Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 10 sierpnia 2018

Od Leah "Wędrowiec" cz. 1

Kwiecień 2021 r.
Wzięcie udział w loterii okazało się strzałem w dziesiątkę. Karnet, czy jak to cudo się nazywało, otwierał mi możliwość dłuższego zabawienia w restauracji, a także baru, co było dość ciekawą opcją. Tak jak przypuszczałam, Arkan odrzucił moją propozycję udania się tam, czy gdziekolwiek indziej, jeśli ma mieć to związek z "tą idiotyczną imprezą". Podejrzewam, że ponownie spotkam go za jakiś tydzień.
Dodatkową motywacją, jeśli można tak to nazwać, był fakt, że mniej więcej o tej porze roku obchodzę urodziny. Osobiście uważam ludzki zwyczaj ich hucznego obchodzenia za całkiem zabawny, stwierdziłam jednak, że podobna okazja szybko się nie trafi i można by, chociażby dla śmiechu, uczcić tę rocznicę.
Po zakończeniu pracy w roli sprzedawcy i krótkiej wizycie w swojej jaskini, ponownie ruszyłam - w ludzkiej postaci - na teren bezpośrednio zajmowany przez festyn. W dłoni ściskałam świstek papieru, na którym zostało zapisane potwierdzenie mojej wygranej. Biegłam truchtem, w rytm jednej z ludzkich piosenek, ostatnio zasłyszanych w radiu podczas pracy. Swoją drogą, ciągle używam określenia "ludzki". Ludzkie piosenki, ludzka praca, ludzkie mieszkanie... Są wilkołaki utożsamiające się z tą rasą bardziej niż z wilkami, kilka takich nawet jest w watasze. Karou i Aurelliah, czy chociażby tych dwóch nowych, przybyłych jeszcze jesienią... Ciekawe jak to jest...
Będąc już w pobliżu restauracji, usłyszałam żywe rozmowy. Wśród traw zaznaczało się kilka mniej lub bardziej wyraźnych, wydeptanych ścieżek, zapach smażonego mięsa i kawy wyraźnie odcinał się na tle wilgotnego, wiosennego powietrza. Pośród drzew, na pokaźnych rozmiarów polance, dojrzałam niewielkie zabudowania.
Usiadłam przy pierwszym lepszym stoliku. Przyjrzałam się kwiatom w wazonie, stojącym na samym jego środku. Rozpoznałam ranniki zimowe i krokusy, obok których umieszczono kilka nieznanych mi roślin o gęstym, groniastym kwiatostanie, w miłej dla oka, szafirowej barwie. Pociągnęłam nosem, lekko zbliżając twarz do kwiatów. Ten ludzki węch jest taki niepraktyczny...
- Co podać? - usłyszałam.
Zaskoczona odwróciłam głowę od wazonu i spojrzałam na, jak się okazało, Yuki, patrzącą na mnie obojętnym, nieco zmęczonym wzrokiem. Dostrzegłam menu po swojej lewej, przekartkowałam je, uśmiechając się przepraszająco do wadery.
- Poproszę sałatkę... - jeszcze raz spojrzałam na książeczkę - z owoców leśnych.
Yuki niemal niezauważalnie kiwnęła głową i podeszła do kolejnego klienta. W oczekiwaniu na jej powrót, rozejrzałam się. Oprócz mnie przy stolikach wykonanych z pniaków drzew, siedziało kilkoro wilków, także z Watahy Czarnego Kruka, niektórzy w formie ludzkiej, większość jako wilki. Rozpoznałam tylko kilka twarzy bądź pysków, w tym Hitama. Skrzydlaty basior oddalał się właśnie w kierunku Amfiteatru.
Po jakimś czasie Yuki wróciła z niemal pustą tacką, na której stała już tylko moja sałatka i leczo z warzyw i mięsa. Wilczyca postawiła przede mną drewnianą miseczkę.
- Należą się cztery srebrne gwiazdki - powiedziała głosem równie znudzonym co jej spojrzenie.
- Mam to - sięgnęłam po karteczkę i położyłam ją przed waderą.
Wystarczyło jej kilka sekund na zaznajomienie się z treścią. Kiwnęła głową, poszperała w trzymanej przy boku, podniszczonej torbie i wyjęła z niej długopis. Coś zapisała na kartce, po czym schowała pióro, podniosła tackę i oddaliła się.
Sałatka składała się na malin, poziomek i borówek. Po ich nieco przygaszonym smaku wywnioskowałam, że prawdopodobnie zostały sprowadzone z Miasta, do którego importowano je z jeszcze innego miejsca. Klimat zapewne podobny do tutejszego... Ciekawe jak tam jest.
Po skończonym posiłku wybrałam się na polowanie, bardziej w celach rozrywkowych niż dla zaspokojenia głodu. Napewno znajdzie się ktoś chętny na świeżą zdobycz. Za cel obrałam niewielkie stado zajęcy, nieźle przetrzepione przez grupę polowań. Zanim udało mi się wytropić gryzonie, zdążył zapaść zmrok. Musiałam minąć Jezioro, bo przez pewien czas słyszałam rechot żab. Monotonne cykanie świerszczy zlewało się z ciszą, jakby każąc o sobie stopniowo zapominać. Gdzieś w oddali, od strony Miasta, rozbrzmiało żałosne wycie.
W końcu moim oczom ukazały się zające. Szaraki leniwie przeżuwały młode pędy rośliny, której zapachu nie rozpoznałam. Lekko stawiając łapy, zbliżałam się do niczego nie podejrzewających stworzeń na odległość pięciu wilków. Z mojego gardła dobyło się warczenie, którego nawet nie próbowałam powstrzymywać. Nie miały szans.
Gryzonie wystrzeliły z miejsc, kniaziąc zawzięcie. Rzuciłam się pogoń, pozwalając spiętym mięśniom wyciągnąć się do coraz to szybszego biegu. Wiatr huczał mi w uszach, ziemia znikała spod łap w takim pędzie, że przez chwilę myślałam, że lecę. Na mój pysk wkradł się uśmiech.
Dopadłam jedno ze zwierząt i zatopiłam kły w jego karku. Poczułam na języku metaliczny posmak krwi, dosłyszałam trzask. Gryzoń pisnął po raz ostatni i zamilkł.
Zaśmiałam się. Brakowało mi tego.
***
W ciągu następnej godziny schwytałam jeszcze trzy szaraki. Niosąc w pysku ostatniego z nich do miejsca, w którym schowałam pozostałe, wyczułam w pobliżu woń dymu i bliżej nieokreślony, świeży zapach, oba charakterystyczne dla mojego towarzysza. Przystanęłam na chwilę. Delikatnie odłożyłam swój łup na ziemię i powęszyłam jeszcze chwilę. Ponownie złapałam martwego zająca za kark i ruszyłam za tropem towarzysza.
Tak jak podejrzewałam, siedział na ziemi, patrząc na niezbyt starannie ukryte pod warstwą starej ściółki kocice*. Ogon owinął wokół łap, a skrzydłami zapewnił sobie podporę. Nie odwrócił wzroku, ale wiedziałam, że mnie usłyszał. Jakoś specjalnie nie zależało mi na zaskoczeniu go, a znając życie i tak natrafiłabym na jakąś doskonale znaną z książek, zagubioną gałązkę.
- Śpieszyło ci się? - parsknął.
- Można tak powiedzieć - przewróciłam oczami - Co tu robisz?
- Siedzę.
- Może konkretniej?
- Czekam na ciebie.
- Doczekałeś się. Co dalej? - z trudem powstrzymałam śmiech.
- Ty mi to powiedz.
Rozłożył skrzydła i wstał, jakby szykując się do odlotu. Zastygł bez ruchu, nasłuchując. Wrócił na ziemię i zaczął węszyć.
- O co chodzi?
- Słyszysz? Coś się tam nieźle obija. - kiwnął głową, wskazując kierunek.
Zastrzygłam uszami. Rzeczywiście, coś, a raczej ktoś, względnie niedaleko od nas głośno warczał i pokrzykiwał. Rozróżniłam głosy dwóch obcych.
- Wilki? - mimowolnie się zjeżyłam.
- Wilkołaki. Albo magiczne. - ostrożnie ruszył w kierunku, z którego dochodziły dźwięki.
- A jest jakaś...?
- Cicho... - przerwał mi, znikając w ciemności.
- Nie! Stój!
Arkan tylko machnął ogonem, powoli zbliżając się do źródła harmidru. Chwilę się wahałam, było pewne, że jeśli zbliżę się za bardzo, zobaczą mnie. Truchtem ruszyłam za towarzyszem, nie przejmując się hałasem. Zdenerwuje się i zawróci. Na pewno.
Gdy go dogoniłam, za wielkim krzewem głogu buchnął płomień, oświetlając skąpaną w blasku księżyca polanę. Odskoczyłam, zduszając narastający w gardle okrzyk.
- To nie ja - mruknął półgłosem mój towarzysz, trochę z tyłu. Odskoczył? Zdążyłam się już zaznajomić z jego irytująco cichym sposobem poruszania, kompletnie nieadekwatnym do jego wielkości, więc wiedziałam, że byłby do tego zdolny. Ale czy mógł wystraszyć ognia? I skąd, do diaska, ten ogień?
Warczenie nieznanego wilka przerodziło się w ryk. Z nieznanych mi powodów, zakręciło mi się w głowie, a przed oczami pojawiły się mroczki. Ledwie trzymając się na łapach, wyjrzałam przez przerwę między gałęziami krzaku.
Na polanie, gdzieniegdzie usianej pięknym, szafirowym kwieciem, stały dwa wilki. Jeden o smolistym futrze, zgarbiony, z gardłowym warkotem obserwujący przeciwnika. Drugi, rdzawy, stojący w płomieniach.
<C.D.N.>

