Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 18 czerwca 2017

Od Torance "Porzucona" cz. 5

Sierpień 2019 r
Zirael pokiwała głową w zamyśleniu. Po wesołej waderze, która mnie znalazła i uwolniła prawie już nie było śladu. W tej chwili koło mnie szła starsza samica o nieobecnym spojrzeniu. Fioletowa sierść przysłaniała jej oczy, które – mogłabym przysiąc! - były w tym momencie na powrót tak zimne, że gdyby mogły zamrażać już dawno wszystko wokół byłoby pokryte szronem, śniegiem lub czymkolwiek innym.
Była całkowicie oddana swoim rozmyślaniom. Ciekawe czego dotyczyły? Miałam ochotę ją o to zapytać, ale nie zdobyłam się na odwagę. Szłyśmy przez las w milczeniu, które bałam się przerwać.
- Zirael...? - zapytałam w końcu. Nie mogłam się powstrzymać, chciałam ją zapytać o tyle rzeczy. Począwszy od tego jak dokładniej funkcjonują watahy, po błahe, takie z typu „daleko jeszcze?”.
Wilczyca potrząsnęłam łbem jakby odganiała natrętną muchę i skierowała wzrok na mnie. Chyba zapomniała o mojej obecności, do czasu, aż się nie odezwałam. Spojrzałam w czarne oczy samicy. Czaiło się w nich nieme pytanie: „Co jest, młoda?”.
Kiedy tylko uzyskałam pozwolenie na zadawanie pytań, te zaczęły się ze mnie wysypywać niczym lawina. Jak funkcjonuje wataha? Na czym to polega? Gdzie będę mieszkać? Co jeśli nie potrafię polować? Są tam wilki zbliżone do mnie wiekiem? Jakie one są? Wataha jest duża? Po co są Bety, Gammy i Delty, skoro są już Alfy? Jaka jest Alfa? Przyjmie mnie? Jest tam ktoś podobny do mnie? Co jeśli się tam nie odnajdę? Co jeśli wszyscy będą do mnie negatywnie nastawieni, bo nie jestem tak jak oni magiczna, ani przynajmniej nie jestem wilkiem?
Zirael spokojnie odpowiadała na moje pytania. Bałam się, że ich nawał zaczął ją irytować, ale nawet jeśli tak było to nie dawała tego po sobie poznać. Byłam jej za to bardzo wdzięczna.
Tsa... Lista rzeczy, za które byłam i jestem wdzięczna idącej obok mnie postaci ciągle się wydłużała, a znałam ją ile? Około godziny? Wow.
Las powoli się rozrzedzał, drzewo już nie rosło tuż przy innym drzewie. Przez powstałe w ten sposób przerwy dostrzegałam w oddali jakąś dziwaczną łąkę. Zaciekawiona ruszyłam biegiem, Zirael na to roześmiała się cicho i z łatwością mnie dogoniła.
Biegłam z pyskiem uniesionym najwyżej w górze jak umiałam, byle dojrzeć coś przez niskie gałęzie ostatnich drzew lasu. Chyba cudem ominęłam wszystkie pułapki, które na mnie czekały ziemi.
W tej chwili, kiedy biegłam wiedziona ciekawością, z szybkością tak dużą jak nigdy czułam, że żyję. To było niesamowite. Rozpierała mnie energia w takim stopniu, że zachciało mi się śmiać. To nie było normalne.
„Ale cudowne, prawda?” roześmiał się As. Przytaknęłam. Niesamowite...
W końcu dobiegłam do ostatnich drzew. Przede mną roztaczała się łąka. Wśród zielonych kęp traw rosły fioletowe kwiatki. Widok zaparł mi dech w piersiach. Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego. Fioletowa Łąka miała w sobie jakieś piękno, o wiele większe od klombów w parkach, którymi tak zachwycali się ludzie.
Wypuściłam cicho powietrze z płuc i powoli weszłam na łąkę. Nie wiedzieć czemu zaczęłam iść tak, żeby możliwie jak najmniej uszkodzić roślinność. Powoli zbliżałam się do najbliższych fioletowych kwiatków. Kiedy doszłam do nich pochyliłam pysk i zaczęłam im się przyglądać. Sprawiały być złożone z fioletowo-różowych kuleczek. Zbliżyłam do nich nos i powąchałam. Wow.
Czułam na sobie wzrok Zirael, jednak się tym nie przejmowałam. Kiedy stwierdziłam, że już się nawąchałam wstałam i odwróciłam się do wilczycy. Pysk miała rozchylony w szerokim uśmiechu, a oczy lśniły jej ciepłem i wesołością.
- Możemy iść? - zapytała. Skinęłam głową. To miejsce mnie onieśmielało. Czułam się jak w jakiejś... świątyni?
Usłyszałam w swojej głowie podekscytowany szept „Tak, tak, tak...”. Zmrużyłam oczy.
