Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 21 czerwca 2018

Od Lind "Spełni się" cz. 3


Wrzesień 2020
Jak to się stało? Skąd się tu wziął? Gdzie się podziewał? Jak tu trafił? Czy była na to jakaś szansa...?
W mojej głowie pojawiło się zbyt wiele pytań. Nadal wisiałam w powietrzu, ledwie poruszając skrzydłami wiatru. 
Dalej wpatrywałam się w ciszy w Odmieńca, który pół roku temu przedstawił mi się imieniem Ting. Strażnik Wichury Płomieni siedział teraz na gałęzi naprzeciwko mnie, przemoczony jeszcze bardziej niż ja. Ciężkie od wilgoci ubranie przylegało mu do ramion, a lotki z jego pióropusza były oklapłe i posklejane. Jedną łapę trzymał na odsłoniętej Wichurze, drugą opierał na kolanach zgiętych nóg. Złote oczy Odmieńca, spoglądające z ciemnych oczodołów czaszki, zatrzymały się na mojej osobie.
- Gdzie ty byłeś, Ting? - szepnęłam w końcu ze ściśniętym gardłem.
- Ja powinienem cię o to pytać, Pierzasta - odparł, podnosząc nieznacznie głowę. - Dwa tygodnie czekałem pod Skalnym Łukiem - oznajmił z pretensją w głosie.
- Zaskoczyły mnie gnolle... - mruknęłam po chwili. - Uciekając, nieco zboczyłam ze szlaku i... trafiłam tutaj - nie chciałam już sobie przypominać upadku.
Wtem gdzieś w oddali trzasnął piorun. Syknęłam i mimowolnie wylądowałam z powrotem na wilgotnej trawie. Podniosłam głowę, żeby dostrzec strażnika, wiszącego teraz nieco niżej, na jednej z lian. Oczywiście nadal trzymał Wichurę blisko siebie.
- Boisz się burzy, Pierzasta? - zapytał łagodniej.
- Nie... To tylko wrażliwy słuch. Każdy grzmot... uch... - potarłam swoje ucho. 
- Spędziłaś tutaj cały ten czas? - zaczął kontynuować poprzedni wątek, nieznacznie się kołysząc.
- Mniej więcej - skinęłam głową. - Dołączyłam do tutejszej watahy, ale niedługo potem, wróciłam w góry. Chciałam cię odnaleźć. 
- Ile to "niedługo" w twoim rozumieniu? 
- Em... - zawahałam się. - Tak czy inaczej, szukałam nawet w leżu gnolli...
- A ja cię miałem za mądrą wilczycę - wtrącił Odmieniec.
- Chciałam odzyskać Wichurę, Ting! - oburzyłam się. - Znalazłam pod Łukiem jedno z twoich piór. 
- I wzięłaś to za absolutne potwierdzenie, że dałem się złapać? - przekrzywił głowę.
- Nie wiem, może - prychnęłam. 
Po tych słowach, odwróciłam wzrok. Chciałam dobrze, chciałam odzyskać to, co nie powinno znaleźć się w łapach paskudnych gnolli. Coś, co należało do mnie. O ile nie szukałam tam także jego...
Zapadła między nami cisza. Deszcz padał coraz gęściej, szum kropel uderzających o liście, narastał z każdą chwilą. Odniosłam wrażenie, że zrobiło się jeszcze ciemniej. Ting wdrapał się na najniższą gałąź drzewa, pod którym stałam.
- Więc gdzie... byłeś ty? - przypomniałam sobie o kolejnym pytaniu. Powinnam się na niego obrazić za to, co powiedział, ale jakoś nie mogłam jeszcze tego zrobić. 
- Kiedy w drugim tygodniu pojawił się samotny wojownik gnolli, stwierdziłem, że powinienem iść dalej. Obszedłem okoliczne tereny z kilku stron - spojrzał gdzieś w bok. - Natrafiłem nawet na osadę ludzi. 
- Ludzi? Widziałeś ludzi? - machnęłam lekko ogonem.
- Powiedzmy. Było pośród nich sporo wilkołaków.
-  Jak tam jest? Jak jest w Mieście? - zaciekawiłam się. - Wilki stąd cały czas odwiedzają to miejsce. 
- Nie wiem, co powinienem myśleć. Niby wszystko kolorowe i ciekawe, a jednocześnie sztywne i surowe...
- A ci... ludzie? 
- Ludzie są aroganccy i jakby nieobecni. Myślałem, że więcej ich zwróci na mnie uwagę. Za to robią przydatne narzędzia. Szkoda tylko, że tak nietrwałe.
Dopiero wtedy zobaczyłam, że z jego plecaka wystaje coś jeszcze, poza gryfem banjo i dwoma kijami. Był to średniej grubości metalowy pręt, zakrzywiony na końcu. Kiedy Odmieniec złapał go i wyciągnął, dostrzegłam po drugiej stronie składany stelarz i wiszący, cienki materiał. Jak dla mnie, wyglądało to całkiem interesująco, jednak Ting odrzucił to niedbale na bok, niczym śmieć.
- Dobra, to czemu przybyłeś tu, do Lasu? - dociekałam dalej, moje pierwsze pytania stały się dla mnie ważniejsze. 
