Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 20 stycznia 2017

Od Miniru "Pierwsza pogoń" cz. 4 (C.D. Shiryu)

Czerwiec 2018
  Ziewnęłam ospale i przeciągnęłam się. Gdy dotknęłam czegoś miękkiego łapą przestraszyłam się nie na żarty. Odskoczyłam z bok i spojrzałam na ów postać. Był to basior. Po plecach przeszedł mi dreszcz, a ja już chciałam wyjść z tej jaskini. Jednak gdy spojrzałam na niebo, zrozumiałam, że nie ma sensu włóczyć się po nocy. Odeszłam spokojnie w kąt i zwinęłam się w kulkę. Patrzyłam na wilka odwróconego do mnie plecami. W pewnym momencie zaczął się cicho śmiać. Przetoczył się na plecach w moim kierunku.
- Coś ty taka przestraszona? - zapytał w bardzo zabawny sposób, jednak mi nie było do śmiechu. Zawarczałam - Ej, spokojnie! To ja, Shiryu!
- Shiryu? No tak... Zapomniałam... - powiedziałam lekko speszona - Co ja tu robię? I czemu masz skrzydła? Dlaczego leżałam obok ciebie?!
- Wczoraj atakowała nas Mantykora i przyszliśmy, bo tutaj jest bezpiecznie. Skrzydła pojawiły się, gdy ja chciałem zamienić się w ptaka, ale coś nie wyszło... A ja leżałem obok ciebie... - tu się lekko zaczerwienił - aby w razie czego... chr-chronić cię przed... mantykorą...
- Aha... Czyli wczoraj było ciekawie. - powiedziałam wstając z miejsca i zaczęłam krążyć wokół wilka z chytrym uśmieszkiem.
- To ty nie pamiętasz co się stało?
- Jakoś nie bardzo... Hmmm... Ile masz lat? - zapytałam basiora.
- A na ile wyglądam? Miniru, uspokój się trochę... Może cię odprowadzić do twojej jaskini?
- Nie! - stanęłam jak wryta w ziemię i popatrzyłam się poważnie na Shiryu - To zbytnio niebezpieczne! Przepraszam za moje zachowanie... - ułożyłam się ponownie przy ścianie.
- O co chodzi? Boisz się ciemności?
- Nie samej ciemności, tylko co w niej jest... Gdy jestem w nocy na zewnątrz wariuję i mogę nawet zabić...
  Siedzieliśmy tak w milczeniu. Shiryu chciał najwyraźniej nawiązać jakąś ciekawą konserwację, lecz nie wiedział jak się za to zabrać.
- Zrób te latające liście... - mruknął po cichu.
- Nie umiem... To znaczy nie wiem jak to zrobiłam... Idź spać...
- Nie pójdę spać. - powiedział stanowczo. Przez chwilę myślałam, że jestem tutaj z jakimś dzieckiem... Kłóciłam się z nim trochę, aż zdenerwowana opuściłam jaskinię. Poczułam się słabo i nie bardzo kontrolowałam to co robię. Basior wyszedł za mną. Potem pamiętałam tylko urywki... Shiryu coś do mnie mówił... Zaczęłam śpiewać... Coś twardego spadło mi na głowę... Cmoknęłam Shiryu?... Reszty już nie zapamiętałam.
  Obudziłam się nad ranem. Znajdowałam się w jaskini Shiryu, lecz samego basiora nie było. Chodziłam dość sztywno. Moje łapy po prostu odmawiały mi posłuszeństwa. W pewnej chwili do jaskini wszedł nie kto inny jak Shiryu.

