Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 16 czerwca 2017

Od Allive "Ucieczka" cz. 1

Styczeń, 2020
Odwróciłam się za siebie. Nie było śladu po wilkach, które jeszcze przed chwilą chciały mnie za wszelką cenę złapać. Westchnęłam cicho, powoli przymykając oczy. Bez zastanowienia podeszłam do pobliskiego drzewa, po czym bezwładnie położyłam się przy nim. Na szczęście było ono na tyle rozłożyste, że śnieg nie dotarł pod sam konar. Wtuliłam pysk w swój długi ogon, starając się w jakikolwiek sposób pozyskać choćby odrobinę ciepła. Było to na swój sposób nie logiczne - i tak nie czułam łap od kilkunastu minut, więc jakim cudem miałam ogrzać całe swe ciało? Zrezygnowana ponownie przymknęłam oczy. W ułamku kilku minut udało mi się zasnąć...
***
- Gdzie są szczeniaki?! - warknął głos, pochodzący z pokoju obok.
Pisnęłam cicho widząc cień na ścianie. Dwie postury, z czego jedna była mi dobrze znana. Mój ojciec... Mój ukochany tatuś! Co chce od niego tamten drugi? Spojrzałam na braci, którzy wciąż spali. Szybko podeszłam do Kiby, po czym liznęłam go w ucho.
- Zbudź się... - wydukałam, słysząc zza ściany kolejne krzyki.
- Wyjechały kilka tygodni temu do matki - warknął Luke, bo tak się nazywał jeden z mych rodziców.
- Nie oszukuj mnie! - krzyknął wyraźnie zdenerwowany. - Była umowa... Zawarłeś ją przed grobem naszego ojca. Nie waż się kłamać i przyprowadź mi tutaj szczeniaki! - wydarł się swym grubym głosem.
- C-Co się dzieje? - zapytał Kiba, powoli otwierając oczy.
- Tata... No... Sam zobacz! - pisnęłam, wskazując łapką na ścianę.
Nieznajomy uniósł łapę do góry. Wiedziałam, po prostu czułam, że chce zaatakować tatę. Nie miałam pojęcia co zrobić... Wszystko stało się bardzo szybko - wilki zaczęły się gryźć i szarpać. Co mogłam zrobić? Musiałam zainterweniować, lecz co zdziała taka mała wadera jak ja?!
***
Obudziłam się. Nienawidzę koszmarów, które nawiązują do tego samego... Mogłam zrobić cokolwiek, lecz nie zainterweniowałam. W snach będę się o to obwiniać chyba do końca życia. Jeden ruch, zaważyłby na całym moim życiu...
Słońce delikatnie zaszczycało ziemię swymi promieniami. W tą porę roku, zdawało się ono wisieć tylko dla ozdoby... Gęsta mgła, zdawała się ciągnąć bez końca w promieniu kilkuset metrów. Trawę wokół mnie pokryła cienka warstwa szronu... Świetnie... Wzięłam głęboki wdech, po czym leniwie podniosłam się z zimnej ziemi. Rozglądnęłam się - gdzie ja znowu jestem? Czułam charakterystyczną woń wilka. Nie jedną, lecz kilkadziesiąt. Ruszyłam z miejsca za jedną z nich, która zdawała się być praktycznie wszędzie. Zapewne wilk do którego zmierzam mieszka tu od dawna... Nie dużo czasu minęło, zanim woń stała się silniejsza. W końcu, udało mi się dostrzec sylwetkę jakiejś wadery.
- Em... Cześć? - przywitałam się dosyć niepewnie.
Wilczyca zwróciła w moją stronę głowę. Dostrzegłam to. Zbliżyła się w sposób dosyć powolny, lecz każdy jej ruch był wykonywany z gracją. Uśmiechnęłam się delikatnie. Nie przypominała wilka, który ma złe zamiary. Chociaż...
- Co robisz na terenach Watahy Magicznych Wilków? - zapytała, przy tym przechylając pytająco głowę.
- Przepraszam, nie miałam pojęcia, że wkraczam na wasze tereny - powiedziałam cicho z wyraźną skruchą.
Powiem szczerze, że pytanie, które miałam po chwili zadać, nie było w żaden sposób przemyślane. Zrobiłam to gównie pod presją strachu przed wilkami z przeszłości. Mimo wszystko, było to najrozsądniejsze wyjście z tej sytuacji.
- Mogę dołączyć? - od razu wyrwało mi się z ust.

