Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 15 maja 2017

Od Torance "Porzucona" cz. 3 (Cd. Zirael)

Sierpień 2019 r
Samica miała bardzo jasne, różowe futro. Jej grzbiet, podbrzusze i łapy były białe, a ogon fioletowy. Podobnie jak ja miała dłuższą sierść na głowie, jednak u niej była ona w tym samym kolorze co ogon. Wyglądałaby bardzo cukierkowo i słodko, jednak jej budowa ciała – tak różna od sylwetek psów! - mówiła, że jest lepsza w boju od niejednego kundla. A oczy... Jej oczy były czarne i zimne. Kryło się w nich coś takiego, coś co dobitnie ostrzegało, by z nią nie zadzierać. Było w nich jednak coś jeszcze, coś czego nie potrafiłam nazwać.
Żadna z nas się nie ruszyła. Jedna lustrowała wzrokiem drugą i próbowała porównać nasze wyglądy do czegoś co znamy, czegoś ze świata każdej z nas. I chyba żadna nie pasowała. Lub przynajmniej stojąca przede mną samica ani trochę nie pasowała do świata, w którym dotychczas żyłam.
- Lis? - zapytała trochę niepewnie. Przechyliłam łebek w zaskoczeniu. Ja? Lisem? Czy o czymś nie wiedziałam? Podobno byłam podobna do tych stworzeń, dużo ludzi tak mówiło, ale... Po prostu nie. Nie czułam się lisem, byłam psem. W końcu oprzytomniałam na tyle, by uświadomić sobie, że wypadałoby odpowiedź.
- N-nie...
- Pies?! - wykrzyknęła nagle wilczyca. Była widocznie z siebie bardzo zadowolona, że rozwiązała zagadkę mojego gatunku. Byłoby to trochę zabawne, gdyby nie... Och, chwila. Nie byłoby. Przynajmniej nie miałam już powodu czuć się dziwnie z tym, że nie wiedziałam na początku z jakiego gatunku jest moja rozmówczyni.
- Tak – odpowiedziałam, na co samica się uśmiechnęła, a jej oczy zalśniły cieplejszym blaskiem. Jest bardzo wesoła i miła. Czy wszystkie wilki są takie?
„Raczej nie.” - odpowiedziałam sama sobie.
- Zirael – przedstawiła się bladoróżowa wstając. Już myślałam, że poda mi łapę, jak robią to czasem na powitanie ludzie. - Wilk z Watahy Magicznych Wilków.
Zmarszczyłam brwi. Nie pomyliłam się, samica była z tego gatunku. Tylko... Skąd ja o tym wiedziałam? A wataha...? O! Chodzi o sforę! Mieliśmy takie na mieście, w ich skład wchodziły bezpańskie psy. Czyli... Ich, to znaczy magicznych wilków, musi być więcej! I to gdzieś niedaleko! Nie wiedziałam czy powinnam się z tego cieszyć czy też nie.
Wilczyca spojrzała na mnie wyczekująco. Kurcze, powinnam się w końcu przedstawić.
- Tori – powiedziałam trochę się wahając. Nie byłam pewna, czy nie powinnam używać pełnego imienia. Stwierdziłam jednak, że nie. Zdrobnienie też jest spoko.
Nagle Zirael podeszła do drzewa, do którego przymocowana była moja smycz. Wystraszona, ale jednocześnie bardzo zaciekawiona przyglądałam się jak samica przegryza smycz. Zrobiła to tak szybko, że było to aż niesamowite. Musiała mieć bardzo ostre zęby... Teraz samica obróciła się i skierowała swoje długi kroki w moją stronę. Co chciała zrobić, chyba nie...?
Spojrzałam w jej oczy, teraz takie ciepłe i przyjazne. Chyba chodziło o moją obrożę, ale nawet jeśli to niech się lepiej nie zbliża. Zresztą – nie chcę jej tracić. To tak jakbym wyrzekła się samej siebie.
- Nie, zostaw ją. Proszę.
- Jak chcesz – mruknęła Zirael wzruszając lekko ramionami. Pewnie nie rozumiała mojego zachowania, ale trudno. Ja sama nie zawsze je rozumiałam...
- Chcesz pójść ze mną do mojej watahy? - zapytała. Wyczuwałam od niej duże podekscytowanie. Zachowywała się tak przyjaźnie, była taka miła, a jednak coś mi nie dawało spokoju. No właśnie, znowu owe, tajemnicze „COŚ”. Czym ono było? Propozycja wisiała w powietrzu, czułam, że muszę się na nią zgodzić, więc to zrobiłam. Co prawda trochę niechętnie, ale się zgodziłam. Wiedziałam, że jakaś część mojej osobowości nie pozwoliłaby mi odmówić. Nie ma mowy.
Spojrzałam jeszcze w stronę, z której przyszłam. Gdzieś tam znikła Anna, gdzieś tam był mój dom, moje życie.
- Czekasz na kogoś? - zapytała znowu Zirael.
