Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Od Stelli "Zagubiona" cz. 2

 Wrzesień 2020 r.
Nagle Bona totalnie zniknęła, albo ja jestem nie ogarnięta w terenie albo Bona po prostu uciekła. Chyba to i to. No cóż, trudno się mówi.
Suzanna zaczęła dyskutować z Hitamem.
- Słuchaj, była tutaj niedawno Bona, ale już uciekła. Najwyraźniej nie chce należeć do watahy, trzeba będzie z nią porozmawiać co ją gryzie, ale nie o to chciałam zapytać. Chodzi o tę dziewczynę przed nami, Bona chciała aby dołączyła do watahy. Co o tym myślisz? - Odparła Suzanna
- Sądzę że ma rację, wygląda na zagubioną i powinna dołączyć. Jest raczej delikatna, więc nie weźmiemy jej na atak, ale to sprawdźmy. - Zaproponował Hitam
- Okey!! - Oznajmiłam
Nie wiedziałam czy mi się uda, ale nie chciałam na atakującą tylko na tancerkę.
- Ale wiecie co... Nie chcę być i tak atakującą. Chcę być tancerką. - Oznajmiłam
Nagle wszyscy ze zdziwieniem na mnie spojrzeli.
- Okey, i tak mamy ich bardzo mało. - Hitam powiedział, a Suzanna kiwnęła głową, przytakując.
Byłam szczęśliwa i zaskoczona, że tak szybko się zgodzili.
- Dobraa... Stella? Tak, Stella, musimy cię trochę poduczyć pisania, czytania oraz liczenia, a raczej tylko ja. - Powiedziała Stanowczo Suzanna
- Dobra, chcę na początek pisanie.
Na początku napisałam jakieś gryzmoły. Potem szło już lepiej, ale nadal było źle. Potem zajęło się liczeniem. Było to dość trudne. Potem czytanie, nadal czytam po przez łączenie liter. W każdy piątek mam takie zajęcia.
Potem się położyłam i zaczęłam słuchać muzyki, przy melodii pewnej piosenki usnęłam. Rano obudziłam się ze słuchawkami w uszach. Byłam strasznie głodna, próbowałam sama coś złapać, ale się nie udało. Atakujący złapali dużego zająca. Zajadałam się nim z nimi, a potem poszłam pobiegać 
na terenie watahy, ale w moich myślach krążyła myśl "Gdzie jest Bona? Może nie żyje? Albo potrzebuje pomocy?".
Ale to była jej decyzja uciec od watahy. Nagle przypomniałam się że mam swoje małe skrzydełka. Próbowałam się unieść do góry, uniosłam się trzy centymetry w górę, lecz szybko spadłam. Robiło się popołudnie. Zgłodniałam, poszłam poszukać pożywienia, swojemu zdziwieniu upolowałam małego zająca. Zjadłam go nie dzieląc się z watahą. Zrobiłam się lekko śpiąca, więc zrobiłam sobie
drzemkę. 

<C.D.N>

Uwagi: Brak daty, źle zapisany tytuł - jeśli to się powtórzy, będę zmuszona zwrócić opowiadanie. Cudzysłowie piszemy za pomocą cudzysłowie, a nie przecinków lub apostrofów. Mnóstwo powtórzeń, literówek (chcę a chce to nie to samo słowo), błędów w szykach zdań, przez co stają się niezrozumiałe. "Odparł" używamy w momencie gdy ktoś odpowiada na czyjąś wypowiedź. Gryzmoły a grymasy to nie to samo! Skąd ona wzięła muzykę? Wilki nie posiadają odtwarzaczy MP3 ani radio. Skąd wiedziała, że akurat 3 centymetry (swoją drogą w opowiadaniach cyfry i liczby piszemy w większości wypadków słownie), skoro dopiero uczy się podstaw liczenia?
Jako, że jedno opowiadanie to jeden punkt zdolności do nauki pisania, czytania lub liczenia, to dodam go do pisania, jako, że to był pierwszy wymieniony przedmiot.