<Shiryu?>

Uwagi: Na końcu op. również musisz podawać imię wilka, do którego kierujesz to op. 35 linijek... to trochę mało. Literówki. "Uspokój" piszemy przez "ó".

wtorek, 17 stycznia 2017

Od Valki "Upadłe bóstwo, czy po prostu demon?" cz. 10 (cd. Mizuki)

Najprawdopodobniej marzec 2018 r.
Miru, powtórz raz jeszcze. Czym jesteś? - zapytał wysoki basior, krążąc sztywno wyprostowany dookoła wielkiego, lśniącego głazu.
Wilkiem kryształu filozoficznego - odpowiedziała samica mocno znudzonym głosem. Wyglądała tak, jakby miała już wszystkiego serdecznie dość, a już najbardziej po raz tysięczny powtarzania identycznej regułki.
Po co tutaj jesteś?
By przemierzać niezmierzone krainy tej planety i aby nie doprowadzić do jej zniszczenia.
Bardzo dobrze. Dlaczego to robisz?
Z braku innych zajęć - gdy tylko to powiedziała, spojrzał na nią spode łba. Na jej pysku zakwitł koślawy uśmieszek. Wiedział, że sobie z niego kpiła.
Powtórzę: po co to robisz?
Żeby wszystkie istoty mogły żyć w pokoju - mruknęła, wywracając oczami. Wiedziała, że z nim nie warto dyskutować.
Doskonale. A teraz ustalmy jeszcze jedną rzecz... Kim jesteś i skąd pochodzisz? Jaka jest twoja historia? Jakie są twoje właściwości i umiejętności? Dlaczego różnisz się od innych? 
Na żadne z pytań jednak nie znała odpowiedzi.

