Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 11 kwietnia 2018

Od Magnusa "Replay" cz. 1 (C.D. Lind)

Wrzesień 2020 r.
Otwierając oczy miałem nadzieję ujrzeć promienie słońca, padające na jasną pościel, rozświetlając nieznane pomieszczenie, który kiedyś mogłem nazwać własnym. Jednak jak na ironię - po raz enty oślepiła mnie biel sterylnego, szpitalnego pokoju. Zmrużyłem oczy z niezadowoleniem przewracając się na drugi bok. Po raz kolejny ogarnęło mnie przelotne rozczarowanie. Dalej tu jestem.
Podniosłem się do siadu. Syknąłem. Promieniujący ból rozszedł się po mojej głowie, by po chwili zniknąć. Atakował znienacka, zazwyczaj tuż po przebudzeniu, do czego nie mogłem się przyzwyczaić.
Szerzej otworzyłem oczy. Barwy zlewały się ze sobą, uniemożliwiając mi rozróżnienie pojedynczych przedmiotów. Sięgnąłem do szafki, stojącej obok szpitalnego łóżka, chwilę szukając swoich okularów. Nałożyłem je, a świat nabrał ostrości.
Przeniosłem wzrok na zegar, znajdujący się na ścianie po mojej lewej. Piąta dwadzieścia sześć. Czyli trochę jeszcze poczekam. 
Nie mając niczego lepszego do roboty, podniosłem leżącą na podłodze encyklopedię medyczną, którą prawdopodobnie zrzuciłem tam przez sen. Przez chwilę kartkowałem strony grubego tomu, w poszukiwaniu odpowiedniej strony. Po chwili skupiłem się na lekturze.
***
Minęły dwie godziny. Spojrzałem kątem oka na opróżnioną już tacę ze śniadaniem, w duchu wyklinając wszystkie obowiązujące mnie tu ograniczenia. Najzwyczajniej w świecie byłem głodny, a porcje jakie otrzymywałem w zakładzie nie należały do największych.
Te i podobne przyziemne rozmyślania przerwał mi dźwięk bosych stóp, uderzających o podłogę na korytarzu. Były na tyle delikatne, że mogłem podejrzewać o zakłócanie spokoju mojego i innych pacjentów tylko kobietę lub jakiegoś dzieciaka. Przez myśl mi przemknęło, że pewnie uciekł z oddziału uzależnień i ucieka przed koszmarem, jakim jest dla niego odwyk. Najspokojniej w świecie wróciłem do lektury.
Ktoś uderzył w drzwi do mojego pokoju. Podskoczyłem z wrażenia, upuszczając książkę na ziemię. Zaskoczenie szybko przerodziło się w irytację i niechęć do uciekiniera. Szarpnął za klamkę, na co zareagowałem poderwaniem się na nogi. Czego ten smarkacz ode mnie chce? 
Drzwi uchyliły się w momencie, gdy już miałem podejść i nawrzeszczeć na nieznajomego. Znieruchomiałem.
Kolejna osoba pojawiła się na korytarzu, co rozpoznałem po szybkich krokach, rozchodzących się w przestrzeni wszechobecnym echem.
– Agnis, nie! – usłyszałem znajomy głos. 
Einar. 
Mój przyjaciel odciągnął delikwenta. Ciszę przeszył wściekły, kobiecy wrzask, który prędzej przypisałbym do rozwścieczonej bestii, żywcem wziętej z horroru, niż do człowieka. Na korytarzu rozległy się ciężkie uderzenia butów lekarzy, dźwięki szarpaniny i kolejne krzyki kobiety. 
Stałem jak sparaliżowany, próbując rozkazać swojemu ciału wykonanie kroku w kierunku drzwi. Bezskutecznie. Coś w głosie kobiety dogłębnie mnie przerażało, a równocześnie przyciągało. Jakbym kiedyś już to słyszał... 
Po kilku minutach wrzaski ucichły, a lekarze wraz z kobietą oddalili się. Uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas stałem gotowy do ucieczki. Rozluźniłem się i z westchnieniem usiadłem na łóżku. Podparłem głowę na rękach, a te na kolanach i przez chwilę trwałem w tej pozycji, zmagając się z kolejnym bólem głowy. Drzwi uchyliły się, a do pomieszczenia wszedł Einar, którego rozpoznałem po charakterystycznym, dziarskim kroku. Podniosłem głowę.
– Tjena, Magnus! - przywitał się w naszym ojczystym języku.
– Hejsan, Einar – odparłem.
– Wszystko OK? – zagadnął.
– Skąd to pytanie?
Zakłopotał się.
– Chodzi o Agnis? – specjalnie zaakcentowałem imię kobiety.
Wbił wzrok w swoje buty, a nietypowe dla Szwedów, miodowe włosy, opadły mu na twarz.
– Kto to jest? – zapytałem, po raz pierwszy na niego spoglądając.
– Nikt specjalny – odparł trochę za szybko.
– Czy aby na pewno?
– Cierpi na zaburzenia osobowości... I ją tu leczą – odparł po chwili.
Zmrużyłem oczy i uniosłem brwi.
– Coś ci nie wierzę – powiedziałem.
– W takim razie masz problem – przewróciłem oczami, słysząc typową dla niego, gimbusowską odzywkę – Agnis jest chora i urwała im się z oddziału.
– W takim razie skąd wiedziałeś jak się nazywa?
– Pomagam tu czasem... – zaczął bawić się rąbkiem koszuli – A tę pannę goniłem już drugi raz.
– A ja myślę, że po prostu ci się podoba.
– Co... Co? Nie! – uniósł ręce w geście obronnym. – Jasne, że nie! Coś ty sobie znowu ubzdurał?
– Mówię, co widzę – uśmiechnąłem się półgębkiem.
– Cud się stał! Doktorek się uśmiechnął! – Einar roześmiał się. – I nie, nie masz racji. Nie podoba mi się.
– Wmawiaj to sobie – uśmiech jeszcze przez chwilę gościł na mojej twarzy, by po chwili zniknąć.
Einar westchnął zrezygnowany. Zastanowił mnie sposób, w jaki wtedy na mnie spojrzał. Jakby... Ze współczuciem?
Rozmawiałyśmy jeszcze przez kilkanaście minut, po czym mężczyzna oświadczył, że musi już iść.
Spojrzałem na zegar. Za dziesięć minut przyjdzie lekarz. Westchnąłem na tę myśl, starając się stłumić napływające mi do głowy myśli.
Nie powiedział mi wszystkiego. Byłem tego pewien.
***
Było późne popołudnie, gdy ostatni z trzech terapeutów opuścił mój pokój. Przeniosłem wzrok z drzwi na widok za oknem. Szare chmury zakrywały niebo, a o parapet dudniły ciężkie krople. Moją uwagę przykuła samotna latarnia, pod którą kulił się ogromny, szary pies. Postawione na sztorc uszy i typowe dla wilczków ubarwienie wskazywało na jego półdzikie pochodzenie. Przyglądałem mu się przez dłuższy czas, zastanawiając się, czy kiedyś miałem psa. Zamknąłem oczy i dręczony nagłym zmęczeniem, zapadłem w płytki sen. 
Stałem w korytarzu dobrze znanego mi szpitala. Przez przeszklone, obrotowe drzwi po lewej wpadało blade światło deszczowego dnia. Po prawej stronie znajdowała się recepcja, a przede mną ciągnął się pusty korytarz, którego ściany podpierał długi rząd niebieskich krzesełek, co kilka metrów przecinany przez drzwi.
Nagle zza zakrętu wyłoniła się kobieta. Lśniące, mysie włosy, okalały jej drobną twarz, a smukła sylwetka przywodziła na myśl kwiat. Miała na sobie luźną, niebieską koszulę i zwykłe dżinsy. Jej bose stopy miękko uderzały o podłogę. Głębokie, szare oczy zalśniły, a uśmiech twarz rozświetlił uśmiech, gdy spojrzała w moją stronę.   
Zniknęła za zakrętem. 
Czekaj!, chciałem krzyknąć, jednak nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu. Pobiegłem za nią. Za każdym razem znikała za zakrętem w momencie gdy już ją dościgałem. Trwało to długo, bardzo długo, aż w końcu trafiłem na drzwi, prowadzące do wyjścia. Nacisnąłem klamkę... 
Poderwałem się tak gwałtownie, że uderzyłem głową o ramę łóżka. Z jękiem opadłem na poduszkę. Przez dłuższy czas patrzyłem tępo na sufit, starając się ignorować pulsujący ból głowy. Mijały długie minuty, a dolegliwość nie ustawała. Ogarnął mnie niepokój. Przed drzemką nie miałem żadnych problemów ze wzrokiem, co wykluczało migrenę. Ból coraz bardziej się wzmagał. I wtedy coś zaczęło się zmieniać.
Miałem nogi jak z ołowiu, zaczęły mnie zalewać fale zimna i gorąca, a po całym moim ciele przebiegły dreszcze. Trwałem w tym stanie przez dobrą minutę, nie zdolny do najmniejszego ruchu. Nagle wszystko się uspokoiło. Otworzyłem zaciśnięte powieki, ignorując tańczące mi przed oczami mroczki.
Pierwsza zmiana, jaka rzuciła mi się w oczy, to całkiem zamazany świat. Myślałem, że zwyczajnie spadły mi okulary, ale wyczułem je... na nosie?
Podniosłem rękę do twarzy i doznałem największego szoku w całym swoim życiu. To nie była moja ręka, tylko grafitowa, wilcza łapa.
Krzyknąłem i spróbowałem odskoczyć, ale na skutek całkowicie zmienionej anatomii i środka ciężkości, z całą mocą uderzyłem plecami o podłogę. Oblał mnie zimny pot, gdy zdałem sobie sprawę, co się ze mną stało. Jestem wilkiem. 