piątek, 6 kwietnia 2018

Od Lind "Jedno ze wspomnień" cz. 4

Listopad 2019
Zima zjawiła się bardzo wcześnie w tym roku. Nie przysypała wilczych nor toną śniegu, jednak sprowadziła ze sobą niezwykle surowy mróz.
W tej sytuacji nie tylko nam, ale też większości wilków z okolicy zabrakło pożywienia. Nie mieliśmy dość czasu na zgromadzenie zapasów z jagód, ryb, czy jakiś padlin.
Żeby przetrwać zimę, któraś z nas musiała iść z Ray'em, Jen i Timem na polowanie. Tylko w ten sposób mogłyśmy z Babcią liczyć na kawałek dobrego mięsa. Atak na zwierzynę w pojedynkę? Nie, to nie było to żadne wyjście.
W sumie nawet polowania w grupie były bardzo rzadkim zjawiskiem w naszym otoczeniu. Każda nora radziła sobie sama, dopóki nie zaistniała sytuacja taka jak ta. Nikt nie widział w tym nic dziwnego, tak po prostu było, odkąd pamiętam.
Zebraliśmy się we czwórkę późnym popołudniem. Ustaliliśmy, kto spełni jaką funkcję, po czym zaczęliśmy tropić zwierzynę, coraz bardziej oddalając się od naszych domów. Wkrótce Jen odłączyła się od grupy, a ja, Tim i Ray przyczailiśmy się w umówionym miejscu.
Jeden z ukrytych pomiędzy niskimi sosnami basiorów, obrzucił mnie niepewnym wzrokiem. Tak, Ray... Pamiętam co mam robić, westchnęłam w myślach. Przykucnęłam, gotowa do skoku na pierwsze zwierzę. Były coraz bliżej. Podniosłam uszy i śledziłam z uwagą kierunek tętentu kopyt.
Wtem poczułam dziwne zdenerwowanie. Myśl o pościgu, jedzeniu, o tym jak ważną rolę spełnię... To wszystko nagle przejęło moją głowę. Pierwsze p r a w d z i w e polowanie...
Wreszcie kilka młodych łani wyłoniło się spomiędzy drzew. Tuż za nimi biegła Jen. Nie widać było po niej wcale zmęczenia, w przeciwieństwie do parzystokopytnych przysmaków.
Natychmiast wystrzeliłam przed stadko. Zbyt wcześnie. Grupa rozbiegła się na różne strony, a sarna, która pędziła prosto na mnie, wierzgnęła, prawie trafiając w mój pyszczek. Ledwo zdołałam uskoczyć.
- Lind! - ryknął Tim, podrywając się z miejsca.
Teraz już wiedziałam dobrze, że popsułam akcję. Nie było jednak czasu na przepraszanie i opuszczanie uszu na znak skruchy. Odłączone od stada samice jeszcze nie uciekły. Wszyscy czworo ruszyliśmy za zwierzyną na łąkę. Ray kazał mi biec z  boku, żeby łanie nie zdołały zbyt łatwo wrócić do lasu.
Wkrótce znalazłam się bardzo blisko jednej z nich. Może tym razem wykonam moje zadanie jak trzeba. 
Używając po cichu mocy wiatru, dogoniłam zmęczoną sarnę i uderzyłam kłami w jej nogę. Wtem dołączył do mnie Ray. Dokończył zadanie przewracając nasze jedzenie i dobijając je ciosem w gardło.
- Nawet dobrze ci poszło - powiedział. - Pomijając wstępny falstart - popatrzył na mnie trochę z wyrzutem.
- Heh, dzięki - uśmiechnęłam się z zakłopotaniem. - Pewnie gdyby nie początkowa akcja Jen, nie opanowalibyśmy sytuacji tak łatwo.
- Już jej nie schlebiaj. Nie musisz tego robić, kiedy nie patrzy - zażartował z siostry. Uśmiech wrócił na jego pysk. Dobrze, że nigdy nie umiał zbyt długo pamiętać o złości.
- To ile z tego będzie dla nas? - zapytałam, śledząc kątem oka Tima przenoszącego razem z Jen drugą sarnę do podziału.
- Tyle, na ile umówiłem się z twoją babcią - odparł i zaczął dzielić mięso. - Dobrze, że ma w domu kogoś do pomocy.
***
Kiedy zbliżałam się do domu, była już ciemna noc. Nie szłam zbyt szybkim krokiem, naprawdę zmęczyło mnie to dzisiejsze polowanie. Moje pierwsze prawdziwe polowanie. Nawet uwzględniając tamtą wpadkę, byłam z siebie dumna. Przez te łowy poczułam się jakby... doroślej.