Miałam ochotę przytaknąć. Czekam. Czekam na Annę. Przyjdzie tutaj...
„A co jeśli nie?”
Postawiłam uszy, ktoś coś powiedział. Jakiś głos, słyszałam głos. Nie, wydawało mi się. Musiało mi się wydawać, w końcu w okolicy nikogo nie było. Jednak ten tajemniczy głos miał rację. Wiedziałam to, jednak bałam się do tego przyznać, bo to by oznaczało koniec. Koniec mojego życia, wszystkiego co znałam. Mój koniec. Ten, ten... Który nadszedł. Spuściłam łeb przytłoczona rzeczywistością w jakiej się znalazłam i pokręciłam głową. Nie czekam.
- No to w tę stronę - powiedziała z łagodnością i spokojem, o jaki bym ją nie osądzała. Skinęłam głową i się podniosłam. Zirael spojrzała na mnie przez ramię. Czekała. Ruszyłam w jej stronę, a kiedy się z nią zrównałam – ta zaczęła i w stronę, z której przybyła.
Szłyśmy przez las w całkowitej ciszy. Nie przeszkadzało mi to, a Zirael była całkowicie oddana swoim myślom. Tak więc, ciszę przerywały jedynie wspaniałe odgłosy otaczającego nas „Przeklętego Lasu”. Otaczało mnie pełno ciekawych zapachów, że ledwo się powstrzymywałam, by nie zostawić towarzyszki i nie pobiec za interesującą wonią.
„Nie jest tak źle, prawda? Fajnie by było tu zostać...”
Podskoczyłam ze strachu. Ten głos... Znowu ten głos. O psy i wilki! Pomocy! Co to ma być?! Nie możliwe, by mi się zdawało, to nie był głos moich myśli, więc... więc co to było? Głos nie brzmiał na kobiecy. Brzmiał jak chłopięcy, jednak również tak inaczej, niż każdy jaki słyszałam dotychczas. Coś w nim było innego. Może to to, że mówi w „moim” języku? Nie, chyba jednak to nie to.
- Wszystko w porządku? Co się stało? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Zirael. Samica przystanęła i teraz patrzyła na mnie z niepokojem. Powinnam powiedzieć jej prawdę?
- Słucham? Nie, nic. Wszystko jest ok - skłamałam. Zirael wzruszyła ramionami i się odwróciła. Wskazała mi gestem łapy, bym ruszyła lekko przed nią. Zrobiłam co mi kazała. W tej chwili złapało mnie poczucie winy. Nie powinnam tego robić. Wilczyca była w stosunku do mnie tak miła, nie znała mnie, a pomogła mi. Gdyby nie ona, prędzej czy później umarłabym pod tym drzewem, a tak? Mam nadzieję na nowe życie. A jak ty, idiotko się odwdzięczasz? Okłamujesz ją. Co prawda, zdaję sobie sprawę, dlaczego to zrobiłam boję się tego co może oznaczać to, że słyszę ten dziwaczny głos.
„Wszystkie działania mają swoje konsekwencje. Nawet najmniejszy szczegół może odmienić całe twoje życie.”
Tym razem nawet nie ruszyłam uchem, kiedy Głos się odezwał. Poczułam z tego powodu ogromną dumę, dopóki nie zdałam sobie sprawy z tego, co usłyszałam. W tym momencie cała radość ze mnie uleciała niczym powietrze z przekłutego balonika. Zastąpiły ją dwie gule, jedna w brzuchu, druga w gardle. Gule nie do przełknięcia, spowodowane nasilonym poczuciem winy i świadomością co zrobiłam. Otworzyłam oczy szerzej i stanęłam. Czułam jak moje ciało się napina, jakby w wyczekiwaniu. Nie miałam jednak w tej chwili nad nim władzy. Serce, które w ciągu ostatnich minut ciągle na zmianę to przystawało, to znowu biło szaleńczo, przeżyło kolejny zawał.
Próbowałam się ruszyć, odzyskać panowanie nad sobą, uspokoić się. Nie wychodziło mi to, nie potrafiłam nic zrobić, mogłam tylko stać i czuć jak serce mi wali. Czy to ma być kara za moje kłamstwo? W głowie zabrzmiało echo ostatnich dwóch zdań wypowiedzianych przez Głos. Zdań, które nie wiedzieć czemu wywołały u mnie tak dziwaczną reakcję.
- Tori! Hej, mała! Co ci jest? Tori?! - słyszałam jakby z daleka starszą samicę. Jej głos był zdenerwowany, martwiła się. Martwiła się o coś, ale już zapomniałam o co. Chyba o mnie, ale nie mam pewności. Nic już nie wiem.
„Wszystkie działania mają swoje konsekwencje. Nawet najmniejszy szczegół może odmienić całe twoje życie.”
Tylko te dwa zdania bez przerwy krążyły po mojej głowie. Poza nimi nie było nic innego. Tylko one...