*Kocica - gwara myśliwska; samica zająca

Uwagi: Brak.

czwartek, 9 sierpnia 2018

Od Valkoinen "Karaluch"

Wrzesień 2021
Od godziny nie mogłem normalnie ustać na łapach. Krążyłem w jedną i drugą, na zmianę przebierając kończynami. Zazwyczaj byłem bardzo cierpliwy. Dzisiaj też dawało mi się to we znaki, no powiedzmy. Nie mogłem doczekać się mojego pierwszego polowania na tej watasze. Cały ten czas do dzisiejszego dnia piekielnie mi się dłużył. Na zmianę na mój pysk wchodził szczęśliwy wyraz twarzy wraz z przestraszonym. Taki niezmiernie cierpliwy byłem przez naprawdę długi czas.
Wczoraj dowiedziałem się, że nareszcie będę mógł polować. Oczy mi się zaświeciły ze szczęścia i pysk stał się dumnie uśmiechnięty. Oczywiście wykonuję funkcję zabijającego. Dam głowę, że do innej kompletnie bym się nie nadał. Trzeba być szybkim i bardzo zwinnym, czego mi z pewnością brakuje. Jednak siły potrzebnej akurat do tego stanowiska mam wystarczająco. Jednak czy ja wiem, czy inteligencji wystarczająco.
Byłem już w trakcie drogi do Zielonego Lasu, to właśnie tam odbywały się wszystkie polowania. Rozpierało mnie przeogromne szczęście, że trafiłem właśnie do grupy polowań wieczornych. Okropnie nie mogę zasnąć w nocy, więc jakiś wysiłek przed snem powinien wyjść mi na dobre. Przynajmniej chociaż trochę się zmęczę.
Przez większość czasu, jakiego tu spędziłem, nie robiłem za dużo. Rano i wieczorem trenowałem, po południu zazwyczaj błąkałem się po terenach watahy. Nie miałem za dużo do zrobienia, każdy dzień był tak samo dłużący i monotonny. Czasem zdarzyło mi się pójść na festyn i oczywiście codzienne występy w amfiteatrze. Jednak to wszystko zaczęło robić się nudną codziennością, od której czasem trzeba się wyrwać.
Dotarłem już do miejsca, w którym miały odbywać się polowania. Położyłem się na ziemi i wyczekiwałem pozostałych wilków. Przyszedłem na pewno za szybko. Nie musiałem znać się nawet na godzinach. Zerknąłem okiem na okolicę. Było tu całkiem przyjaźnie, jednak wcześniej nie przykułem zbyt dużej uwagi do tego miejsca. Teraz wszystkie tereny były okropnie przesuszone. Dziwiłem się, jak to jeszcze tutaj rośnie. Dobrze, że nadchodzi jesień. Wszystko, mimo że zacznie brązowieć, to jednak nie będzie sprawiało takiego wrażenia jak teraz.
Na miejsce zdążyła już przyjść czarna wadera. Nie wiedziałem jeszcze kim była, ale kilkukrotnie ją widziałem. Była jak cień. Gdyby nie żółte znaki na sierści, z pewnością nigdy bym nie zwrócił na nią uwagi. Mogłem się założyć, że jej szczupła sylwetka pozwalała jej na szybkie przemieszczanie się. Nie było widać u niej muskułów, jednak na pewno nie były jej potrzebne. Zawsze zadziwiała mnie szybkość, ponieważ nigdy jakoś tak szybko nie biegałem. Jednak jest to bardzo potrzebna umiejętność. Nie ucieknę przed roślejszym przeciwnikiem.
Chciałem położyć się na łapach, kiedy zauważyłem, jak wadera podchodzi do mnie. Spojrzałem na nią ponownie. Wydawała się naprawdę dziwaczna. Po prostu usiadła bliżej, nic nie mówiąc. Nie wiedziałem, czy mam coś zrobić. Czy ja powinienem coś zrobić? Zapytałem samego siebie. Miałem dwie możliwości. Mogłem ją zostawić w spokoju. Skoro i tak będzie na mnie skazana podczas polowania, niech lepiej sobie odpocznie. Również miałem do wyboru odezwać się i udawać bardzo, ale to aż za bardzo miłego i otwartego wilka. Nie, tak nie mogę. Jednak z drugiej strony, strasznie mi się nudziło.
- Cześć – powiedziałem, wgapiając się w ziemię. Nawet nie wiedziałem, czy usłyszała, jak się do niej odezwałem. Z mojego punktu widzenia nie dało się nic zauważyć – Valk jestem. Dobrze się poznać, razem polujemy, no nie?
- Hej – odparła pewnie wadera. A ja podniosłem wzrok z ziemi na nią. Spoglądała wprost na mnie tak, jak na porządnego rozmówce przystało. Jestem ostatnim matołem. - Karou.
- Masz bardzo... - Przez moment nie wiedziałem nawet jak to nazwać, więc urwałem. - Ciekawe imię – Dziwnie mi się kojarzy.
- Karuch? - Wadera prawie się zaśmiała, a jednak na usta wdarł się tylko niewinny uśmiech, który nie pasował do jej wyglądu.
- No nie wiem, chyba to nie to – powiedziałem prawie roześmiany, co starałem się ukryć – to raczej karaluch.
Wadera chyba nie chciała gadać i odwróciła łeb w drugą stronę. Spojrzała wzrokiem, na nadciągającą zza krzaków wilczycę. Miała bardzo jasne futro z brązowymi plamami i pasami. Kolejna sztywna na polowaniu, świetnie. Aż nie mogłem się doczekać.
Nie minęło dużo czasu, od którego zaczęliśmy polować. Ten fakt jakoś mnie cieszył. Bardzo mi tego brakowało. Nasza ekipa była podzielona na trzy fazy. Kiedy dostrzegliśmy ofiarę, którą była sarna, Sohara szybkim sprintem rzuciła się za nią biegiem. To dopiero był prawdziwy cień! Pokonała kilkanaście metrów z taką szybkością, mogłem przyrzec, że na pewno nie widziałem kilku momentów. Chyba nawet się nie dało. Ona nie biegła, szybowała w powietrzu. Ledwo zauważałem momenty, w których musiała odbijać się od ziemi. Na pewno musiała. Była naprawdę niesamowita. Nikt jeszcze nie zdołał zrobić na mnie takiego wrażenia. Przyrzekam, że to musi być najszybszy wilk, to wszystko było tak niemożliwe.
Po momencie sarna znajdywała się w miejscu, obok którego schowana była wilczyca, której imienia nie mogłem sobie przypomnieć. W moich myślach była po prostu karaluchem. Oczy łani krzyczały o pomoc, jednak ona sama nadal nie wydawała za dużo dźwięków. Zaczynała już łapać, że nie będzie miała żadnego ratunku, jednak uciekała dalej. Nie do końca wiedziała, co się dzieje. Coraz bardziej się do mnie zbliżały. Kiedy wadera zaczęła kaleczyć nasz cel, wybiegłem z kryjówki. Miałem nadzieję, że to dobra pora. Karaluchowata dziewczyna wbiła się w nogę sarny z taką szybkością, że ta upadła na ziemie. Była rządna krwi.
Teraz był mój moment. Leżała z zakrwawioną nogą na ziemi. Jej oczy krzyczały do mnie, żebym jak najszybciej to skończył. Nie było nawet czego tutaj przedłużać. Biegłem coraz to szybciej z każdym momentem. Ze wszystkich rzeczy, na które miałem ochotę, właśnie to wygrywało. Został mi do niej krok, kiedy odbiłem się od jedynego miejsca, w którym znajdywało się błoto. Nawet nie wiedziałem jakim cudem, ale raczej mało mnie to obchodziło. Były rzeczy, którymi interesowałem się o wiele bardziej. Może nawet nie rzeczy, a jedno istnienie, któremu właśnie wgryzłem się w szyję, kończąc jej cierpienia. Prawie dokładnie wycelowałem w tętnice, jednak to wystarczyło.
Przedzieliliśmy łupy, żeby jakoś zabrać się w stronę naszego centrum. Wiedziałem, że zrobiliśmy naprawdę dobrą robotę. Wszyscy złożyliśmy sobie długie gratulacje i podziękowania. Byłem naprawdę zadowolony. Nawet rozmawialiśmy. Co do nich mi zupełnie nie pasowało. Zadziwiało mnie to, że one potrafią tyle rozmawiać. Nie zdawały się teraz takie dzikie jak wcześniej. Były nawet towarzyskie. Przynajmniej jak na nie bardzo towarzyskie. Odbyliśmy co prawda tylko luźną, niezobowiązującą rozmowę, naprawdę nic wielkiego. Jednak zdawały się miłe. Co ja mówię, przecież to krwiobójcze jednostki, które wgryzą ci się w kark. Nie, to ja jestem od wgryzania się w kark. One są takie szybkie, że nawet jakbym chciał, to nie mógłbym uciec. Co prawda mógłbym walczyć, ale z nimi to nic nie wiadomo. Tutaj ze wszystkimi nic nie wiadomo. Myślisz, że masz z kimś szanse, a tu kicha. Dodatkowo jeszcze ma silną moc. Jak tu walczyć?