Następne co pamiętam, to moich rodziców. Mama chyba płakała... Nie byłem w stanie nic powiedzieć, ba, nie mogłem nawet się ruszyć. Tylko siedziałem na podłodze w głębokim szoku, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Jestem wilkiem, obijało mi się w głowie. Ta świadomość powoli docierała do najgłębszych zakamarków mojego umysłu, wypełniając go niedowierzaniem i paniką. Gdzieś na uboczu, w okolicach podświadomości zacząłem zastanawiać się, jakim cudem do tego doszło. Spokój i zimne kalkulacje powoli zaczęły przeważać nad instynktem i lękiem przed nieznanym. Powoli odzyskiwałem kontrolę nad swoim, innym, ale jednak swoim, ciałem.
– Jak to się stało?  – zapytałem cicho, z jakiegoś powodu niezbyt zdziwiony tym, że potrafiłem mówić w tej formie.
Momentalnie oboje umilkli.
– Jak to się stało?  – powtórzyłem już głośniej, wbijając w nich wzrok.
Po chwili ciszy głos zabrała moja matka:
– Nie chcieliśmy, by do tego doszło – zaczęła z trudem.  – Próbowaliśmy wszystkiego, by uchronić cię przed tym przekleństwem. Ale n-nie udało się. – pociągnęła nosem.
 – Oboje jesteśmy wilkami...  – Tata chciał przejąć pałeczkę, ale przerwałem mu:
 – Co takiego?! – wytrzeszczyłem oczy.
Obrzuciłem ich wściekłym spojrzeniem.
 – Mamo,  – zwróciłem się do niej.  – nie jestem już dzieckiem. Mam trzydzieści lat! Potrafię sam o siebie zadbać i nie potrzebuję cholernej opieki!  – ostatnie słowa prawie wykrzyczałem.
Patrząc na nich, byłem pewien, że są odmiennego zdania. To niedorzeczne!
 – Owszem, potrze...  – zaczął tata
 – Opieka lekarska, a niańczenie to dwie różne sprawy  – warknąłem.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
 – Nie możesz tu zostać – podjęła niemrawo Annika.  – Pomożemy ci.
– Twoje szczęście, – rzekł tata –  że szpital znajduje się blisko Lasu. A teraz...  
 – Lasu? Że niby mam tam pomieszkiwać? – przerwałem mu. 
– A masz inny pomysł? Wracając...
 – Nie ma mowy.
Najwyraźniej zdenerwowało go to, że ciągle mu przerywam, bo spojrzał na mamę w sposób, który ani trochę mi się nie spodobał i wykonał jakiś gest ręką. W jednej chwili pokój szpitalny zniknął, świat zawirował, a przed oczami pojawiły mi się gęsto rosnące sosny.
 – Co to miało być?  – podskoczyłem.
 – Dawno nie korzystałem z teleportacji.  – mruknął ojciec do siebie, przeciągając się.  – A co dopiero mówiąc o grupowej translokacji.
Jego słowa odebrały mi mowę. Znieruchomiałem ze szczerym zdumieniem zastygłym na twarzy. Spojrzał na mnie i zaniósł się głośnym śmiechem.
 – Magia, synek, magia  – wykrztusił, między napadami śmiechu.
Ogarnęła mnie jeszcze większa dezorientacja i złość. Magia? Nie dość, że jesteśmy wilkami, to jeszcze odprawiającymi jakieś voodoo? 
 – Jest jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć?  – warknąłem.
 – Tak. Zdejmij te okulary, bo wyglądasz jak idiota. 
Jak zwykle prostolinijny i szczery do bólu. 
Zdjąłem okulary i włożyłem je do kieszeni płaszcza, co zajęło mi chwilę. Do moich uszu doszedł suchy trzask i zduszony okrzyk. Odwróciłem się. Ze zdziwieniem zdałem sobie sprawę, że jestem całkiem sam na polanie.
 – Tato?  – rozejrzałem się.
Zmarszczyłem brwi. Ponownie się omiotłem łączkę szybkim spojrzeniem. Zniknął. Jak kamień w wodę. 
 – Co ja mam teraz zrobić?  – westchnąłem.
Jeszcze jeden raz spojrzałem za siebie, w nadziei, że jednak jeszcze ktoś tam stoi. A potem odwróciłem się, znikając w cieniu drzew.
***Miesiąc później***
Przyczaiłem się w cieniu obszernego dębu, wbijając wzrok w węszącego wśród traw zająca. O sekundę za późno przypomniałem sobie o możliwości użycia mocy i zamiast cieszyć się łupem, patrzyłem jak niepyszny za umykającym zwierzęciem. Przez chwilę próbowałem go dogonić, ale dałem sobie spokój, gdy niemal nie wpadłem na drzewo, przy okazji zaliczając bliskie spotkanie z ziemią. Westchnąłem z irytacją i wróciłem do nieudolnego tropienia zwierzyny. Starając się nie robić zbytniego hałasu, z nosem przy ziemi szukałem jakiegokolwiek tropu. Nawet nie zauważyłem kiedy trafiłem na polanę, na której miesiąc wcześniej zacząłem swoją "przygodę".
Dzień po nagłym zniknięciu ojca, odnalazła mnie matka i poinformowała mnie, że dosłownie rozpłynął się w powietrzu, a ostatnią osobą, jaka go widziała, byłem ja. Przez pierwszy tydzień szukaliśmy po Lesie na własną rękę, mama powiadomiła też policję. Musieliśmy jednak przerwać, przez nagłe ujawnienie się moich zdolności.
Stało się to zupełnie niespodziewanie, gdy czekałem na nią na Polanie. Zapadłem w płytki sen, z którego mnie wybudziła. Wszystkie rośliny w odległości pięciu metrów zszarzały, a te najbliższe zostały w jakiś sposób wypalone. Okazało się, że na kilka godzin wytworzyłem wokół siebie próżnię. Spalona roślinność dalej pozostawała dla mnie zagadką.
Wszystkie te wspomnienia przelatywały mi przez głowę z prędkością błyskawicy. Zamyśliłem się, przyglądając się słońcu, zwiastującemu rychłe nadejście południa. Po raz setny spróbowałem zmienić się w człowieka. Na darmo.
 – Magnus?  – rozmyślania przerwała mi matka.
Odwróciłem się w jej stronę. Dalej nie mogłem przyzwyczaić do jej prawdziwej formy. Wzdrygnąłem się.
 – Jakieś wieści?  – spytałem głosem pozbawionym wyrazu.
 – Nie  – odparła.  – Ale nie po to tu przyszłam.
 – A więc?  – mruknąłem, siadając i owijając ogon wokół łap.
 – Uważam, że powinieneś dołączyć do tutejszej watahy. – oznajmiła bez ogródek.
 – Chcę wrócić do swojego życia, nie zaczynać je od nowa.  – fuknąłem z irytacją.
 – Posłuchaj  – zaczęła.  – nie wiadomo, czy wróci ci pamięć, czy kiedykolwiek będziesz w stanie powrócić do normalności. W zasadzie nigdy nie byłeś. Och, Magnus!  – wykrzyknęła nagle. – Jesteś wilkołakiem! Twoje miejsce nie jest i nigdy nie będzie wśród ludzi!
Chciałem jej przerwać, ale uciszyła mnie gestem łapy.
 – Musisz się z tym pogodzić. Jesteś wilkiem, nie człowiekiem. Zapamiętaj to.  – zrobiła krok w tył.  – Muszę iść. Już tu nie wrócę. Mam nadzieję, że kiedyś nasze drogi jeszcze się zejdą. – uśmiechnęła się smutno, nerwowo oglądając się za siebie.  – Żegnaj.
– C-co...? Nie! Czekaj! – wykrztusiłem.
Zawróciła i zniknęła wśród drzew. Zaskoczony jej słowami i nagłym zniknięciem, zrobiłem kilka kroków w kierunku miejsca w którym zniknęła. Zdezorientowany, usiadłem na ziemi. Wszystko dzieje się tak szybko... Za szybko... 
Zupełnie straciłem poczucie czasu. Trwałem w tej pozycji, wpatrując się w nieokreślony punkt przed sobą. Dużo rozmyślałem nad tym co powiedziała. Poddawałem analizie każde wypowiedziane przez nią słowo, by w końcu podjąć decyzję. 
Miała rację. 
Dalej niepewny tego, o czym zadecydowałem, jeszcze przez chwilę biłem się z myślami. Otworzyłem szerzej oczy, starając się wierzyć, że to może się udać. Mogę zacząć jeszcze raz. Inaczej. I wreszcie znaleźć się wśród swoich. 
Kątem oka dostrzegłem jakiś ruch w zaroślach. Odwróciłem głowę w jego stronę, pilnie nasłuchując. Podszedłem do tego miejsca, w każdej chwili gotowy do ucieczki bądź ataku. Zacząłem węszyć, coraz bardziej zdenerwowany. Nie rozpoznałem tego zapachu, ale miałem niejasne wrażenie, że... Należy do wilka.
Nagły trzask rozległ się kilkanaście metrów za moimi plecami. Gwałtownie się odwróciłem.
Na granicy polany, przy wysmukłej sośnie, stała wadera. Na szeroko otwarte oczy opadła jej różnokolorowa grzywka, a z jej gardła wydobyło się niepewne warknięcie.
Krzyknąłem i odskoczyłem, prawie się przy tym wywracając. Wilczyca zawahała się, a ja rzuciłem się do ucieczki. Działałem instynktownie, w pierwszych chwilach nie myślałem o niczym. Szybko zdałem sobie sprawę, że jestem od niej o wiele wolniejszy. Kilka razy gwałtownie skręciłem, próbując zgubić napastniczkę, ta jednak uparcie podążała za mną. Nagle straciłem grunt pod łapami, a grawitacja pociągnęła mnie w dół. Z całą mocą zderzyłem się ze ścianą, jak się okazało, rowu i wylądowałem na błotnistym dnie. Poczułem rwący ból w okolicy prawego barku. Jeszcze tego brakowało. Jęknąłem cicho.
Tak jak się spodziewałem, wadera już po chwili pojawiła się w polu widzenia. Odsłoniła kły, a jasna sierść na jej karku zjeżyła się. Wbiła we mnie uporczywe spojrzenie.
– Jestem ranny! – fuknąłem w jej kierunku. – Stwarzam zagrożenie równe inwazji motyli! Daj mi święty spokój!
<Lind?>