<Zirael?>

Uwagi: Prosiłabym o używanie pełnego imienia do tytułów op.

sobota, 6 maja 2017

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 5

Wrzesień 2019 r.
Nadchodziła jesień. Po upalnym lecie czułam wyraźnie różnicę. Przez te wszystkie miesiące - które już się złożyły na przeszło rok - wciąż nie całkowicie ochłonęłam. Nadal nie mogłam przemówić sobie do rozsądku, że wcale nie jestem obserwowana, że w Watasze Magicznych Wilków jestem bezpieczna. W końcu, będąc opiekunką młodych, wymagało się ode mnie zapewnienia szczeniakom tego poczucia, którego sama nie posiadałam. Jak więc mogłam w pełni sprawować swą funkcję? Niby w oczach innych wilków byłam osobą pracowitą i godną zaufania, jednakże wewnętrzny strach nie dawał mi normalnie żyć.
Wszystko przez tę pieprzoną chatę.
Tego dnia byłam zwolniona ze stanowiska. Szczeniaki popędziły na lekcje, a ja zostałam całkowicie sama na Szczenięcej Polanie. Łeb miałam położony na łapach, a chłodny wiatr dął mi w uszy. Tak, zdecydowanie zbliżała się jesień. Tak właściwie, to z jakiegoś powodu, w przeciwieństwie do większości wilków, darzyłam tę porę roku całkowicie nieuzasadnioną sympatią. Lubiłam patrzeć na kolorowe liście. No i aż tak nie lubiłam palącego gorąca. To chyba tyle z mojej listy walorów najulubieńszej pory roku.
Moje myśli pogalopowały ku Navri. Niezwykle ciekawiło mnie, jak sobie radziła, szczególnie na tle znacznie starszych uczniów, ale od odejścia Astrid ciężko było mi podejść do Dana i normalnie z nim porozmawiać. Jego oczy wyrażały inteligencję, którą albo przez te lata ignorowałam, albo która objawiła się stosunkowo niedawno. Do tego ta aura zrozumienia bijąca od niego, którą dało się wyczuć już z pewnej odległości. Na pewno wydoroślał, zmądrzał i zmężniał... Wstyd przyznać, ale przerażało mnie to. Tak właściwie, to żyłam z ciągłym wrażeniem, że moje życie wywróciło się do góry nogami już od tego feralnego dnia, w którym zawitałam w przeklętym, podstarzałym domu. Zatrzymanie się tam było błędem. Teraz akceptowanie jakichkolwiek zmian było dla mnie niezwykle trudne. Dlaczego, tego już uzasadnić nie mogłam. Wszystko jakby pędziło, a ja nie mogłam za tym nadążyć.
W moich dalszych rozmyślaniach przeszkodził mi szelest w pobliskich krzakach. Bezszelestnie zerwałam się z miejsca, a kiedy hałasy nie ustały, ostrożnie zbliżyłam się do celu. W porządku. To był tylko łaciaty królik. Stwierdziwszy, że tak właściwie, to jestem całkiem głodna, zaczaiłam się na niczego nieświadomego gryzonia. Jednakże mój fart nie trwał wcale aż tak długo, gdyż na ułamek sekundy przed atakiem, musiał mnie jakimś cudem dostrzec. Zaczął uciekać. No nic, nawet najlepszym się to zdarza - przez myśl, gdy rozpoczęłam za nim pościg. Przebierając tymi swoimi małymi, puchatymi łapkami, leciał sprintem przez Zielony Las.
Zorientowałam się, że coś jest nie tak dopiero, kiedy znajome zapachy stopniowo zanikały, a oczy zaczynały mnie kompletnie bez powodu piec. Zwolniłam kroku, szybko mrugając. Szczypanie stopniowo zanikało. Dopiero wówczas zauważyłam, że łaciate futerko króliczka robiło się coraz jaśniejsze, a wręcz przejrzyste. Z przerażeniem pomieszanym z podziwem patrzyłam, jak znika w tumanie błękitnego pyłu, który zdawał się jaśnieć własnym światłem. Zatrzymałam się, kompletnie osłupiała.
- Witaj, Soharo - usłyszałam znajomy, niski głos. Usunęłam się w bok, z dala od jego właściciela, jednak obracając pysk w jego kierunku. Wszyscy, tylko nie on - pomyślałam z narastającą paniką. Pierwsze, co zobaczyłam, to lśniący medalion, który za pomocą lewitacji nie tylko się zamknął, ale również sam zawiesił się na szyi dość wysokiego basiora. Widząc go w pełni okazałości, zawróciło mi się w głowie. Czyli jednak również zmienia się w wilka - pomyślałam. Jego białe futro było poprzecinane ciemnymi wzorami, a sylwetka wskazywała na doskonałą formę. Koszmarnie przypominał mi wujka Alexandra, jednakże miał w sobie coś... obcego. Dzikiego. Groźnego. Efekt potęgowały jego tajemnicze i cholernie bystre oczy koloru orzechu, które znałam aż zanadto dobrze. Ilekroć widziałam je w snach, nigdy nie zwiastowały niczego dobrego. Były dla mnie od tych kilku miesięcy zwiastunem pecha.