Uwagi: Literówki, problemy ze składnią.

środa, 8 sierpnia 2018

Od Asgrima "Sześć łap" cz. 2

Maj 2021r
„Wiesz co? Mam cię dość. Nie chcę cię więcej widzieć” - zdania te chodziły po mojej głowie już od rana. Kilka nieuważnych słów, zły ich dobór, nieudany żart. Było mi cholernie przykro. Nie chciałem jej stracić, a jednak w tamtej chwili zirytowała mnie. Kiedy uciekła jednocześnie wkurzona i zraniona, ze łzami w jasnoniebieskich oczach, zostałem. Siedziałem, nie wiedząc, co powinienem zrobić.
- Dobrze, że chociaż teraz wiesz – mruknąłem. Joel podniósł na mnie pytający wzrok, jednak nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Nie miałem zamiaru mu się zwierzać czy coś w tym stylu.
Mogłem za nią pobiec. Przeprosić ją. Wytłumaczyć – wypominałem sobie w myślach, wzdychając. Chciałem to zrobić już jakiś czas temu, ale była na patrolu, więc zanim bym ją odnalazł i spróbował wytłumaczyć, byłbym spóźniony na konkurencję z Lind. Miałem nadzieję, że po jej ukończeniu nie będzie za późno na przeprosiny...
Przebierałem łapami mocno zniecierpliwiony. Przyszedłem na długo przed czasem, jeszcze przed Joelem. Normalnie rozejrzałbym się zaciekawiony torowi przeszkód, ale teraz nie miałem humoru. Siedziałem więc i gapiłem się na swoje łapy. Przy tym wyrzucając sobie własną głupotę, która zdawała się rosnąć z każdym dniem.
- O, Lind już jest – usłyszałem głos Joela. Podniosłem wzrok i rozejrzałem się w poszukiwaniu wilczycy. Owszem, szła w naszą stronę z uśmiechem na pysku. Skrzywiłem się, nie rozumiejąc jak może być tak wesoła. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że ona pewnie nie ma problemów do smutku i z tego korzysta.
- Cześć. Możemy wreszcie zaczynać? - zwróciłem się do jasnobrązowego wilka, gdy wymienił się już powitaniami z nowo przybyłą waderą. Nie tracąc więcej czasu, wstałem szybkim ruchem i wpatrywałem się w animatora. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą.
- Chyba tak. Jak tam Lind, gotowa?
- Powiedzmy – zaśmiała się wilczyca. Powstrzymałem irytację, słysząc jej śmiech. Nie miałem najmniejszej ochoty słuchać niczego radosnego... Chyba w końcu zrozumiałem czemu zdołowane wilki zaszywały się w swoich jaskiniach. Każde spojrzenie na radosnych znajomych, mogło trochę zirytować.
Joel skinął głową i zamieniwszy się w człowieka, nakazał nam się ustawić. Sznur, za którym stanęliśmy miał wyznaczać start. Mężczyzna wytłumaczył pokrótce zasady trochę znudzonym głosem. Miałem ochotę przerwać mu i związać nam te głupie łapy, żebyśmy jak najszybciej to skończyli. Lind przytaknęła, dając tym samym znak, że wszystko zrozumiała. Postanowiłem zrobić to samo. Może dzięki temu przejdziemy w końcu do rzeczy?
Jo przykucnął i zaczął nam związywać łapy. Było to dziwne uczucie, gdy sznurek zaciskał się na moich łapach i wyczuwałem bardzo dokładnie ciepło bijące od łap mojej towarzyszki.
- Pokonacie cały tor przeszkód i karty są wasze – powiedział mężczyzna, nie przerywając pracy.
Gdy skończył, Lind, która dotychczas przyglądała się z zafascynowaniem dłoniom Joela i temu, co ten robił ze sznurkiem, podniosła łapę. Moja podniosła się w identycznym czasie. Było to zdecydowanie bardzo dziwne uczucie.
- Nie powinno się rozwiązać. Możecie zaczynać. Powodzenia.
Nareszcie – pomyślałem i ruszyłem. Jak zwykle podniosłem najpierw prawą łapę. Coś – albo raczej ktoś – mnie jednak mocno spowolnił. Zatrzymałem się trochę zdezorientowany. Dopiero po chwili przypomniałem sobie o całej idei tej konkurencji.
- Ej, Lind? - spytałem, obracając łeb w jej głowę – Idziesz?
Biała wilczyca przez moją głupotę – kolejny przykład tego, że jestem idiotą – wąchała właśnie ściółkę.
- Chciałabym, tylko... - odparła, odzyskując równowagę – Zapomniałeś, że masz chwilowo więcej łap na głowie.
- Heh, wybacz Lind – zaśmiałem się. Cokolwiek nie myślałem o sobie, nie miałem najmniejszych chęci, by się do tego przyznawać – Może zaczniemy od prawej strony, co?
- Okej – skinęła głową wadera.
Zrobiliśmy jednocześnie krok, niestety, każde inną łapą. Kończyny samicy zaczęły się jeszcze bardziej rozjeżdżać. Mając nadzieję, że jeszcze bardziej nie zepsuje sprawy, podparłem ją, zanim się wywaliła.
- Zamiast o „prawej stronie” trzeba było mówić o „związanej stronie” - mruknęła.
- Dobra... To po prostu naśladuj moje ruchy. Lustrzane odbicie, wiesz.
- Czemu to ja mam naśladować ciebie?
- Tak nam pójdzie najlepiej – stwierdziłem, starając się, żeby mój głos brzmiał pewnie.
- Nie wydaje mi się. Stawiasz strasznie długie kroki – Lind zerknęła na moje łapy.