Uwagi: Formatowanie oraz brak daty przede wszystkim. Nie "tą pannę", tylko "tę pannę".

wtorek, 10 kwietnia 2018

Od Torance "Czarne chmury imigrują do nas jak uchodźcy" cz.2 (Cd. Chętny)

Listopad 2019 r
- Kto ostatni nad Jeziorem ten glizda! - zawołała ze śmiechem Aoki i zerwała się biegiem w odpowiednią stronę.
Spojrzałam na dalej stojącą obok mnie Moone. Samica uśmiechała się lekko i patrzyła na znikającą za krzakami sylwetkę rudej wadery. Kiedy poczuła na sobie mój wzrok, potrząsnęła lekko pyskiem i zaczęła biec za Aoki.
Nie biegniesz z nimi? - zapytał As.
Potrząsnęłam głową. Nie widziałam w tym żadnego sensu. Obie wadery bardzo dobrze wiedziały, że mam słabszą kondycję fizyczną oraz krótsze łapy. Mogłabym dawać z siebie wszystko, a i tak zostałabym daleko w tyle.
Odczekałam jeszcze parę minut, żeby się upewnić czy na pewno są daleko. Dopiero wtedy ruszyłam do biegu. Nie zależało mi na prędkości, nie chciałam szybko znaleźć się nad Jeziorem, więc spokojnie truchtałam.
Tori...Co ty znowu kombinujesz?
- Ja? Nic - uśmiechnęłam się, a mój głos zabrzmiał znacznie weselej niż powinien. As na moją odpowiedź jedynie głośno westchnął, na co lekko się skrzywiłam. - Za głośno.
Samiec wymamrotał przeprosiny i kontynuował swoją tyradę.
Czyżbyś w końcu zauważyła, że to żmije, a nie wilki?
- As, wiem, że ich nie lubisz, ale to moje koleżanki.
Powtarzaj za mną: One cię wykorzystują. Jesteś dla nich niczym.
- Dzięki za mowę motywacyjną. Czuję się dzięki tobie o niebo lepiej. Wiesz co? Chyba utopię się w tym jeziorze – wymamrotałam i przyspieszyłam. Teraz już nie truchtałam, a naprawdę szybko biegłam... Lub szybko jak na moje standardy.
Ode mnie i tak nie uciekniesz – powiedział basior.
- Próbować zawsze mogę.
Powodzenia.
- Czy ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo?
Tak.
Westchnęłam głośno. Losie, jak ten pchlarz mnie czasem irytował... Ech, tego się chyba nie da opisać.
Mijałam w miarę szybkim tempie tereny watahy. Wiedziałam, że nie mam szans na dogonienie moich koleżanek, ale nie przeszkadzało mi to. W końcu dobiegłam do Jeziora, przy którym czekały samice. Siedziały przed taflą wody i patrzyły się na swoje odbicia. Kiedy usłyszały, jak się zbliżam podniosły wzrok i spojrzały na mnie z uśmiechem.
- Jesteś glizdą – stwierdziła Aoki i wstała. Dosłownie po chwili stała już koło mnie. Samica górowała nade mną wzrostem i to wykorzystywała. Patrzyła na mnie z góry, a jej spojrzenie było jednocześnie groźne i rozbawione. Dziwna mieszanka.
- Dzięki?
Wadera nie odpowiedziała. Zamiast tego rzuciła się na mnie i już po chwili czułam, jak jej długie łapy przygwożdżają mnie do ziemi. Pisnęłam zaskoczona i próbowałam się uwolnić. Na marne. Choć młodsza, Aoki była znacznie silniejsza. Nie miałam szans. Ruda nachyliła pysk do mojego pyska.
- Zabić glizdy! - zawołała.
Moje serce podskoczyło ze strachu tylko po to, by zaraz zamrzeć w bezruchu.
Wadera wykonała szybki ruch i poczułam jak chwyciła zębami moją sierść na szyi. W tym momencie poczułam jak wracają do mnie siły. Odepchnęłam Aoki wszystkimi łapami. Zaskoczona wadera odskoczyła.
- Hej, Tori! Żartowałam. Wyluzuj – powiedziała.
- To nie było śmieszne – wycharczałam. Zaschnięte gardło skutecznie utrudniało mówienie.
- Wiemy. Przepraszamy – wtrąciła Moone. Odwróciłam pysk w jej stronę. To nie od niej chciałam usłyszeć przeprosiny, ale trudno.
Uspokój się, Tor. Wdech i wydech. - nakazałam sobie w myślach. Od razu po wypowiedzeniu pierwszego zdania poczułam wypełniający mnie spokój. Poczułam się jak w dziwnym letargu. Zamknęłam oczy i zaczęłam się relaksować.
W pewnym momencie poczułam jak coś mnie popycha. Z mojego gardła wydobywał się krzyk zaskoczenia. Ułamek sekundy później byłam zanurzona w lodowej wodzie jeziora. Całkowicie zdezorientowana zaczęłam instynktownie ruszać łapami. Płynęłam powoli ku górze. Kiedy wynurzyłam się na powierzchnie i złapałam duży haust powietrza, rozejrzałam się dookoła. W wodzie koło mnie były moje koleżanki, a na brzegu... Na brzegu siedział Shen i śmiał się z nas jak skończony idiota. Czyli to była jego sprawka.
- To było śmieszne – podsumował ze śmiechem. Samiec cały czas się śmiejąc nie zauważył, że kipiąca ze złości Aokigahara wychodzi z wody i kieruje swoje łapy w jego stronę.
Wadera rzuciła się na Shena i już po chwili samiec był przygwożdżony do kamieni tak jak ja kilka minut wcześniej.
- Zabiję cię! - krzyczała a z jej pyska skapywała piana – Przez pół godziny układałam swoje futro!
Na jej słowa poczułam krzywy uśmiech wstępujący na mój pysk. Aoki i jej priorytety. Może zachorować, ale kogo to obchodzi? Będzie musiała od nowa układać futerko!
- Aoki, spokojnie – Moone wyszła z wody i stanęła koło przyjaciółki. – Nie warto tracić czasu na takich debili.
Ruda samica prychnęła z niezadowoleniem i ociągając się wypuściła Shena spod swoich łap. Samiec skorzystał z okazji i w zaskakująco szybkim, jak na niego, tempie wstał. Otrzepał się lekko z ziemi przylegającej do jego sierści. Na jego pysku cały czas widniał ten głupi uśmiech. Kiedy Aoki go zobaczyła, nie powstrzymała ponownego ataku furii. Zamachnęła się łapą i podrapała basiora po pysku.
- Przestańcie! - wtrąciłam.
- Psy tu nie mają głosu – odkrzyknął jedyny basior w towarzystwie. Zacisnęłam zęby ze wściekłości. Naprawdę, będzie mi wypominać psie pochodzenie? Co za... Agh!
- To, że jesteście wilkami nie znaczy, że jesteście lepsi od psów!
- Chcesz się przekonać? - jego oczy zalśniły groźnie. - Ale w sumie nie powinienem bić wader. Chociaż... Ty nie jesteś waderą, tylko suką.
- W jakim sensie suką? - Moone zmarszczyła brwi. Gdyby nie pewien stojący nieopodal pchlarz pewnie bym się uśmiechnęła na słowa wadery. Kochana Moonia...
- W obydwu.
- Nie żyjesz!
Skoczyłam na Shena i przygniotłam do ziemi. Wściekłość dodała mi sił. Samiec próbował się wyrwać, ale nadaremno. W końcu się uspokoił. Zdawał się czekać na mój ruch. Rozluźniłam odrobinę łapy. Shen wykorzystał chwilę i odepchnął mnie mocno tylnymi łapami. Odskoczyłam zaskoczona tym atakiem. Basior zerwał się do lotu. Jego skrzydło cudem ominęło pysk Aokigahary, na co wadera fuknęła jeszcze bardziej niezadowolona.