- As? Wszystko dobrze?
„Co? Aa... Tak, jasne, że tak” – odpowiedział. Dziwne. Nie wiem jak on wygląda, a jestem pewna, że jego wyraz pyska jest w tej chwili zaskakująco podobny do miny Zirael.
Przechodziłyśmy przez tę łąkę wieki. Krajobraz byłby trochę nudzący, gdyby nie to niesamowite uczucie świętości, które go otaczało. Szłam ostrożnie, powoli, w pełnym skupieniu po fioletowo-zielonym „dywanie”.
~*~
Mijałyśmy powoli jaskinie. Od strony, którą zmierzałyśmy jaskinie zaczynały się wielką grotą. „Wilczym Szpitalem” jak powiadomiła mnie Zirael. Miał on działać tak jak ten ludzki, tyle że za pomocą medycyny naturalnej, a nie takiej jak u ludzi. Wszystko z pewnością jest tutaj skuteczniejsze.
Następne były o wiele mniejsze jaskinie, w których mieszkali członkowie watahy. Widziałam chodzące wokół magiczne wilki. Od różnorodnych kolorów ich sierści kręciło mi się w głowie.
Koło jednej z jaskiń stała niższa od innych wilków postać. Jasna, długa sierść była pokryta czarnymi łatami w szare pręgi. Zielone pręgi pod łobuzerko błyszczącymi oczami tego samego koloru nadawały temu wilkowi zaczepny wygląd. A może sprawiał takie wrażenie przez szeroki uśmiech na pysku? Nie mam pojęcia. Najdziwniejsze były duże skrzydła wyrastające z tułowia.
Szczeniak pochwycił mój wzrok i pomachał w moją stronę. Zdziwiona przystanęłam, zmrużyłam oczy i również odmachałam.
„Co on...? Nie lubię go.” - mruknął As cicho. Po paru sekundach, kiedy zdał sobie sprawę, że powiedział to... na głos w takim przypadku pasuje? Dodał spanikowany: „Yyy... Znaczy... Jest jakiś taki dziwny. Uważaj na niego.”
Nie miałam czasu myśleć o tym długo, bo Zirael się zatrzymała.
- Jesteśmy. - powiedziała i ruszyła ku wejściu do tej dużej jaskini. - Tutaj mieszkają nasze Alfy. Są dwie: Suzanna i Fermitate.
Pod wejściem samica trochę się zawahała, jednak weszła. Szłam tuż za nią. Powitał nas ładny zapach i drobna wadera leżąca na ziemi. Puszysta miedziano-brązowa sierść opadała wokół niej. Rude końcówki grzywki opadały na czoło samicy. Jej oczy były zamknięte, lecz uszy zadrżały na dźwięk towarzyszący naszemu przyjściu. Z postaci wilczycy biło coś takiego, że poczułam się nieswojo. Szybko odwróciłam wzrok.
- P-przepraszam panią... - powiedziałam patrząc na swoje łapy. Zerknęłam w jej stronę i zauważyłam, że ma teraz otwarte oczy, którymi patrzy na mnie wyczekująco.
- J-jestem Torance. P-podobno ma pani watahę. I-iii... Może... Może mogłabym dołączyć? - zebrałam całą swoją odwagę i wydukałam parę tych zdań, które zaważą na moim dalszym życiu.
Alfa patrzyła na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Przez parę chwil, które ciągnęły się w nieskończoność, Suzanna się nie odzywała. W końcu przeniosła wzrok na stojącą za mną Zirael.
- Ty ją tutaj przyprowadziłaś? Skąd ona jest i co tutaj robi? - zapytała. W jej głosie czaiła się podejrzliwość. Opuściłam uszy i wycofałam się. Schowałam się za przednimi łapami Zirael.
- Tak. Znalazłam ją przywiązaną do drzewa w Zielonym Lesie. Jest psem, ktoś ją tam zostawił. - odpowiedziała spokojnie samica – Proszę, niech może tutaj zostać. To tylko szczeniak.
Miedziano-brązowa wilczyca spoglądała przez chwilę to na mnie, to na Zirael.
- Zdajesz sobie sprawę, że to wataha dla magicznych wilków? Tak mówi sama nazwa. Ona jest psem. - westchnęła przeciągle – No, ale niech ci będzie. Zostanie, ale dopóki nie znajdzie opiekuna jesteś za nią odpowiedzialna.
Zirael skinęła głową na znak głowy i się pożegnała. Ruszyła ku wyjściu z jaskini.
- D-dziękuję. Do widzenia. - powiedziałam cicho i wybiegłam z groty. Czułam jak wypełnia mnie radość, podekscytowanie i żal po całkowitej stracie dawnego życia.
„Ale super! Tor, już niedługo!” zawołał As w mojej głowie. Nie rozumiałam o czym mówi, ale uśmiechnęłam się szeroko. 