<C.D.N.>

Uwagi: Nie wiem, czy głos może być "gruby".

czwartek, 15 czerwca 2017

Od Kai'ego "Bunty" cz. 2 (cd. Aokigahara)

Styczeń 2020 r.
Tego dnia o mało nie zaspałem na własne zajęcia w szczenięcej szkole. Właściwie nic nowego, bo z tygodnia na tydzień nieprzerwanych poszukiwań odpowiedzi na dręczące mnie pytania spałem coraz krócej. Na wpół przytomny wędrowałem na Szczenięcą Polanę, gdzie byliśmy umówieni ze szczeniakami w dni dość ciepłe i pozbawione opadów, by nie musieć przenosić się do żadnej z jaskiń. W myślach powtarzałem sobie materiał przygotowany wcześniej, który mieliśmy omówić na zajęciach. Skupienie się na tym było dość trudne, bo wciąż mój umysł usilnie próbował walczyć z obcym żywiołem. Nawet bariery ochronne nic nie dawały. Iskry prędzej czy później się przebijały i dalej wysysały życie z istot znajdujących się w odległości kilku metrów.
Szczeniaki już były na miejscu. Żaden z nich się nie przepychał, wszyscy ze spokojem rozmawiali. Byli dość duzi, by wiedzieć, że takie wybryki są co najmniej nie na miejscu. Shenvedo, Winteren... I to tyle.
- Gdzie dziewczyny? - zapytałem, odkładając zgarnięte przez siebie tomiszcze na głaz służący mi za mównicę.
- Pewnie się spóźnią - wymamrotał zniesmaczony Shenvedo. Zabrałem się za otwieranie księgi na właściwej stronie, wciąż zerkając na basiorów. Do dorosłości brakowało im naprawdę niewiele. Cieszyłem się, że Winteren dołączył do watahy. Shenvedo w końcu miał rówieśnika. Wyraźnie nie dogadywał się z samiczkami. Musieli się pokłócić. Nawet bez zaglądania do ich myśli doszedłem do takiego wniosku. Gniewne spojrzenia były u nich na porządku dziennym. Shenvedo i Winteren z kolei myśleli o sobie raczej neutralnie, ale umieli się porozumieć. Tak zwana męska solidarność.
Nie chcąc dłużej ingerować w ich życie prywatne, przebiegłem spojrzeniem po fragmencie, od którego chciałem rozpocząć moją opowieść.
- Chyba nie ma sensu, by na nie czekać. Najwyżej ominie je trochę materiału - oznajmiłem. Szczeniaki już zasiadły na swoich stałych miejscach. Ich pyszczki wyrażały maksymalne skupienie. Wyczuwałem, że ich umysły również są otwarte na nową wiedzę. Doskonale.
- Dzisiejszym tematem lekcji jest Stado Gładkiego Poroża. Czy ktoś pamięta z poprzednich lekcji, jakiej rasy byli jego członkowie?
- Jelenie szlachetne. Ich poroża wykonane były z diamentu - odpowiedział bez chwili namysłu Winteren. Pokiwałem z uznaniem głową. Zdawał się być bardzo inteligentnym chłopakiem.
- I roztaczały aurę - dodał Shen.
- Otóż to. Umiały rozpoznać również cudzy nastrój, przez co były doskonałymi wizjonerami - Przebiegłem spojrzeniem po klasie - Dlatego też ich tradycja wytrwała tak długo. Początki kronik sięgają wiele wieków w tył. Mówi się, że są tak stare, że pamiętają początki istnienia elfów. Pierwszym znanym władcą, który doprowadził do rozkwitu był Herediusz II. Zajął się on polepszaniem stosunków z okolicznymi stadami i opanowywaniem większej wiedzy. Ich tereny się rozrosły dzięki pokojowej polityce - inne watahy dobrowolnie wręcz oddawały im swoje miejsce zamieszkania, by jelenie mogły sprawić, iż będzie się tam żyć znacznie lepiej. Tak się stawało, a Stado Gładkiego Poroża zasłynęło w całej okolicy. Kolejnym ważnym wydarzeniem, legendarnym wręcz było...
Urwałem, widząc zbliżającą się Aoki, Moone i Torance.