- Kiedy wydostałem się z kamiennej osady, trafiłem w końcu na teren jakiejś watahy. Nabrałem podejrzeń, że mogli cię tu widzieć. Później, koło jednej z jaskiń, znalazłem to - podniósł bok płaszcza.  
Otworzyłam szeroko oczy. Na jego pasie siedział białobrązowy gołąb pocztowy ze zwiniętym listem przy skrzydle. Ten doręczyciel miał też na nodze obrączkę z brązu przyozdobioną charakterystycznym symbolem. Widziałam już takiego! Podobno tak oznakowany ptak zawsze dociera do adresata. Instynktownie znajdzie go, dopóki ten żyje.
Odmieniec wziął ostrożnie w łapę to opierzone stworzenie. Wtedy zobaczyłam, że jedna noga ptaka była przywiązana średniej długości sznurkiem do pasa strażnika. Najwyraźniej chciał mieć pewność, że doręczyciel mu nie ucieknie. 
- Wiedziałem, że tu będziesz, bo ten list jest zaadresowany do ciebie. 
Zabrakło mi tchu, kiedy usłyszałam te słowa. Ting w międzyczasie pozwolił gołębiowi usiąść na swoim palcu. W końcu wyciągnęłam łapę po wiadomość. Delikatnie rozwinęłam papier i przejechałam wzrokiem po tekście. Wyraz zaskoczenia na moim pysku wkrótce zastąpił szeroki uśmiech. List był od Babci. Usiadłam i wzięłam się natychmiast za lekturę. 
Moja opiekunka zaczęła wiadomość od wyrażenia swojej pewnośoć, że zdobyłam Wichurę Płomieni. Opowiedziała pokrótce, jak wyobraża sobie miejsce, w którym teraz jestem, przytaczając fragment "Jesieni Tysiąclecia". Powiedziała, że zastanawia się, czy jestem nadal w drodze, czy może już gdzieś osiadłam. Może poznałam przyjaciół, może nawet basiora, z którym spędzę resztę życia.
O tak, to by było coś...
W liście Babcia napisała też, że świat ma teraz nareszcie szansę pokazać mi coś więcej. Od zawsze wiedziała, iż kocham rodzinny dom, jednak ktoś taki jak ja, nie może spędzić całego życia w martwym miejscu. 
"Czas odetchnąć pełną piersią. Powodzenia, moja mała Lind." - tak zakończyła swoją wiadomość.
Westchnęłam. Chociaż nie mam już na sobie naszyjnika, wciąż nie jestem sama. Nigdy nie będę!
Strażnik Wichury zaskoczył z gałęzi i stanął obok mnie. Słyszałam, jak odstawia swój ukochany słoik na ziemię. Nawet nie drgnęłam, chyba zaczął się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku. 
- Nie wiem, co w tym liście tak cię zachwyciło - oznajmił Ting, kiedy miał już pewność, że skończyłam. - Zwykły, tradycyjnie napisany list i życzenia na nowy rok - mruknął.
- Nowy... zaraz, chwila - spojrzałam na niego. - Czytałeś to?! 
- Tak, a co? 
- Jakim prawem? Tak się nie robi! - wybuchłam. 
- Chciałem tylko rzucić okiem, co to - wzruszył ramionami rozmówca. 
- Ale mam chyba jakieś prawo do prywatności - rzuciłam zdenerwowana.
- W czym fakt, że to zrobiłem przeszkadza? - zapytał spokojnym głosem strażnik. 
- Cudzych listów się po prostu nie czyta - odparłam oschle. 
- Czyli nie masz sensownej odpowiedzi - podsumował. 
Szkoda mi nerwów na tego pajaca. Dopiero co się tu zjawił, a już kombinuje i udaje, że nic się nie stało. Zwinęłam wiadomość i schowałam do torby. 
- Nie wypuszczaj jeszcze tego gołębia. Zamierzam odpowiedzieć Babci na ten list - powiedziałam do Odmieńca, który gładził w międzyczasie to pierzaste stworzenie po grzbiecie zewnętrzną stroną łapy.
Moja warta się pewnie już kończy, pomyślałam. Oddaliłam się znacznie od swojej pozycji, powinnam wrócić i sprawdzić teren. Chociaż... Nie, najpierw obowiązki służbowe. 
- Słuchaj, Ting... Skoro jestem strażnikiem terenów, powinnam już wracać na granicę watahy i obejrzeć dokładnie okolicę. 
- Wracasz na ten deszcz? To ja tutaj zaczekam, mnie się nie spieszy - posadził gołębia z powrotem na pasie,  podniósł "swój" artefakt i wrócił na nisko zawieszoną gałąź.
- Nie możesz zostać tutaj sam - odparłam. - Ktoś cię jeszcze weźmie za intruza.
- Nie wystarczy, że ty mnie za niego wzięłaś? 
Spojrzałam na niego z rezygnacją. 
- Do której masz tę wartę? 
- Do rana - odpowiedziałam.
Odmieniec podniósł wzrok ku koronom drzew.
- Pewnie to już niedługo - spojrzał znów na mnie. - Wiesz... nie lubię nocy bez gwiazd. Ostatnio było ich za dużo.
- Chmury zasłaniające gwiazdy odpowiadają też za te ulewy i powódź - westchnęłam. 
- Ulewy, deszcz... Nie znoszę deszczu - mruknął Ting. 