Uwagi: Brak.

piątek, 16 czerwca 2017

Od Allive "Ucieczka" cz. 1

Styczeń, 2020
Odwróciłam się za siebie. Nie było śladu po wilkach, które jeszcze przed chwilą chciały mnie za wszelką cenę złapać. Westchnęłam cicho, powoli przymykając oczy. Bez zastanowienia podeszłam do pobliskiego drzewa, po czym bezwładnie położyłam się przy nim. Na szczęście było ono na tyle rozłożyste, że śnieg nie dotarł pod sam konar. Wtuliłam pysk w swój długi ogon, starając się w jakikolwiek sposób pozyskać choćby odrobinę ciepła. Było to na swój sposób nie logiczne - i tak nie czułam łap od kilkunastu minut, więc jakim cudem miałam ogrzać całe swe ciało? Zrezygnowana ponownie przymknęłam oczy. W ułamku kilku minut udało mi się zasnąć...
***
- Gdzie są szczeniaki?! - warknął głos, pochodzący z pokoju obok.
Pisnęłam cicho widząc cień na ścianie. Dwie postury, z czego jedna była mi dobrze znana. Mój ojciec... Mój ukochany tatuś! Co chce od niego tamten drugi? Spojrzałam na braci, którzy wciąż spali. Szybko podeszłam do Kiby, po czym liznęłam go w ucho.
- Zbudź się... - wydukałam, słysząc zza ściany kolejne krzyki.
- Wyjechały kilka tygodni temu do matki - warknął Luke, bo tak się nazywał jeden z mych rodziców.
- Nie oszukuj mnie! - krzyknął wyraźnie zdenerwowany. - Była umowa... Zawarłeś ją przed grobem naszego ojca. Nie waż się kłamać i przyprowadź mi tutaj szczeniaki! - wydarł się swym grubym głosem.
- C-Co się dzieje? - zapytał Kiba, powoli otwierając oczy.
- Tata... No... Sam zobacz! - pisnęłam, wskazując łapką na ścianę.
Nieznajomy uniósł łapę do góry. Wiedziałam, po prostu czułam, że chce zaatakować tatę. Nie miałam pojęcia co zrobić... Wszystko stało się bardzo szybko - wilki zaczęły się gryźć i szarpać. Co mogłam zrobić? Musiałam zainterweniować, lecz co zdziała taka mała wadera jak ja?!
***
Obudziłam się. Nienawidzę koszmarów, które nawiązują do tego samego... Mogłam zrobić cokolwiek, lecz nie zainterweniowałam. W snach będę się o to obwiniać chyba do końca życia. Jeden ruch, zaważyłby na całym moim życiu...
Słońce delikatnie zaszczycało ziemię swymi promieniami. W tą porę roku, zdawało się ono wisieć tylko dla ozdoby... Gęsta mgła, zdawała się ciągnąć bez końca w promieniu kilkuset metrów. Trawę wokół mnie pokryła cienka warstwa szronu... Świetnie... Wzięłam głęboki wdech, po czym leniwie podniosłam się z zimnej ziemi. Rozglądnęłam się - gdzie ja znowu jestem? Czułam charakterystyczną woń wilka. Nie jedną, lecz kilkadziesiąt. Ruszyłam z miejsca za jedną z nich, która zdawała się być praktycznie wszędzie. Zapewne wilk do którego zmierzam mieszka tu od dawna... Nie dużo czasu minęło, zanim woń stała się silniejsza. W końcu, udało mi się dostrzec sylwetkę jakiejś wadery.
- Em... Cześć? - przywitałam się dosyć niepewnie.
Wilczyca zwróciła w moją stronę głowę. Dostrzegłam to. Zbliżyła się w sposób dosyć powolny, lecz każdy jej ruch był wykonywany z gracją. Uśmiechnęłam się delikatnie. Nie przypominała wilka, który ma złe zamiary. Chociaż...
- Co robisz na terenach Watahy Magicznych Wilków? - zapytała, przy tym przechylając pytająco głowę.
- Przepraszam, nie miałam pojęcia, że wkraczam na wasze tereny - powiedziałam cicho z wyraźną skruchą.
Powiem szczerze, że pytanie, które miałam po chwili zadać, nie było w żaden sposób przemyślane. Zrobiłam to gównie pod presją strachu przed wilkami z przeszłości. Mimo wszystko, było to najrozsądniejsze wyjście z tej sytuacji.
- Mogę dołączyć? - od razu wyrwało mi się z ust.