- Poważnie? - spytałem zdziwiony, podążając za nią wzrokiem. Rzeczywiście miałem trochę dłuższe łapy, ale żeby to aż tak przeszkadzało?
Kątem oka widziałem, jak wilczyca podnosi łeb. Następnie wciągnęła głośno powietrze. Ponownie wziąłem z niej przykład i szybko zrozumiałem powód jej irytacji. Pierwsza przeszkoda była nadal daleko przed nami.
W takim tempie cudem będzie, jeśli skończymy jeszcze dzisiaj – pomyślałem.
- Wystarczyłoby próbować iść w miarę równo i nie szarpać drugiej osoby – stwierdziła i musiałem przyznać, że zabrzmiało to dość sensownie. Lind obróciła łeb i zmierzyła mnie spojrzeniem spod obfitej grzywki – Jesteś w stanie to zrobić.
- Naturalnie. A co myślałaś?
Wilczyca nie odpowiedziała. Zamiast tego zerknęła na swoje łapy. Przez chwilę milczeliśmy i już miałem się wtrącić, gdy Lind zarządziła, że zaczynamy od związanych. Posłusznie podniosłem w tym samym czasie co moja znajoma. Postawiliśmy okropnie wolny krok, ale obyło się bez upadku któregoś z nas, a to był spory postęp.
- I teraz wolne – rozkazała.
Lind okazała się lepsza w te klocki. Pod jej przewodniczkiem zbliżyliśmy się – co prawda powoli, ale jednak – do pierwszej przeszkody, którą był gruby konar drzewa. Wejście na niego było dość problematyczne, ale udało się. Przeszliśmy po nim bez większych przygód – no nie licząc, ślizgających się łap mojej towarzyszki.
Gdy pokonaliśmy pierwszą przygodę, poczułem jak wypełnia mnie duma. Udało się! Miałem ochotę podskoczyć z radości i pobiec w stronę kolejnej, ale w ostatniej chwili przypomniałem sobie o Lind. Chyba nie byłaby zbyt zadowolona, gdybym to zrobił – pomyślałem, uśmiechając się.
Przyjrzałem się następnej przeszkodzie. Było to kilka... Właśnie, czego? Przypominało to swoim wyglądem drewniane płotki, które ludzie mieli wokół swoich ogródków. Ciekawie...
W każdym razie musieliśmy to przeskoczyć. Tak, to mogło się okazać znacznie trudniejsze.
- Skacz, kiedy powiem „już” - zwróciłem się do wadery. Ta w odpowiedzi skinęła głową. Ruszyliśmy powoli w stronę płotków. Każdy krok wydawał się prostszy i już po chwili zgodnie biegliśmy, zbliżając się do przeszkody – Już!
Odbiliśmy się od ziemi i wykonaliśmy piękny skok. Rozpęd, który dzięki temu uzyskaliśmy, pomógł nam stosunkowo szybko dostać się do kolejnej przeszkody. Kolejny idealny skok i kolejny... No prawie. Tyle łapy natknęły się na ostatni płotek, przewracając się. Omal nie straciłem równowagi, ale Lind lekko mnie podparła. Następnie zwróciła łeb w stronę animatora. Podobnie jak ona zwróciłem pysk w jego stronę. Mężczyzna skinął głową z uśmiechem i machnął lekceważąco ręką, dając tym samym znak, że nic się nie stało.
Wzruszyłem więc ramionami i spojrzałem na następną przeszkodę. Była to zawieszona z pomocą sznurka gałąź, a właściwie kilka gałęzi. Znajdowały się one na tyle nisko, by nawet przeciętnej wielkości szczeniak musiał się schylić. Nie mieliśmy więc innego wyjścia niż przejście pod nimi. Kolejny skok nie byłby możliwy ze względu na zbyt długą odległość.
Podeszliśmy już dość znośnym tempem – nauczyliśmy się już poruszać tak, żeby sobie nie przeszkadzać – i zniżyliśmy się. Następnie próbowaliśmy przeczołgać się w ten sposób pod wszystkimi gałęziami. Na początku źle oszacowałem odległość, przez co moje uszy ocierały się nieprzyjemnie o najniższe gałęzie. Z sykiem opuściłem niżej łeb.
Podróż w tej pozycji ani nie była szybka, ani przyjemna. Rozumiałem przejść tak mały kawałek, ale aż tyle? Mięśnie, o których istnieniu nie wiedziałem, skowyczały zesztywniałe. Kątem oka widziałem, że Lind trzyma się lepiej ode mnie, więc postanowiłem nie ujawniać się ze swoją słabością.
Kiedy nasze tylne łapy opuściły tunel mordęgi, odetchnąłem z ulgą. Pozycja w jakiej byliśmy sprawiła, że nawet moja towarzyszka nie była w idealnej formie, co trochę mnie pocieszyło. W gruncie rzeczy ta była jednak znacznie ode mnie silniejsza, a skoro nawet dla niej było to trudne...
Podniosłem łeb i jęknąłem niezadowolony. Miałem nadzieję, że ta przeszkoda była jedną z ostatnich, a teraz dostrzegłem zakręt i kolejne przeszkody. Byliśmy dopiero w połowie.
- Kiedy to się skończy? - jęknąłem cicho. Lind zwróciła w moją stronę łeb i posłała mi pytające spojrzenie. Pokręciłem pyskiem, dając jej tym samym do zrozumienia, że to nie było ważne. Ot, marudzenia Asa.
Zbliżyliśmy się rozprostowując przy tym mięśnie. Dzięki Eydis, nie czekało nas kolejne czołganie się, a jedynie przejście po szerokiej desce. Była ona oparta o niewielki pień, tworząc tym samym coś podobnego do jednej z zabawek, w tych zapiaszczonych parkach dla ludzkich dzieci.
