Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Od Lind "Zamierzam wrócić" cz. 1 (cd. chętny)

Maj 2020
Niemalże cały czas spędzony w górach, przepłynął bez okazji porządnego odespania. Wszystko oczywiście z powodu wszechobecnego zagrożenia. Dzisiejsza pokusa w bezpiecznej jaskini, wobec strasznego zmęczenia, była zbyt silna. Nawet nie pomyślałam o racjach jedzenia, po prostu przepadło.
W ten oto sposób, biegam teraz za zającem, za długo go ganiam żeby odpuścić. Nie będę słabsza od byle gryzonia, powtarzałam sobie. Dysząc ciężko, miałam wrażenie, że za chwilę wypluję płuca. Wredna, szara kulka futra co chwila zmieniała kierunek ucieczki, ani myślała ułatwić mi życie. Uch, jak mogłam doprowadzić do takiej sytuacji?!
Czas mijał, żołądek skręcał się we mnie z głodu, a ja nie byłam w stanie dognać tego soczystego kąska. Gdyby działały moje moce wiatru, pogoń nie trwałaby nawet pięciu minut, myślałam z żalem. Kiedy tak się rozczulałam nad moimi uśpionymi siłami, zapłonęła we mnie ponownie iskierka nadziei. Może już wszystko wróciło? Oczyściłam myśli i skupiłam je tylko i wyłącznie na szarym zwierzaku. Zatrzymam go, zatrzymam... TERAZ!
Zahamowałam gwałtownie, wbijając pazury w ziemię. Nie wierzyłam wlasnym oczom. Udało się! Bezbronny zając wisiał przede mną w powietrzu, unoszony wiatrem. Zapiszczałam głośno z radości. Z ulgą i wielką satysfakcją mogłam wreszcie spożyć normalny posiłek.
Wyczyściwszy łapy i pysk po jedzeniu, pomyślałam znów o gnollach. Może warto poszukać informacji o słabych stronach tych bestii, skoro lada chwila wrócę tam do nich, w pełni sił. Pamiętam, że jest tu jakaś biblioteka, Allive pokazała mi drogę. To najoczywistsze miejsce do szukania podpowiedzi.  Przysiadłam nad resztkami zająca i spróbowałam przypomnieć sobie jak to było. Droga przez Magiczny Ogród, potem przez ten mały lasek. Dobra, chyba już wiem. Wstałam, ostatni raz rzucając okiem na zajęczy szkielet. Przypomniało mi to o tym dwunogim, kościstym, wrednym stworzeniu. Przecież go nawet nie lubię, czemu tak bardzo mi doskwiera jego nieobecność w pobliżu? Dlaczego wszystko mi o nim przypomina? Pewnie już przepadło, i on i mój artefakt.
Chyba że... wciąż nie dotarł do Skalnego Łuku. A może jeszcze tam czeka?
Tak sobie wmawiałam, nie chcąc tracić nadziei. Ognista Wichura, naszyjnik Babci, wszystko pozostało w szponiastych łapach Tinga. Szkoda by było tracić to wszystko ot tak.
Spróbowałam pstryknąć. Oczywiście nic z tego.
Ruszyłam w strone biblioteki, postanawiając, że już starczy myślenia. Im dłużej gdybałam i zastanawiałam się co i jak, tym bardziej się obawiałam. Podobno nadmierne rozmyślania zabijają poczucie szczęścia. Opuściwszy Zielony Las, musiałam przejść najpierw przez okolicę wodospadu. Napotkałam tam kilka wilków, ale nie zaczepiałam ich. Większość była zajęta albo sobą nawzajem, albo myciem. Ewentualnie poszukiwaniem czegoś na dnie niedużego jeziorka. Część wody wypływała ze zbiornika, tworząc strumyk, akurat w stronę Szczenięcej Polanki. Nie zatrzymując się nawet na chwilę, poszłam wzdłuż tego małego potoku. Jednakże polanka była pusta. Pewnie tym razem szczenięta mają zajęcia w innym miejscu. Chociaż mogły też pójść na posiłek, po Słońcu oceniłam, że zbliża się pora obiadowa. Niewiarygodne, ile dnia straciłam na odsypianie. Chyba jednak lepiej mieć poranną wartę, wtedy nigdzie nie zaśpię.
Dotarłam nad spore jezioro, gdzie postanowiłam się zatrzymać na krótką chwilę. Kiedy zbliżyłam się do wody, dostrzegłam parę saren przy drugim brzegu. Odpoczywały, nieświadome faktu, że tuż za nimi skrada się biały wilk ze złotymi pasami na futrze. Szybko rozprawił się z jedną z nich, wykorzystując element zaskoczenia. Pozostałe natychmiast uciekły, a łowca już zamierzał zacząć ucztę, jednak zauważył moja osobę po drugiej stronie jeziora. Uśmiechnęłam się przyjaźnie, jednak odpowiedziało mi groźne spojrzenie, po którym nieznajomy biały wilk odciągnął zdobycz w zarośla. Przyjemniaczek, pomyślałam.