- Niezła sztuczka, prawda? - przemówił, uśmiechając się delikatnie. Zupełnie, jakby uważał, że zaraz się spłoszę i ucieknę. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie czułam się ani trochę lepiej, wiedząc już teraz, jak wygląda bez maski i w dodatku w wilczej formie. Przybierając tę postać uzmysłowił mi pewną rzecz, której raczej wolałam nie wiedzieć. Przez ten cały czas odrzucałam nawet tę możliwość, gdyż wydawała mi się zbyt nierealna, by była prawdziwa. Może przekonywałam się do nieprawdziwości owej teorii, chociażby dlatego, że nie chciałam, by okazała się być prawdziwa.
Ledwo trzymając nerwy na wodzy, zapytałam:
- Czego ode mnie chcesz?
- Niczego szczególnego. Tylko się zapoznać, porozmawiać... - mówił, powoli obchodząc mnie dookoła. Było w nim coś bardzo drapieżnego. Coś, co zdecydowanie mi się nie podobało.
- To przez ciebie mam te wszystkie problemy, prawda?
Mlasnął z niezadowoleniem.
- Poniekąd tak, choć wiele zależy od tego, jak się na to spojrzy. Chciałem ci tylko uzmysłowić, że nie jesteś doceniana tak, jak doceniana być powinnaś. Drzemie w tobie wielka siła woli, która dotychczas się marnowała. Ma dużo więcej, dużo pożyteczniejszych zastosowań, niż by się tobie zdawało. Wszyscy cię oszukiwali co do twojej zwyczajności. Tak jest zawsze. Rujnują marzenia, starając się wpoić regułkę na idealne życie - mówił coraz szybciej, a ja widziałam, że w jego oczach płonie ogień żądny zemsty - Regułkę, która sprawia, że świat nie idzie w tym kierunku, co powinien. Pokolenie nijakości, które niczego nie dokonuje, sądząc, że albo to idzie na nic, albo że jest to niemożliwe. Nic nie jest niemożliwe. Szczególnie dla ciebie. Płynie w tobie niezwykła krew, a o tym najwidoczniej nikt cię nie nie uświadomił.
- Pozbawiłeś mnie przyjaciela...
- Chciałaś chyba powiedzieć "chłopaka" - Zaśmiał się cicho - Zrobiłaś to całkowicie sama.
Serce mi łomotało jak oszalałe. Miał rację. Miał pieprzoną rację. Aż po prostu trudno mi było w to uwierzyć.
- Jak się wdarłeś do moich snów?
Uśmiechnął się tajemniczo.
- Znam pewne sztuczki... Niby niczemu większemu nie służą, a jednak są niezwykle przydatne.
Wzięłam głęboki wdech. Już od początku wiedziałam, że ta rozmowa nie będzie należeć do najprostszych. Cały czas umysł krzyczał "uciekaj!", lecz serce nakazywało dalej stać i słuchać, cóż miał mi do powiedzenia. Poczułam się wręcz zaintrygowana.
- W takim razie... Czego takiego miałam się dowiedzieć?
- Dysponuję naprawdę olbrzymią wiedzą w rozległych tematach, a to niewłaściwy czas i miejsce do takich rozmów.
- Nigdzie się stąd nie ruszam - syknęłam, wyczuwając ukrytą prośbę o przemieszczenie się gdzieś, najpewniej z dala od Watahy Magicznych Wilków - A ten dom? To też twoja sprawka?
- Niecałkowicie - mruknął - Choć przyznam, że poruszanie zwłokami za pomocą czaru do najprostszych sztuk nie należało.
Zawróciło mi się w głowie. A jednak. Słusznie obarczałam go winą za ten cały dzień, który zapadnie mi w pamięci na naprawdę długo.
- Kto to był? - zapytałam półgłosem. Robiło mi się słabo na samo wspomnienie zgniłych, brutalnie ukatowanych zwłok, które miast oczu miały dwie czarne perły. Basior aż przystanął, spuszczając smutny wzrok. Czyli jednak to nie była żadna atrapa, lalka czy ucharakteryzowany mechanizm. Jego postawa tylko utwardziła mnie w przeczuciu, że mam rację. Że cokolwiek stało się tej kobiecie, nie było to wyłącznie moim urojeniem, a to wydarzyło się naprawdę.
On jednak nadal stał w bezruchu, dziwnie zadumany. Choć miałam pewne podejrzenia, odnośnie tego, kim mógł dla mnie być, teraz uzmysłowiłam sobie, że wyglądał na góra pięć czy sześć lat... Coś mi tu nie pasowało. Co jeśli umiał zmieniać postać i się pod kogoś podszywa, tylko po to, by zyskać moje zaufanie? A może już po prostu popadam w paranoję?
- Kto to był? - powtórzyłam, czując coraz większe nerwy. Intuicja głośno mówiła mi, że ta wiedza wcale mi się nie spodoba.
Gdy w końcu podniósł na mnie wzrok, lustrując mnie uważnie swoimi czujnymi, orzechowymi oczyma, przeszły mnie dreszcze.
- Valixy Purpura, twoja matka.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

