli się nie mylę, będę miał teraz dosyć oszczędności, żeby kupić los na loterię.

<CDN>

Wygrane karty: brązowe: Pielęgniarz, Bibliotekarz; srebrne: Białe Królestwo; złote: Xander.

Uwagi: "Dotarłszy" piszemy bez "w".