Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Od Hitama "Śmiertelnie ważne obowiązki" cz. 3 (cd. Suzanna)

Kwiecień 2019 r.
- Fermitate umarł! Sprawował władzę w Watasze Magicznych Wilków przez okres około trzech lat. Niestety wilki z Watahy Czarnego Kruka w dużej mierze szybko przemijają. Ich życie jest znacznie krótsze od naszego... Pogrzeb odbędzie się jutro wieczorem. Prosiłabym o obecność. Ponadto wtedy zdecydujemy, kto ma zostać nowym samcem Alfa. Obawiam się, że nie zdołam pełnić tej funkcji całkowicie sama.
Po tych słowach już nie słuchałem, rozumiejąc, że jest to sprawa organizacyjna tycząca się wyłącznie Watahy Magicznych Wilków. Zerknąłem ku Ireng, która z paskudnym uśmiechem patrzyła na Suzannę.
- Na kogo zagłosujesz? - zapytałem szeptem.
- Na Nevila.
Wyrwało mi się coś w rodzaju prychnięcia.
- Zwariowałaś?
- Niech się pomęczy z tym idiotą. Ta śmieszna watażka rozsypie się w proch i to my przejmiemy te tereny. Poza tym chyba jest we mnie zakochany, bo słucha każdego mojego polecenia.
Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Nie warto było się z nią kłócić, choć przyznam, że po raz pierwszy odczułem niechęć do jej decyzji tak silną, że zadecydowałbym kompletnie inaczej. Jaki był sens w niszczeniu stada, które nam pomagało?
- Zagłosujesz na niego, prawda, braciszku? - zapytała słodkim głosem.
- Tak, oczywiście.
Skłamałem. Po raz pierwszy chciałem zrobić coś naprawdę sam.
***
- Kolejne nudne zebranie uważam za otwarte - oświadczył podstarzały wilk o wyjątkowo kościstej budowie ciała. Tyle czasu już był w watasze, a ja wciąż nie miałem pojęcia, jak ma na imię. Zeszedł z wzniesienia. Jego miejsce zastąpił potężny samiec, którego imię każdy znał. Fort. Moje oczy pociemniały. Niezbyt go lubiłem, choć nie miałem pojęcia dlaczego. Złe przeczucia? Być może.
- Musimy odbyć głosowanie, kto ma teraz zostać nowym przedstawicielem Watahy Czarnego Kruka.
- Nevil, pamiętaj, Nevil - szeptała Ireng. Jak zwykle siedziała obok mnie. Miałem ochotę ją z całej siły popchnąć. Zamiast tego uniosłem nieznacznie podbródek. Odparcie tej pokusy było trudne. Nawet jeśli wiedziałem, że przegram potyczkę, bo siostra była ode mnie silniejsza.
- Hitamie, proszę, pomóż mi rozdać kawałki kory z ankietą - oznajmił basior, wyławiając wzrokiem moją postać z tłumu. Często prosił mnie o pomoc. Przynieś, zanieś, pozamiataj... - Chcemy zapobiec głosowania na danego wilka z lękiem przed tym, że ktoś krzywo popatrzy. Odpowiedzi mają być przede wszystkim szczere i przemyślane! Zatem postawienie krzyżyka oznacza głosowanie na mnie, kółka na Bezumstvo...
Wymieniał dalej, a ja przenosiłem w pysku kawałki kory. Przyznam, że wyłowiłem tylko i wyłącznie interesujące mnie imię, a mianowicie Premure. Nie wątpiłem w to, że będzie wspaniałym dowódcą. 
Ireng w końcu wstała i mi zaczęła pomagać, żeby sprawniej poszło. Z tym, że ja mruczałem uprzejme "proszę", czego nauczyłem się w Watasze Magicznych Wilków, a ona niekiedy tylko prychała. Czy ona się czegokolwiek tam uczy? Czy czegokolwiek uczy się w ogóle? Cokolwiek osiągnie w życiu? Tego nie wiedziałem. Z dnia na dzień coraz bardziej przypominała mi margines społeczny i zaczynałem się zastanawiać, jakim cudem wytrzymałem u jej boku tyle czasu. Może po prostu teraz zmądrzałem i dostrzegłem pewne rzeczy?
Niedługo potem skończyłem robotę i z własnym kawałkiem usiadłem na miejscu, obracając się tak, by Ireng nic nie widziała. Naskrobałem dwie pionowe kreski, oznaczające Premure, po czym szybko zabrałem się za zbieranie kawałków. Moja siostra bliźniaczka zmarszczyła brwi, widząc mój pośpiech, ale na szczęście nic nie powiedziała. Tym razem pomagał mi Eitrao.
- Hitam, pomożesz nam liczyć - powiedział swoim niskim głosem Fort, kiedy wkładałem przedmioty do podstawionych mi toreb. Mówił to tak, jakby było to tajemnicą.
- Przecież nie umiem...
- Będziesz tylko wszystko segregować jak należy. Ufamy tobie jak nikomu innemu.
Skinąłem głową nadal zdumiony. Miałem pomagać radzie starszych w decyzji odnośnie spraw watahy. Nie spodziewałem się, bym kiedykolwiek doznał tego zaszczytu.
Odczekaliśmy aż wszyscy się rozejdą, włącznie z Ireng, która posłała mi na odchodnym niedowierzające spojrzenie, a następnie podążyliśmy ku ruinom dawnej twierdzy Asai. Wciąż niezmiernie się cieszyłem, że uwolniliśmy się spod jej rządów, nawet jeśli byłem zbyt młody, by cokolwiek z wtedy pamiętać.
Zagłębiliśmy się w mroki korytarzy, które oświetlił prędko kulą ognia jeden ze staruszków. Światło lekko się chwiało, ale prawdopodobnie wynikało to z braku siły samca. Chciałem mu pomóc, ale nie wiedziałem nawet jak. Przemilczałem więc tę sprawę, skupiając się na obserwowaniu poważnych pysków starszych. Niesamowite. Tydzień wymykania się Ireng i już wylądowałem tutaj. To była zdecydowanie dobra decyzja.