- Przepraszamy za spóźnienie! - krzyknęły chórem.
- Spóźnionych odpytuję - oznajmiłem beznamiętnym tonem.
- Proszę pana, ale spóźniliśmy się przez Aoki! - pisnęła Torance. Pospiesznie zerknąłem do jej wspomnień. Wystarczyło kilka rozmazanych wizji, a dostanie się do nich wcale nie było tak trudne choćby dlatego, że były świeże. Wyglądało na to, że nie kłamała. Wizja Moone pokrywała się z tą Torance, więc to mnie jeszcze bardziej upewniło, iż spóźnienie nie było z ich winy.
Nagle doszedł do mnie wciąż dziecięcy, acz znajomy głos. Szumowina. Zwróciłem karcący wzrok ku Aoki.
- Aokigahara, wyrażaj się.
Co ten zgrzybiały staruch bredzi? - ponownie usłyszałem. Czasem zaczynałem żałować, że mam dostęp do cudzych przemyśleń.
- Aoki, powiedziałem coś. Masz opanować swój język, inaczej dostaniesz dużo trudniejsze pytania.
- Proszę pana, ale ona nic nie mówi - skomentował niezbyt zorientowany Winteren.
- Ale myśli - odparłem, nie odrywając spojrzenia od Aokigahary.
Ten staruch mógł w każdym momencie wiedzieć o czym ja myślę. Muszę uciec!
- Nawet o tym nie myśl, nie uciekniesz z moich lekcji.
A więc nasz pan od historii jest jakimś mutantem czytającym w myślach? Może jeszcze demonem? Cóż, to by się zgadzało z jego wiekiem. Nie powiem, nieco mnie to zażenowało. Racja, była jeszcze młoda, a to nie była riposta na poziomie, lecz kreatywność uczniów niekiedy mnie zadziwiała.
- Powiedz mi proszę coś o dziejach Wschodu. Ze szczegółami geograficznymi - powiedziałem spokojnie. To ją chyba nieco zbiło z tropu.
- Nie mam zamiaru - syknęła.
- W takim razie coś prostszego. Chciałbym się dowiedzieć od ciebie czegoś o granicach dziesięciu najbliższych stad i poznać ich mieszkańców.
- A pan sam nie wie? Chyba powinien nauczyciel wiedzieć. Mogę się założyć, że taki staruch jak pan był przy powstaniu Watahy Magicznych Wilków.
- Nie byłem. Znajdowałem się wówczas za granicą - Tu się zaśmiałem. Uszy jej nieznacznie drgnęły. Czułem, że już powoli zaczyna rezygnować. - Bierzesz wszystko zbyt poważnie. Krzywdy ci nie robię i robić nie zamierzam, ale w moim obowiązku leży zdawanie raportów Alfie. Niestety tym razem dowie się, że nie poszło ci najlepiej, a tego chyba nikt by nie chciał.
- G*wno mnie obchodzi pana zdanie oraz Alfy.
Ten tekst przyprawił mnie o przyspieszenie pulsu. Zamknąłem ślepia, po czym wziąłem wdech i wydech. Musiałem się uspokoić. Naprawdę nie chciałem jej robić żadnej krzywdy, ale w takich nerwach po mojej mocy wszystko było możliwe. Jako, że była jeszcze młoda, jedno uderzenie mogłoby ją zabić.
- Aoki, bardzo cię lubię, więc nie rób mi tego, proszę.
- Czego mam nie robić?
Poczułem się jeszcze bardziej skonsternowany. Co miałem jej powiedzieć? Prawdę? Że jestem niebezpieczny? Inny, banalniejszy powód zdawał się być lepszym wyjściem.
- Opuszczać się w nauce, celowo przeszkadzać w lekcji i pyskować. Ma to jakikolwiek cel? Tylko tracimy swój czas. Teraz już usiądź na swoim miejscu i zapomnijmy o całej sprawie - oznajmiłem po dłuższej chwili.
- Nigdy nie zapomnę - syknęła i usiadła na swoim miejscu. Patrzyłem na nią przez dłuższą chwilę, po czym zerknąłem w kierunku, gdzie zasiadali chłopcy.
- Na czym stanąłem?
- Mówił pan o drugim ważnym wydarzeniu rozwijającym Stado Gładkiego Poroża - powiedział z opanowaniem Shenvedo. Skinąłem głową, przypominając sobie. Uśmiechnął się przyjaźnie, widząc moją reakcję.