<C.D.N.>

Uwagi: Nie wiem, czy głos może być "gruby".

czwartek, 15 czerwca 2017

Od Kai'ego "Bunty" cz. 2 (cd. Aokigahara)

Styczeń 2020 r.
Tego dnia o mało nie zaspałem na własne zajęcia w szczenięcej szkole. Właściwie nic nowego, bo z tygodnia na tydzień nieprzerwanych poszukiwań odpowiedzi na dręczące mnie pytania spałem coraz krócej. Na wpół przytomny wędrowałem na Szczenięcą Polanę, gdzie byliśmy umówieni ze szczeniakami w dni dość ciepłe i pozbawione opadów, by nie musieć przenosić się do żadnej z jaskiń. W myślach powtarzałem sobie materiał przygotowany wcześniej, który mieliśmy omówić na zajęciach. Skupienie się na tym było dość trudne, bo wciąż mój umysł usilnie próbował walczyć z obcym żywiołem. Nawet bariery ochronne nic nie dawały. Iskry prędzej czy później się przebijały i dalej wysysały życie z istot znajdujących się w odległości kilku metrów.
Szczeniaki już były na miejscu. Żaden z nich się nie przepychał, wszyscy ze spokojem rozmawiali. Byli dość duzi, by wiedzieć, że takie wybryki są co najmniej nie na miejscu. Shenvedo, Winteren... I to tyle.
- Gdzie dziewczyny? - zapytałem, odkładając zgarnięte przez siebie tomiszcze na głaz służący mi za mównicę.
- Pewnie się spóźnią - wymamrotał zniesmaczony Shenvedo. Zabrałem się za otwieranie księgi na właściwej stronie, wciąż zerkając na basiorów. Do dorosłości brakowało im naprawdę niewiele. Cieszyłem się, że Winteren dołączył do watahy. Shenvedo w końcu miał rówieśnika. Wyraźnie nie dogadywał się z samiczkami. Musieli się pokłócić. Nawet bez zaglądania do ich myśli doszedłem do takiego wniosku. Gniewne spojrzenia były u nich na porządku dziennym. Shenvedo i Winteren z kolei myśleli o sobie raczej neutralnie, ale umieli się porozumieć. Tak zwana męska solidarność.
Nie chcąc dłużej ingerować w ich życie prywatne, przebiegłem spojrzeniem po fragmencie, od którego chciałem rozpocząć moją opowieść.
- Chyba nie ma sensu, by na nie czekać. Najwyżej ominie je trochę materiału - oznajmiłem. Szczeniaki już zasiadły na swoich stałych miejscach. Ich pyszczki wyrażały maksymalne skupienie. Wyczuwałem, że ich umysły również są otwarte na nową wiedzę. Doskonale.
- Dzisiejszym tematem lekcji jest Stado Gładkiego Poroża. Czy ktoś pamięta z poprzednich lekcji, jakiej rasy byli jego członkowie?
- Jelenie szlachetne. Ich poroża wykonane były z diamentu - odpowiedział bez chwili namysłu Winteren. Pokiwałem z uznaniem głową. Zdawał się być bardzo inteligentnym chłopakiem.
- I roztaczały aurę - dodał Shen.
- Otóż to. Umiały rozpoznać również cudzy nastrój, przez co były doskonałymi wizjonerami - Przebiegłem spojrzeniem po klasie - Dlatego też ich tradycja wytrwała tak długo. Początki kronik sięgają wiele wieków w tył. Mówi się, że są tak stare, że pamiętają początki istnienia elfów. Pierwszym znanym władcą, który doprowadził do rozkwitu był Herediusz II. Zajął się on polepszaniem stosunków z okolicznymi stadami i opanowywaniem większej wiedzy. Ich tereny się rozrosły dzięki pokojowej polityce - inne watahy dobrowolnie wręcz oddawały im swoje miejsce zamieszkania, by jelenie mogły sprawić, iż będzie się tam żyć znacznie lepiej. Tak się stawało, a Stado Gładkiego Poroża zasłynęło w całej okolicy. Kolejnym ważnym wydarzeniem, legendarnym wręcz było...
Urwałem, widząc zbliżającą się Aoki, Moone i Torance.