<CDN>


Uwagi: Nie "tą wartę", a "tę wartę".

środa, 20 czerwca 2018

Od Lind "Festyn trwa, my pracujemy" cz. 1 (cd. chętny)

Opowiadanie festynowe: bonus x2 więcej pkt. umiejętności i doświadczenia, 2x więcej SG za op.

Kwiecień 2021
Kiedy Joel i Aurelliah zakończyli swój występ w pięknym stylu, a "głośniki" wydały z siebie ostatni, wysoki dźwięk, cała widownia (w tym i ja) zeskoczyła ze swoich miejsc i zaczęła klaskać. Zdyszani tancerze kłaniali się i nie zamierzali zejść ze sceny, dopóki nie pojawił się Kai. Ten basior miał podsumować ich występ i zapowiedzieć następny punkt programu na ten wieczór. 
- Co tak cicho, wilki? - odezwał się konferansjer do stojącego mikrofonu, dyskretnie sugerując tancerzom pozostanie na deskach amfiteatru jeszcze przez chwilę - Za taki występ naszym artystom należą się prawdziwe brawa. No dalej - machnął łapą na widownię. 
Wykonaliśmy jego polecenie, oklaski znów rozbrzmiały, ze zdwojoną siłą. Jo i Aurelliah z uśmiechem kłaniali się dalej, dopóki Kai nie zaakceptował naszej owacji i nie wypuścił ich ze sceny. Kiedy zajęliśmy znów miejsca, basior zaczął zapowiadać następny występ: 
- Już za chwilę stanie przed wami nie mniej wyczekiwany... - w tym momencie urwał, ponieważ zagłuszyło go wyjątkowo drażniące brzęczenie mikrofonu. Kiedy ten nieprzyjemny dźwięk wreszcie ustał, basior sprawdził, czy urządzenie nagłaśniające jeszcze się do czegoś przyda. 
- Raz, dwa. Raz, dwa, próba - powiedział, zbliżając pysk do mikrofonu, jednak prawdopodobnie już tylko ja go usłyszałam. Wtem zgasły również reflektory, oświetlające scenę. Widzowie siedzący razem ze mną zaczęli pomrukiwać niezadowoleni. Kai westchnął i podszedł do końca sceny, żeby oznajmić donośnym głosem: 
- Wystąpiły pewne problemy techniczne. Naprawa sprzętu może trochę potrwać. Koncert Brunatnych Lilii odbędzie się jutro.
Po tych słowach zszedł ze sceny, zapewne, żeby zaczepić jakiegoś technika. Okazało się jednak, że Joel już pędził w stronę amfiteatru w ludzkiej postaci, z drabiną w rękach. W międzyczasie wielu widzów zdążyło wstać. Kilku spośród siedzących w moim rzędzie, zbierało się do opuszczenia Wrzosowej Łąki, narzekając na głos. Przywołałam skrzydła z wiatru i przeleciałam nad tymi wilkami, żeby dostać się szybciej do Joela.
- Co się stało? - zapytałam, patrząc na "basiora" wspinającego się ku metalowemu rusztowaniu z reflektorami.
- Jeden z głównych przewodów się przepalił - odparł Jo, podwijając rękaw. - Unieruchomił cały obieg prądu. 
- Dasz radę to naprawić? - wylądowałam i podeszłam bliżej. 
- Raczej szkoda zachodu - namierzył wadliwy kabel. - Łatwiej będzie po prostu wymie... - mężczyzna zachwiał się i zaraz potem zaczął przechylać na bok razem z całą drabiną. 
Natychmiast użyłam swojej mocy, żeby złapać basiora w ludzkiej postaci. To, na czym stał, poleciało na trawę samo, bez niego.