piątek, 5 maja 2017

Od Zirael "Wśród traw i krzewów" cz. 1 (cd. chętny)

Wrzesień 2019 r.
Powoli widać było pierwsze oznaki jesieni, choć słońce nadal przygrzewało. Zwierzyny w lesie nie brakowało, tylko chęci, by ją upolować były znikome. Przeciągnęłam się, by za chwilę pobiec w głąb cienistego lasu i rzucić się na najbliższą zdobycz. Była nią sarna. Została już wcześniej zraniona, nie była w stanie umknąć. Zaciągnęłam ją do jaskini, w której chowaliśmy nasze zapasy - przywitała mnie zimna pustka - i pobiegłam po więcej. Niedawno zostałam wybrana do grupy polowań, a że ostatnio nikt nie polował, chciałam zebrać trochę zapasów. Zmarszczyłam brwi, widząc wylegujące się wadery niedaleko spiżarni.
- Hej! Jak nie macie co robić, to może pomożecie z zapasami? - zapytałam uśmiechając się przyjaźnie. Chciałam zrobić dobre wrażenie, żeby dały się przekonać, jednak po chwili odbiegły chichocząc.
- Nie to nie! - krzyknęłam i rzuciłam się pędem na polanę. Ile już wilki głodują? Nikt mi nie wmówi, że nie musi jeść. Za tydzień może dwa ktoś padnie jak nic. Nie zmieniało to jednak nastawienia wilków, które teoretycznie nie były przydzielone do tej profesji - ale czy to znaczy, że nie mogą pomóc?
Odetchnęłam głęboko omiatając wzrokiem polanę. Liście nadal mieniły się zielenią, a trawa pozostawała żyzna. Położyłam się na brzuchu i czekałam. Wdychałam wciąż świeże powietrze czekając na ruch. Zmrużyłam oczy. W końcu po chwili zauważyłam jelenia. Skrzywiłam się. Nie pamiętam żebym na nie polowała od wypadku. No cóż - z brzuchem przy ziemi powoli i bezszelestnie zbliżałam się do mojej ofiary. Wyprężyłam się i skoczyłam na grzbiet. Wgryzłam się, a zwierzę zawyło z bólu. Jeleń jeszcze przez chwilę próbowała mnie zrzucić, kiedy się przewrócił. Dobrałam się do jego szyi i jego jęki ucichły. Dumnie stałam i spoglądałam na martwe oczy zwierzęcia. Jeszcze nigdy polowanie nie sprawiło mi takiej przyjemności. Aczkolwiek zaciągnięcie go do spiżarni nie było już takie przyjemne.
Było mi mało. Dawno nie miałam świeżej krwi w pysku, nie chciałam przestać. Wybrałam się na łąkę gdzie odszukałam kotlinki. Bardzo powoli poruszałam się w ich pobliżu aż natrafiłam na dwa zające. Wyczaiłam się. Wiedziałam, że wyczuwają ruch, choć wzrok mają słaby. Zbliżałam się bardzo powoli, prawie wcale. W końcu skoczyłam miażdżąc jednego pod łapami a drugiego raniąc kłami. Skręciłam pierwszemu kark i rzuciłam się za drugim. Dogoniłam go po paru metrach i wróciłam z obiema zdobyczami do jaskini. Byłam wyczerpana całym uganianiem się za zwierzyną, zwłaszcza że dawno tego nie robiłam. Skierowałam swe kroki do jaskini.
Na skraju lasu zobaczyłam wilka.
- Nocne polowanie, co? - rzuciłam i zmęczona weszłam do chłodnej jaskini.