Zdołałam wzruszyć ramionami na to zachowanie i zanurzyłam łapę w chłodnej wodzie, płosząc przy okazji kilka ryb. Lekkim chlapnięciem ochłodziłam nagrzane słońcem futro. Po chwili dobiegło moich uszu bojowe pogwizdywanie kosa. Oddaliłam się od brzegu i odruchowo zaczęłam szukać właściciela głosu pośród gałęzi. Wypatrzyłam go obok jego partnerki, we dwójkę próbowali odgonić większego, czarnego ptaka, ktorego gatunku nie rozpoznałam. Nie będę się mieszać w ten spór, ale osobiście kibicuję parze.
Nagle dotknęła mnie dobrze znana mi "woń" magii. Ktoś tu czaruje? Otwiera portale? Zaciekawiona okrążyłam okolicę, ale niczego nie znalazłam.
Poszłam dalej drogą, w stronę Magicznego Ogrodu. Allive mówiła, że jak się nie znam na roślinach, powinnam przechodzić tamtędy szybkim krokiem. Ogród jest piękny, ale też niebezpieczny. Nie wąchać niczego, nie ruszać niczego, wszystko może być trujące. Walczyłam z pokusami z całych sił, otoczenie wyglądało tak pięknie i zachęcająco. Prześliczne kwiaty dookoła i liany zwisające z gałęzi. Delikatne liście cicho szeleściły, poruszane wiatrem. Konary poszczególnych drzew uginały się od dorodnych owoców. Miałam ochotę sięgnąć po nie, niektóre wydawały się tak podobne do znanych mi odmian pysznych brzoskwiń, czy jabłek. Zaczęłam co jakiś czas przyspieszać kroku, pomimo urażonej łapy. Szybko miałam dość takiego cudownego wizualnie miejsca, w którym mogę bez problemu sprowadzić na siebie nieszczęście.
Kiedy z ulgą opuściłam ogród, znalazłam się wreszcie w nienazwanym lesie, ostatnim miejscu dzielącym mnie od biblioteki. Szybko przeszłam wydeptaną ścieżkę i znalazlam sie pod drzwiami mojego celu.
Pierwszy raz wchodzę do tej biblioteki, Allive pokazała mi ją tylko z zewnątrz, nie miałyśmy wtedy dość czasu na zwiedzanie. Wewnętrzne, drewniane ściany były nierówne, pomiędzy wyrytymi w nich regałami sterczały gałęzie. Przejechałam łapą po pierwszych tomach, znajdujących się tuż przy wejściu. Wyglądały na stosunkowo nowe. Na pewno nie tego szukam. Nawet nie spoglądając na tytuły, podeszłam do kolejnej półki. Tam leżały książki już bardziej przykryte kurzem. Popatrzyłam po ich grzbietach. Traktują o mitycznych stworzeniach, już lepiej. Przeszłam jeszcze kawałek dalej, i spojrzałam na półkę z jakimiś rękopisami. Trafiłam na coś o górskich stworach. Bingo, biorę to ze sobą do czytelni. Ostrożnie wyciągnęłam tomisko spomiędzy innych i wsunęłam do torby. Poszukam jeszcze czegoś, nie wiadomo gdzie będą konkrety.
Znów minęłam półkę z nowszymi książkami. Nie spodziewałam się, że tego szukam, ale może jednak warto sie dowiedzieć co to za dział. Wzięłam jedną z publikacji i przeczytałam tytuł. Brzmiał dość interesująco, dwa imiona pod nazwiskiem autora. Zaciekawiona przewróciłam parę stron i już wszystko stało sie jasne. Ludzka literatura. Pokręciłam głową, odczytując pierwsze zdania. Kto tak pisze ksiazki? Podział na role? To prędzej scenariusz teatralny niż opowieść do czytania. Czemu to w ogóle tu jest? Biblioteka nie wygląda na dzieło ludzkich, pięciopalczastych grab. Odstawiłam "powieść" na miejsce i ciekawa jakie jeszcze głupoty tu są, otworzyłam kolejną książkę. Prezentowała się już lepiej, chociaż miałam pewne uprzedzenia. Ludzie od zawsze wydawali mi sie być byle bezmyślnymi, patyczakowatymi istotami, uważającymi się za panów świata. Dziwnie było czytać coś napisanego przez ten gatunek, zwłaszcza, że to nie wychwala pobratymców autora. Zaskoczona zauważyłam, że bardziej wyglądało to jak historia człowieka, który jest niczym w porównaniu z potęgą przyrody. Zafascynowana jakże nie-ludzkim podejściem do tematu czytałam kolejne zdania. Opowieść mnie po prostu zaciekawiła, nie spodziewałam sie tego. Usiadłam przy regale, zapominając o całym świecie i po co tu w ogóle przyszłam. Upływały kolejne chwile, aż usłyszałam jednym uchem czyjś głos.