- Przepraszamy za spóźnienie! - krzyknęły chórem.
- Spóźnionych odpytuję - oznajmiłem beznamiętnym tonem.
- Proszę pana, ale spóźniliśmy się przez Aoki! - pisnęła Torance. Pospiesznie zerknąłem do jej wspomnień. Wystarczyło kilka rozmazanych wizji, a dostanie się do nich wcale nie było tak trudne choćby dlatego, że były świeże. Wyglądało na to, że nie kłamała. Wizja Moone pokrywała się z tą Torance, więc to mnie jeszcze bardziej upewniło, iż spóźnienie nie było z ich winy.
Nagle doszedł do mnie wciąż dziecięcy, acz znajomy głos. Szumowina. Zwróciłem karcący wzrok ku Aoki.
- Aokigahara, wyrażaj się.
Co ten zgrzybiały staruch bredzi? - ponownie usłyszałem. Czasem zaczynałem żałować, że mam dostęp do cudzych przemyśleń.
- Aoki, powiedziałem coś. Masz opanować swój język, inaczej dostaniesz dużo trudniejsze pytania.
- Proszę pana, ale ona nic nie mówi - skomentował niezbyt zorientowany Winteren.
- Ale myśli - odparłem, nie odrywając spojrzenia od Aokigahary.
Ten staruch mógł w każdym momencie wiedzieć o czym ja myślę. Muszę uciec!
- Nawet o tym nie myśl, nie uciekniesz z moich lekcji.
A więc nasz pan od historii jest jakimś mutantem czytającym w myślach? Może jeszcze demonem? Cóż, to by się zgadzało z jego wiekiem. Nie powiem, nieco mnie to zażenowało. Racja, była jeszcze młoda, a to nie była riposta na poziomie, lecz kreatywność uczniów niekiedy mnie zadziwiała.
- Powiedz mi proszę coś o dziejach Wschodu. Ze szczegółami geograficznymi - powiedziałem spokojnie. To ją chyba nieco zbiło z tropu.
- Nie mam zamiaru - syknęła.
- W takim razie coś prostszego. Chciałbym się dowiedzieć od ciebie czegoś o granicach dziesięciu najbliższych stad i poznać ich mieszkańców.
- A pan sam nie wie? Chyba powinien nauczyciel wiedzieć. Mogę się założyć, że taki staruch jak pan był przy powstaniu Watahy Magicznych Wilków.
- Nie byłem. Znajdowałem się wówczas za granicą - Tu się zaśmiałem. Uszy jej nieznacznie drgnęły. Czułem, że już powoli zaczyna rezygnować. - Bierzesz wszystko zbyt poważnie. Krzywdy ci nie robię i robić nie zamierzam, ale w moim obowiązku leży zdawanie raportów Alfie. Niestety tym razem dowie się, że nie poszło ci najlepiej, a tego chyba nikt by nie chciał.
- G*wno mnie obchodzi pana zdanie oraz Alfy.
Ten tekst przyprawił mnie o przyspieszenie pulsu. Zamknąłem ślepia, po czym wziąłem wdech i wydech. Musiałem się uspokoić. Naprawdę nie chciałem jej robić żadnej krzywdy, ale w takich nerwach po mojej mocy wszystko było możliwe. Jako, że była jeszcze młoda, jedno uderzenie mogłoby ją zabić.
- Aoki, bardzo cię lubię, więc nie rób mi tego, proszę.
- Czego mam nie robić?
Poczułem się jeszcze bardziej skonsternowany. Co miałem jej powiedzieć? Prawdę? Że jestem niebezpieczny? Inny, banalniejszy powód zdawał się być lepszym wyjściem.
- Opuszczać się w nauce, celowo przeszkadzać w lekcji i pyskować. Ma to jakikolwiek cel? Tylko tracimy swój czas. Teraz już usiądź na swoim miejscu i zapomnijmy o całej sprawie - oznajmiłem po dłuższej chwili.
- Nigdy nie zapomnę - syknęła i usiadła na swoim miejscu. Patrzyłem na nią przez dłuższą chwilę, po czym zerknąłem w kierunku, gdzie zasiadali chłopcy.
- Na czym stanąłem?
- Mówił pan o drugim ważnym wydarzeniu rozwijającym Stado Gładkiego Poroża - powiedział z opanowaniem Shenvedo. Skinąłem głową, przypominając sobie. Uśmiechnął się przyjaźnie, widząc moją reakcję.