Czułam jak po moim ciele rozchodzi się wściekłość pod adresem pewnego idioty.
Powiedzcie, że jesteście tak samo wkurzone jak ja... - pomyślałam przyglądając się stojącym obok waderom.
Aoki odwróciła pysk w moją stronę. Jej oczy lśniły niebezpiecznie. Zrozumiałam ten przekaz bez słów. Spojrzałam na Moone. Wszystkie dogadałyśmy się za pomocą spojrzeń.
„Biegniemy?”. „Biegniemy”.
Goniłyśmy basiora przez nie mal całą watahę. Mijałyśmy tereny, kilka razy prawie wpadając na przechodzące wilki, które rzucały rozbawione lub zirytowane spojrzenia na trzy biegnące szczeniaki.
Starałam się nie odstawać za bardzo w tyle. Naprawdę, biegłam najszybciej jak potrafiłam! Niestety, ale moje wysiłki były trochę nadaremne. Długie łapy i całe życie treningów zrobiły swoje i moje towarzyszki były znacznie szybsze. Tak bardzo chciałabym im dorównać...
W końcu znalazłyśmy się w Górach. Rozglądałam się za młodym basiorem, gdzieś tutaj powinien być – widziałam jak ląduje. Tylko gdzie?
- Tam! - zawołała Aoki i wskazała łapą szeroką półkę skalną zaledwie pół metra niżej od miejsca w którym aktualnie stałyśmy. Shen siedział na jej skraju ciężko oddychając. Miał otwarty z pysk, z którego wystawał różowy język. Nawet z odległości kilkunastu metrów widziałam jak jego oczy błyszczą się z rozbawienia i samozadowolenia. Dupek.
Niewiele myśląc podbiegłam w stronę półki i skoczyłam w dół najciszej jak potrafiłam. Moje koleżanki podążały tuż za mną. Shen jakimś cudem nas nie usłyszał i siedział dalej spokojnie tuż przy przepaści.
Wymieniłam spojrzenia z towarzyszącymi mi waderami. Wszystkie rozpłaszczyłyśmy się na ziemi przygotowując mięśnie do skoku na samca. Na znak Aoki – poruszenie ogonem – skoczyłyśmy niemal w identycznym czasie. Yuki byłaby z nas dumna, gdyby nas zobaczyła w tamtej chwili. Już po chwili Shen był skutecznie przygwożdżony przez naszą trójkę. Szczypałyśmy go i ciągałyśmy w miarę delikatnie jego futro. Nie miałyśmy mieć kłopotów, jeśli coś mu się stanie. Po pewnym czasie dałyśmy sobie trochę luzu, z czego basior skorzystał i się nam wyrwał. Próbowałyśmy go dopaść po raz kolejny, ale dzięki skrzydłom dobrze unikał naszych ataków.
W pewnym momencie Aoki skoczyła na unoszącego się w powietrzu Shena. Basior podleciał jeszcze wyżej, więc samica natrafiła na krawędź półki skalnej. Aoki zaczęła tracić równowagę. Coraz bardziej przechylała się w stronę przepaści. Wadera starała się uchronić przed upadkiem – słyszałam dźwięk pazurów przejeżdżających po skale. Wraz z innymi szczeniakami skoczyłam by jej pomóc, ale było za późno – wadera przechyliła się i zaczęła spadać. Moone i Shen czym prędzej rzucili się za rudą samicą, ale nie byli wystarczająco szybki – Aoki upadła na ziemię. Dźwięk jej ciała uderzającego o poniższą półkę był przerażający, jednak pisk, który przy tym się wydobył...
- Wezwij kogoś dorosłego! - usłyszałam opanowany rozkaz. Kto to mówił? Głos był chłopięcy, więc to musiał być Shen. A do kogo...? Zmusiłam się, żeby oderwać wzrok od ciała nieprzytomnej przyjaciółki i spojrzeć na basiora. Spoglądał na Moone, więc prawdopodobnie to do niej należało to zadanie. Czarna samica skinęła głową i czym prędzej odleciała.
Shen w międzyczasie zleciał na dół i rozpoczął sprawdzanie w jakim stanie jest samica. Ja po raz kolejny spojrzałam w dół. Było zbyt wysoko, żeby skoczyć – chyba, że chciałam skończyć tak jak Aokigahara. Zaczęłam więc czym prędzej szukać jakiegoś bezpieczniejszego zejścia.
Z lewej strony półki zobaczyłam dość stromy stok prowadzący na znacznie niższą półkę – będącą mniej więcej na tej samej wysokości, co ta, na której znajdowała się Aoki. Biegiem ruszyłam w jej stronę i już po chwili ostrożnie z niej schodziłam.
Gdy się na niej znalazłam ruszyłam w stronę jej krawędzi. Półka na której byli moi znajomi znajdowała się o odległość dorosłego samca od tej, na której byłam ja. Cofnęłam się o kilka kroków w tył i zanim zdążyłam ogarnąć co właśnie zamierzam zrobić, rzuciłam się w szaleńczym biegu i... skoczyłam. Skok udał się bezbłędnie! No pomijając, że gdy znalazłam się na sąsiedniej półce poślizgnęłam się na skale i omal nie spadłam. Poza tym było idealnie!
Szybko jednak porzuciłam myśli o tym skoku i podbiegłam do Aokigahary. Samica miała zamknięte oczy. Z ulgą zauważyłam, że porusza się lekko przy wdechach i wydechach. Jednak gdy zwróciłam uwagę na inne szczegóły, coś przewróciło mi się w żołądku. Zmierzwiona sierść Aoki była w kilku miejscach zabrudzona bordową cieczą. Najwięcej jej było na prawej tylnej łapie samicy.
- Czy to krew? - nie mogłam uwierzyć w to, co widziałam. Przecież... Nie mogło jej się nic stać, prawda?
- Nie, ketchup – głos Shena ociekał drwiną. Serio, w takiej chwili? Już chciałam mu jakoś odpowiedzieć, gdy przerwał mi łomot dużych skrzydeł tuż nad moją głową. Już po chwili Moone wylądowała tuż koło mnie.
- Nikogo nie mogłam znaleźć, jesteśmy na jakimś zadupiu.
- To co robimy? - spytał Shen. Moone wzruszyła ramionami i spojrzała na Aoki oceniając w jakim jest stanie.
As, proszę, pomóż mi – wzywałam w myślach samca. Poczułam jednak dziwną blokadę, której nie czułam nigdy wcześniej, gdy próbowałam się z nim skontaktować. Nie mogłam na niego liczyć, nie teraz...
- Może... zatamujemy krwawienie? - zaproponowała w końcu Moone.
- Tak, przydałoby się... Polecę po jakąś wytrzymałą roślinę, którą moglibyśmy to zrobić. Ty leć po wodę. Gdzieś tutaj powinien być strumień – samiec zaczął rozdzielać zadania. Moone skinęła głową i odleciała. Czekałam, aż samiec i mi przydzieli jakąś funkcję. Gdy jednak ten zaczął zbierać się do lotu przypomniałam się.
- Shen? A ja? Co mogę zrobić?
Basior spojrzał na mnie tak jakby dopiero teraz sobie przypomniał o mojej obecności. Zmierzył mnie wzrokiem oceniając do czego mogę się przydać. Czekałam z niecierpliwością na odpowiedź.
- Pilnuj jej.
- Ale... - zaczęłam, ale basior mnie zignorował i wzbił się w powietrze. Westchnęłam ciężko. Czeka mnie bardzo odpowiedzialne zajęcie...
Usiadłam tuż nad sylwetką Aoki, a mój wzrok wędrował od niej do nieba – wypatrując znajomych szczeniaków.