Zatrzymaliśmy się dopiero w obszernej sali cuchnącej pleśnią. W uchwyty w ścianach były wsadzone pochodnie, które wraz z naszym pojawieniem się zapłonęły niebieskim ogniem. Fort. To na pewno sprawka Forta - pomyślałem, skręcając za nim. W końcu nie stronił od ciskania błękitnymi płomieniami gdy się tylko zdenerwował. W sumie był kimś w rodzaju mojego przewodnika, więc szedłem krok w krok za nim. Zatrzymałem się dopiero, kiedy on się zatrzymał i odczekałem, aż wilki noszące w torbach na grzbiecie kawałki kory z wynikami ankiety je wypakują. Zaraz potem zabrałem się do pracy.
Skończyłem dopiero po czasie dostatecznie długim, by moje oczy były odrobinę zmęczone i zaczęły się kleić. Reszta wilków obecnych w sali o czymś żywo dyskutowała. Zerknąłem raz jeszcze na wszystkie stosy. Na Nevila głosowały zaledwie dwie osoby, pewnie moja siostra i on sam. Żenujące. Premure miał imponującą ilość, lecz bez umiejętności liczenia potrafiłem stwierdzić, że bezkonkurencyjnie wygrał wilk, którego znaku niestety nie znałem. Nie wsłuchiwałem się w końcu w gadanie Forta. Zacząłem tego żałować. Inaczej wiedziałbym już wcześniej, kto zwycięży. Oto kolejna cenna wskazówka na przyszłość - ZAWSZE słuchaj tego, co ktoś ma do powiedzenia, bo może ci umknąć cenna informacja.
Odwróciłem się ku starszym siedzącym w okręgu. Akurat zrobiło się cicho, więc pozwoliłem sobie na odchrząknięcie i oznajmienie:
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale już skończyłem.
Część z nich uśmiechnęła się z politowaniem i utkwiło wyczekujące spojrzenia w moich wieżyczkach. Odsunąłem się, gdy zbliżył się ów basior, który rozpoczął wcześniej zebranie. Mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem, obszedł całą kolekcję, po czym uśmiechnął się szeroko. Spojrzał na mnie w zamyśleniu, po czym poczłapał ku pozostałym. Patrzyłem na niego pytająco. Dlaczego nic nie mówił? Wymienił z resztą porozumiewawcze spojrzenia. Jedni wciąż mieli nieobliczalny wyraz pysku, inni westchnęli z ulgą. A ja nadal nic nie wiedziałem.
Następnie wyszliśmy z twierdzy. Tym razem to Fort użyczył światła. Rzeczywiście to on musiał zapalić tamte pochodnie - pomyślałem pospiesznie. Cały czas głowiłem się nad wynikiem głosowania. Spojrzenie tamtego staruszka nic nie znaczyło, w końcu lubił patrzeć w dość nonszalancki sposób na inne wilki - analizowałem - nic jednocześnie nie miał na myśli. Przyszło mu do coś głowy, to się uśmiechnął. Całkowicie zwyczajna rzecz. A pozostali? Prawdopodobnie już wcześniej rozważali, kto może wygrać. Ich zdanie musiało się potwierdzić. Skoro zwycięzcą nie był Premure, to kto? Czy był ktoś, na kogo starszyzna patrzyła pobłażliwie? Kto angażował się dostatecznie mocno, by być godnym miana przywódcy? Nie chodziło na pewno o Forta, w końcu nikt nie patrzył na niego...
Starzec o płomiennym futrze kazał nam się zatrzymać na szczycie jednego z ocalałych murów twierdzy.
- Wilki! Wilki drogie! - krzyknął. Podszedłem bliżej skraju muru. Ze zdumieniem zauważyłem, że niemal wszystkie wilki musiały czekać na dole na werdykt. Te, których tam nie było, pospiesznie przybyły na miejsce. - Głosy już policzone, mamy nowego władcę!
W dole przeszedł szum wyrażający zaciekawienie nowiną. Fort podszedł również bliżej krawędzi. Miał znacznie donośniejszy głos od drżącego staruszka, więc ten z wdzięcznością ustąpił mu miejsca.
- Z całą pewnością każdy z was go zna i docenia jego młodzieńczy potencjał! Wraz z całą radą starszych uznaliśmy go jako słuszny wybór i godną przyszłość Watahy Czarnego Kruka - Zrobił dramatyczną pauzę, podchodząc jeszcze bliżej - Pokłońcie się przed nową Alfą Watahy Magicznego Kruka: Hitamem!
Wszyscy z jakiegoś powodu pokornie wykonali polecenie Forta. Na jedną, okropną minutę zapanowała cisza. W moim mniemaniu to wszystko zabrzmiało jak wyjątkowo paskudne nieporozumienie.

<Suzanna?>

Od Bony "Nowy Dom"

Sierpień 2020 r.
- Spadaj wilczku, jesteś za wielka do naszych zabaw. - powiedział Marko.
- Ale dlaczego? - zapytałam ze łzami w oczach. Nie rozumiałam dlaczego inne lisy nie chciały się ze mną bawić. Mówiły, że to przez to, bo jestem taka duża, ale ja im nie wierzyłam. Na pewno musi chodzić o coś więcej. Tylko co? Wróciłam do nory z płaczem. Moja lisia mama spytała co się stało, a ja opowiedziałam jej wszystko. Chciałam iść spać, ale po mojej głowie krążyła myśl o ucieczce. Po paru godzinach myślenia zdecydowałam o tym że opuszczę stado lisów i poszukam innego. Rano byłam już gotowa by odłączyć się od lisów. Wszyscy spali, więc miałam szansę. Zrobiłam to co miałam w planach i uciekłam.
*Pół roku później*
Niedawno skończyłam dwa i pół roku, więc jestem dorosła. Wyśmienicie. W końcu czuje się odpowiedzialna i nie mam aż takich wyrzutów sumienia po pozostawieniu przyszywanej matki. Za braćmi nie tęsknię.