- Przepraszam...
- Nic nie szkodzi - odparłam mechanicznie, nie odrywając wzroku od książki.
Odpowiedział mi śmiech. Dopiero wtedy podskoczyłam z miejsca i spojrzałam na srebrzystą wilczycę stojącą obok. Miała grube, lśniące i zadbane futro. Na jej przedniej łapie dostrzegłam błękitne runy. Brzuch, kołnierz i spód uniesionego ogona były w podobnym kolorze. Niebieskie oczy wadery patrzyły na mnie z rozbawieniem. Uświadomiłam sobie, że blokowałam przed chwilą cale przejście i dodatkowo zrozumiałam, co powiedziałam. Zażenowana, spuściłam trochę wzrok.
- Znaczy, ja chciałam przejść - sprecyzowała puszysta wilczyca.
- Tak, oczywiście, wiem - powiedziałam szybko. - Ja tylko trochę zaczytałam się - zaczęłam tłumaczyć.
- To tak na przyszłość, czytelnia jest tam - wskazała łapą rozmówczyni, uśmiechając się niezłośliwie.
- To... też wiem - mruknęłam.
- Co tak cię wciągnęło? Mogę zobaczyć? - zapytała wadera.
- Pewnie - skinęłam głową.
Srebrzysta podniosła z ziemi książkę.
- Robinson Crusoe? Czytałam - uśmiechnęła się. - Pierwsze spotkanie?
- W sumie to pierwszy raz widzę ludzką literaturę w ogóle - przyznałam.
- Jak wrażenia? Mocno cię zaabsorbowało.
- W sumie nie wiedziałam, że ludzie potrafia dobrze pisać.
Wilczyca oddała mi książkę. Odłożyłam ją z powrotem na półkę.
- Mozna trafic na niezłe perełki. Polecić ci coś? - ciągnęła wadera.
- Innym razem, nie zapamiętam teraz żadnego tytułu. A tak właściwie, jak ci na imię? - zapytałam. Dziwnie mi rozmawiać z wilkami, które są dla mnie anonimowe.
- Leah - przedstawiła się. - A ty?
- Lind - odparłam z koleżeńskim uśmiechem.
- Miło mi. Od dawna tu jesteś?
- W sumie to nie. Z resztą, będę musiała wkrótce wrócić w góry. Kogoś tam zostawiłam.
Leah pokiwała głową, że rozumie, a ja  zaczęłam znów przejeżdżać wzrokiem po książkach.
- Czego szukasz?
- Potrzebuję informacji o gnollach - wyjaśniłam.
- Myślę, że wiem gdzie szukać, chodź za mną - wilczyca pobiegła z entuzjazmem w głąb biblioteki.
Ledwo za nią nadążyłam.
***
- To chyba wystarczy - wymruczałam zdumiona, patrząc na stos książek przede mną.
- W sumie powinno - Leah dorzuciła na czubek wieży jeszcze jeden egzemplarz. Odsunęłam się od biurka, w obawie, że wszystko zaraz runie.
- Dziękuję ci - powiedziałam.
- Żaden problem, Lind. Jakby trzeba było jednak szukać dalej, polecam się.
Popatrzyłam na książki.
- E...  okej - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Jasne, to do zobaczenia - pożegnała się i wyszła z czytelni.
Westchnęłam. Jak dobrze spotkać kolejną uczynną i miłą osobę. No, to teraz czeka mnie sporo kartkowania, stwierdziłam.
Nie zostałam jednak w czytelni sama. Jakaś szarawa wadera o brązowych włosach śpiętych w kok, patrzyła na mnie i drukowaną, papierową wieżę trochę dziwnym wzrokiem. Starałam się tego nie odwzajemnić, chociaż to ona wyglądała nienaturalnie, siedząc w taki, a nie inny sposób. Ledwo dosięgając końca stosiku z książek, ściągnęłam z góry pierwszy, gruby starodruk. Starłam kurz z okładki i otworzyłam tomisko. Dzieło dłoni elfów, na sto procent.
Zaczęłam przewracać kolejne kartki w poszukiwaniu potrzebnych wiadomości. Przeszkadzała mi świadomość, iż za szybko stąd nie wyjdę. Nie oszukujmy się, chciałam wszystko wiedzieć od razu.
<chętny?>