- Uf... Dzięki, Lind - westchnął Joel, opadając powoli na ziemię. - Czemu nie wzięliśmy podwójnej drabiny? 
- Bo te mieli tylko niższe, Dan o tym coś wspominał - mruknęłam.
- A, już pamiętam - stanął na wlasnych dwóch, długich nogach. - Trzeba podłączyć nowy kabel. 
- Który można wziąć? - skierowałam się za scenę, gdzie zostawiliśmy tydzień temu zapasowe części do elektrycznego sprzętu i podobne śmieci z miasta. Brązowowłosy mężczyzna dołączył do mnie i kucnął nad plątaniną kabli.
- Ten się nada - opowiedział po kilku minutach szperania i przyglądania się końcówkom "przedłużaczy".
Pokiwałam głową i poszłam po leżącą w trawie drabinę. Pomagając sobie wiatrem, ustawiłam ją znów pod metalowym rusztowaniem. Pozostający w ludzkiej postaci basior przewiesił sobie przez ramię kabel i po raz kolejny wspiął się na górę. Tym razem asekurowany przeze mnie, mógł spokojnie zająć się przełączaniem sprzętu. Wkrótce było po wszystkim, a wadliwy kabel, będący powodem zmiany grafiku, zastąpił nowy. W połowie drogi na ziemię, Joel zmienił formę z powrotem na wilczą i zeskoczył na ziemię. Reflektory znów działały.
- No to jak, mamy chwilę wolnego? - zapytałam z uśmiechem.
- Liczyłbym to w minutach - odparł basior z przekorą. - Non stop ktoś potrzebuje technika o tej porze. 
Wtem usłyszałam miarowe uderzenia łap o ziemię. Ktoś biegł w naszą stronę.
- Możesz mieć rację... - odwróciłam się, żeby spojrzeć na część Zielonego Lasu, gdzie mieściła się restauracja. Pędził stamtąd Magnus. Zwolnił dopiero będąc kilka metrów od nas. 
- Coś się stało, prawda? - zapytałam.
- Tak - wysapał basior o grafitowym futrze. - W re... stau... racji... mięso... jelenie ukradli...
- Co? - zapytaliśmy z Jo niemal jednocześnie.
- Ktoś wykradł zapas jeleniego mięsa z restauracji - wydusił Magnus. - Cały.
- Jak to w ogóle możliwe? - zdziwiłam się.
- Pewnie to było coś dużego, choćby zabłąkany wyvern - westchnął Joel. - Musiał zwęszyć łatwy łup. 
- A miało to wystarczyć do końca tygodnia - pokręciłam głową.
- Miało. Teraz tajemnicze coś rozkazało nam zapolować jeszcze raz - podsumował basior o jasnym futrze. 
Słysząc te słowa, Magnus westchnął dosyć głośno. Na chwilę zawiesiłam na nim wzrok.
- Wygląda na to, że musimy poradzić sobie we trójkę - pomyślałam na głos. Od rana nikt z nas nie widział Danny'ego. - Do rzeczy; proponuję tradycyjny atak na zwierzynę, gdzie ja będę goniącym, ty Magnus atakującym, a Joel zostanie zabijającym. Ktoś ma inne propozycje? - popatrzyłam po kolegach z pracy.
- W tym składzie lepiej zastosować plan podwójnego natarcia - odezwał się właściciel grafitowego futra. - Jeden goniący i dwóch zabijających. Atakują z ukrycia jedną ofiarę. Z dwóch stron - opisał pokrótce manewr. 