- Ach, tak... - odparłem, wracając do mojego wykładu.
***
Po lekcjach historii miałem chwilę wytchnienia. Udałem się na spacer, by jakoś uspokoić nerwy. Zdecydowałem, że polowanie będzie idealnym rozluźnieniem. Może w ten sposób pozbędę się swoich nadmiernych pokładów wewnętrznej energii i przestanę się bać, że zrobię coś któremuś ze szczeniaków. Czekała mnie w końcu jeszcze lekcja tworzenia eliksirów. Całe szczęście, że zdecydowałem o temacie zajęć już kilka dni temu i teraz nie musiałem sobie tym zawracać głowy.
 Zamyśliłem się tak, że o mało nie przeciąłem drogi grupce szczeniąt, która musiała mieć akurat lekcje polowania. Wywnioskowałem to na podstawie Yuki, która szła na samym przedzie, mówiącą coś znudzonym głosem. Kiedy już w końcu będę mogła się udać na drzemkę - myślała równie zrzędliwym tonem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Wciąż do końca nie wiedziałem, czy ona nie czasem zwyczajnie minęła się z powołaniem. Maluchy na szczęście mnie nie zauważyły. Były zbyt przejęte naśladowaniem Yuki i robieniem za jej plecami głupich min. Czy one naprawdę sądziły, że ona tego nie widzi? Potrząsnąłem głową i skręciłem we własnym kierunku.
Poszukiwanie stada saren było dość zajmujące. Szczególnie ze wzgląd na wszechobecny chłód nie było ich aż tak wiele. Zakradłem się do najstarszej ze sztuk, chwiejnie idącej na rozdygotanych, wychudzonych nogach. Zabicie jej będzie oznaką miłosierdzia. Kiedy się zbliżyła, wykonałem w końcu skok, ale w tym samym momencie zrobiło się jasno. Gdy moje opuszki łap zetknęły się z warstwą zgniłych liści, z zrezygnowaniem zmieszanym ze strachem zauważyłem, że tym razem powaliłem największe stado. Dziesięć sztuk. Zrobiło mi się słabo. Wszystkie wierzgały przez dłuższą chwilę nogami, aż już całkowicie z nich życie nie uleciało. Straciłem apetyt. Chyba powinienem w takim wypadku wszystkie przytaszczyć do spiżarni watahy.
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Stałem tak przez dłuższy czas, patrząc na nieruchome pyski saren. Większość z nich nawet powiek nie zamknęło. Co jest ze mną nie tak? Mam jakieś wewnętrzne zapędy do destrukcji? Dlaczego nie mogę nad tym zapanować? Mogę tym zrujnować watahę. Ponownie zdenerwowany obróciłem się na pięcie i wywędrowałem ze spiżarni.
Nagle doznałem olśnienia. Było już popołudnie. Miałem przecież poprowadzić lekcje tworzenia eliksirów! Popędziłem do swojej jaskini, by zabrać fiolki i niezbędne składniki. Tam jednak zastał mnie niecodzienny widok. Aokigahara, dokładnie ta sama, która jeszcze rano mi pyskowała, teraz bawiła się kauczukiem. Jedyną pamiątką po moich szczeniakach. Szczeniakach. Teraz już pewnie całkiem martwych.
Najpierw chciałem na nią nakrzyczeć i wyrzucić, ale coś mnie przed tym powstrzymało. Finalnie stałem i po prostu patrzyłem, nie mając pojęcia cóż uczynić. Niespodziewanie piłeczka obrała mój kierunek. Odruchowo delikatnie chwyciłem go w zęby, następnie podrzuciłem i odbiłem nosem. Robiłem tak zawsze podczas zabaw ze swoimi pociechami. Aoki rozbawiona popędziła za kauczukiem, wciąż go odbijając. Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem, padłem na ziemię i ukryłem oczy pod łapami. Oddech ponownie zaczął mi ciążyć, a ja walczyłem z mdłościami. Nie, nie chciałem do tego wracać. Już zdążyłem przeboleć. Jednak to znowu wróciło.