sobota, 5 sierpnia 2017

Od Leah "Polowania" cz. 2

Maj 2020r.
Kolejny dzień spokojnej egzystencji. Kolejne godziny polowań, ludzkiej pracy i ćwiczeń na zbiórkach. W końcu udało mi się zaznać tego uczucia, że jestem komuś potrzebna. Bardzo przyjemne, takie... swojskie.
Rozpoczęła się gonitwa za stadem saren. Yuko podeszła zwierzynę od prawej strony, ja zaś od lewej. Stworzenia uciekały, sadząc potężne skoki. Ich chrapliwe oddechy zlewały się w jeden dźwięk, z tętentem ich rozdwojonych racic. W oczach saren można było zauważyć strach.
Stado bardzo przypominało wtedy ławicę ryb - zwierzęta zaczęły pchać się ku środkowi gromady, byleby tylko uniknąć bezpośredniego kontaktu z nami.
Nagle zza drzewa wyskoczył nasz atakujący, Shiryu, wbiegając w sam środek kłębowiska spoconych, zwierzęcych ciał. Zaczął gryźć i drapać ich boki oraz kończyny. Próbowały uciec, ale drogę zagradzałam im ja oraz Yuki. Jednak mimo to większości udało się wyskoczyć z kręgu. Mówi się trudno.
W końcu do akcji wkroczył Dante. Wystrzelił z krzewów po prawej, od razu wywracając jedno ze stworzeń. Dwa kozły zabił, standardowo przegryzając tchawicę. Reszcie saren po prostu zmiażdżył karki.
- Dobra robota! - pochwalił go Shiryu.
Wymienili między sobą kilka zdań. Zamiast ich słuchać, zabrałam się do liczenia zdobyczy. Pięć sztuk. Nie tak źle.
Kolejnym łupem zostały zające. Małe stworzonka były tak zaabsobowane chrupaniem trawy, że z łatwością udało się je zaskoczyć. Znowu zastosowaliśmy pułapki. Tym razem były to pojedyncze wnyki.
Wyskoczyłam z zarośli, po tym jak Dante dał znać głośnym wyciem, że pułapki są gotowe. Spłoszone gryzonie dopiero po chwili zaczęły uciekać. Chwilę po mnie, zza drzewa wybiegła Yuki. Czułam już lekkie zmęczenie pościgiem. Po kilku minutach wpadły w zasadzkę. Złapały się trzy, a reszta umknęła.
- Trochę tego dzisiaj mało. - mruknęłam.
Przez następne pół godziny tropiliśmy jelenie. Gdy w końcu zaczęliśmy się do nich skradać, wiatr zadął od nas w ich stronę. Zbyt wolno zorientowałam się co się święci, zdążyły nas zwietrzyć. Yuko rzuciła się w pogoń. Skoczyła na starą łanię. Drapiąc jej boki pazurami tylnych łap, wbiła kły w jej szyję. Zwierzę upadło, niemal się na nią zwalając.
Przenieśliśmy zdobycze do watahy, po czym zaspokoiliśmy głód upolowanymi przez nas sarnami. Zerwał się wiatr. Zimny. O tej porze roku?
Smacznego - Odezwał się głos w mojej głowie. Zerwałam się na równe nogi. Co to było u diaska!? Już to słyszałam... Dość niedawno...
Wbiegłam do Zielonego Lasu, nasłuchując. Tajemniczy głos nie odezwał się.
- Kim jesteś? - Spytałam twardo nicość. Odpowiedziała mi cisza.
- KIM JESTEŚ? - Powtórzyłam, przeciągając samogłoski. Korony drzew zaszumiały od silnego podmuchu.
Wiatrem. - Padła odpowiedź. Chyba się przesłyszałam.
- Że... Co? - wydukałam.
To co usłyszałaś - Ponownie odezwał się bezbarwny głos.
- Jakim cudem z tobą rozmawiam? - Zerknęłam na uginające się szczyty drzew.
Na to pytanie musisz odpowiedzieć sobie sama. - Padła sucha odpowiedź. Zdębiałam. Że co proszę? Mam sama sobie...
Hm... Może mieć to związek z tym, że ciągle jeszcze odkrywam talenty. Słyszałam o przypadkach wilków z żywiołem powietrza, które rozmawiały z wiatrem. Ta sama przypadłość pojawiła się w książce, którą wykorzystałam, by pomóc Karou odkryć żywioł...
- Czy... To mój nowy talent? Móc...
Rozmawiać ze mną? Tak. - przerwał mi bezcielesny rozmówca.
- Och... - Myśli kotłowały się w mojej głowie, ale za wszelką cenę nie mogłam ich ułożyć. Postanowiłam po prostu zakończyć rozmowę.
***
Wróciłam do swojej jaskini. Napadło mnie straszliwe gorąco. Nigdy jeszcze się nie spotkałam z tak wysoką temperaturą. A ma być jeszcze gorzej. Ma jeszcze wzrosnąć przynajmniej o drugie tyle... Nie wiem jak to wytrzymam.
Zerknęłam na legowisko. No tak. Przydałoby się je trochę odświeżyć. Wyniosłam starą roślinność i wbiegłam do lasu po nową. Poczułam zapach jałowca. Tak... powinien się nadać...
Położyłam się na nowym posłaniu. Zapach wrzosu, jałowca i świeżych liści szybko pomógł mi zasnąć.