- Coś się wydarzyło? - zapytał Shen, gdy tylko wrócił. Pokręciłam głową w zaprzeczeniu. Nie zdarzyło się nic. Całkowite nic.
Basior skinął w zadumie pyskiem.
- To zaczekajmy na Moone, zaraz powinna się zja... - przerwał, gdy zauważył zbliżającą się czarną sylwetkę. Samica trzymała w pysku mech, z którego ściekała woda. Nie odzywając się do nas, wylądowała i podbiegła do Aoki. Czym prędzej zaczęła przemywać jej futro mchem.
Gdy samica była jako-tako wymyta, porwałam duży podłużny liść przyniesiony przez Shena i zaczęłam go zawiązywać z pomocą pyska i łap, wokół tylnej łapy Aoki – tej, z której wypłynęło najwięcej krwi. Zadanie nie było łatwe, ale jakoś się z nim uporałam.
- Hm... To co teraz?
- Może spróbujcie ją zanieść do watahy. Powinniście dać razem radę... - zaproponowałam nieśmiało.
- Czy ja ci wyglądam na latającego konia pociągowego? – prychnął niezadowolony. W odpowiedzi posłałam mu spojrzenie o łatwym przekazie: „tak”.
- Nie, Tor. Mogłaby nam wypaść, a kolejny upadek z wysokości to nie jest, to czego ona teraz potrzebuje... - powiedziała czarna wadera.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem.
- To zanieśmy ją normalnie, po ziemi.
- Może być – zgodziły się wilki.
Uzgodniliśmy, że będziemy nieść ją na zmianę, gdy tylko jedno się zmęczy, to drugie przejmuje samicę na swoje barki i niesie ją dalej. Pierwsze wtedy ma chwilę odsapnięcia, jednak cały czas idzie i wraz z trzecią osobą pilnuje, by Aoki nie spadła. Pierwsza miałam być ja, potem Shen, a trzecia Moone.
Położyłam się na ziemi, a moi znajomi przerzucili Aoki przez mój tułów. Gdy ta w miarę bezpiecznie leżała powoli wstałam, co okazało się trudniejsze niż myślałam. Cały czas się bałam, że wadera przechyli się i spadnie. A na dodatek była ona dość ciężka.
Wzdychając cicho ruszyłam w drogę, a za mną pozostałe dwa szczeniaki...