Kiedy na nią weszliśmy, zwolniliśmy. Nasze ruchy stały się ostrożniejsze. Deska nie była tak szeroka, na jaką wyglądała z daleka. Jeśli chcielibyśmy to przejść jednocześnie bez związanych łap, musielibyśmy iść tak blisko siebie jak w tej chwili. Jakoś w połowie zatrzymaliśmy się.
- Zróbmy to delikatnie – zaproponowałem – I tak, jestem w stanie to zrobić delikatnie.
Lind słysząc drugie zdanie, przewróciła oczami. Po chwili jednak przytaknęła.
- Wolne – zarządziła.
Postawiliśmy delikatnie łapy na drugiej połowie deski. Następnie powoli przełożyliśmy ciężar na te łapy. Deska zakołysała się i zaczęła powoli się zrównywać. Wykonaliśmy kolejny ostrożny krok. Tym razem część, która jeszcze przed chwilą była na górze, teraz zaryła w ziemię. Pospiesznie – chociaż nadal uważnie – zeszliśmy z niej.
Kolejny był zbiór dużych kamieni. Zastanawiało mnie, skąd wilki je wzięły? Były wystarczająco duże, by zmieściły się na nim dwa dorosłe wilki ze związanymi łapami, czyli idealne dla mnie i Lind.
- Macie po nich skakać – usłyszałem głos Joela.
- Nie wydaje się to takie trudne – stwierdziłem na głos.
- Zobaczymy jakie będzie w rzeczywistości. Związane – nakazała Lind.
Ruszyliśmy i już po chwili staliśmy na pierwszym kamieniu. Kolejny znajdował się na skos od naszego. Wymieniliśmy spojrzenia.
- Przygotuj się – ostrzegłem – Do skoku... Już!
Wykonaliśmy piękny skok, jednak rozpęd popchnął mnie do przodu. Lind w ostatniej chwili zatrzymała mnie, tak że moje pazury wystawały poza kamień. Podziękowałem jej krótko. W podobny sposób pokonaliśmy następne. No może obyło się bez prawie-wypadania.
Kiedy zeszliśmy z ostatniego, podniosłem łeb i stłumiłem westchnięcie. Poruszyłem prawą łapą, a gdy Lind podniosła na mnie wzrok, wskazałem na przeszkodę.
- Ostatnia – stwierdziła. Pokiwałem energicznie pyskiem.
Nareszcie...
Na koniec był zbiór grubszych gałęzi – na szczęście z pourywanymi końcami, w ten sposób, by została główna część – wbitych w ziemię. Jak się domyślałem, nie mieliśmy przejść ładnie obok nich, a poruszać się slalomem.
- Musicie okrążyć każdą z nich – powiadomił nas Jo, który siedział teraz na ziemi niedaleko końca.
Czyli było gorzej niż myślałem. Jednak bez zbędnego marudzenia, podeszliśmy dość szybkim tempem do pierwszego słupka. Musieliśmy robić niewielkie okręgi, żeby nie zahaczyć o kolejny. Były one rozstawione chyba zbyt blisko siebie. Dwa nieco bardziej grubsze wilki, mogłyby mieć problem, żeby przejść. Na szczęście my byliśmy dość szczupli i jedynym problemem okazały się zawroty głowy. Gdy została nam tylko połowa słupków, zaczęło kręcić mi się w głowie. Było to naprawdę nieprzyjemne uczucie i zaburzało trochę określenie odległości. Nic więc dziwnego, że w przedostatnią gałąź uderzyłem lewym barkiem.
- Au! - syknąłem, cofają się w bok. Lind nieprzygotowana do tego, omal nie straciła równowagi. W porę postawiła stabilnie prawą łapę.
- Uważaj.
- Wybacz, ale specjalnie nie obiłem się o gałąź – przewróciłem oczami, słysząc jej niezadowolony głos.
Wadera mruknęła coś pod nosem. Rozmowa urwała się i wróciliśmy do okrążeń. Tym razem obiło się bez uderzania w gałęzie, choć kusiło mnie odrobinę, by popchnąć moją towarzyszkę na ostatni z nich. Na jej szczęście, udało mi się utrzymać to małe pragnienie na wodzy.
Podbiegliśmy do mety, przy której siedział Joel.
- Świetnie wam poszło – powiedział, wstając.
- Dzięki – mruknęliśmy w tym samym czasie. Zaskoczyło nas to na tyle, że wymieniliśmy się zdziwionymi spojrzeniami. Po chwili dodałem, na szczęście nie w tym samym czasie co Lind – Rany, mam nadzieję, że przez to wszystko nie dostaliśmy jakiegoś dziwnego synchro. To byłoby nie do zniesienia...
Lind przewróciła oczami, jednak na jej pysku widniał delikatny uśmiech.
Joel ukucnął obok nic sobie nie robiąc z naszego gadania. Następnie zaczął szybkimi, zręcznymi ruchami odwiązywać nasze łapy. Już po chwili byliśmy wolni.
- Jak miło znowu mieć tylko swoje łapy – mruknęła z zadowoleniem Lind. Przytaknąłem. Co jak co, ale już łatwiej było mieć mniej łap, niż więcej.
Mężczyzna schował sznurek do kieszeni spodni i chwilę jeszcze w nich poszperał. Chwilę później wyciągnął z nich dwa zbiory kart.
- Damy mają pierwszeństwo – przybliżył karty do Lind, dając jej wybór. Nie wiedziałem, czy było to ciekawe nawiązanie do związanych łap, czy przypadek, ale samica wybrała lewy. Mi trafił się prawy, co w sumie nawet mnie ucieszyło. I tak chciałem go wybrać.
- Dzięki – powiedziałem, gdy Jo podał mi do pyska karty. Następnie zwróciłem się do Lind – Nie było tak źle z tobą pracować.
- Mogło być gorzej – stwierdziła z uśmiechem.