Zupełnie zapomniałam, że Magnus jako jedyny z naszej trójki jest z grupy polowań i z definicji zna się na rzeczy lepiej niż my.  
- Hm, brzmi to... znacznie lepiej - przyznałam. Tak czy inaczej, na pewno ciekawiej.
Spojrzałam na Joela, czekając na jego reakcję. 
- Więc teraz musimy tylko wytropić jakieś stadko i przygotować zasadzkę - oznajmił muzyk. - Chodźcie - ruszył w kierunku Zielonego Lasu. 
*** 
- Spróbuję zagonić chociaż kilka łani od tej strony - wskazałam kierunek. - Jeśli nie będą chciały współpracować, dam wam sygnał. 
- Wszystko jasne - przytaknął Jo. - Skok na pierwsze zwierzę, atakujemy nogi i gardło. 
- Jak się uda, ja też wam pomogę - zapewniłam. - Nie powinno być więcej problemów, niż ostatnio.
Po tych słowach, podążyłam za znalezionym wcześniej tropem stada. Kiedy wyraźnie poczułam zwierzynę, przyspieszyłam do biegu. Wkrótce zatoczyłam koło wokół parzystokopytnych pasących się miedzy drzewami. Ustawiłam się od przeciwnej strony i wskoczyłam pomiędzy niczego nie spodziewające się łanie. Zwierzyna rzuciła się do ucieczki, a ja podążyłam za nimi, żeby nadzorować ich dotarcie do celu. W pewnym momencie udało mi się znaleźć bardzo blisko parzystokopytnych smakołyków. Zdałam sobie wówczas sprawę, że gdybym chciała, dałabym radę sama złapać którąś z nich. 
Samice nie miały pojęcia, że biegną akurat tam, gdzie chciałam żeby biegły. Szybko dotarły do miejsca zasadzki. Pierwsza z nich trafiła prosto pod kły Magnusa i Joela. Jak na wilki, które wolą formę ludzką, poradzili sobie świetnie. 
Tymczasem ja skoczyłam na kolejne zwierzę i bez problemu powaliłam je na ziemię. Reszta stada zniknęła pomiędzy gęsta roślinnością Lasu. 
- Dobra robota - pochwaliłam kolegów. 
- Dwie w cenie jednej, nieźle - powiedział Joel. 
Nadszedł czas, żeby wziąć się za transport tych przysmaków do restauracji. Pierwsze zwierzę ciągnęłam sama, pomagając sobie wiatrem, a moi koledzy z pracy postanowili wykorzystać swoje ludzkie formy i ich chwytne "dłonie" przy przenoszeniu drugiego. 
W kuchni nieopodal restauracji zastaliśmy tylko Karou. Zapewne Sohara w międzyczasie serwowała napoje przy barze. Wadera o czarnym futrze przejęła od nas mięso z wyraźną ulgą. Wydawała się być zdenerwowana nagłym brakami.
Po zostawieniu pierwszej zwierzyny w kuchni, zawróciliśmy, żeby wrócić do części Lasu niezagospodarowanej w ramach festynu i upolować coś jeszcze. 
- Lind, wzięłaś już udział w jakiejś konkurencji festynowej? - zapytał mnie po drodze Jo.
- Jeszcze nie. Jakoś nie zastanawiałam się nad tym - odparłam. - Co to w ogóle daje?
- Za wykonanie konkretnego zadania otrzymujesz kilka kart - wyciągnął na chwilę jedną z kieszeni. - Kompletne kolekcje można wymienić na nagrody.
- Karty mówisz? - przejrzałam się tej należącej do niego. Była srebrna. - Wygrałam kilka w losowaniu...