- Coś się stało? - jakiś wilk podbiegł w naszą stronę, gdy tylko nas zobaczył. Nie byłam w stanie rozpoznać go. Byłam tak zmęczona, że nawet nie wiedziałam, czy to samica. To nie miało znaczenia. Wilk był dorosły. Pomoże nam, prawda?
Ach, Aoki... Ona była taka ciężka, a my przeszliśmy spory kawał drogi wraz z nią. Nie robiliśmy przerw. Cały czas w ruchu. Miałam dość. Tak bardzo dość...
- O-ona... spadła... - wycharczałam przez zaschnięte gardło.
- Skąd? Jak? - wilk zmierzył mnie dziwnym spojrzeniem. Oni mi nie ufali, nie wszyscy...
- W górach. Pr-próbowała na mnie skoczyć... - powiedział Shen. Był w niewiele lepszym stanie niż ja.
- Czemu miałaby to robić? - wilk zmarszczył czoło i przymrużył podejrzliwie oczy,
- Ta-takie sprzeczki...
- Pomóż nam, proszę – włączyła się Moone.
Wilk jakby przypomniał sobie o w dalszym ciągu nieprzytomnej Aoki i zwrócił się ku niej.

<Ktoś chętny? :P>

Uwagi: Literówki i brak Spacji po trzech kropkach.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Od Stelli "Zagubiona" cz. 2

 Wrzesień 2020 r.
Nagle Bona totalnie zniknęła, albo ja jestem nie ogarnięta w terenie albo Bona po prostu uciekła. Chyba to i to. No cóż, trudno się mówi.
Suzanna zaczęła dyskutować z Hitamem.
- Słuchaj, była tutaj niedawno Bona, ale już uciekła. Najwyraźniej nie chce należeć do watahy, trzeba będzie z nią porozmawiać co ją gryzie, ale nie o to chciałam zapytać. Chodzi o tę dziewczynę przed nami, Bona chciała aby dołączyła do watahy. Co o tym myślisz? - Odparła Suzanna
- Sądzę że ma rację, wygląda na zagubioną i powinna dołączyć. Jest raczej delikatna, więc nie weźmiemy jej na atak, ale to sprawdźmy. - Zaproponował Hitam
- Okey!! - Oznajmiłam
Nie wiedziałam czy mi się uda, ale nie chciałam na atakującą tylko na tancerkę.
- Ale wiecie co... Nie chcę być i tak atakującą. Chcę być tancerką. - Oznajmiłam
Nagle wszyscy ze zdziwieniem na mnie spojrzeli.
- Okey, i tak mamy ich bardzo mało. - Hitam powiedział, a Suzanna kiwnęła głową, przytakując.
Byłam szczęśliwa i zaskoczona, że tak szybko się zgodzili.
- Dobraa... Stella? Tak, Stella, musimy cię trochę poduczyć pisania, czytania oraz liczenia, a raczej tylko ja. - Powiedziała Stanowczo Suzanna
- Dobra, chcę na początek pisanie.
Na początku napisałam jakieś gryzmoły. Potem szło już lepiej, ale nadal było źle. Potem zajęło się liczeniem. Było to dość trudne. Potem czytanie, nadal czytam po przez łączenie liter. W każdy piątek mam takie zajęcia.
Potem się położyłam i zaczęłam słuchać muzyki, przy melodii pewnej piosenki usnęłam. Rano obudziłam się ze słuchawkami w uszach. Byłam strasznie głodna, próbowałam sama coś złapać, ale się nie udało. Atakujący złapali dużego zająca. Zajadałam się nim z nimi, a potem poszłam pobiegać 
na terenie watahy, ale w moich myślach krążyła myśl "Gdzie jest Bona? Może nie żyje? Albo potrzebuje pomocy?".
Ale to była jej decyzja uciec od watahy. Nagle przypomniałam się że mam swoje małe skrzydełka. Próbowałam się unieść do góry, uniosłam się trzy centymetry w górę, lecz szybko spadłam. Robiło się popołudnie. Zgłodniałam, poszłam poszukać pożywienia, swojemu zdziwieniu upolowałam małego zająca. Zjadłam go nie dzieląc się z watahą. Zrobiłam się lekko śpiąca, więc zrobiłam sobie
drzemkę. 