Nagle moich uszu dobiegły dwa głosy. Jeden należał do Babci, a drugi... do Juana. "Starego Juana", o którym mówiono, że to wariat. Mieszkał w jaskini w pobliżu, razem ze swoją cichą siostrzenicą imieniem Hasley. Byłam u niego kilka razy, w końcu to sprzedawca jednorazowych, niezwykle przydatnych zaklęć. Do tego zgodził się nauczyć mnie gwizdać. Hm... Mięło już sporo czasu, a on sam nadal rzadko wystawiał nos na zewnątrz. Może to przez brak jednej łapy, a może przez coś innego... Tak czy inaczej, w oczach większości uchodził on za odludka, którego udajesz, że lubisz, bo możesz czegoś od niego potrzebować.
Rozmowa, którą wyłapałam zza ściany była  urwana, nie zdążyłam zrozumieć wszystkiego. Głosy dochodziły z głównego pomieszczenia przy wejściu.
- Skąd ty możesz to wiedzieć? - powiedziała Babcia - Nie było cię nawet na miejscu, kiedy wszystko rozpadło się u podstaw. Byłeś wtedy tylko młodzikiem, który nie zrozumie powagi sytuacji jeśli jej nie przeżyje sam. Nic nie rozumiesz do dnia dzisiejszego.
Jej głos był spokojny, aczkolwiek stanowczy. Odniosłam wrażenie, że rozmowa dotyczyła jakiegoś drażliwego dla niej tematu. Zdziwiłam się, że takowy w ogóle istnieje. Nie kontrolując co robię, słuchałam w skupieniu dalej, przystając koło drewnianej ściany domu. 
- Rozumiem więcej niż ci się wydaje. - odparł Juan swoim zachrypniętym głosem. - To ty zawężasz sobie pole widzenia i "lepiej zostawić wszystko jak jest, bo nic się nie uda" - rzucił zgryźliwie.
- Jestem realistką - odparła chłodno Babcia, poprzedzając wypowiedź pojedynczym uderzeniem ogona o podłogę.
- Hah, a to MNIE okrzyknięto szaleńcem - zadrwił basior.
- To nie ma związku. Doskonale wiesz, czym zasłużyłeś sobie na to miano - mruknęła sucho Babcia.
- Nie byłaś daleko za mną. Oboje wiemy co cię uchroniło od tego - oznajmił basior.
Na pół minuty zapadła cisza. Usłyszałam, jak jeden z rozmówców wstaje z miejsca i zaczyna krążyć po pokoju. Nie byłam w stanie stwierdzić na pewno, kto to był.
- Litość - wyjaśnił wreszcie Juan - Litość otoczenia nad biedną, opuszczoną wdową, od której uciekł jej własny...
Mówił bardzo powoli i podkreślał akcenty. Jednak jego wypowiedz została przerwana w najciekawszym momencie przez szmer dobywanego ostrza. Wstrzymałam oddech. Po nim nastąpił krótki świst w powietrzu, dalej charakterystyczny gwizd Juana przez zęby. Kilka  uderzeń i zakończenie w postaci dość głośnego łomotu. Pomyślałam, czy czasem nie powinnam interweniować. Podbiegłam do drzwi, kiedy rozmowa zaczęła się na nowo.
- Kto ci powiedział o tym? Skąd to wiesz?! - przez chwilę zdawało mi się, że w domu jest trzecia osoba. To złudzenie wywołała drastyczna zmiana tonu głosu Babci. Przez zawsze spokojną, na swój sposób delikatną osobę, przemawiały teraz silne, niebezpieczne emocje, podkreślone sztyletem trzymanym w pysku. Przestraszona, poczułam jak mocno łomocze mi serce. Nie znałam jej od tej strony. Nigdy.
- Nie ma to znaczenia. Ci co nie zginęli na miejscu, wyruszyli na południe - odpowiedział hardo, lecz nie agresywnie Juan. - Myślałem, że chciałaś do nich dołączyć - przeszedł nagle w swój naturalny ton, zupełnie, jakby nic się nie stało.
Usłyszałam uderzenie ostrza o podłogę, następnie kilka szmerów pazurów na deskach.
- Bo tak było. Rozmyśliłam się w ostatniej chwili - wyznała Babcia.
- I poszłaś prosto do krain wiecznych śniegów. Czego chciałaś tam szukać? Śmierci z najostrzejszych mrozów? Tam, za wielką wodą?
- Nie wiem... Może... Uch, to skomplikowane.
- Ja mam czas - usiadł.
- To nie tak. Najlepiej by to opisał fragment pewnego dziennika, ale ty na pewno go nie czytałeś. Nie znasz kontekstu - wymigała się.
Przypomniałam sobie, że tylko jeden d z i e n n i k z półek w domu Babci opisywał mroźne krainy. Już  nie miałam wątpliwości  co do samych wersów.