Szłam sobie spokojnie przez las, gdy nagle zauważyłam łąkę na której stały łanie z młodymi. Zaczęłam biec w ich stronę, aby upolować choć jedną. Gdy tak biegłam, nagle się z kimś zderzyłam. Upadłam. Noga bolała mnie niemiłosiernie. Gdy na nią spojrzałam nic szczególnego nie zauważyłam. Podniosłam głowę. Zauważyłam stojące nade mną dwie wadery. Jedna o szaro-niebieskim, druga szaro-czarnym futrze. Spojrzałam na nie pytająco, a one one zrobiły zdziwione miny.
- Wszystko dobrze? - spytała szaro-niebieska wadera.
- Chyba tak - powiedziałam, wstając.
- Jak się nazywasz?
- Bona... Bona Caeli.
- Ja jestem Leah, a to jest Yuki - uśmiechnęła się
- UWAŻAJ JAK BIEGASZ TY SU*O!!! PRZEZ CIEBIE UCIEKŁY NAM ŁANIE!!! - wrzasnęła Yuki.
- P-rzepraszam. J-ja nie ch-chciałam - przestraszyłam się, a do moich oczu napłynęły łzy.
Nagle przybiegły dwa basiory. Jeden beżowy, a drugi niebieski.
- Co się stało!? - zapytał beżowy basior.
- TA OTO TUTAJ GÓW**ARA WŁAŚNIE POZBAWIŁA NAS OBIADU. - prychnęła Yuki, odbiegając na kilka metrów.
- Daj spokój Yuko, każdemu się zdarza. - powiedział, patrząc na mnie z uśmiechem niebieski basior.
- Tak w ogóle jak się nazywasz? Bo ja jestem Shiryu, a to jest Dante.
- Bona Caeli.
- Może zaprowadzimy cię do Alfy? - zapytała Leah
- No proszę jeszcze jej pomagacie?! - wściekła się Yuki.
Ja tylko pokiwałam łbem na znak, że się zgadzam.
No i poszliśmy.
Alfa nazywa się Suzanna. Ma miedziano-brązowe futro, które jest bardzo gęste. Przez brzuch do brody ciągnie się beżowy pasek.
Czoło przysłania jaj falowana grzywka. Czuć było od niej autorytet, choć nie była zbyt wysoka.
- Jak się nazywasz?- spytała Alfa
- Bona Caeli. Czy mogę dołączyć? - spytałam niepewnie
***
Zostałam przyjęta. Jestem atakującą. Teraz chodzę po lesie i zwiedzam. Nagle słyszę kroki. To chyba jakaś wadera.
- Hej, co tu robisz? - zapytała jasna wadera z kolorową grzywką.
- Zwiedzam teren.
- Jak się nazywasz? Bo ja jestem Lind. - uśmiechnęła się.
- Bona Caeli. - powiedziałam odwzajemniając uśmiech.
- Może cię oprowadzę?
- Ok.
Gdy mnie oprowadziła poszłam do jaskini. I tak to się zaczęło.

Uwagi: Nie "wilczaku", tylko "wilczku". "Się" piszemy przez "ę". "Szczególnego" piszemy przez "ó". "Uśmiechnęła" piszemy przez "ę". "Prychnęła" piszemy przez "ch". Generalnie bardzo często zapominasz o "ę". Sporo literówek (a przynajmniej mam nadzieję, że to literówki). Yuko z odległości 100 m nie słyszałaby tak dobrze rozmów.

Od Aokigahary „Bunty” cz. 3 (c.d Kai)

Styczeń 2020 r.
 Po tym jak Kai odbił piłeczkę, upadł na ziemię. Przerażona, podbiegłam do staruszka i szturchnęłam nauczyciela nosem. Co jeśli dostał zawał czy złamał sobie biodro?
- Nic Panu nie jest? – Zapytałam.
- Nic się nie stało… - Odpowiedział po chwili. Ulżyło mi, chociaż nie tak bardzo. Mielibyśmy wtedy wolne zajęcia Eliksirów.
- Na pewno nic się nie stało? – Szturchnęłam Nauczyciela jeszcze raz nosem.
– Zaraz wstanę, tylko muszę chwilę odsapnąć. – Powiedział staruszek. Zaskomlałam i szturchnęłam wilka jeszcze raz.
- Nie popędzaj mnie, zaraz wstanę…
- Dobrze… - Odsunęłam się od basiora i w pysk zabrałam kauczuk. Zaczęłam go podgryzać, ale tak by nie przekuć go kiełkami. Po długiej chwili znudziło mi się już czekanie. Chwyciłam w pysk piłeczkę i zmierzałam do wyjścia.
- Aokigaharo, mogłabyś oddać piłkę? – Zapytał wstając z ziemi. – Należała kiedyś do moich szczeniaków, a to jedyna pamiątka po nich… - Powiedział trochę ciszej. Puściłam kauczuk i szturchnęłam go, a on pokulał się w głąb jaskini.
- A Pana szczeniaki są już dorosłe?
- Tak, ale widziałem je tylko raz po długim czasie, ale nie zobaczę ich już ponownie… - Posmutniał.
- Niech Pan się nie smuci, mnie z kolei porzuciła Mama, a każdy z watahy jest w jakimś stopniu osamotniony… - Powiedziałam, próbując sobie przypomnieć jak wyglądała moja mamusia.
- W jaki sposób cię porzuciła? – Zapytał.
- Chyba przyszła na obrzeża watahy i po prostu mnie porzuciła. – Basior przyjrzał mi się uważniej.
- To było w poprzednie lato? Czyż nie?
- Chyba tak… - Powiedziałam po dłuższym namyśle, a pan tylko pokiwał głową. Był zamyślony. – A co?