<C.D.N>

Uwagi: Brak daty, źle zapisany tytuł - jeśli to się powtórzy, będę zmuszona zwrócić opowiadanie. Cudzysłowie piszemy za pomocą cudzysłowie, a nie przecinków lub apostrofów. Mnóstwo powtórzeń, literówek (chcę a chce to nie to samo słowo), błędów w szykach zdań, przez co stają się niezrozumiałe. "Odparł" używamy w momencie gdy ktoś odpowiada na czyjąś wypowiedź. Gryzmoły a grymasy to nie to samo! Skąd ona wzięła muzykę? Wilki nie posiadają odtwarzaczy MP3 ani radio. Skąd wiedziała, że akurat 3 centymetry (swoją drogą w opowiadaniach cyfry i liczby piszemy w większości wypadków słownie), skoro dopiero uczy się podstaw liczenia?
Jako, że jedno opowiadanie to jeden punkt zdolności do nauki pisania, czytania lub liczenia, to dodam go do pisania, jako, że to był pierwszy wymieniony przedmiot.

piątek, 6 kwietnia 2018

Od Lind "Jedno ze wspomnień" cz. 4

Listopad 2019
Zima zjawiła się bardzo wcześnie w tym roku. Nie przysypała wilczych nor toną śniegu, jednak sprowadziła ze sobą niezwykle surowy mróz.
W tej sytuacji nie tylko nam, ale też większości wilków z okolicy zabrakło pożywienia. Nie mieliśmy dość czasu na zgromadzenie zapasów z jagód, ryb, czy jakiś padlin.
Żeby przetrwać zimę, któraś z nas musiała iść z Ray'em, Jen i Timem na polowanie. Tylko w ten sposób mogłyśmy z Babcią liczyć na kawałek dobrego mięsa. Atak na zwierzynę w pojedynkę? Nie, to nie było to żadne wyjście.
W sumie nawet polowania w grupie były bardzo rzadkim zjawiskiem w naszym otoczeniu. Każda nora radziła sobie sama, dopóki nie zaistniała sytuacja taka jak ta. Nikt nie widział w tym nic dziwnego, tak po prostu było, odkąd pamiętam.
Zebraliśmy się we czwórkę późnym popołudniem. Ustaliliśmy, kto spełni jaką funkcję, po czym zaczęliśmy tropić zwierzynę, coraz bardziej oddalając się od naszych domów. Wkrótce Jen odłączyła się od grupy, a ja, Tim i Ray przyczailiśmy się w umówionym miejscu.
Jeden z ukrytych pomiędzy niskimi sosnami basiorów, obrzucił mnie niepewnym wzrokiem. Tak, Ray... Pamiętam co mam robić, westchnęłam w myślach. Przykucnęłam, gotowa do skoku na pierwsze zwierzę. Były coraz bliżej. Podniosłam uszy i śledziłam z uwagą kierunek tętentu kopyt.
Wtem poczułam dziwne zdenerwowanie. Myśl o pościgu, jedzeniu, o tym jak ważną rolę spełnię... To wszystko nagle przejęło moją głowę. Pierwsze p r a w d z i w e polowanie...
Wreszcie kilka młodych łani wyłoniło się spomiędzy drzew. Tuż za nimi biegła Jen. Nie widać było po niej wcale zmęczenia, w przeciwieństwie do parzystokopytnych przysmaków.
Natychmiast wystrzeliłam przed stadko. Zbyt wcześnie. Grupa rozbiegła się na różne strony, a sarna, która pędziła prosto na mnie, wierzgnęła, prawie trafiając w mój pyszczek. Ledwo zdołałam uskoczyć.
- Lind! - ryknął Tim, podrywając się z miejsca.
Teraz już wiedziałam dobrze, że popsułam akcję. Nie było jednak czasu na przepraszanie i opuszczanie uszu na znak skruchy. Odłączone od stada samice jeszcze nie uciekły. Wszyscy czworo ruszyliśmy za zwierzyną na łąkę. Ray kazał mi biec z  boku, żeby łanie nie zdołały zbyt łatwo wrócić do lasu.
Wkrótce znalazłam się bardzo blisko jednej z nich. Może tym razem wykonam moje zadanie jak trzeba. 
Używając po cichu mocy wiatru, dogoniłam zmęczoną sarnę i uderzyłam kłami w jej nogę. Wtem dołączył do mnie Ray. Dokończył zadanie przewracając nasze jedzenie i dobijając je ciosem w gardło.
- Nawet dobrze ci poszło - powiedział. - Pomijając wstępny falstart - popatrzył na mnie trochę z wyrzutem.
- Heh, dzięki - uśmiechnęłam się z zakłopotaniem. - Pewnie gdyby nie początkowa akcja Jen, nie opanowalibyśmy sytuacji tak łatwo.
- Już jej nie schlebiaj. Nie musisz tego robić, kiedy nie patrzy - zażartował z siostry. Uśmiech wrócił na jego pysk. Dobrze, że nigdy nie umiał zbyt długo pamiętać o złości.
- To ile z tego będzie dla nas? - zapytałam, śledząc kątem oka Tima przenoszącego razem z Jen drugą sarnę do podziału.
- Tyle, na ile umówiłem się z twoją babcią - odparł i zaczął dzielić mięso. - Dobrze, że ma w domu kogoś do pomocy.
***
Kiedy zbliżałam się do domu, była już ciemna noc. Nie szłam zbyt szybkim krokiem, naprawdę zmęczyło mnie to dzisiejsze polowanie. Moje pierwsze prawdziwe polowanie. Nawet uwzględniając tamtą wpadkę, byłam z siebie dumna. Przez te łowy poczułam się jakby... doroślej.
Nagle moich uszu dobiegły dwa głosy. Jeden należał do Babci, a drugi... do Juana. "Starego Juana", o którym mówiono, że to wariat. Mieszkał w jaskini w pobliżu, razem ze swoją cichą siostrzenicą imieniem Hasley. Byłam u niego kilka razy, w końcu to sprzedawca jednorazowych, niezwykle przydatnych zaklęć. Do tego zgodził się nauczyć mnie gwizdać. Hm... Mięło już sporo czasu, a on sam nadal rzadko wystawiał nos na zewnątrz. Może to przez brak jednej łapy, a może przez coś innego... Tak czy inaczej, w oczach większości uchodził on za odludka, którego udajesz, że lubisz, bo możesz czegoś od niego potrzebować.
Rozmowa, którą wyłapałam zza ściany była  urwana, nie zdążyłam zrozumieć wszystkiego. Głosy dochodziły z głównego pomieszczenia przy wejściu.
- Skąd ty możesz to wiedzieć? - powiedziała Babcia - Nie było cię nawet na miejscu, kiedy wszystko rozpadło się u podstaw. Byłeś wtedy tylko młodzikiem, który nie zrozumie powagi sytuacji jeśli jej nie przeżyje sam. Nic nie rozumiesz do dnia dzisiejszego.
Jej głos był spokojny, aczkolwiek stanowczy. Odniosłam wrażenie, że rozmowa dotyczyła jakiegoś drażliwego dla niej tematu. Zdziwiłam się, że takowy w ogóle istnieje. Nie kontrolując co robię, słuchałam w skupieniu dalej, przystając koło drewnianej ściany domu. 
- Rozumiem więcej niż ci się wydaje. - odparł Juan swoim zachrypniętym głosem. - To ty zawężasz sobie pole widzenia i "lepiej zostawić wszystko jak jest, bo nic się nie uda" - rzucił zgryźliwie.
- Jestem realistką - odparła chłodno Babcia, poprzedzając wypowiedź pojedynczym uderzeniem ogona o podłogę.