"Szukając zimnego ukojenia bólu złamanego wpół serca"
Wciągnęłam w płuca chłodne powietrze. To co się działo zaczynało mnie przerastać. Widząc osobę taka jak moja Babcia, ma się wrażenie, że ona nie ma i nigdy nie miała swoich problemów, że martwi się tylko o innych i nie ma nic do ukrycia. Tymczasem... To wszystko...
Przecież to wciąż ona, nie zmieniła się. Czemu więc tak bardzo mnie to uderzyło?
- Widziałam biel śmierci twarzą w twarz... - powiedziała cicho Babcia odpływając w zadumę, żeby po chwili przypomnieć sobie o zmieszanym rozmówcy.
- Idź już, Juan. - ocknęła się. - Wracaj do swoich zwojów. Jest późno.
Basior wstał.
- Nie przemyślisz nawet tego? - niewątpliwie wrócił do początku rozmowy, którego nie znałam.
- Nie ma takiej opcji, Juan. Nie chcę tego i nigdy nie zmienię zdania - odpowiedziała starsza wadera, podchodząc do kominka.
- Ale tylko ciebie te wilki szanują, tylko ciebie byliby w stanie słuchać - zaznaczył trójłapy wilk.
- Są szczęśliwi, nie widzisz?
- Ale nie na długo. Nie poradzą sobie, nie umieją współpracować.
- Ja ich mam nauczyć według ciebie?
- Mogłabyś.
- Nie, Juan. Nie mogłabym.
Zapadła cisza. Odpuścił. Cokolwiek chciał osiągnąć, odpuścił.
Rozległy się kroki, po czym zaskrzypiała klamka. Zeskoczyłam szybko ze schodów przed wejściem i czmychnęłam za zachodnią ścianę domu. Usłyszałam jęk starych zawiasów i  trzeszczącą  pod łapami basiora, śladową ilość śniegu. Wychyliłam się ostrożnie z ukrycia i odprowadziłam go wzrokiem. Poruszał się jeszcze wolniej, niż ostatnim razem. Widać było, że powoli opadał z sił, chociaż był młodszy od Babci.
Usiadłam pod ścianą. Postanowiłam odczekać jeszcze trochę, żeby nie wzbudzić podejrzeń, że cokolwiek wiem o wizycie Juana i ich rozmowie. Spojrzałam na rozgwieżdżone niebo. Przypomniałam sobie, że gdzieś bliżej lub dalej, jest pod nim Freeze. On i jego wuj. Wracają do nas.
Już wkrótce będę mogła opowiedzieć mu o wszystkim osobiście - pomyślałam. O Kanionie Magmy, o Wichurze Płomieni... 
Miałam wrażenie, że za długo to trwa. Wszystko przez ten jeden list, na który nie otrzymałam odpowiedzi. Przecież gdyby gołąb miał go im nie doręczyć, wróciłby od razu.
Czyżby coś ich zatrzymało?
Wróciłam na ziemię. Moment, Lind. Na razie trzeba jeszcze stawić czoła teraźniejszości. Wróciłam do skrzypiących, niedomkniętych drzwi. Po ostatniej chwili wahania, pchnęłam je i weszłam do środka. Coś dziwnego uciskało mnie w gardle.
- Lind, jesteś wreszcie - ucieszyła się Babcia na mój widok. - Już zaczynałam się niepokoić.
- Byliśmy aż przy wielkich sosnach - wyjaśniłam, starając się brzmieć naturalnie. - Dlatego tyle zeszło - zrzuciłam ciężką torbę pełną mięsa, dosłownie pękającą w szwach.
- Wszystko dobrze? - popatrzyła na mnie Babcia. - Masz inny głos - zmrużyła oczy.
- Zmęczona jestem, to wszystko - westchnęłam.
Babcia kiwnęła głową, że rozumie i podniosła moją torbę.
- Już możesz iść odpocząć, ja się tym zajmę.
- Nie potrzebujesz pomocy?
- Nie, już się napracowałaś - podeszła i przytuliła mnie. - Takie szczenię jak ty, to prawdziwy skarb.
Na początku miałam dziwną ochotę odsunąć się i iść natychmiast do pokoju, jednak koniec końców odgoniłam to  i też przytuliłam moją opiekunkę. Kogo ja chcę oszukać? Nic się nie zmieniło, to wciąż ona. Moja jedyna rodzina.
Każdy ma swoje sekrety i nie powinnam była wnikać w te należące do Babci. Przecież ona też ma prawo je mieć. To zupełnie normalne. Nie wolno mi od tak zmieniać nastawienia.
Czyż nie...?
To wciąż ona. To wciąż mój dom. Nic się nie zmieniło. 
Spokojnie, Lind, spokojnie. Trzeba żyć dalej.