- Nic… Tylko sprawdzałem swoją pamięć… - Rzekł, po czym zesztywniał tak jakby go piorun trzepnął. – Przepraszam, muszę iść na lekcje…
- Mogłabym się trochę tutaj pobawić piłeczką? – Spytałam. Basior skinął głową, po namyśleniu po czym wyszedł z jaskini. Złapałam kauczuk i rzuciłam o ścianę. Odbił się i poleciał w moją stronę. Otworzyłam pyszczek by chwycić piłeczkę, lecz zamiast trafić do środka, walnął mnie w policzek. Pisnęłam skacząc na bok. Zniżyłam łeb, po czym zaczęłam prawą łapą trzeć o bolące miejsce. Gdy ból się zmniejszył wróciłam do zabawy. Ganiałam za piłeczką, turlałam się oraz skakałam tak długo, aż nie poczułam zmęczenia. Chęć zwinięcia się w kulkę w rogu jaskini coraz mocniej rosło. Położyłam się przy ścianie, trzymając pomiędzy łapkami kolorowy kauczuk i ostrożnie go podgryzając. Powieki stawały się coraz cięższe. Chyba nikomu nie zaszkodzi jak położę się na chwilę…
***
Usłyszałam dosyć wyraźny szelest. Nie potrafiłam go opisać, gdyż w swoim życiu nie słyszałam czegoś podobnego. Czułam że mam coś w ustach. Otworzyłam lekko ślepia. Byłam przyzwyczajona do widoku skały zawieszonej nad moim legowiskiem, lecz zamiast jej, zobaczyłam dużą przestrzeń. Jak tu trafiłam?! A nie… Przecież zasnęłam po zabawie kauczukiem, a piłeczkę miałam w ustach… Puściłam ją, po czym ziewnęłam, tym samym podnosząc się z ziemi. Wyrzuciłam przed siebie łapki, tym samym się rozciągając.
- Dzień dobry, śpiąca królewno – usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się w stronę źródła dźwięku. Zobaczyłam nauczyciela historii, uśmiechającego się w charakterystyczny sposób. Sympatyczny, ale zarazem przyjazny.
- Ile spałam? – Zapytałam, po czym opuściłam łepek i potarłam przednimi łapkami o oczy.
- Gdzieś całe popołudnie. – Odpowiedział. Dopiero teraz zobaczyłam dziwny przedmiot przed łapami nauczyciela.
- Co to? – Zapytałam podchodząc do tego czegoś.
- To jest książka
- A co robi książka?
- Uczy cię nowych rzeczy – powiedział.
- To taki przenośny nauczyciel? – Basior zaśmiał się, po czym powiedział:
- Coś w tym rodzaju.
- Czyli mogłabym mieć przenośnego pana? – Zapytałam.
- Poniekąd, ale to nie całkiem to samo – rzekł. Spojrzałam w środek książki, ale jedyne co zobaczyłam to dziwne znaczki.
- Ale przecież w środku nie ma wilka. – Zasmuciłam się.
- Właśnie dlatego powiedziałem, że to nie jest to samo. Prawdziwy nauczyciel odpowie na twoje pytanie gdy zapytasz, pochwali gdy zaczynasz coś pojmować i wytłumaczy w razie niezrozumienia. Książka za to jest ciągiem zapisanych słów, który może nie tylko odpowiedzieć na twoje pytanie, gdy uważnie go poszukasz, ale i również rozjaśnić wiele spraw, o których dotychczas nie miałaś pojęcia. – Wytłumaczył.
- A jak rozczytać słowa? – Spytałam.
- Tego już trzeba się nauczyć.
- A Pan potrafi czytać?
- Skoro od kilku godzin leżę tak z książką przed łapami, to chyba oczywiste, że tak – orzekł, po czym znowu się zaśmiał.
- A pan skoro jest nauczycielem, może mnie nauczyć czytać? – Poprosiłam.
- Mogę – odpowiedział. Położyłam się obok staruszka. Zaczął tłumaczyć i mówić jak się czyta poszczególne literki. Wraz z postępem czasu stawałam się coraz bardziej senna. Przytuliłam się do miękkiego futra basiora. Czułam się bezpiecznie. Poczułam coś, czego nie czułam od dawna. Nie wiem jak opisać to uczucie. Jest przyjemne i… miłe. Wtuliłam się jeszcze bardziej. Zamknęłam ślepia i zapomniałam o wszystkim. O świecie, o Navri, o wrednej nauczycielce czy o Torance i Moone. 

<Kai? :3 >

Uwagi: Brak daty! Już nawet nie chciało mi się poprawiać tego "Pan", "Nauczyciel", "lekcja Eliksirów" czy "Mama" zapisane wielką literą. Jest to błąd! Wszystko powinnaś pisać małą. "Kauczuk" piszemy przez "k"! Nie "pisknęłam", tylko "pisnęłam. Nie "rosnęło", tylko "rosło".
Wiem, że pomagałam Ci w tym op., ale to nie znaczy, że podane przeze mnie opisy sytuacji należy prawie że przepisać (dialogi są najważniejsze, je akurat można skopiować, choć przyznam, że czasem mi się nie chce stawiać kropek na końcu. Dlaczego ich nie dopisałaś?). Chodzi o to, że piszę to nieskładnie, czasem całkiem bezsensownie, przez co czasem te fragmenty op. brzmią dziwnie np. (Sympatyczny, ale zarazem przyjazny. - tutaj "ale" zdecydowanie nie pasuje, bo sympatyczny a przyjazny to poniekąd synonimy. Ja dałam oba słowa po przecinku, byś sobie wybrała któreś określenie lub po prostu jakoś opisała ten uśmiech, kierując się tymi odczuciami, jaki miał wywołać).

sobota, 26 sierpnia 2017

Od Lind "Zamierzam wrócić" cz. 3 (cd. Leah)


Maj 2020
Dwóch na jedną? To zdecydowanie niesprawiedliwe. Zwłaszcza, jeśli ci dwaj są cztery razy większymi, potężnymi gnollami, o pazurach dłuższych niż moje pióra. Zaczęłam się zastanawiać czego ja się spodziewałam w tych górach. Planowałam po prostu nauczyć moresu kilka bestii, a teraz jestem przez nie otoczona i pozostaje mi odbijanie ciosów wiatrem. Szkoda tylko, że niedługo zabraknie mi sił. Oby tylko żaden nie spróbował rzucić się na mnie całym ciężarem.
Zerknęłam kątem oka na niebo. Unosiła się tam Leah, w bezpiecznej odległości od pozostałej czwórki gnolli. Trzy z nich podskakiwały i wyciągały w jej stronę wielkie łapska. Na szczęście srebrzysta wadera pozostawała poza ich zasięgiem. Było to sto razy lepsze położenie niż moje.