Biegłem w stronę stanowiska, przy którym powinna być teraz moja przyjaciółka. Po pożegnaniu się z Jo i Lind, zdałem sobie sprawę, że było już dość sporo po południu. Tor przeszkód zabrał nam więcej czasu, niż myślałem.
Gdy dostrzegłem drobną sylwetkę Tori, przyspieszyłem. Wadera patrzyła akurat w stronę, z której nadbiegłem. Kiedy tylko mnie zauważyła, delikatny uśmiech na jej twarzy zniknął, a sylwetka się napięła.
- Czego chcesz? - spytała lodowatym tonem, gdy zatrzymałem się obok niej.
- Prze... Przepraszam – wydyszałem – Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. Wcale nie uważam, że jesteś okropna i że wstyd się z tobą zadawać, i...
- Wystarczy – warknęła, na co się skuliłem. Nie pamiętałem, żeby kiedykolwiek jej głos był tak zimny.
- Tori, ja naprawdę nie chciałem...
Wilczyca w odpowiedzi prychnęła.
- Ach tak? To czemu to tyle ciągnąłeś? Twój ton głosu też był inny.
- Inny? - spytałem zdezorientowany.
- Inny – potwierdziła wilczyca – Poważny.
Westchnąłem. Czyli o to chodziło? Wadera zmierzyła mnie lodowatym spojrzeniem.
- To miał być taki żart... - wyjaśniłem. Mój głos brzmiał żałośnie, a w oczach zbierały się łzy, jednak nie zważałem na to – Tori, przecież umiesz odczytywać emocje. Mówię prawdę. Nie chciałem cię zranić...
Ruda samica zmrużyła oczy i zmierzyła mnie spojrzeniem. Następnie zamknęła oczy i skupiła się na czymś. Po chwili otworzyła je, więc mogłem dostrzec łzy.
- Przepraszam – mruknęła – Jestem okropna. Zrobiłam awanturę o taką głupotę.
Odetchnąłem z ulgą. Następnie dostrzegłem, że teraz ona się obwinia i zrobiło i się przykro.
- Nieprawda. Źle to powiedziałem... Obiecuję, że już nigdy nie będę tak dobrze udawał.
Tori uśmiechnęła się delikatnie, słysząc moje słowa. Widok ten poprawił mi humor na resztę dnia. Jednak nie zepsułem wszystkiego...