<CDN>

Uwagi: Literówki.

Od Aokigahary „Następny dzień szkolny pozbawiony najmniejszej wartości fabularnej” cz. 3

Wrzesień 2020
Zaczęłam iść w stronę Szczenięcej Polany. W głębi serca cieszyłam się, że to ostatnia lekcja w tym dniu. Normalnie pewnie bym sobie po prostu zwiała, albo spóźniła się na trzy czwarte lekcji. Ciekawe, jakie dzisiaj nauczycielka zadanie zada. Mam nadzieje, że jakieś łatwe. Gdy doszłam już na polanę, nigdzie nie było Suzanny. Jednak była, a jakże, kochana Navri. Ugryzłam się w wewnętrzną część policzka i tak trzymałam, dopóki nie poczułam jak ciecz o metalicznym posmaku zalewa moją jamę ustną. Przeklinałam siebie w myślach, przykładając do rany język. Usiadłam parę metrów od Navri i w milczeniu czekałyśmy na nauczycielkę. W między czasie mój policzek przestał krwawić. Niebo jeszcze bardziej pociemniało, powodując, że wokół, mimo dnia, panował półmrok. Wszędzie było cicho. Tak jak to mówią, cisza przed burzą. Niedługo po tym zaczęło padać. Chociaż trafniej pasuje tutaj określenie lać. Skryłam się na skraju polany, pod jakimś wielkim liściem. Moja Nemezis również gdzieś czmychnęła.
Czekałyśmy długo na nauczycielkę, siedząc w swoich kryjówkach. Gdy w końcu przyszła, ulewa zdążyła już trochę zmniejszyć na sile. Suzanna mrużąc oczy szukała nas na polanie. Wiatr był tak silny, że Alfa ledwo utrzymywała się na łapach. Wybiegłam spod liścia i walcząc z wiatrem pobiegłam do pani nauczycielki. Przy okazji zaliczyłam dwie kałuże. Cała upaprana w błocie dobiegłam do Suzy. Chwilę po mnie doszła również Navri, tak samo brudna i mokra. Nauczycielka spojrzała na nas dwie, po czym machnęła głową by iść za nią. Nadała bardzo szybkie tempo. Pokierowała nas do jednej z jaskiń, zapewne należącej do szkoły. Weszłyśmy do środka. Wszystkie trzy się otrzepałyśmy z wody i błota, powodując, że wejście do wnętrza wyglądało jak jakiegoś pobojowisko. Usiadłam w jak najbardziej oddalonym od wejścia miejscu jaskini.
- Hitam nie mówił, że macie przyjść do środka? – zapytała Alfa usadawiając się trochę przed nami. Pokręciliśmy głowami na nie. Westchnęła ciężko. – W takim razie będziecie mieć krótszą lekcję. – Ucieszyłam się w duchu. Mniej męczenia się. – Więc pierw…
- A możemy się najpierw wyczyścić? – spytałam. Źle się czułam cała brudna. Wadera spojrzała na mnie po czym ciężko westchnęła, drugi raz w krótkim odstępie czasowym.
- Możecie, ale muszę was przypilnować – oznajmiła. Zabrałam się za czyszczenie swojej sierści. Kątem oka widziałam Navri, która mniej zażarcie czyściła swoje śnieżnobiałe futerko. Po jakiś paru dłuższych chwilach byłam czysta. Skończyłam, a gdy się wyprostowałam zrozumiałam że czekały z lekcją tylko na mnie.
- Możemy już zaczynać lekcje? – zapytała najwyraźniej już trochę zniecierpliwiona. Pokiwałam łbem na tak. – Więc, pierwsze zadanie. – Usiadła przed nami. – Pewna wadera posiadała dwójkę córek. Niestety umarła, a na jej pogrzeb przybyła masa wilków. Starszej z sióstr spodobał się pewien basior, który był wśród żałobników. Tydzień po pogrzebie starsza siostra zabiła młodszą. Waszym zadaniem jest odgadnąć jaki był motyw zbrodni. – Zaczęłam myśleć.
- Tamta siostra była dziewczyną tego basiora! – powiedziałam. To było takie łatwe.
- Nie – zaprzeczyła Suza. Zostałam zbita z tropu. Ale przecież to powinno być dobrze! – Navri? – Spojrzała się na młodszą uczennice.
- Starsza siostra myślała, że na pogrzeb siostry również przyjdzie owy basior – powiedziała po dłuższym namyśle.
- Dobrze. – Moje wnętrze zżerała zazdrość. – Chyba będę musiała was teraz puścić teraz do domu, patrząc na pogarszającą się pogodę, oraz to, że i tak ta lekcja się przedłuża – mówi trochę niezadowolona. – Mam nadzieję, że następna lekcja będzie dłuższa – powiedziała na odchodne Alfa. Od razu wstałam i szybkim krokiem wyszłam z jaskini. Szłam do Zielonego Lasu po tego zająca, a wtedy tylko wrócę do jaskini i będę miała wolne. Naprawdę, uczenie się strasznie męczy. To mój pierwszy „porządniejszy” dzień w szkole i już mam dość.
Zajęło mi trochę szukanie tego zająca, ale w końcu go znalazłam. Z wiszącą ofiarą w pysku wróciłam do jaskini. Kai’ego jeszcze nie było. Dojadłam resztki, ułożyłam się wygodnie w jak najdalszym kąciku groty i zasnęłam, kończąc ten męczący dzień.