Nagle przypomniało mi się, co czytałam. Gnolle należny atakować w nogi, w miejsca, gdzie ich skóra jest cieńsza. Nie zastanawiając się zbyt długo, skoczyłam w stronę kończyny większego potwora, od razu po odbiciu następnego ciosu. Z obrzydzeniem zatopiłam kły w łydce przeciwnika. Poskutkowało. Ryknął, podskoczył i zamachnął urażoną kończyną, odrzucając mnie kilka metrów od  siebie i kolegi. Nie zraniłam go zbyt mocno, ale nie o to chodziło.
Chociaż zderzenie ze skalistym gruntem zabolało, udało mi się wyrwać chociaż na chwile z ich zasięgu. Ani myśleli czekać na cokolwiek, szybko rzucili się w moim kierunku. Gdyby nie interwencja Leah, która odwróciła uwagę potworów za pomocą uderzeń wiatru, nie zdążyłabym nawet się podnieść. Ponownie skierowałam wzrok ku górze. Zostałam właśnie dłużnikiem już kolejnej osoby.
Runy na łapie mojej nowej znajomej świeciły pięknym, niebieskim światłem. Spostrzegłam wyraz wysiłku na jej pysku. Nie powstrzyma gnolli długo. Rozejrzałam się, w poszukiwaniu sposobu na bestie. Zawiesiłam oczy na pewnym zakrzywionym kształcie. Skalny Łuk. Jest tak blisko...
- Ting! - wydarłam się najgłośniej, jak umiałam i zaczęłam wypatrywać jakiegoś ruchu.
Nic. Krzyknęłam jeszcze raz. Ponownie odpowiedziała mi pustka pośród skał. Jeśli tam jest, jak może nie słyszeć? On... O nie...
Wypuściłam głośno powietrze. Potrzebny inny plan. Niedaleko zakrzywionej formacji skalnej, dostrzegłam pęknięcia podłoża.
- Leah! - zawołałam do znajomej. - Musimy dostać się bliżej Łuku!
- Biegnij pierwsza! - odpowiedziała. Żadnych pytań co chcę zrobić, ani nic. Ufa mi.
Odpychając zdziwienie na dalszy plan, zaczęłam biec zwężającym się szlakiem. Poruszałam się tak szybko, jak tylko pozwalały mi obolałe łapy. Leah leciała ponad mną, jednocześnie spowalniając gnolle, które ruszyły za łatwym celem. Chociaż powinnam była skupić się na zwabianiu potworów na popękaną równinę, zaczęłam znów myśleć o strażniku i jego słoiku. Znaczy o Tingu i Ognistej Wichurze. Nie powinnam była sobie na to pozwalać.
Przez rozkojarzenie pesymistycznymi myślami, potknęłam się o nierówny grunt. Zakręciło mi się w głowie i przed oczami ujrzałam scenę mojej ucieczki. Strome zbocze, a potem długi... długi.... lot w dół. Ból i strach. Bezbronna w powietrzu.
Dotarłam na uszkodzone podłoże. Usłyszałam szum potoku i świst powietrza uciekającego z podziemi. Mogłam mieć pewność, że pod nami była jaskinia wydrążona przez wodę. Jej sklepienie pewnie wytrzyma mój ciężar, ale najprawdopodobniej załamie się pod łapami gnolli.
- Możesz ich puścić - oznajmiłam głośno Leah, zwalniając.
Posłuchała, mając na pysku "Mam nadzieję, że wiesz co robisz." Gnolle przyspieszyły zadowolone jak nigdy. Pokonywały popękany grunt wielkimi susami, uderzając głośno pazurami o ziemię. Dokładnie tak jak chciałam. Obróciłam się w ich stronę.
Rozległ się straszny huk. Zanim zdążyłam położyć biedne uszy, gnolle zapadły się pod ziemię. Dosłownie. Powstała wyrwa o średnicy co najmniej dziesięciu metrów. W powietrze wzbiła się wielka chmura pyłu. Leah po chwili wylądowała obok mnie.
- Więc - zakasłała. - O to chodziło?
- Tak - odgoniłam wiatrem kurz. Na tyle przynajmniej starczyło mi mocy. - Udało się - sama byłam zdziwiona.
Powoli podeszłam do wyrwy, nie wiedziałam w sumie dlaczego. Chciałam zobaczyć ślad po tych obrzydliwych bestiach, czy co? Spojrzałam w ciemną przestrzeń, coś stamtąd błyskało. Niepewna zmrużyłam oczy, po czym usłyszałam echo niskiego burku. Postawiłam uszy i w ostatniej chwili zdołałam uskoczyć spod wielkich pazurów. No nie, ile można?! Jeden gnoll zdołał złapać się krawędzi mocarną łapą. To był ten najbardziej przepełniony wściekłością. Ten, który przez Tinga dostał młotem po pysku. Ani myślał odpuścić, zamierzał w końcu dorwać wilcze mięso. Najprawdopodobniej bez żadnego problemu wydostałby się z dziury. Serce podskoczyło mi do gardła, w łapach miałam sygnał żeby po prostu uciekać. Zobaczyłam, że o gnolla obijają się uderzenia gwałtownego wichru, to Leah próbowała go zmusić do pozostania w dole, jednak wyczerpanie dawało się już we znaki. Dodatkowo wróg uparł się, ataki tylko go spowalniały, nie zatrzymały.
Nie, nie będę uciekać! Zacisnęłam zęby. Nie będę się korzyć przed tą głupią bestią. Skumulowałam energię wiatru w sobie, po czym podniosłam nią jedną ze sporych skał ponad nami. Czułam jak wszystkie mięśnie mi drżą. Zobaczyłam kilka mroczków przed oczami, jednak tak bardzo nie chciałam odpuścić.
- Żryj gruz, ty zapluty ścierwojadzie - warknęłam, zrzucając na przeciwnika kamienny pocisk.
Nie przewidział tego, nie zdążył zareagować. Głaz roztrzaskał się na jego głowie na kilkadziesiąt kawałków. Oszołomione monstrum wykręciło czerwonobrązowe gały. Dostrzegłam paskudne białka jego ślepi. Rozluźnił łapy, pazury puściły skałę. Futrzaste cielsko wilkożernej bestii osunęło się bezwładnie w dół. Obie z Leah odprowadziłyśmy go wzrokiem w miarę możliwości. Zapadła wreszcie upragniona cisza po starciu. Prawdziwa.