<Do kogokolwiek z grupy polowań kto lubi polować nocą :)>

Uwagi: Nieprawidłowo zapisujesz tytuł op.: brakowało aż kilku elementów. Ponadto istnieje dokładny podział, kto jaką funkcję w polowaniach pełni, więc o ile Zirael faktycznie przypada dyżur wieczorny, tak niezbyt mi pasuje do Sierry i Suzanny lekceważenie swoich nowych obowiązków. Dodam jeszcze, że bonus w postaci dodatkowych SG czy ogólnie przyjętym po 5 pkt. pożywienia dla wszystkich aktualny jest wyłącznie w wypadku opisania WSPÓLNEGO polowania grupy polowań (czyli musisz opowiedzieć o tym, jak dany wilk wypełnił swoje zadanie na danym dyżurze). Tak czy inaczej zebrałaś łącznie 60 pkt., co daje po 4 pkt. dla każdego. Niby różnica niewielka, jednakże tak na przyszłość przestrzegam.

czwartek, 4 maja 2017

Od Dante "Kiedy zaśpiewa słowik" cz. 3 (cd. Moone)

Grudzień 2018 r. i styczeń 2019 r.
Obudził nas szczenięcy wrzask:
- Pobudka!
Jednocześnie poczułem na grzbiecie małe łapki, delikatnie przyciskające mnie mocniej do ziemi. Odruchowo zerwałem się z ziemi, o mało nie zrzucając Moone, o której wizycie uświadomiłem sobie chwilę potem. Nocowała u nas? Nie mogłem sobie przypomnieć.
- Czemu przychodzisz tak wcześnie? - zapytała Astrid. W tym czasie pozwoliłem waderce zgramolić się z mojego grzbietu.
- Przecież nie jest już rano! Pora wstawać! - wrzasnęła, niezdarnie zeskakując na ziemię. Nagle znieruchomiała, namyślając się nad czymś zawzięcie. - Chciałam się coś jeszcze spytać.
- Tak?
- A jak będzie się nazywać moja nowa koleżanka?
- Najprawdopodobniej Narvi - oparła Astrid z uśmiechem. Zerkała w kierunku małej Navri, która ku mojemu zaskoczeniu wciąż całkowicie niewzruszenie drzemała. Była taka drobna... Maleńka kruszynka.
- A czy przypadkiem nie miałaś iść do szkoły? - zapytałem, przypomniawszy sobie, że Moone musiała być w wieku szkolnym. Uśmiechnęła się głupkowato, wyraźnie przyłapana na gorącym uczynku.
- No... powinnam.
- Więc idź! - powiedziałem, udając srogość. Zaśmiała się i wybiegła z jaskini.
- Do widzenia!
- Do zobaczenia, Moone - odpowiedziałem, jednak ona już tego nie usłyszała. Za to Navri się ocknęła, czym powiadomiła nas głośnym popiskiwaniem. Wyglądało na to, że zgłodniała.
***
Słońce już chyliło się ku zachodowi, kiedy wróciłem do jaskini. Cały dzień jak zwykle ganiałem to za naszą Alfą, to za niezwykle chyżym Fermitate. Było go wszędzie pełno, a po jego sposobie prowadzenia rozmowy z wilkami z dawnej Watahy Czarnego Kruka, nie mogłem przewidzieć, czy szykują się do bójki, czy może braterskiego uścisku. Wciąż niecałkowicie opanowałem zwyczaje tam panujące, więc zdarzało się, że stojąc z boku i pilnując bezpieczeństwa Alfy, miałem tak namącone w mózgu, że później nawet przyjmowanie prostych poleceń do wiadomości było wyzwaniem.
Wystające skały w jaskini rzucały długie cienie na postacie się tam znajdujące. Prócz Astrid ze zwiniętą białą kulką u boku, która wciskała się w jej bok jak tylko mogła, w środku ujrzałem również znajomą waderkę z krótkim, czarnym futerkiem. Skakała wesoło to w prawo, to w lewo, na co Navri patrzyła z szeroko otwartymi oczami.