Chwilę po tym, mój wuj jak skończył mówić o Awriealu, musiałam stracić przytomność. Z ciemności snu wyłoniłam się dopiero po czasie, którego nie potrafię w żaden sposób zdefiniować. Pierwszą rzeczą, którą dostrzegłam po przebudzeniu były różowe oczy, poprzecinane zielonkawymi żyłkami, które przechodziły nawet przez tęczówki. Kojarzyły mi się one z dziką różą spowitą liśćmi. Wilk ten miał długie, białe futro z pozostałym cieniem szarości. Była to starzejąca się wadera, która przyglądała mi się surowym spojrzeniem.
- Linda - powiedziała, nim zdążyłam wypowiedzieć choćby słowo. Jej głos wyrażał jedynie chłód i nieustępliwość. Zdecydowanie nie przyjmowała sprzeciwu. Kiedy chciałam wychrypieć swoje imię, ona była pierwsza - Wiem jak się nazywasz. Zdejmij czar zmiany sylwetki, bo niepotrzebnie zużywasz energię.
Patrzyłam na nią jeszcze przez chwilę, nie do końca mogąc pojąc to, co właśnie do mnie powiedziała. Głos w mojej głowie milczał, więc sprawiłam, że znów byłam sobą. Zapanował mrok.
- Kiedy również spałaś, często się zmieniałaś. To u ciebie normalne? - zapytała po chwili. Sądząc po tym, że przestałam odczuwać ciepło bijące od jej ciała, musiała się odsunąć.
- Ch-chyba nie - wykrztusiłam. W moim gardle zalegało coś, co nie całkowicie pozwalało mi mówić. Spróbowałam odkaszlnąć i poczułam w ustach gorzki smak. Zrobiło mi się trochę niedobrze. Zwymiotowałam na podłogę. Poczułam naprawdę odrażający zapach, który nie do końca odpowiadał nawet temu, co zwykle miałam okazję zwracać. Przez ów fetor chciałam po raz kolejny zwymiotować, ale już nie miałam czym. Mój żołądek był pusty. Poczułam po raz kolejny uderzające osłabienie.
- Mogłaś wyjść - oznajmiła bez emocji Linda - Jesteś tu już od około trzech miesięcy, a ten eliksir sprawił, że nie zdechłaś nam z głodu i pragnienia.
- Ile?
- Z trzy miesiące - powtórzyła cierpliwie. Usłyszałam powtarzające się, dość monotonne szuranie, a zapach zaczął stopniowo zanikać. Musiała sprzątać. - Albo i nawet trzy. Albo pięć. Coś koło roku będzie.
Rok. Zapadłam w śpiączkę i leżałam przez ten cały czas w kompletnie nieznanym mi miejscu.
- Dlaczego? - wychrypiałam - Dlaczego się mną zajęliście?
- Nie mogliśmy cię tak zostawić - powiedziała po chwili wahania. Kiedy kontynuowała, jej głos lekko drżał: - Cały czas masz zadanie do spełnienia. Astrid niedawno zaszła w ciążę...
Gwałtownie nabrałam powietrza i zerwałam się z łóżka. Moje łapy były koszmarnie rozdygotane, okropnie wymęczone tak długim wypoczynkiem.
- Ostrożnie, musisz najpierw przejść długie rehabilitacje, aby wrócić do pełni sił... - powiedziała swoim podstarzałym już głosem, jednak ja nie zważając na jej słowa przeszłam kolejną przemianę. Dopiero teraz przypomniałam sobie rozkosz tej czynności. Po tym potrzebowałam raptem chwili, by wrócić do siebie. Obróciłam się jeszcze przez ramię, by dostrzec osłupienie Lindy. Wyszłam z jaskini. Musiałam odnaleźć ich przywódcę i wszystko dokładnie z nim uzgodnić. Myślenie o nim "wuju" zdawało się być nieodpowiednie, szczególnie, że z tego co widziałam w pobliskiej kałuży, byłam przemieniona w waderę, która była przy moim przebudzeniu się.
Znalezienie go wbrew moim oczekiwaniom wcale nie było aż tak trudne. Zupełnie jakby na mnie czekał. Siedział pod dużym, zieleniejącym się dębem. Wyglądało na to, że zbliżała się wiosna. Zadrżałam. Kiedy ostatnio byłam przytomna, była końcówka lata. Wuj odwrócił się w moim kierunku.
- Valka, czyż nie? - zapytał. Słysząc brzmienie jego głosu, od razu przypomniały mi się wydarzenia sprzed utraty przytomności. Teraz już sama nie wiedziałam, po co tutaj przyszłam, ani skąd dokładnie pochodzę. Zrobiło mi się trochę słabo, lecz on zdawał się na to nie zważać. Wstał i zbliżył się do mnie. Nie wiedzieć czemu, moje łapy aż rwały się do ucieczki. Zamknęłam oczy, czując, jak puls mi przyspiesza.
- Wiedziałem, że niebawem się ockniesz. Najwyższa pora na to. - Kiedy otworzyłam oczy, dostrzegłam, że ten zaczął mnie powoli okrążać - Pewnie już Linda zdołała ci przekazać, że Astrid niedawno zaszła w ciążę. Nie chcemy przecież, aby jej dziecko zmarło, prawda? Jesteśmy rodziną, powinniśmy o siebie dbać - Przystanął tuż przed moim pyskiem, uśmiechając się blado. Niepewnie skinęłam głową.
- W takim razie... Proszę za mną. Podaruję ci ten wywar i strzykawkę.
- S-strzykawkę? - wykrztusiłam, ten jednak już ruszył przed siebie. Potruchtałam za nim. Próbowałam sobie przypomnieć jego imię, jednak miałam we łbie kompletną pustkę. Wiedziałam, że tata kilka razy o nim napomniał... Niemożliwe jest, aby mówił o innym wujku, tym bardziej, że innych nie miałam.
- Zgadza się. Tak będzie najłatwiej o wchłanianie - Musiał dojrzeć mój nieco przestraszony wyraz pyska, bo dodał: - Nie martw się, nie taki diabeł straszny, jak go malują.
W końcu zatrzymaliśmy się przy przestrzennej jaskini. Czułam z jej wnętrza wyraziste zapachy lub zwyczajne smrody najróżniejszych chemikaliów, eliksirów i innych wywarów. Wuj kazał mi poczekać na zewnątrz. Jednak nie mogłam się powstrzymać od chociażby wychylenia łba i zerknięcia, co tam trzyma. Już widząc sam próg, o mało oczy nie wyszły mi z orbit. Nie tylko jaskinia była nieziemsko piękna, bo skąpana w najróżniejszych, lśniących kamieniach szlachetnych, ale i również wypełniona na prawie każdej wolnej przestrzeni różnorakimi notatkami, fiolkami, zlewkami, słojami z nieznaną mi zawartością oraz innymi naczyniami, których nawet nie umiałam nazwać. Ponadto wszędzie były książki. Niektóre z nich nawet otwarte, a na ich stronach aż roiło się od ręcznych dopisków ołówkiem. Niektóre kamienie szlachetne były oderwane od ścian i ułożone starannie na skrawkach papieru lub na nich rozgniecione. Tuż obok znajdowały się zapewne dokładne opisy ich właściwości.