Czyżbym odebrała w końcu moją zapłatę? Ile ich było tutaj, a przez ile gnolli ja spadłam o mało nie tracąc życia? Uch, pamięć mnie zawodzi, pamiętam tylko szaleńczy bieg i... i ... upadek.
- Wszystko dobrze Lind? - usłyszałam głos Leah.
- Słucham? Ja.. znaczy... Tak, oczywiście - odparłam ze ściśniętym gardłem i usiadłam na ziemi.
Odwróciłyśmy się obie w stronę wielkiego Skalnego Łuku. Monumentalna forma skalna rzucała cień na prawie cały szlak. Po kilku chwilach zdołałam wstać i powoli podejść do celu podróży. Oprócz tego fizycznego, doskwierał mi jeszcze ból wywołany świadomością, że Tinga tu po prostu nie ma. Stawiałam kolejne kroki po podłożu usypanym z większych lub mniejszych kamieni. Czyżby tliła się we mnie jeszcze nadzieja, że go tu znajdę? To wyglądało teraz na coś kompletnie nieprawdopodobnego. Zatrzymałam się dopiero centralnie pod "mostem" z kamienia. Dostrzegłam cienki, podłużny kształt, wystający spomiędzy skalnych odłamków. Odgarnęłam gruz na boki. Odkopałam czarno-bladoniebieskie pióro z jaskrawym czubkiem. Jeden bok miało lekko poszarpany, a końcówka nadpalona. Ostrożnie podniosłam znalezisko. Nie ma mowy o pomyłce.
To z pióropusza Tinga. On tu był.
Usłyszałam kroki Leah. Nie odwracałam się w jej stronę, stałam tak ze wzrokiem wlepionym w trzymane pióro. Kiedy srebrzysta wadera była już blisko, pokazałam jej znalezisko. Co z tego, że na dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie zrozumie bez wyjaśnień. Nie dodając ani słowa, znów przysiadłam załamana na kamieniach. Próbowałam za wszelką cenę się nie rozklejać. On... Wichura... Naszyjnik... Jak to możliwe?! Potarłam łapą nos. Nie płakać. Nie płakać. Jestem silna, nie będę płakać za naszyjnikiem, czy choćby byle artefaktem. Nie będę też za... za nim. To nie jest tego warte.
Nie mogłam zrozumieć jak cokolwiek mogło mu w ogóle zagrozić? Widziałam go w akcji, sam jeden poradziłby sobie pewnie nawet z całą hordą gnolli. Tak by było. Tak? Przecież widziałam!
Coś niespodziewanego musiało się zdarzyć, ale przecież w innym wypadku znalazłybyśmy ciało, szczątki, cokolwiek. Nie zostało prawie nic, tylko to pióro, które pewnie zostało przeoczone. Co go zaskoczyło? Magowie gnolli? Przywódca grupy? 
Ile czasu się spóźniłam? Prawie miesiąc...
- To twojego znajomego, prawda? - odezwała się Leah, zobaczywszy, że nie zabieram się do wyjaśnienia.
- Tak - odparłam półgłosem. - Musieli go dorwać.
Poczułam delikatny dotyk przy łopatce. To była łapa puszystej wilczycy.
Dobrze zrobiła. Tym razem prosty gest zadziałał sto razy lepiej niż mogłyby jakiekolwiek słowa.
Uspokoiłam trochę emocje. Cicho, powoli przyjmowałam okropną rzeczywistość, dopóki nie znalazłam w sobie dość spokoju, żeby wstać.
- Potrzebujemy schronienia na noc. Niedługo zacznie się prawdziwa ulewa - powiedziała srebrzysta wadera.
Dopiero wtedy zauważyłam, że pada deszcz. Kiedy to się zaczęło? Skinęłam głową, przyznając rację Leah i wsunęłam znalezione pióro między dwa na mojej głowie. Potargana czupryna na pewno nie pozwoli mu odlecieć z wiatrem.
Skierowałyśmy się z powrotem na północ, ale już innym szlakiem. Jeśli w pobliżu znajdą się jakieś gnolle, poczują nasz zapach. Lepiej nie wychodzić im od razu naprzeciw.
Udało nam się znaleźć niewielki ubytek w ścianie skalnej. Wyglądał dostatecznie solidnie, żeby spędzić tu jedną noc. Jeśli mowa o wygodzie, czy wielkości, porównywanie do jaskiń w watasze nie miało żadnego sensu. To nie miała być wycieczka, to miało być... Już teraz sama nie wiem co. Rozpaliłyśmy ogień używając suchych gałęzi. Leah nie byłby on potrzebny do niczego, ale ja musiałam się trochę rozgrzać. Już dawno zgubiłam grubszą warstwę futra.
Leżałam bardzo blisko ogniska, wpatrzona w prawdziwy wodospad tuż obok nas. Szum kolejnych kropel deszczu zagłuszał trzask płonącego drewna. Chociaż wiem, że nadmierne rozmyślanie często sprawia, że czuję się gorzej psychicznie, nie zrezygnowałam z niego. Tak czy inaczej, po skromnej kolacji z zabranych zapasów, nie miałam ochoty na rozmowy. Pozostałam sama ze sobą, w ciszy. Chyba tego potrzebowałam. Spokoju, milczenia. Leah nie zaczepiała mnie, siedziała w pewnej odległości od ognia i tylko zerkała co jakiś czas w moją stronę. Dostrzegłam bardzo głębokie zamyślenie w jej oczach. Sama byłam zafrasowana, teraz przede wszystkim czemu ta wilczyca zdecydowała się wyruszyć w niebezpieczną podróż z taką ślamazarną przybłędą jak ja?
Wkrótce ognisko zaczęło przygasać, w końcu pozostał tylko wątły, niebieski blask. Zdziwiona odkryłam, że pochodzi z futra Leah. Chociaż starałam się pozostać czujna, na wypadek niespodziewanego ataku jakiś bestii, zmęczenie w końcu wygrało, jak zawsze. Powieki opadły, a moja świadomość uciekła do płytkiego snu.