<Aoki?>

środa, 14 czerwca 2017

Od Aoki „Bunty” cz.1 (C.d Kai)

Styczeń 2020 r.
- Idziesz? – Zawołała Moone. – Spóźnimy się na lekcję – jęczała.
- No chwila no – powiedziałam, mając w ustach pełno wypadniętej sierści.
- Musimy jeszcze pójść po Tor.
- To idź po nią – rzekłam. – Spotkajmy się przy Wodopoju.
- Dobra. – Wyszła. Wyglądałam tragicznie. Po nieudolnych próbach ułożenia sierści zdecydowałam, że jednak się umyję wodą. Przecisnęłam się przez wyjście z nory i pobiegłam jak najszybciej, najodludniejszą ścieżką do Wodopoju. Umyłam się starannie i napiłam wody. Wychodząc, otrzepałam się. Zaczęłam układać sierść. Usłyszałam znajome głosy.
- Czemuś taka mokra? – Zapytała Torance idąc w moją stronę. Przy jej boku szła Moone.
- Bo się myłam – powiedziałam.
- Boże, Aoki, zbyt bardzo przejmujesz się wyglądem – narzekała Mo.
- Cicho bądź – uciszyłam ją. Po parunastu minutach byłam gotowa. Poszliśmy do szkoły. Lekcje już się odbywały.
- Przepraszamy za spóźnienie – powiedziałyśmy chórem. Poszliśmy na własne miejsca.
- Spóźnionych odpytuję – rzekł Kai.
- Proszę pana, ale spóźniliśmy się przez Aoki! – Naskarżyła Torance. Szumowina, pomyślałam.
- Aokigahara, wyrażaj się – skarcił mnie Kai. Co ten zgrzybiały staruch bredzi?
- Aoki, powiedziałem coś. Masz opanować swój język, inaczej dostaniesz dużo trudniejsze pytania – zagroził.
- Proszę pana, ale ona nic nie mówi – powiedział na moją obronę ten nowy.
- Ale myśli – wytłumaczył nauczyciel. Byłam przerażona, tym że ten staruch mógł w każdym momencie wiedzieć o czym ja myślę. Muszę uciec!
- Nawet o tym nie myśl, nie uciekniesz z moich lekcji. – A więc nasz pan od historii jest jakimś mutantem czytającym w myślach? Może jeszcze demonem? Cóż, to by się zgadzało z jego wiekiem.
- Powiedz mi proszę coś o dziejach Wschodu. Ze szczegółami geograficznymi. – Rzekł z całkowitym spokojem. Już pędzę, pomyślałam.
- Nie mam zamiaru – zbuntowałam się.
- W takim razie coś prostszego. Chciałbym się dowiedzieć od ciebie czegoś o granicach dziesięciu najbliższych stad i poznać ich mieszkańców.
- A pan sam nie wie? Chyba powinien nauczyciel wiedzieć – odrzekłam. – Mogę się założyć, że taki staruch jak pan był przy powstaniu Watahy Magicznych Wilków.
- Nie byłem. Znajdowałem się wówczas za granicą - Zaśmiał się - Bierzesz wszystko zbyt poważnie. Krzywdy ci nie robię i robić nie zamierzam, ale w moim obowiązku leży zdawanie raportów Alfie. Niestety tym razem dowie się, że nie poszło ci najlepiej, a tego chyba nikt by nie chciał.
- G*wno mnie obchodzi pana zdanie oraz Alfy – obraziłam się. Basior zamknął oczy i odetchnął.
- Aoki, bardzo cię lubię, więc nie rób mi tego, proszę.
- Czego mam nie robić? – Przez chwilę patrzył na mnie, zastanawiając się.
- Opuszczać się w nauce, celowo przeszkadzać w lekcji i pyskować. Ma to jakikolwiek cel? Tylko tracimy swój czas. Teraz już usiądź na swoim miejscu i zapomnijmy o całej sprawie. – Powiedział.
- Nigdy nie zapomnę – powiedziałam odchodząc na swoje miejsce. Na lekcji historii rozmawialiśmy o dziejach północnych watah. Nie mogłam się doczekać końca tej lekcji.
***
- Miłej lekcji – powiedziałam na odchodne Moone. Ach jaka biedna ma lekcje eliksirów. I to jeszcze z tym zgredem Kai’em.
- Słuchaj, Aoki – zwróciła się Torance. – Dziś nie będę mogła zostać u ciebie na wieczór.
- Czemu? – Zapytałam.
- Idę na małe polowanie wraz z Sakurą i Shenem – rzekła.
- Ej no – zasmuciłam się.
- Przepraszam. - Uciekła. Zaczęłam się błąkać po terenach watahy. Przechodząc obok jakiejś jaskini zauważyłam w niej coś kolorowego. Zaciekawiona weszłam do groty. Była to… PIŁKA! Mój ogon wpadł w ruch. Zabrałam piłeczkę w pysk i rzuciłam nią lekko o ziemię. Odbijała się jak opętana. Zaczęłam ją gonić próbując ją złapać. Nagle zauważyłam cień w wejściu do jaskini. Kauczuk odbił się od podłogi, wleciał na ścianę pod takim kontem, że odbił się lecąc na ścianę nad wejściem. Piłka poleciała wprost w moją stronę, a ja zgrabnie złapałam ją w pysk. W wejściu stał… Nauczyciel od historii. Patrzał się na mnie nie wiedząc, co zrobić. 