< C.D.N. >

sobota, 29 lipca 2017

Od Leah "Polowania" cz. 1

maj 2020r.
Ponownie. Pędziłam przez tak dobrze mi już znaną ścieżkę do Wodopoju. Razem z grupą polowań tropiłam stado zajęcy. Ucieszyłam się z tego, że zostałam przyjęta do popołudniowej grupy polowań. Niestety trochę przeszkadza mi to w ludzkiej pracy, więc często muszę brać nocne zmiany.
Dzisiaj podjęliśmy nieco inną taktyką niż zwykle - Dan i Shiryu zastawili pułapkę przy Wodopoju, a ja i Yuko miałyśmy je tam zagonić.
- Przemieściły się nieco bardziej na południe stąd. - Powiedziała Yuki. Skierowaliśmy się w tamtym kierunku.
Stadko było ogromne. Liczyło ponad dwadzieścia zajęcy. Dante i Shiryu udali się za Wodopój i w szybkim tempie zbudowali pułapkę. Zgodnie z planem, ja i Yuko zaskoczyłyśmy zwierzątka i przegoniłyśmy je w stronę zasadzki. Była o wiele bardziej złożona niż przypuszczałam - przechwyciła i zabiła siedem zająców. Ponieważ utrzymywała stworzenia dwa metry nad ziemią, mogliśmy spokojnie iść polować dalej.
Następnym łupem było stadko jeleni, pasących się przy Jeziorze. Atak został przeprowadzony bez większego zorganizowania, po prostu wszyscy rzucili się na wcześniej wybrane osobniki. Zabiliśmy trzy, a przez następne pół godziny, ścigaliśmy jeszcze cztery. Dwa uciekły - dwa zostały.
Kolejnym łupem były ryby. Nad tym zajęciem siedzieliśmy dobre dwie godziny. Całe szczęście, że rozpoczęliśmy polowanie koło południa. Mieliśmy dużo czasu.
Łącznie złapaliśmy dwadzieścia ryb. Po tak udanych łowach każdy z wielką chęcią targał zwierzynę do spiżarni. Mi przypadły cztery ryby, dwa zające i... jeleń. Musiałam robić dobre trzy rundy, zanim wszystko to przeniosłam na miejsce.
Po skończonych łowach, udałam się do domu. Napadła mnie fala wspomnień... jednak nie tych z mojej rodzinnej watahy. Po kolei przypominałam sobie jak to uciekałam przed niedźwiedziem, o tym jak to powoli aklimatyzowałam się w nowym środowisku, jak to poznałam Manę i Arkana... Wszystkie te wspomnienia są dla mnie bardzo ważne. Ale co jeśli o nich zapomnę? Jest na to sposób. Pamiętnik. Szybko chwyciłam kilka plików kartek, ołówek i usiadłam przed stołem. Zaczęłam pisać.