Nawet nie zauważyłam, kiedy basior stanął tuż przy moim boku.
- I co ci mówiłem? Miałaś nie zaglądać.
Poczułam się mocno zawstydzona, ale i jednocześnie doznałam olśnienia.
- Masz na imię Nate, prawda? Wuj Nate?
Uśmiechnął się, a surowość ulotniła się z jego pyska.
- Tak. To moje imię. Teraz ruszajmy. Naprowadzę cię we właściwy kierunek, stamtąd powinnaś już sama odnaleźć drogę.
Pokiwałam głową. Kiedy byliśmy już kilka dobrych kilometrów stamtąd, wuj zapytał:
- Zgaduję, że wiesz o moim imieniu od taty. Co o mnie opowiadał?
- Niestety nie pamiętam... - mruknęłam.
- Byliśmy kuzynostwem - powiedział jakby z rozmarzeniem - Spędziliśmy wspólnie raptem część dzieciństwa, później nasze kontakty się zerwały. Na wskutek czystego przypadku na nowo nasze drogi się spotkały... Niestety nie na długo.
Kolejne kilka kilometrów tym razem to ja już nie wytrzymałam presji dręczącego mnie pytania:
- Jesteś alchemikiem?
- W rzeczy samej.
- Nad czym pracujesz?
Uśmiechnął się tajemniczo. Odpowiedzi nie otrzymałam.
Zatrzymaliśmy się w terenach, które rozpoznawałam jako okolice Watahy Magicznych Wilków. Były mi one dziwnie bliskie, ale i za razem odległe...
- Powinnaś się przemienić - oznajmił, ściągając z szyi sakiewkę i przekładając ją na moją - Życzę ci powodzenia.
Uśmiechnęłam się blado, czując kolejne zawroty głowy. To pewnie przez zbyt długie przebywanie w śpiączce.
- Dziękuję - odpowiedziałam. Odpowiedział lekkim uśmiechem i niespiesznie zaczął się oddalać. Przez chwilę jeszcze wodziłam za nim wzrokiem, a później sama się odwróciłam i podążyłam we własnym kierunku. Przynajmniej jeszcze pamiętałam, gdzie powinna być jaskinia Dante i Astrid, którą przydzielono im jeszcze kiedy byli szczeniakami. Zmieniłam sylwetkę na swoją własną i o mało nie upadłam. Przypomniałam sobie uwagę Lindy i w tej samej chwili nabrałam ochoty rzucenia czymś ze złości. Moje łapy były zbyt osłabione, by zmusić je do większego wysiłku, nawet będącego chodzeniem.
Po chwili doszłam do wniosku, że nie pozostaje mi nic, jak tylko zmienić postać na jakąś inną, sprawniejszą. Najwłaściwsza wydała mi się Desari, szczególnie że znała się na ziołach i władała nie każdemu do końca znaną magią. Jak postanowiłam, tak zrobiłam i potruchtałam w stronę jaskiń. Znowu rozbolała mnie głowa i nabrałam chęci na zwrócenie ostatniego posiłku, jednak czując wyłącznie żółć, przypomniałam sobie, że wciąż mam pusty żołądek. Zaczęłam rozważać, dlaczego w takim razie nie czuję głodu i pragnienia. Wątpiłam, aby ten eliksir działał aż do teraz.
Zajrzałam najpierw do jaskini Dante, ta jednak była wypełniona po brzegi różnymi rupieciami, które nijak mi do niego pasowały, więc uznałam, że ktoś inny musiał się wprowadzić na jego miejsce. Poszłam do jaskini Astrid... i zobaczyłam zaczytaną waderę leżącą na posłaniu. Miała dostrzegalnie większy brzuch. Na jej pysku malował się lekki uśmiech. Odchrząknęłam. Dopiero wtedy mnie zaważyła.
- Desari? Co ty tutaj robisz? - wytrzeszczyła oczy - Przecież od kilku miesięcy nie ma cię już we watasze...
- Wróciłam, bo mam ci coś ważnego do przekazania - Mówiąc to, strząsnęłam z szyi sakiewkę i wyciągnęłam z niej strzykawkę, co z wilczymi łapami nie było wcale tak proste.
- Co takiego?
Podniosłam na nią wzrok z całkowitą powagą.
- Twoje dziecko umiera. Jeśli nie wchłonie tego wywaru, zginie.
Astrid wyglądała tak, jakby zaczęła się dusić, bo z trudem łapała powietrze.
- Słucham?
- Wasz szczeniak umrze.
Wzięłam ostrożnie w pysk strzykawkę. Wiedziałam, że jako, że pełniła funkcję lekarki, nie powinna się bać igły. Pomimo to wzdrygnęła się. Nie uciekała. Pozwoliła sobie wbić strzykawkę w bok. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu, cicho jęknęła, kiedy zaaplikowałam płyn. Czy tak powinny działać szczepionki?
- Piecze... - wymruczała, po czym wstała i wygrzebała jakiś ręcznik. Z jej bok zaczęła lecieć ciurkiem krew. To ja zrobiłam coś źle? Może pogorszyłam tylko sytuację? Może wda się jakieś zakażenie i zabije samą Astrid?
Nie mogłam ani chwili dłużej znieść tego widoku, więc bezszelestnie, zupełnie jak cień, wybiegłam z jaskini. Uroki bycia w ciele Desari.
Nie uciekłam daleko, bo znowu złapały mnie mdłości i zawroty głowy. Do tego doszły problemy z oddychaniem i wrażenie, jakby ktoś zaciskał dłonie ma mojej szyi. Zatrzymałam się i tracąc siły, wróciłam do swojej prawdziwej postaci. Nie zdążyłam odetchnąć, bo znowu coś mną jakby szarpnęło.
"JAK MOGŁAŚ?!" - moją głowę przeszył obłędny krzyk znajomego mi demona. - "DAŁAŚ SOBIE ODEBRAĆ NASZYJNIK I W DODATKU UŚMIERCIĆ SWÓJ ORGANIZM."
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że rzeczywiście medalion zniknął z mojej szyi. Przecież miałam go jeszcze... wtedy, kiedy...
Nie zdołałam dokończyć myśli, bo przez moje ciało przeszedł ból tak okropny, że miałam wrażenie, iż cała zawartość mojego brzucha wywróciła się na moją stronę, a ja mam skręcony kark i połamane wszystkie kończyny.
Wtedy przypomniały mi się słowa taty: "Nate jest kłamcą. Nie możesz mu ufać."...