- Ach, tak... - odparłem, wracając do mojego wykładu.
***
Po lekcjach historii miałem chwilę wytchnienia. Udałem się na spacer, by jakoś uspokoić nerwy. Zdecydowałem, że polowanie będzie idealnym rozluźnieniem. Może w ten sposób pozbędę się swoich nadmiernych pokładów wewnętrznej energii i przestanę się bać, że zrobię coś któremuś ze szczeniaków. Czekała mnie w końcu jeszcze lekcja tworzenia eliksirów. Całe szczęście, że zdecydowałem o temacie zajęć już kilka dni temu i teraz nie musiałem sobie tym zawracać głowy.
 Zamyśliłem się tak, że o mało nie przeciąłem drogi grupce szczeniąt, która musiała mieć akurat lekcje polowania. Wywnioskowałem to na podstawie Yuki, która szła na samym przedzie, mówiącą coś znudzonym głosem. Kiedy już w końcu będę mogła się udać na drzemkę - myślała równie zrzędliwym tonem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Wciąż do końca nie wiedziałem, czy ona nie czasem zwyczajnie minęła się z powołaniem. Maluchy na szczęście mnie nie zauważyły. Były zbyt przejęte naśladowaniem Yuki i robieniem za jej plecami głupich min. Czy one naprawdę sądziły, że ona tego nie widzi? Potrząsnąłem głową i skręciłem we własnym kierunku.
Poszukiwanie stada saren było dość zajmujące. Szczególnie ze wzgląd na wszechobecny chłód nie było ich aż tak wiele. Zakradłem się do najstarszej ze sztuk, chwiejnie idącej na rozdygotanych, wychudzonych nogach. Zabicie jej będzie oznaką miłosierdzia. Kiedy się zbliżyła, wykonałem w końcu skok, ale w tym samym momencie zrobiło się jasno. Gdy moje opuszki łap zetknęły się z warstwą zgniłych liści, z zrezygnowaniem zmieszanym ze strachem zauważyłem, że tym razem powaliłem największe stado. Dziesięć sztuk. Zrobiło mi się słabo. Wszystkie wierzgały przez dłuższą chwilę nogami, aż już całkowicie z nich życie nie uleciało. Straciłem apetyt. Chyba powinienem w takim wypadku wszystkie przytaszczyć do spiżarni watahy.
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Stałem tak przez dłuższy czas, patrząc na nieruchome pyski saren. Większość z nich nawet powiek nie zamknęło. Co jest ze mną nie tak? Mam jakieś wewnętrzne zapędy do destrukcji? Dlaczego nie mogę nad tym zapanować? Mogę tym zrujnować watahę. Ponownie zdenerwowany obróciłem się na pięcie i wywędrowałem ze spiżarni.
Nagle doznałem olśnienia. Było już popołudnie. Miałem przecież poprowadzić lekcje tworzenia eliksirów! Popędziłem do swojej jaskini, by zabrać fiolki i niezbędne składniki. Tam jednak zastał mnie niecodzienny widok. Aokigahara, dokładnie ta sama, która jeszcze rano mi pyskowała, teraz bawiła się kauczukiem. Jedyną pamiątką po moich szczeniakach. Szczeniakach. Teraz już pewnie całkiem martwych.
Najpierw chciałem na nią nakrzyczeć i wyrzucić, ale coś mnie przed tym powstrzymało. Finalnie stałem i po prostu patrzyłem, nie mając pojęcia cóż uczynić. Niespodziewanie piłeczka obrała mój kierunek. Odruchowo delikatnie chwyciłem go w zęby, następnie podrzuciłem i odbiłem nosem. Robiłem tak zawsze podczas zabaw ze swoimi pociechami. Aoki rozbawiona popędziła za kauczukiem, wciąż go odbijając. Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem, padłem na ziemię i ukryłem oczy pod łapami. Oddech ponownie zaczął mi ciążyć, a ja walczyłem z mdłościami. Nie, nie chciałem do tego wracać. Już zdążyłem przeboleć. Jednak to znowu wróciło.