Wszystko zaczęło się od schronienia się w jaskini, daleko na południe od rodzinnej watahy...

Uwagi: Przede wszystkim op. jest bardzo krótkie. Staraj się o dłuższe.

Od Lind "Wybacz, nie chciałam!" cz. 1 (cd. Scirron)

Maj 2020
Skoro trzeba, zdecydowałam się w końcu na funkcję strażnika terenów. Wybór i tak nie był zbyt trudny. Pomysł stanowiska tancerza odrzuciłam od razu. Nie widzę siebie jako części grupy podskakującej w rytm muzyki przed wszystkimi wilkami, ilekroć jest jakaś uroczystość. Tak samo nie chciałam być od polowań. Nie wiem czy potrafię w ogóle działać w takich zespołach, albo słuchać konkretnych poleceń. Miałam do wyboru jeszcze wojownika, ale patrząc na moją budowę i umiejętności to równie dobrze mogę zgłosić się do odkurzania lasu. Droga donikąd.
Pozostał więc strażnik, zgłosiłam się do Alfy w tej sprawie zaraz po śniadaniu. Później, w drodze powrotnej, spotkałam czarno-szaro-białą waderę o jasnozłotych oczach. Na szyi miała czerwoną chustę, a na jej nogach dostrzegłam kilka blizn. Uśmiechała się do mnie przyjaźnie i przedstawiła imieniem Allive. Jak się okazało, też jest strażniczką i jej dodatkowym zadaniem na dzisiaj było oprowadzenie mnie po terenach watahy, zanim rozpoczniemy wartę. Ucieszyło mnie jej nastawienie wobec mojej osoby, podchodziła bez uprzedzeń, zupełnie naturalnie. Miłe zaskoczenie.
Trochę rozmawiałyśmy, opowiedziała mi nieco o historii każdego ze zwiedzanych miejsc, co czemu służy i dlaczego. Dokładnie też opisywała jak gdzie dojść, mam nadzieję, że nie będę się już gubić dzięki temu. Rozdzieliłyśmy się przed południem, każda poszła w miejsce swojej warty. Może zaczepię ją jeszcze później, jak będę chciała z kimś porozmawiać, pomyślałam. Sympatyczna wadera.
Nie spodziewałam się niczego niesamowitego w pilnowaniu granic watahy, do tego i tak na pierwszy dzień nie miałam przydzielonych innych zadań związanych ze stanowiskiem. Sterczałam w miejscu parę godzin, przy okazji oglądałam sobie ładne widoczki, które oferowała wataha. Niestety to nie wystarczyło, znudzona, często ziewałam i ulgą przyjęłam wiadomość, że koniec mojej zmiany. Trzeba będzie się przyzwyczaić, tak będzie często.
Postanowiłam przejść się na dłuższy spacer, zanim wrócę do siebie. Chciałam rozbić senność, która mnie ogarnęła na tej długiej warcie. Ziewnęłam szeroko jeszcze raz. Tragedia. Złapana przez nagłe pragnienie, zahaczyłam najpierw o Wodopój. Podeszłam do przejrzystej tafli i wzięłam łyk orzeźwiającej cieczy. Chociaż podobno woda nie ma smaku, tutejsza nie była taka sama jak ta górska, tylko jakby... Znacznie lepsza. Z uśmiechem napiłam się jeszcze raz. Wyciągając pyszczek z wody, zauważyłam coś na dnie tego niewielkiego zbiornika. Jakiś błyszczący przedmiot leżał pomiędzy kamieniami. Sięgnęłam poń łapą i wyciągnęłam na powierzchnię. To była jakaś bransoletka. Delikatna, błyszcząca, stylem wykonania przypomina trochę o plemionach Uluren. Obróciłam znalezisko kilka razy w łapach, wytarłam z ostatnich kropel wody i schowałam do torby. Ciekawe skąd się tu wzięła, może ktoś ją zgubił? Wstałam i ruszyłam dalej w drogę. Niestety (albo "stety") była taka pora, że nie spotkałam nikogo w okolicy Wodopoju. Chciałam pójść do centrum watahy, w stronę Zielonego Lasu, jednak pomyliłam kierunki. Zorientowałam się dość późno, dopiero jak przeszłam całą drogę do