Uwagi: Drobna pomyłka logiczna - pomyliłaś przed z za.

Wygrane: brązowe: Wrzosowa Łąka, Wodopój, Korona Mądrości, Eliksir Młodości; srebrne: Alfa, Jednorożec; złote: Fermitate.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Od Torance "Szczenię" cz. 4

listopad 2019r
Weszłam do sporej jaskini, którą zajmowałam wraz z innymi szczeniakami. W środku była jedynie Moone, która zmierzyła mnie ponurym spojrzeniem. „Czego tu chcesz?” - zdawała się mówić. W odpowiedzi przewróciłam oczami i rozejrzałam się w poszukiwaniu Sohary.
Jasna samica leżała w kącie i chyba drzemała. Kiedy do niej podeszłam, otworzyła oczy i rozejrzała się nagle zaniepokojona. Gdy zauważyła, że to tylko ja, cicho odetchnęła.
- Cześć, Soharo – powiedziałam, uśmiechając się.
- Hej, Tori. Gdzie byłaś?
Nie odpowiedziałam od razu. Zamiast tego położyłam się obok niej i wtuliłam w jej jasną sierść. Zapach, który wokół niej się roztaczał, kojarzył mi się z polnymi kwiatami i otwartą przestrzenią. Wilczyca spięła się na chwile zaskoczona, by następnie opatulić mnie delikatnie łapą. Lubiłam Soharę, ale to jednak nie było to, o czym marzyłam.
Zaczęłam cicho opowiadać, żeby Moone nic nie usłyszała. Nie chciałam, żeby ona i Aokigahara miały kolejny pretekst do dokuczania mi. Odkąd ruda samica wylądowała w Wilczym Szpitalu, sytuacja była dość napięta. Moone niemal codziennie ją odwiedzała i po spojrzeniach, które mi posyłała, wiedziałam, że mnie obgadują. Ach, no i Aoki, gdy ją odwiedzałam, była jeszcze bardziej wredna niż wcześniej.
Zdałam sobie sprawę, że myśląc o moich byłych koleżankach, zamilkłam. Czym prędzej wróciłam do opowieści, w której wyjaśniałam opiekunce ostatnią sytuację z Yuko i jak ta zaproponowała, żeby przejęła nade mną opiekę. Sohara była dobrą słuchaczką – nie przerywała mi, a jedynie uśmiechnęła się od czasu do czasu, żeby dodać mi odwagi.
Kiedy skończyłam, miałam łzy w oczach.
- Soharo... Ja naprawdę cię lubię. Miło jest mieszkać z Shenem i w ogóle, ale...
Nie dałam rady dokończyć. Łzy spłynęły, gardło się zacisnęło.
- Wiem, mała... W razie, gdybyś zmieniła zdanie, przyjmiemy cię z powrotem. Nie martw się – wilczyca przytuliła mnie – No i masz nas odwiedzać, dobrze?
- Dobrze – chlipnęłam, wtulając się w ciepłą sierść samicy. Już wiedziałam, że będzie mi jej brakować...