C.D.N
P.S. Sorry że zrobiłam z Navri psychopatę xD

Uwagi: "Metaliczna ciecz"? Miedź czy ołów? Powinno być: "ciecz o metalicznym posmaku". NIE piszemy "nauczycielka" wielką literą. "Spod" piszemy razem i przez "s". "Tępo" a "tempo" to dwa różne słowa. "Śnieżnobiałe" i "wśród" piszemy razem. Stawiasz zbyt wiele przecinków.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Aokigahary „Następny dzień szkolny pozbawiony najmniejszej wartości fabularnej” cz.2

Wrzesień 2020
Gdy byłam już na miejscu, Hitam już był na miejscu.
- Dzień dobry – przywitałam się, tak jak to miałam w zwyczaju.
- Witaj – odpowiedział basior, dopiero teraz zobaczyłam, że na miejscu była już moja Nemezis. – Więc wychodzi na to, że wszyscy już są – rzekł patrząc na nas dwie. – Dziś, jak zwykle na lekcjach obrony, nauczę was jak się obronić przed atakiem przeciwnika. – Było widać po nim że nie był jakoś zainteresowany lekcją. – Pamiętacie chyba z poprzednich lekcji teoretycznych jak należy się bronić. - Spojrzał na nas dwie wyczekująco. Navri pokiwała potakująco głową, a ja nieśmiało pokiwałam na tak. Nic nie pamiętałam, bo nie słuchałam, a nawet nie było mnie na niektórych z lekcji.
– Więc dziś będzie lekcja praktyczna. – Poczułam skurcze żołądka świadczące o strachu. – Będę kontrolować wasze poczynania, dając wam również wskazówki jak postępować. – Popatrzyłam lekko przerażona na rówieśniczkę. Mam się z nią bić? Chociaż, dlaczego się tak stresujesz? Jest młodsza i na pewno słabsza od ciebie. Pokonanie jej będzie bułką z masłem. – Aoki, będziesz tą atakującą, Navri, będziesz musiała się bronić. – Pokiwałyśmy głowami. – Tylko nie pogryźcie się za mocno. – Poprosił.
Ustawiłyśmy się naprzeciwko siebie i już chwilę po tym zaszarżowałam na Navri. Chciałam ugryźć ją w kłąb, jednak ona wiedząc, co chcę zrobić, odskoczyła na bok. Nie przewidując tego, wylądowałam pyskiem w ziemi. Niebo pociemniało jeszcze bardziej, powodując mniejszy dostęp światła. Podniosłam się szybko, jednak niedane było mi zrobić następnego ruchu, ponieważ moja przeciwniczka wgryzła się lekko w moją tylną łapę. Czułam, że nie ugryzła z całej siły, jednak i tak bolało. Zapiszczałam i zaczęłam machać kończyną bez większego składu.
- Atakuj! – Podpowiedział Hitam. Spojrzałam na ciałko Navri, patrząc gdzie bym mogła zaatakować. Ciągle szarpałam nogą. Już tracąc cierpliwość, machnęłam nie celując łapą. Na szczęście dosięgnęłam napastniczki, zadrapując ją lekko w bark. Puściła mnie. Czmychnęłam precz od niej, uważając by za bardzo nie obciążyć tylnej łapy. Teraz, prócz przedniej kończyny, boli mnie również lewa tylna. Odwróciłam się i korzystając okazji zaatakowałam Navri, wgryzając się w jej zad. Zareagowała od razu, gryząc mnie w słabiznę. Odskoczyłam w bok, powodując, że obie się puściłyśmy. Mieliśmy ponownie siebie zaatakować, ale przerwał nam nauczyciel.