- Moone! - powiedziałem z nieskrywanym zaskoczeniem. Spojrzała na mnie z przestrachem, ale kiedy zobaczyła, że się uśmiecham, nieco się uspokoiła.
- Przyszłam się pobawić!
- Mówiliśmy, że...
- Próbowałam jej to wyjaśnić, ale się uparła - wtrąciła As - Navri raczej nie chce się bawić, ale też jej nieszczególnie przeszkadza.
- Czemu nie chce się bawić? Wszystkie szczeniaki to uwielbiają - jęknęła młoda.
- Jest jeszcze za mała - powtórzyłem, zerkając na partnerkę. Była dziwnie zamyślona.
- Ile mam czekać? Miesiąc? Chcę już! - narzekała dalej.
- Masz chyba inne koleżanki. Navri dołączy do was trochę później, kiedy wystarczająco dorośnie do wspólnych zabaw - upierałem się dalej. W końcu westchnęła ze zrezygnowaniem.
- W sumie pan Kai kazał nam zapytać starszych członków watahy o to, jak powstała Wataha Magicznych Wilków.
- Naprawdę? - aż usiadłem, zainteresowany.
- Tak, może za to podwyższyć ocenę - Spojrzała na mnie z nadzieją.
- I rozumiem, że ty bardzo tego potrzebujesz?
Pokiwała pospiesznie głową. A więc to tak - pomyślałem, uświadomiwszy sobie, że Moone musiała być strasznym nieukiem. To pewnie przez brak opiekuna. Nie miał kto jej kontrolować i zachęcać do działania. Może by tak...? Zerknąłem na As, jednak nie umiała czytać w myślach. Wciąż wyglądała na dość nieobecną. Przyrzekłem sobie w duchu, że gdy tylko Moone zajmie się czymś innym, zapytam, w czym rzecz.
- Miło, że uważasz mnie za dość starego, by pytać o takie rzeczy - zaśmiałem się nieco ironicznie. Wyrwało jej się westchnięcie wskazujące na zawstydzenie.
- Muszę cię rozczarować, bo nie mam aż tylu lat, by być tego świadkiem. Z tego co mi wiadomo, nikt z Watahy Magicznych Wilków nie pamięta takich rzeczy.
Wyglądała na tym bardziej zdołowaną.
- ALE - zacząłem głośno, przez co gwałtownie uniosła łepek - Krąży wiele opowieści na ten temat, a jako, że leży to w podstawie programowej nauczania szczeniaków, posiadam takie informacje. W razie, jakbym coś pomylił, Astrid może mnie zawsze poprawić. Przyznaję, że nigdy do najlepszych uczniów nie należałem.
I trochę tego żałuję - przemknęło mi przez myśl, ale nie wypowiedziałem tego na głos. Moone patrzyła na mnie lśniącymi, różowymi oczami. Może były one fioletowe...? No, nieistotne.
- Watahę Magicznych Wilków założyła kilkanaście lat temu Kiiyuko, która jakiś czas temu nas niestety opuściła - zacząłem - Prawdopodobnie powodem była po prostu chęć zrzeszenia jakichś towarzyszów i osiedlenia się na stałe. Chadzały plotki, iż Kiiyuko w rzeczywistości nie pochodzi z Ziemi, stąd jej przesadzone zainteresowanie światem.
- Jak to? - poruszyła się waderka o ciemnym futerku.
- Niektóre jej zachowania początkowo rzekomo nie wskazywały, aby była Ziemianką.
- Jakie na przykład?
- Moja mama - To słowo z trudem przeszło mi przez gardło - Była jedną z pierwszych członkiń tego stada. Kiedy byłem mały, czasem żartobliwie wspominała o tym, że Kiiyuko czasem skakała z drzew, sądząc, że poleci. Innym przykładem była próba jedzenia siłą woli lub narzekanie na typowo wilcze posiłki. To jednak pozostaje dla mnie zwykłą teorią, bo nie jestem w stanie ocenić, czy miała rację, czy po prostu zebrało jej się wtedy na żarty.