<chętny?>


Uwagi: Literówki. Joel nie umie zbyt dobrze polować, Magnus zapewne podobnie, choćby przez jego niezdarność w formie wilczej.

Od Crane'a "Historia bezimiennego szczenięcia"


Kwiecień 2021

- Siedź tu i nie ruszaj się. Powiem ci, kiedy będziesz mógł wyjść. Dobrze? - wilk wlepił wzrok w swoje najmłodsze szczenię.
- Dobrze - przytaknął młody. Chciał być dobrym synem, więc posłuchał.  Jednocześnie ufał, że tata wie co robi i wróci po niego. Postanowił czekać w ciemnej jamie. Przysłuchiwał się szelestom kroków oddalających się bliskich. Czekał. 
Najpierw minuty, później godziny, w końcu dni. Dwa dni. Nie wiedział, co się dzieje, jak i dlaczego ryki i wycia, które pojawiły się nagle, stopniowo cichną. Zabroniono mu ruszać się z miejsca, więc nie wychylał się z nory.
Młody wilk nie miał pojęcia, że ten cały chaos, to niebezpieczeństwo, zaczęło się od tego jednego, "zmęczonego podróżą" wilka.
Spotkał go tydzień wcześniej.
Tajemniczny basior podszedł do szczenięcia, siedzącego na uboczu, zajmującego się płoszeniem ryb w strumieniu. Mały wilk uderzał miarowo w taflę wody białą łapą. Przerwał dopiero zauważywszy cień nieznajomego. Szczeniak spojrzał w górę, ledwo mógł objąć wzrokiem wysoką sylwetkę. 
- Sam tu jesteś, młody? - zapytał nieznajomy basior.
- Tutaj tak - odparło spokojnie szczenię.
- A gdzie są twoi rodzice?
- Są wyżej w górach. Nad wodospadami.
- Są tam inne wilki? 
- Tak, dużo innych wilków - wyjaśnił puszysty maluch.
- Jak tam dotrzeć? Powiesz mi? Szukam schronienia na chociaż jedną noc. 
- Szlakiem idzie się cały dzień - szczeniak wstał. - Ale jest jeszcze przejście ukrytym tunelem - spojrzał między skały u podnóża góry. 
- Pokaż mi, którędy mam iść.
Po dwóch dniach bez wody, jedzenia, młody wilk bardzo chciał wyjść na powierzchnię. Był pełen wątpliwości, zwłaszcza, że od dawna nie czuł już nawet zapachu swoich bliskich. Czyżby mieli już nie wrócić? 
Szczeniaka zewsząd otaczała cisza i pustka. Wyglądało na to, że został całkiem sam. Postanowił złamać nakaz rodzica i wydostał się z jamy. Nogi pokierowały go najpierw nad strumień, gdzie mógł ugasić palące przełyk pragnienie. 
Kiedy wyciągnął pysk z wody, zaczął wypatrywać jakiegoś znaku życia. Pomiędzy krzewami, pod drzewami, na skałach, a także na łące, było pusto. Ani wilka znajomego, ani obcego. Ani członka rodziny, ani innego podwładnego Alfy. Żadnych psowatych, żadnych parzystokopytnych. Żadnych smoków, żadnych ludzi. 
Wtedy nosa młodego wilka dobiegł zapach padliny, a jego żołądek przypomniał boleśnie o zaległościach w zapasach. Szczeniak znów odłożył wszystko na dalszy plan i podążył wyłapanym w powietrzu śladem. Ledwo starczyło mu sił na dotarcie do zajęcy, których nie dokończyły lisy. Po marnym posiłku, młody wilk przez chwilę nie ruszył się z miejsca. Zaczął się zastanawiać, co powinien teraz zrobić. Został sam. Oznaczało to, że dawne zagrożenie zniknęło. Jednak teraz zrobiło się miejsce na nowe. Przecież ten szczeniak wciąż nie wiedział, jak sie bronić, jak polować, jak walczyć. Podjął decyzję, że wróci na razie do jamy. Co przyniosą kolejne dni, jeszcze się zobaczy. 
- Sam tu jesteś? 
- Teraz już tak.
Szczenię zwinęło się w kłębek na dnie nory. Zbyt zimna noc przyszła zbyt szybko. 
Mały wilk nie bał się, czuł się tylko zagubiony i samotny.
Był zbyt młody, żeby wszystko zrozumieć.
*** 
Wyszedłem z jaskini. Osobnik z drugiej watahy, do którego należała, jeszcze nie wrócił. Nic tu po mnie, pomyślałem.  
Skierowałem wzrok ku północy. Nad Zielonym Lasem poruszały się snopy światła reflektorów. Festyn trwał w najlepsze. Przypomniałem sobie, że dziś wieczorem jest występ grupy tancerzy z Watahy Magicznych Wilków. Może warto by było się tam udać? Choćby żeby bić brawo z innymi i przyjrzeć się jeszcze raz nowym członkom stada.