- Dobra, koniec tego – oznajmił. Przybrałyśmy normalne postawy i spojrzałyśmy na pana Nauczyciela. – Aokigahara, powinnaś popracować nad działaniem pod presją. – Kiwnęłam trochę speszona głową. – Navri, potrenuj jeszcze trochę a będziesz jedną z tych lepszych w obronie – powiedział Hitam.
Zżerała mnie zazdrość. Ona i jedna z lepszych? Już to widzę. Nie pozwolę jej na to! Jeżeli ona będzie jednym z lepszych, ja chcę być jedną z najlepszych! Muszę trenować…
- A teraz macie chwilę przerwy od szkoły, kończymy wcześniej – oznajmił samiec Alfa. – Tylko nie zapomnijcie przyjść na lekcję logiki. – Podniósł się z ziemi i odszedł w swoją stronę. Odwróciłam się i poszłam w stronę Zielonego Lasu. W głowie ciągle krążyły mi słowa „Navri, potrenuj jeszcze trochę a będziesz jedną z tych lepszych w obronie”. Nie, nie, nie, tak nie może być! To przecież ja jestem starsza! A starszy to przecież jest zawsze tym mądrzejszym, silniejszym, lepszym! Nie mogę pozwolić by jakaś krosta była tą „naj”. To przecież mam być ja! Nie jakaś „Navri”, a ja! Przyśpieszyłam kroku, wchodząc w las. Chcę coś zniszczyć, zepsuć, z powodu gotującej się we mnie zazdrości. Muszę coś upolować… Napięłam się z złości, ale przeszłam do przykucu myśliwskiego. Bardzo bym chciała, żebym nie musiała za długo mojej zdobyczy tropić, pomyślałam. I wtem usłyszałam gniecenie ściółki leśnej po mojej lewej stronie. Postawiłam uszy na sztorc i zaczęłam kierować się w stronę źródła dźwięku. W końcu zobaczyłam małego, ale tłuściutkiego zajączka. Zrozumiałam, że Bransoletka Życzeń spełniła swoje zadanie. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, po czym zaczęłam się zakradać do ofiary. Będąc już blisko skoczyłam na nią i ugryzłam w kark. O dziwo, zwierzę potulnie dało się zabić. Było to, co najmniej dziwne, a może i nawet przerażające. Stworzenie było już dawno martwe, jednak ja zaciskałam mocno zęby na jego karku. Musiałam się wyżyć.
W końcu przestałam i zajęłam się jedzeniem. Nie wiem, czemu, ale ostatnio bardzo chciało mi się jeść. Tylko bym, o zgrozo, nie przytyła. Kiedy byłam już najedzona, zakopałam resztki pod jednym z drzew, by po lekcji logiki móc tu wrócić i zaciągnąć zdobycz do jaskini. Ruszyłam w stronę Szczenięcej Polany, gdzie miały się odbyć, ostatnie w tym dniu, zajęcia. Nie lubiłam lekcji logiki. Trzeba było wtedy myśleć, a to mnie męczyło psychicznie. 

C.D.N

Uwagi: Pierwsze zdanie tego opowiadania wymiata. "Dzień dobry" piszemy małymi literami. "Zielony Las" i "Bransoletka Życzeń" piszemy wielkimi literami.