Chociaż jedna z wielu, bez niej niebo nie byłoby tak cudowne.
- Wiesz co ja myślę, kiedy patrzę na gwiazdy?
- Szczerze, Pierzasta? Nic mnie to nie obchodzi.
Lśni, a potem spada.
Mam jedno życzenie... 
Ktoś nade mną stoi!
Ocknęłam się i stanęłam na równe nogi. Dziwny, brązowy, trochę mniejszy ode mnie kształt wierzgnął i odskoczył. Niewiele myśląc, uderzyłam go wiatrem, zmuszając tym samym do zeskoczenia ze skalnej półki. Przemknął szybko przez strome obniżenie terenu i wspiął na kamienną ścianę naprzeciwko naszej "jaskini". Zawarczałam bojowo, zauważając moją przewagę wielkości. Napastnik zabeczał w odpowiedzi. Po tej demonstracji sił, pobiegł wyżej. Westchnęłam i usiadłam na ziemi. To tylko kozica. W sumie dobrze, mogło być coś większego. Coś wilkożernego. Zaspałabym.
 Deszcz już nie padał, słychać było szum ukochanego wiatru. Delikatnie ocierał się o moje futro. Przypomniało mi to o moim pierwszym locie. Cudowne uczucie. W takich momentach zawsze miałam wrażenie, że jestem nieśmiertelna. Niezniszczalna.
Nagle obudziło się we mnie dziwne uczucie, że to jeszcze nie koniec. Praktycznie autentyczna nadzieja. Ting wyglądał dla mnie na niezniszczalnego, może nie został zabity, a najwyżej schwytany?
Potrzebny nowy plan. Nie ważne jak głupio to zabrzmi, powiem o nim Leah.
Odwróciłam się w stronę towarzyszki, która ku mojemu zaskoczeniu nie spała.
- Zmienić cię na warcie? - zaproponowała.
- Nie trzeba, nie jestem zmęczona - pokręciłam głową. - Właśnie, czemu się obudziłaś?
- Głośno warczałaś. Myślałam, że to jakiś atak. Wstałabym, ale chyba już było po wszystkim jak otworzyłam oczy - wyjaśniła.
- A... no tak - mruknęłam. Było mi trochę głupio, że obudziłam Leah z powodu kozicy, ale nie zamierzałam się przyznawać.
- Jak myślisz, ta droga w stronę watahy będzie krótsza? - srebrzysta wadera zaczęła temat powrotu.
- Wiesz, ja nie chcę na razie wracać. Jest jeszcze jedno miejsce, gdzie może być mój... znajomy.
- Doprawdy? - zaciekawiła się. - A konkretnie?
- Najbliższe leże gnolli - powiedziałam.
 Leah wybałuszyła niebieskie oczy, zrozumiawszy co chcę zrobić.
- Lind, wiem, że gnolle nie potrafią latać i w ogóle, ale to zły pomysł - powiedziała. - Do tego... Jeśli twojego kumpla dorwały te bestie, nie znajdziemy go żywego - spuściła wzrok.
- Nie daliby rady go zabić - mruknęłam, pewna swoich słów. - A nawet jeśli, w co nie wierzę, chcę chociaż odzyskać to, co miał ze sobą. To niezwykle ważne dla mnie.
- Nie zamierzasz odpuścić, co? - uśmiechnęła się Leah.
- Ani trochę - odparłam, patrząc na srebrzystą waderę. - Tylko, jak się domyślasz, sama nie dam rady.
- Kusi mnie, żeby cię powstrzymać, jednak chyba potrafię zrozumieć - stwierdziła rozmówczyni patrząc na łyse skały, otaczające górski szlak. Wydała się mi przez chwilę smutna. - Rano pójdziemy do nory wilkożernych. We dwie mamy jakiś tam szanse na przeżycie.
- Dziękuję ci, Leah - ucieszyłam się.
- Żaden problem - odparła z uśmiechem. - Polecam ci położyć się spać chociaż na chwilę. Ja popilnuję do rana.
- W sumie nie zaszkodzi mi to... Ale nie chcę cię zostawiać z tym samej. Starczy mi sił.
Kogo ja oszukiwałam?
Śnieg, wszechobecna biel. Cisza i mróz. Porywisty wiatr.
Ktoś oddala się, a ja zostaję sama, pośród spadającego z nieba białego lodu. 
***
Obudziłam się z bólem łapy. Nie wierzę, nie dość, że zasnęłam, to jeszcze oparłam się na tej urażonej kończynie. Wściekła na własną niezdarność spróbowałam postawić kilka normalnych kroków. Nic z tego, znów muszę rozkładać ciężar ciała na trzy łapy. Ile jeszcze?!
Przywitała mnie Leah, nie wyglądała na zaspaną, czy zmęczoną. Przy śniadaniu, zaczęłyśmy luźną rozmowę o książkach. Chociaż żadna z nas nie zapomniała, na jaką karkołomną wycieczkę się wybieramy, udało się znów spędzić miło czas. Srebrzysta wadera napomknęła o kilku znanych mi wydaniach, głównie z dzieciństwa. Zapytałam o mój ulubiony tytuł - "Opowieści z Królestwa Spadających Gwiazd". Leah czytała go kilka razy. Będzie o czym rozmawiać jak wrócimy, pomyślałam. Po posiłku, złożonym z suszonego mięsa i jagód, wyruszyłyśmy w dalszą wędrówkę, jednocześnie ustalając jak wszystko ma wyglądać na miejscu. Nie było trudno znaleźć drogę do leża gnolli, prawdziwym wyzwaniem będzie dostać się tam niezauważonym. Trasy najczęściej używane przez wilkożerne bestie można było łatwo odróżnić od pozostałych; wydeptane i podrapane.