- Nie masz mamy? - zapytała po chwili wahania Moone. Wyglądało na to, że zauważyła zmianę tonu mojego głosu. Pokręciłem przecząco głową. Poczułem, że As porusza się niespokojnie. - Ja też nie. Ale nie martw się, w watasze jest fajnie.
- To na pewno - zaśmiałem się, starając się zamaskować zbierające się do oczu łzy. Łzy za kimś, kogo nawet dokładnie nie pamiętałem, bo odszedł tak dawno. Uśmiechała się przyjacielsko, zerkając to na mnie, to na Navri, która zdążyła w międzyczasie zasnąć.
- Dziękuję za pomoc - skłoniła się lekko - To mogę się z nią pobawić?
Zaśmiałem się.
- Jeszcze nie teraz.
Nieco rozczarowana wyszła, ale po postawionych uszach poznałem, iż była jednak zadowolona świadomością możliwości nabycia pozytywnej oceny.
- Może byśmy ją tak przygarnęli? - zagaiłem, kiedy miałem pewność, że nas nie usłyszy.
- Jeśli chcesz, by była szczeniakiem bez matki, to proszę bardzo - odpowiedziała As cicho. Spojrzałem na nią w zdumieniu.
- O czym ty mówisz?
- O tym, co słyszysz. Muszę odejść - oznajmiła, podnosząc wzrok. Dopiero teraz dostrzegłem, że ciemne kręgi spod jej oczu wcale nie zniknęły, a co jedynie się pogłębiały. Zadrżałem. Moja mama też z dnia na dzień zniknęła. Nie chciałem powtórki z rozrywki.
- Ale... dlaczego?
- Tego już nie mogę powiedzieć - Pokręciła głową - Zostanę jeszcze kilka tygodni, aż Navri nie będzie mogła chociażby częściowo jeść jak inne wilki. Grzmiało mi w głowie. As miała odejść...?
- Wierzę w ciebie. Jesteś dość silny, by sobie z tym poradzić - Posłała mi zmęczony uśmiech. Wciąż nie wierzyłem w to, co właśnie dane było mi usłyszeć.
*** Miesiąc później ***
Leżałem w jaskini, dając się nieco nagrzać słabymi, styczniowymi promieniami słońca. Topiły śnieg pokrywający cienką, lepką warstwą całą okolicę. Choć świat o tej porze roku powinien być biały, tak ten nasz był szaro-zielono-biały. Dziwnie wyblakły i bez wyrazu. Może sam sobie to wmawiałem, od kiedy odeszła As. Pożegnała się z nami raptem kilka dni temu, a ja miałem wrażenie, jakbym był sam od wieków. 
Navri o dziwo w ogóle się tym nie przejęła. Całkowicie spokojnie spała u mojego boku. Nieznacznie urosła od swoich urodzin, jednak wciąż wyglądała na tak samo słabowitą, jak wcześniej. Jako, że miewałem długie dyżury na stanowisko, często zostawiałem ją u Sohary. I ją ostatnimi czasy opóźniły siły, ale wiedząc, że nie uzyskam odpowiedzi na pytanie, co się stało, nawet nie próbowałem zagadywać. Grunt, że przyjmowała Navri z otwartymi ramionami.
Postawiłem uszy, słysząc, że ktoś się zbliża. Już chwilę później zza rogu wyłoniła się drobna, acz doskonale mi znana sylwetka waderki, która odwiedzała nas tak często, jak tylko mogła. Lubowała się w szczególności bawić kolekcją srebrnych łyżeczek Astrid.
- Tooo... mogę się pobawić z Navri?
Po chwili wahania skinąłem głową. Wiedziałem, że raczej nic z tego nie wyjdzie, ale wyglądała na uradowaną. W końcu obiecywałem jej to już od miesiąca.

<Moone?>

Uwagi: Brak.