<Aoki?>

środa, 14 czerwca 2017

Od Aoki „Bunty” cz.1 (C.d Kai)

Styczeń 2020 r.
- Idziesz? – Zawołała Moone. – Spóźnimy się na lekcję – jęczała.
- No chwila no – powiedziałam, mając w ustach pełno wypadniętej sierści.
- Musimy jeszcze pójść po Tor.
- To idź po nią – rzekłam. – Spotkajmy się przy Wodopoju.
- Dobra. – Wyszła. Wyglądałam tragicznie. Po nieudolnych próbach ułożenia sierści zdecydowałam, że jednak się umyję wodą. Przecisnęłam się przez wyjście z nory i pobiegłam jak najszybciej, najodludniejszą ścieżką do Wodopoju. Umyłam się starannie i napiłam wody. Wychodząc, otrzepałam się. Zaczęłam układać sierść. Usłyszałam znajome głosy.
- Czemuś taka mokra? – Zapytała Torance idąc w moją stronę. Przy jej boku szła Moone.
- Bo się myłam – powiedziałam.
- Boże, Aoki, zbyt bardzo przejmujesz się wyglądem – narzekała Mo.
- Cicho bądź – uciszyłam ją. Po parunastu minutach byłam gotowa. Poszliśmy do szkoły. Lekcje już się odbywały.
- Przepraszamy za spóźnienie – powiedziałyśmy chórem. Poszliśmy na własne miejsca.
- Spóźnionych odpytuję – rzekł Kai.
- Proszę pana, ale spóźniliśmy się przez Aoki! – Naskarżyła Torance. Szumowina, pomyślałam.
- Aokigahara, wyrażaj się – skarcił mnie Kai. Co ten zgrzybiały staruch bredzi?
- Aoki, powiedziałem coś. Masz opanować swój język, inaczej dostaniesz dużo trudniejsze pytania – zagroził.
- Proszę pana, ale ona nic nie mówi – powiedział na moją obronę ten nowy.
- Ale myśli – wytłumaczył nauczyciel. Byłam przerażona, tym że ten staruch mógł w każdym momencie wiedzieć o czym ja myślę. Muszę uciec!
- Nawet o tym nie myśl, nie uciekniesz z moich lekcji. – A więc nasz pan od historii jest jakimś mutantem czytającym w myślach? Może jeszcze demonem? Cóż, to by się zgadzało z jego wiekiem.
- Powiedz mi proszę coś o dziejach Wschodu. Ze szczegółami geograficznymi. – Rzekł z całkowitym spokojem. Już pędzę, pomyślałam.
- Nie mam zamiaru – zbuntowałam się.
- W takim razie coś prostszego. Chciałbym się dowiedzieć od ciebie czegoś o granicach dziesięciu najbliższych stad i poznać ich mieszkańców.