<Kai? Jak zareagujesz? c: >

Uwagi: Brak daty. "Wodopój" to nazwa miejsca. Uciekło Ci kilka przecinków. Zwracałam już uwagę na słynne "Pan" i "Nauczyciel", więc proszę, zrób w końcu coś z tym. "Kauczuk" piszemy przez "k".

Od Kai'ego "(Bez)celowa bitwa" cz. 3

Jesień 2018 r.
Po pojawieniu się w miejscu, gdzie mieliśmy odbyć starcie, poświęciłem chwilę na obeznanie się w terenie. Zlustrowałem spojrzeniem smętne pustkowie spowite w półmroku, przez sypki piach pod łapami aż po granatowe, zionące pustką niebo poprzecinane barwnymi wstęgami, które prędko okazały się być meteorytami. Przekląłem pod nosem i rzuciłem się do ucieczki. Nie zdziwiłbym się, gdyby sytuacja potoczyła się tak, że zostanę powalony przez jeden z tych przebrzydłych kamieni, a nie przeciwnika, którego swoją drogą nawet nie widziałem.
Pędząc przed siebie na oślep, kilkakrotnie oglądałem się przez ramię. Każdy z meteorytów spadał jednak dobry kawał ode mnie. Byłem znacznie szybszy, więc raczej nic poważnego mi nie groziło. Jako, że dodatkowo nie byłem w żaden sposób zmęczony, zdecydowałem iż sprawdzę, czy mój przeciwnik już się pojawił na polu bitwy. Zacząłem się podświadomie lękać, iż możliwe było zniknięcie w eterze przez nieudolną próbę teleportacji przez Suzannę. Sam będąc obeznanym w temacie, wiedziałem, że nie całkiem tak powinna ona wyglądać, gdyż zawroty głowy nie powinny być tak silne, albo i nawet całkowicie żadne. Może spróbuję ją przeszkolić jak to się już skończy...? Potrząsnąłem głową i spojrzałem za siebie po raz kolejny. Znowu jedno wielkie nic.
Zacisnąłem powieki, koniec końców chcąc odszukać rywala. Skupiłem się tak, jak robiłem to zwykle, chcąc użyć mocy, aż nie poczułem (jakkolwiek to brzmi) jasności. Miałem zwykle do wyboru dwie pary drzwi... tym razem jednak dostrzegłem o jedne więcej. Zawsze tam były? Może ich po prostu nigdy nie zauważyłem? Zmarszczyłem brwi, z trudem powstrzymując chęć zatrzymania się i przyjrzenia się im uważniej. W biegu korzystanie z mojego żywiołu było dość skomplikowane. Wymagało podwójnych zasobów energii.
Zamiast przejmować się dogłębną analizą nieznanego dotąd przejścia, sięgnąłem do tej jaśniejącej bramy, przez którą chciałem przejść od początku - bramy umysłu. Tam już nie musiałem nic robić. Poczułem w głębi piersi pulsowanie rozprzestrzeniające się po całym ciele, aż do chwili, gdy przed oczami zajaśniała mi niewyraźna wizja sylwetki wilka. Również galopował w nieznane. Jego energia wskazywało na płeć męską. Czułem ponadto, w którym kierunku zmierzał. Wykonałem ostry zwrot. Miałem zamiar go dogonić. Powoli rozwarłem powieki, starając się jeszcze bardziej przyspieszyć.