W pysku trzymałam swój różowy kamień, który znalazłam podczas mojej pierwszej kąpieli nad Wodospadem. Z uśmiechem przypomniałam sobie, jak błyszczał się na słońcu, gdy go wydobyłam. Owszem, teraz również połyskiwał, jednak w niczym to się miało do tego, gdy był mokry...
Miałam za sobą pożegnanie z Soharą. Nie obyło się bez łez z mojej strony i bez jej pokrzepiających uśmiechów. Chciałam powiadomić jeszcze Shena o mojej wyprowadzce, ale ten gdzieś się zawieruszył, a nasza – teraz jego i innych szczeniaków... - opiekunka odchodziła z tego powodu ze zmysłów. W razie, gdybym go spotkała, miałabym mu przekazać, że ma się szybko udać do wspólnej jaskini.
Westchnęłam cicho i weszłam do jaskini, którą od dzisiaj miałam dzielić z Yuko.
- Co tak długo? - usłyszałam jej zrzędliwy głos, gdy tylko postawiłam łapę w grocie.
Spojrzałam na nią wymownie i zrobiłam zeza, żeby zwrócić uwagę na kamień, który trzymałam w pysku. Wilczyca wskazała łapą na jakiś kąt, do którego się czym prędzej udałam. Odłożyłam tam mój kamień i odwróciłam w stronę mojej nowej opiekunki...
- Musiałam pożegnać się z Soharą – wyjaśniłam krótko. Nachmurzone – zresztą jak zwykle – spojrzenie samicy złagodniało. Między nami zaległa cisza, którą postanowiłam przerwać - Yuko?
- Znowu się zaczyna... - westchnęła wyraźnie niezadowolona wadera. Jednak kiedy odezwała się ponownie, jej głos nie brzmiał tak nieprzyjemnie jak zwykle – Czego chcesz?
- Możesz jeszcze mnie czegoś nauczyć? - poprosiłam cicho.
Yuki w odpowiedzi zmrużyła oczy i wydała z siebie jakiś dziwny, nieartykułowany odgłos, który skojarzył mi się odrobinę z burczeniem w brzuchu.
- Liczenia, dokładniej – powiedziałam szybko, zanim wilczyca zruga mnie za zbyt małą precyzję.
Przyjrzałam się mojej opiekunce. Czarna wyprostowała się i zmierzyła mnie spojrzeniem od łap po czubek uszu. Jej jaskrawozielone oczy błysnęły w sposób, który nie wiedziałam do końca jak zinterpretować. Cała ta wilczyca to była jedna wielka i trochę niebezpieczna zagadka.
W końcu skinęła delikatnie głową i wskazała mi łapą, żebym podeszła bliżej. Zrobiłam to najszybciej, jak umiałam.
- Dwa plus dwa.
- Co? - zamrugałam oczami całkiem zdezorientowana – Plus...?
- Coś na wzór „i”.
- Nie można tego w ten sposób mówić? - mruknęłam.
Yuko westchnęła przeciągle i przewróciła oczami.
- Nie. Łatwiej będzie, gdy od razu nauczysz się takich nazw. Można mówić jeszcze „dodać”. To, co teraz będziemy przerabiać, nazywa się „dodawaniem” - wilczyca zamilkła na chwilę – Pytałam cię o coś.
- Och, faktycznie. To będzie cztery, prawda? Wspominałaś o tym, gdy przerabiałyśmy tę liczbę.
Yuko skinęła z aprobatą głową. Widząc, to czułam, jak wypełnia mnie duma. Udało mi się!
- Skoro tyle pamiętasz, przejdźmy do czegoś trudniejszego... Dwanaście dodać dziewięć.
Uśmiech, który wcześniej wkradł się na mój pysk, zamarł. Czemu była tak okrutna i zadawała od razu tak trudne pytania?
Bo to Yuki – mruknęła jakaś część mojej osobowości.
Główkowałam naprawdę długo i widziałam, jak Yuki zaczyna się niecierpliwić. W końcu postanowiłam powiedzieć cokolwiek.
- Dziewiętnaście?
Czarna samica spojrzała na mnie w taki sposób, że skuliłam się całkiem wystraszona i pisnęłam. Yuko słysząc to, roześmiała się, a w jej głosie pobrzmiewało rozbawienie i irytacja. Nawet nie chciałam wiedzieć, co ją tak rozbawiło...
- Zastanów się jeszcze raz – poradziła, kiedy się uspokoiła.
Wyprostowałam się i zerknęłam na wszystkie swoje pazury.
- Czternaście... Piętnaście... Szesnaście... - liczyłam cicho, przenosząc wzrok z jednej łapy na drugą, gdy brakowało mi na jednej pazurków. Po jakimś czasie podniosłam wzrok i wyszczerzyłam zęby w uśmiechu – Dwadzieścia jeden.
- Jesteś pewna? - spytała chłodnym tonem wilczyca.
Otworzyłam oczy ze zdziwienia. Liczyłam przecież bardzo dokładnie... Postanowiłam jednak policzyć to jeszcze raz, a gdy ponownie wyszedł mi ten sam wynik, zmarszczyłam brwi.
- Tak – zaryzykowałam i serce omal nie zamarło mi w piersi, gdy Yuki zmierzyła mnie kolejnych chłodnym spojrzeniem, a następnie uśmiechnęła. Tego się nie spodziewałam.
- Dwadzieścia trzy dodać siedemnaście.
Ponownie zerknęłam na swoje pazury, jednak szło mi o wiele szybciej, niż poprzednim razem.
- Czterdzieści – powiedziałam, gdy po raz drugi przejrzałam wszystkie pazurki.
Yuki skinęła głową z aprobatą i zaczęła mnie przepytywać. Każde kolejne działanie, było coraz trudniejsze. Co jakiś czas dawała mi podobne liczby do dodania. Zanim zrobiło się późno, umiałam już dodawać w pamięci bez konieczności zerkania na pazurki. Było to bardzo przydatne przy takich sześćdziesięciu, na przykład.
- Teraz zajmiemy się odejmowaniem. Jest to przeciwieństwo dodawania. Znak, który się pisze między działaniami to minus – niespodziewanie Yuki zaczęła tłumaczyć. Byłam przygotowana na kolejną dawkę dodawania, więc gdy ta nie podała mi kolejnego działania, otworzyłam pysk ze zdziwienia – Teraz jesteśmy tutaj dwie, ale gdyby jedna z nas wyszła, w jaskini zostałaby jedna osoba.
Zamknęłam pysk i zaczęłam przetwarzać, co powiedziała moje opiekunka. Musiałam przyznać, że nie było to takie głupie.
- W takim razie, gdybym obcięła ci trzy łapy, ile łap by ci zostało?
Wyobraziłam sobie Yuki, która rzuca się na mnie i odgryza mi trzy kończyny. Wzdrygnęłam się. To byłoby coś okrutnego i bardzo, bardzo bolesnego. Postanowiłam więc wyobrazić sobie, że moje trzy łapy znikają. To również nie było zbyt przyjemne, ale w każdym razie lepsze od pierwszej wizji.
- Jedna.

Uczyłyśmy się tak do późnego wieczora. Na koniec łeb bolał mnie tak mocno, jakby coś się tam przegrzało. Gdy powiedziałam to Yuko, ta stwierdziła, że to przez to, że zbyt rzadko używam swojego mózgu. Trochę mnie to przeraziło, ale gdy dostrzegłam błysk w oczach opiekunki, odetchnęłam z ulgą. Znowu próbowała mnie nabrać.
- Na jutro nazbieraj patyków. Będą nam potrzebne – powiedziała Yuki, niedługo po tym, jak zarządziła koniec na dziś i rozkazała mi iść spać.
W odpowiedzi kiwnęłam łbem.
- Jasne – mruknęłam, ziewając. Byłam wykończona – Dobranoc i dziękuję, że mnie przygarnęłaś. I za lekcje.
Odeszłam do swojego kąta i zwinęłam się w nim w kłębek.
- Nie ma za co – usłyszałam, zanim zasnęłam. Ton czarnej samicy był łagodny i kojący.

C.D.N.

Uwagi: Brak.