Wschodniego Klifu. Już-już chciałam zawracać, wkurzona własną orientacją w terenie, ale zatrzymałam się wpół kroku, kiedy delikatny powiew wiatru musnął moje futro. Moje moce... To miejsce może być dobrą okazją do sprawdzenia, czy wróciły! Najwyższy czas na to. Bez wahania, wspięłam się trochę wyżej, uważając na urażoną łapę. Niby po tej potwornie męczącej wycieczce w góry, nie miałam ochoty wracać w te klimaty, jednak to nie to samo. Tu powietrze jest przejrzyste, pode mną widok na morze i szumi mój ukochany wiatr. Znalazłam się niedaleko jakiegoś zarośniętego jeziorka z morską wodą. Dzielił mnie od niego spory odcinek równego podłoża, w sam raz na rozbieg.  Dobra, jak nie wyjdzie, wpadnę do wody. Nic strasznego. Odetchnęłam głęboko i przymknęłam oczy. Wracam do mojego życia, wracam do mojego żywiołu. Ruszyłam truchtem, najpierw powoli, potem podkurczając łapę, przyspieszałam. Rozpędzona, odbiłam się od ziemi tuż przed pierwszymi zaroślami. Poczułam wiatr w niepoukładanych włosach, poczułam jak powietrze targa moje pióra, poczułam to. Szkoda, że tylko przez trzy sekundy. Moc nie zadziałała tak jak się spodziewałam, lekko poniosła mnie nad jeziorkiem, potem wszystko ustało, a ja spadłam za bezpieczną taflę wody. Co gorsza, wylądowałam na jakimś wilku. Sprecyzuję, nie wylądowałam, ja uderzyłam weń jak pocisk. Przez ten atak lotniczy, oboje przewróciliśmy się na ziemię i przetoczyliśmy przez kawałek skąpego zielska, skończywszy jedno na drugim. Jak tylko odzyskałam orientację, co się dzieje, natychmiast zeskoczyłam z brzucha basiora.
- Wybacz, nie chciałam! Nic ci nie jest? - chciałam mu pomóc wstać, ale poradził sobie sam, patrząc na mnie wściekłym wzrokiem. 
Nieszczęśnik, którego stratowałam w "locie" był mizernie wyglądającym, uskrzydlonym wilkiem. Jego szaroniebieskie futro było gęste, jednak kolor jakby zgasł, brakowało w nim prawdziwego połysku. Na  szarych skrzydłach basiora wyróżniały się ciemniejsze końcówki lotek, a po plecach biegła mu ciemnoszara pręga. Dostrzegłam też u niego biały brzuch i spód szyi. Pod pyskiem znajdowała się bródka. Ciało miał upstrzone bliznami tu i tam, ale moją faktyczną uwagę zwróciły jego oczy. Chociaż teraz skierowane w moją stronę z pretensją i agresją, świat oglądały beznamiętnie i smutno. Zanim zdążyłam się nad tym zastanowić, dostrzegłam dookoła papierowe figurki, niektóre zgniecione z mojej winy i trochę czystego papieru, powoli wykradanego przez wiatr. 
- Co ty w ogóle robisz, nienormalna jesteś?! - oburzył się wilk, przytrzymując łapami uciekające kartki. 
- Czekaj, pomogę ci - zaczęłam zbierać razem z nim.
- Dość już zrobiłaś, obejdzie się - rzucił. 
- Przepraszam cię, naprawdę nie chciałam - podałam mu jego papier. - Nie wiedziałam, że tu jesteś. - Basior wyrwał mi go z ręki, wciąż pozostawiając na pysku nieokiełznaną złość.
- O to chodzi - spojrzał na  kolorowe figurki. - Masz szczęście, że te zgniecione i tak mi się nie podobały - zagroził gestem i zaczął zbierać swoje piękne twory.
- Składasz origami? - zapytałam, pomagając mu.
- Czasem - burknął. - Co cię to w ogóle obchodzi? Nie masz nic lepszego do roboty? 
- Co chciałam, już zrobiłam - spuściłam uszy zawstydzona. - Opowiesz mi o tym? - zebraliśmy już wszystko. Właściciel figurek łaskawie odebrał mi je szybkim ruchem. 
 
<Scirron?>
 
Uwagi: Brak części w tytule.