Musiało minąć kilka minut, nim dostrzegłem z daleka coś, co początkowo uznałam za ruchome piaski. Wydzielało to jednak zbyt duży hałas, więc prędko doszukałem się źródła. Zorientowałem się, iż nie wywołał tego żaden kolejny uciążliwy element scenerii, lecz wilk, którym miałem stoczyć pojedynek. Będąc już nieopodal, czułem duszącą wilgoć. Twierdząc po kierunku przemieszczania się piasku, miał na to wpływ również żywioł ziemi. Wspinałem się żwawo na wzniesienie, na którym znajdował się tajemniczy wilk, którego osobowości już się domyślałem. Tylko jak go zaatakuję?
Mimowolnie uderzył mnie ból głowy, który zmusił do zamknięcia ślepi. Tajemnicza siła wręcz wepchnęła mnie za trzecie, tajemnicze drzwi dające dostęp do wybranego żywiołu. Gwałtownie otworzyłem oczy, wciągając powietrze. Klatka piersiowa koszmarnie zaczęła mnie uciskać w trakcie tego dziwacznego posunięcia. Ku mojemu zdumieniu musiałem podświadomie wdrapać się na wydmę. Teraz stałem kilkanaście metrów od wysokiego basiora o błękitnym futrze. Zgodnie z moimi podejrzeniami był to Dante. Nim zdołałem go pouczyć, że robi za pomocą swoich zaklęć zbyt duży zamęt, przez co jest niedyskretny, gdy niebo dokoła mnie przecięły jaskrawobiałe snopy światła. Początkowo sądziłem, iż to meteoryty, lecz gdy dostrzegłem, że uderzyły niczego nie spodziewającego się Dante, z trudem powstrzymałem okrzyk zaskoczenia. Sam czułem nienaturalną lekkość ducha i ciała. Strach nie był tak silny, jak bym się tego spodziewał. Uczucie to było na tyle niepokojące, że zwróciłem pysk w bok, tak, by wiedzieć że tajemnicze iskry wcale nie pochodziły z odległego nieba, lecz zdawały się wydobywać się z mojego własnego ciała. Z tym razem już narastającym lękiem spojrzałem na Dante. Upadł.
- NIE! - wrzasnąłem. Niebo nagle przecięło wiele innych jasnych świateł, migając jak oszalałe, a później... zniknęły. Potrzebowałem chwili, by przywyknąć do zwyczajnego tutaj półmroku, po czym pogalopowałem do młodszego basiora.
- Dante! Dante, obudź się! - krzyczałem, w końcu do niego podbiegłszy i szturchając jego nieruchome ciało nosem. Im dłużej tym robiłem, tym większą bezradność czułem. Głos stawał się nieprzyjemnie zachrypnięty, wręcz starczy. Do oczu cisnęły mi się łzy. Czułem, że wciąż żyje, ale bałem się, cóż takiego ten czar mógł zrobić z jego organizmem.
- Dan! Danny! Błagam, odezwij się... - mówiłem, już z trudem dychając. Oparłem delikatnie pysk na jego szyi. Przecież nie chciałem nikomu zrobić krzywdy. Naprawdę tego nie chciałem. Poobijać może tak, ale nie zabijać...
Nagle poczułem, że piach pod moimi łapami zaczyna się poruszać, a ja się zapadam. Nie zdążyłem się niczego chwycić, bo zrobiły za mnie to wijące się gałęzie. Uniosły mnie ponad świeżo powstały dół. Zaciskały się boleśnie na moim ciele. Dostrzegłem, że teraz niebieskie oczy Dante były otwarte i wpatrywały się we mnie z uwagą. Nawet stąd widziałem ukryte w nich cierpienie. Zacisnąłem powieki, czując mieszaninę ulgi i strachu o własne życie. Chciał się zemścić?