Uwagi: Łatwo można się pogubić, co się w ogóle dzieje.

wtorek, 19 czerwca 2018

Loteria do 24.06

Loteria będzie się odbywać regularnie co 5 dni (wtedy również pojawią się wyniki z poprzedniego losowania), a losy można zakupić zwyczajnie informując mnie o tym. Nie istnieje limit, ile kto może ich zakupić, jednak ograniczająca może być dostępna ilość.
Startowo jest to 6 małych, 4 średnie i 2 duże, jednak kolejne można odblokować pisząc opowiadania na festyn. Nie ważne kto, grunt, byleby ktoś. 1 op. = +3 małe, +2 średnie i +1 duży do zakupu możliwego dla każdego z członków stada.
Nie ma pustych losów, a wygrać można naprawdę wiele rzeczy: nie tylko SG, towarzyszów, punkty doświadczenia, pożywienia czy magiczne przedmioty, ale także całkowicie nowe obiekty, których nie można normalnie zdobyć. Zawartość losów przewyższa koszt losu.
Nie musicie się martwić o oszustwo z mojej strony, bo numerki przeznaczane wszystkim postaciom losuję, a listę nagród stworzyłam już wcześniej. Co prawda wyniki znam prędzej, ale oczywiste jest, że nie zdradzę - ot, tajemnica zawodowa.

Wyniki poprzedniej loterii

Joel
1x średni los: 3x srebrna karta: Dolina Cudów i Marzeń, Odmieniec, Elektryczność
1x mały los: Róża Sprawiedliwości

Navri
1x duży los: 70 SG

Dante
1x średni los: 50 SG

Sohara
1x mały los: Eliksir Poziomu

Aktualne losowanie
Małe losy (10 SG)
Numerek 19: wolny
Numerek 20: wolny
Numerek 22: wolny
Numerek 23: wolny
Numerek 24: wolny

Średnie losy (25 SG)
Numerek 14: wolny
Numerek 15: Yuki
Numerek 16: wolny

Duże losy (50 SG)
Numerek 8: Yuki