- A pan sam nie wie? Chyba powinien nauczyciel wiedzieć – odrzekłam. – Mogę się założyć, że taki staruch jak pan był przy powstaniu Watahy Magicznych Wilków.
- Nie byłem. Znajdowałem się wówczas za granicą - Zaśmiał się - Bierzesz wszystko zbyt poważnie. Krzywdy ci nie robię i robić nie zamierzam, ale w moim obowiązku leży zdawanie raportów Alfie. Niestety tym razem dowie się, że nie poszło ci najlepiej, a tego chyba nikt by nie chciał.
- G*wno mnie obchodzi pana zdanie oraz Alfy – obraziłam się. Basior zamknął oczy i odetchnął.
- Aoki, bardzo cię lubię, więc nie rób mi tego, proszę.
- Czego mam nie robić? – Przez chwilę patrzył na mnie, zastanawiając się.
- Opuszczać się w nauce, celowo przeszkadzać w lekcji i pyskować. Ma to jakikolwiek cel? Tylko tracimy swój czas. Teraz już usiądź na swoim miejscu i zapomnijmy o całej sprawie. – Powiedział.
- Nigdy nie zapomnę – powiedziałam odchodząc na swoje miejsce. Na lekcji historii rozmawialiśmy o dziejach północnych watah. Nie mogłam się doczekać końca tej lekcji.
***
- Miłej lekcji – powiedziałam na odchodne Moone. Ach jaka biedna ma lekcje eliksirów. I to jeszcze z tym zgredem Kai’em.
- Słuchaj, Aoki – zwróciła się Torance. – Dziś nie będę mogła zostać u ciebie na wieczór.
- Czemu? – Zapytałam.
- Idę na małe polowanie wraz z Sakurą i Shenem – rzekła.
- Ej no – zasmuciłam się.
- Przepraszam. - Uciekła. Zaczęłam się błąkać po terenach watahy. Przechodząc obok jakiejś jaskini zauważyłam w niej coś kolorowego. Zaciekawiona weszłam do groty. Była to… PIŁKA! Mój ogon wpadł w ruch. Zabrałam piłeczkę w pysk i rzuciłam nią lekko o ziemię. Odbijała się jak opętana. Zaczęłam ją gonić próbując ją złapać. Nagle zauważyłam cień w wejściu do jaskini. Kauczuk odbił się od podłogi, wleciał na ścianę pod takim kontem, że odbił się lecąc na ścianę nad wejściem. Piłka poleciała wprost w moją stronę, a ja zgrabnie złapałam ją w pysk. W wejściu stał… Nauczyciel od historii. Patrzał się na mnie nie wiedząc, co zrobić. 

<Kai? Jak zareagujesz? c: >

Uwagi: Brak daty. "Wodopój" to nazwa miejsca. Uciekło Ci kilka przecinków. Zwracałam już uwagę na słynne "Pan" i "Nauczyciel", więc proszę, zrób w końcu coś z tym. "Kauczuk" piszemy przez "k".