Niespodziewanie znowu świat przeszyły jasne iskry, tym razem te z nieba. Jedna rozerwała gałęzie oplatające ciasno me łapy, przez co o mało nie spałem kilka metrów w dół. Roślina w końcu dotychczas rosła i rosła... Opierając się łapami o łodygi, które nie ucierpiały w tym uderzeniu, zdołałem się ocalić. Dosłownie wisiałem w powietrzu, zaczepiony jedynie pazurami. Zdałem się na wolę niebios. Sytuacja ta bynajmniej mi się nie podobała. Jeszcze raz spojrzałem na basiora. Uniósł głowę, lecz wciąż wyglądał na zbyt wyczerpanego, by zrobić cokolwiek więcej. Ponadto twierdząc po śladach dookoła niego i resztkach meteorytu, musiał zrobić sobie kamienną tarczę, która szybko popękała. Faktycznie, kosmiczny odłamek leciał wówczas wprost na niego. Podniósł na mnie zmęczony wzrok. Roślina przestała rosnąć. Ba! Poczułem, że teraz zaczyna powoli kruszeć. Dan naprawdę nie miał siły.
Niedługo potem kawałek łodygi, o który dotychczas byłem zaczepiony, ułamał się. Na szczęście byłem na to przygotowany, więc wykonując w powietrzu salto, zdołałem stanąć na cztery łapy. Pospiesznie potruchtałem do Danny'ego. Zmartwiony zorientowałem się, że ponownie jego łeb opadł. Stracił przytomność. Co ja mu zrobiłem?
Niespodziewanie otoczył nas blask tak silny, że aż przyprawiający o ból głowy. Miałem wrażenie, że się wywracam, spadam z zawrotną prędkością... Aż nie poczułem chłodnej posadzki pod łapami. Zachwiałem się. Dopiero gdy złapałem równowagę, postanowiłem rozchylić powieki. Było dziwnie cicho. Ujrzałem pyski innych członków watahy. Nie umiałem opisać goszczących na nich emocji. Wnikanie do ich umysłów, by się tego dowiedzieć, raczej nie wchodziło w grę. Nie tylko dlatego, że było to trudne. Głównym powodem takiej decyzji był fakt, że bałem się, że ponownie utracę kontrolę. Cokolwiek się stało, jak na wilka w szczególności w moim wieku było co najmniej niepokojące.
Spojrzałem na Suzannę, która stała chyba najbliżej. Wbijała we mnie zamyślone spojrzenie. Kątem oka zaobserwowałem jak wynoszą omdlałego Dante. Pomodliłem się w duchu do bóstwa, w które tak naprawdę nawet nie wierzę.
- Co ja mu zrobiłem... - wyszeptałem ponownie. Byłem wstrząśnięty.
- Nie mam pojęcia i ty najwidoczniej również - Westchnęła Suzanna, z wyraźnymi śladami rozczarowania. - To znacznie utrudni sprawę.
Spojrzałem na nią z rosnącą dezorientacją.
- Cokolwiek zrobiłeś, nie wygląda to bezpiecznie. Zastanowię się nad twoimi kompetencjami do dalszej nauki szczeniaków. Nie możemy dopuścić do tragedii.
Zrobiło mi się słabo. Nowina ta mnie totalnie zdruzgotała. Niestety, ale mimo, że była ode mnie znacznie młodsza, miała oczywistą rację.

<C.D.N.>