- Hah, a to MNIE okrzyknięto szaleńcem - zadrwił basior.
- To nie ma związku. Doskonale wiesz, czym zasłużyłeś sobie na to miano - mruknęła sucho Babcia.
- Nie byłaś daleko za mną. Oboje wiemy co cię uchroniło od tego - oznajmił basior.
Na pół minuty zapadła cisza. Usłyszałam, jak jeden z rozmówców wstaje z miejsca i zaczyna krążyć po pokoju. Nie byłam w stanie stwierdzić na pewno, kto to był.
- Litość - wyjaśnił wreszcie Juan - Litość otoczenia nad biedną, opuszczoną wdową, od której uciekł jej własny...
Mówił bardzo powoli i podkreślał akcenty. Jednak jego wypowiedz została przerwana w najciekawszym momencie przez szmer dobywanego ostrza. Wstrzymałam oddech. Po nim nastąpił krótki świst w powietrzu, dalej charakterystyczny gwizd Juana przez zęby. Kilka  uderzeń i zakończenie w postaci dość głośnego łomotu. Pomyślałam, czy czasem nie powinnam interweniować. Podbiegłam do drzwi, kiedy rozmowa zaczęła się na nowo.
- Kto ci powiedział o tym? Skąd to wiesz?! - przez chwilę zdawało mi się, że w domu jest trzecia osoba. To złudzenie wywołała drastyczna zmiana tonu głosu Babci. Przez zawsze spokojną, na swój sposób delikatną osobę, przemawiały teraz silne, niebezpieczne emocje, podkreślone sztyletem trzymanym w pysku. Przestraszona, poczułam jak mocno łomocze mi serce. Nie znałam jej od tej strony. Nigdy.
- Nie ma to znaczenia. Ci co nie zginęli na miejscu, wyruszyli na południe - odpowiedział hardo, lecz nie agresywnie Juan. - Myślałem, że chciałaś do nich dołączyć - przeszedł nagle w swój naturalny ton, zupełnie, jakby nic się nie stało.
Usłyszałam uderzenie ostrza o podłogę, następnie kilka szmerów pazurów na deskach.
- Bo tak było. Rozmyśliłam się w ostatniej chwili - wyznała Babcia.
- I poszłaś prosto do krain wiecznych śniegów. Czego chciałaś tam szukać? Śmierci z najostrzejszych mrozów? Tam, za wielką wodą?
- Nie wiem... Może... Uch, to skomplikowane.
- Ja mam czas - usiadł.
- To nie tak. Najlepiej by to opisał fragment pewnego dziennika, ale ty na pewno go nie czytałeś. Nie znasz kontekstu - wymigała się.
Przypomniałam sobie, że tylko jeden d z i e n n i k z półek w domu Babci opisywał mroźne krainy. Już  nie miałam wątpliwości  co do samych wersów.
"Szukając zimnego ukojenia bólu złamanego wpół serca"
Wciągnęłam w płuca chłodne powietrze. To co się działo zaczynało mnie przerastać. Widząc osobę taka jak moja Babcia, ma się wrażenie, że ona nie ma i nigdy nie miała swoich problemów, że martwi się tylko o innych i nie ma nic do ukrycia. Tymczasem... To wszystko...
Przecież to wciąż ona, nie zmieniła się. Czemu więc tak bardzo mnie to uderzyło?
- Widziałam biel śmierci twarzą w twarz... - powiedziała cicho Babcia odpływając w zadumę, żeby po chwili przypomnieć sobie o zmieszanym rozmówcy.
- Idź już, Juan. - ocknęła się. - Wracaj do swoich zwojów. Jest późno.
Basior wstał.
- Nie przemyślisz nawet tego? - niewątpliwie wrócił do początku rozmowy, którego nie znałam.
- Nie ma takiej opcji, Juan. Nie chcę tego i nigdy nie zmienię zdania - odpowiedziała starsza wadera, podchodząc do kominka.
- Ale tylko ciebie te wilki szanują, tylko ciebie byliby w stanie słuchać - zaznaczył trójłapy wilk.
- Są szczęśliwi, nie widzisz?
- Ale nie na długo. Nie poradzą sobie, nie umieją współpracować.
- Ja ich mam nauczyć według ciebie?
- Mogłabyś.
- Nie, Juan. Nie mogłabym.
Zapadła cisza. Odpuścił. Cokolwiek chciał osiągnąć, odpuścił.
Rozległy się kroki, po czym zaskrzypiała klamka. Zeskoczyłam szybko ze schodów przed wejściem i czmychnęłam za zachodnią ścianę domu. Usłyszałam jęk starych zawiasów i  trzeszczącą  pod łapami basiora, śladową ilość śniegu. Wychyliłam się ostrożnie z ukrycia i odprowadziłam go wzrokiem. Poruszał się jeszcze wolniej, niż ostatnim razem. Widać było, że powoli opadał z sił, chociaż był młodszy od Babci.
Usiadłam pod ścianą. Postanowiłam odczekać jeszcze trochę, żeby nie wzbudzić podejrzeń, że cokolwiek wiem o wizycie Juana i ich rozmowie. Spojrzałam na rozgwieżdżone niebo. Przypomniałam sobie, że gdzieś bliżej lub dalej, jest pod nim Freeze. On i jego wuj. Wracają do nas.
Już wkrótce będę mogła opowiedzieć mu o wszystkim osobiście - pomyślałam. O Kanionie Magmy, o Wichurze Płomieni... 
Miałam wrażenie, że za długo to trwa. Wszystko przez ten jeden list, na który nie otrzymałam odpowiedzi. Przecież gdyby gołąb miał go im nie doręczyć, wróciłby od razu.
Czyżby coś ich zatrzymało?
Wróciłam na ziemię. Moment, Lind. Na razie trzeba jeszcze stawić czoła teraźniejszości. Wróciłam do skrzypiących, niedomkniętych drzwi. Po ostatniej chwili wahania, pchnęłam je i weszłam do środka. Coś dziwnego uciskało mnie w gardle.
- Lind, jesteś wreszcie - ucieszyła się Babcia na mój widok. - Już zaczynałam się niepokoić.
- Byliśmy aż przy wielkich sosnach - wyjaśniłam, starając się brzmieć naturalnie. - Dlatego tyle zeszło - zrzuciłam ciężką torbę pełną mięsa, dosłownie pękającą w szwach.
- Wszystko dobrze? - popatrzyła na mnie Babcia. - Masz inny głos - zmrużyła oczy.
- Zmęczona jestem, to wszystko - westchnęłam.
Babcia kiwnęła głową, że rozumie i podniosła moją torbę.
- Już możesz iść odpocząć, ja się tym zajmę.
- Nie potrzebujesz pomocy?
- Nie, już się napracowałaś - podeszła i przytuliła mnie. - Takie szczenię jak ty, to prawdziwy skarb.
Na początku miałam dziwną ochotę odsunąć się i iść natychmiast do pokoju, jednak koniec końców odgoniłam to  i też przytuliłam moją opiekunkę. Kogo ja chcę oszukać? Nic się nie zmieniło, to wciąż ona. Moja jedyna rodzina.
Każdy ma swoje sekrety i nie powinnam była wnikać w te należące do Babci. Przecież ona też ma prawo je mieć. To zupełnie normalne. Nie wolno mi od tak zmieniać nastawienia.
Czyż nie...?
To wciąż ona. To wciąż mój dom. Nic się nie zmieniło. 
Spokojnie, Lind, spokojnie. Trzeba żyć dalej.

<CDN>

Uwagi: Literówki.