W chwilach, gdy halny nie był zbyt silny, turkusowooka wilczyca wzlatywała nad ziemię, żeby się upewnić, że jesteśmy na razie bezpieczne. Węch i słuch mogą czasem zawodzić. Często musiałyśmy zmieniać trasę, żeby uniknąć wielkich, górskich drapieżników. Kiedy szlak stawał się momentami bardziej stromy lub w ogóle nie do przejścia, używałam mojej mocy wiatru. Na takie wspinaczki wystarczyła, jednak to wciąż za mało, żeby wznieść się wyżej niż na trzy metry, na dłużej niż na dwie minuty. Im bliżej nory śmierdzących potworów, tym miałam więcej obaw. Wszechobecny, ostry zapach polujących samców, przyprawiał mnie o prawdziwy niepokój. Stanęłyśmy w końcu przed olbrzymim wejściem, jakby do ciemnej, długiej jaskini. Popatrzyłyśmy obie po sobie nawzajem.
- Jesteś pewna, że dasz radę? - zapytałam.
- Na pewno - skinęła głową Leah. Wysoko nad nami zaczęły zbierać się chmury.
Weszłyśmy po cichu do środka. Najpierw marsz długim tunelem, gdzie musiałyśmy zachować pełną czujność. Gdyby jakieś monstrum nas zaskoczyło, trudno by było umknąć. Przy zakręcie tlił się blask latarni wiszącej na łańcuchu. Z bliska było widać, że nie wykonały jej gnolle. Są za głupie na takie wynalazki. Pierwszy przykład użycia ekwipunku ofiary, a dopiero co wchodzimy. Dalej grota się nieco poszerzała, przy ścianie leżało kilka sporych kości jakiś mitycznych stworzeń. Chciałabym móc się im przyjrzeć, jednak to by było zbyt wielkie ryzyko. Najważniejsze to teraz dotrzeć do największej, głównej części leża. Stamtąd najłatwiej będzie dostać się gdziekolwiek. Droga w niepokojącej ciszy, przy świetle futra i oczu Leah, ciągnęła się jeszcze kilka minut.
Wreszcie trafiłyśmy do olbrzymiego pomieszczenia, niemal zupełnie okrągłego, o średnicy co najmniej paruset metrów. Wszystko oświetlone było pochodniami, ewentualnie magicznymi, niegasnącymi latarniami. Widać było, że duża część jaskini została wykopana wielkimi łapami gnolli. Nie miałam czasu na lepsze przyglądanie się wystrojowi czy na liczenie potworów śpiących, łażących tam i z powrotem, albo obgryzających kości. Dzięki szczelinom w sklepieniu, chmury sprowadzone przez Leah mogły trafić do środka. Skoro nie jestem w stanie latać, to będzie mój środek transportu. Od razu wskoczyłam na pierzastą parę wodną i razem z Leah, korzystającą z przezroczystych skrzydeł wiatru, wzniosłam się pod wysokie sklepienie. Niektóre potwory podniosły uszy, ewentualnie zaczęły się rozglądać, albo węszyć, jednak na nasze szczęście żaden nie wpadł na to, że smakowici intruzi są nad nimi. Niestety, nie zapomną za szybko o zapachu dwóch wader, zwłaszcza jeśli są w swoim lokum. Skinęłam głową do Leah, miałyśmy do wyboru kilka korytarzy. Trzeba było zdecydować do którego zakradniemy się najpierw i jak. Wadera wskazała łapą ten, koło którego siedzi tylko jeden gnoll, w dodatku przysypiający. Świetna okazja. Jeszcze tylko żeby reszta nas nie widziała...
Wspólnymi siłami uderzyłyśmy wiatrem jeden ze stalaktytów przy sklepieniu. Odłamał się i z głośnym hukiem zderzył się ze skalnym podłożem. Bestie zerwały się i zaczęły szukać intruzów w pobliżu miejsca zdarzenia. Idealnie. Wleciałyśmy cichcem do pierwszego korytarza.
Poszczęściło nam się, był tam swego rodzaju skład nienaruszonych jeszcze łupów z ostatniego czasu. Warto teraz to przeszukać. Zakomunikowałam szeptem Leah, co ważnego miał ze sobą Ting - naszyjnik z bursztynem i słoik zawinięty brązowym materiałem. Uznałam, że jeśli został więźniem, zabraliby mu wszystko, co ciekawe. Gnolle, z tego co czytałyśmy, skrupulatnie wydzielają pomieszczenia, więc jeśli tu nie będzie tych rzeczy, samego strażnika także nie zastaniemy w norze gnolli.
Chociaż pracowałyśmy cicho, od czasu do czasu zjawiał się tutaj jeden z wilkożernych potworów. Chowałyśmy się albo pod sufitem, albo w stertach łupów, jednak żadna z kryjówek nie była pewna. Trzeba było się coraz bardziej spieszyć.
Niestety, albo "stety", nie znalazłyśmy niczego z wymienionych wyżej przedmiotów. Przeszukałyśmy dosłownie wszystko. Już zamierzałyśmy wyjść z pomieszczenia, kiedy na naszą drogę wyskoczyło spore, bliżej nieokreślone stworzenie. Było od stóp do głów ubrane w metalowy pancerz, ewidentnie z różnych kompletów. Uniosło łapy z wielkimi pazurami w górę i ryknęło. Następnie, wymachując górnymi kończynami, zbliżyło się kilka kroków, nakazując nam tym samym cofnięcie się. Po tym nastąpił kolejny ryk, jednak już nie tak strasznym głosem. Stwór zrzucił z głowy niedopasowany hełm, ukazując rudobrązową głowę o dużych uszach, czarnym nosku i słodkich oczkach. Otworzył pysk, jakby w uśmiechu, ukazując zalążek prawdziwego uzębienia i znów podniósł łapy do góry.
- Młody gnoll - stwierdziłam oczywiste. - Całkiem uroczy, nie ma tych wszystkich blizn - uśmiechnęłam się trochę, chociaż byłam zaniepokojona wielkością pazurów młodzika. Ani myślę bawić się z tym koleżką.
- No może... - Leah zaczęła się rozglądać z poważnym wyrazem pyska. - Tylko... gdzie matka?
Zanim skończyła mówić, w korytarzu, którym przyszłyśmy zalśniły wściekłe oczy.
Chyba już wiemy gdzie jest.

<Leah?>

Uwagi: Niektóre zdania nie powinny być podzielone nie przecinkiem a kropką - są za długie.