Krótko po tym Dante zaniepokojony opowieścią partnerki, postanowił wszcząć poszukiwania "zmiennokształtnej istoty", która już wcześniej miała okazję zaatakować jego siostrę. Jednak z marnym skutkiem.
Ciało Valki nigdy nie zostało odnalezione, pomimo tego, że zasnęła na zawsze w krzakach tuż obok ścieżki. Ktoś lub coś musiało je przemieścić w nieznane nikomu miejsce...

<Mizuki? Jeśli chcesz, odpisz by kontynuować własną historię.>

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Od Aokigahary "To coś" cz. 4

Sierpień 2018 r.
- A... Mogłabym Pana o coś prosić? - Zapytałam.
- Em... O co?
- Co tu jest napisane? - Wskazałam na miejsce w którym powinna być tabliczka. Ale jej nie było...
- Dobrze się czujesz? - Zapytał trochę zaniepokojony.
- Ale... Ona tu była, przysięgam! - Czułam się głupio - Jak się położyłam to jeszcze ją widziałam!
- Może zaprowadzić cię do szpitala? - Na to słowo się wzdrygnęłam.
- Tylko nie tam! - Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że wyszłam na psychicznego wilka... - Przepraszam, ale ja za nic tam nie pójdę... - Wstałam i kłusem odeszłam od osobnika. Było mi gorąco, chociaż że słońce już zachodziło. Nie chciałam spać. Szłam byle gdzie.
- Aoki! - Usłyszałam znajomy głos z tyłu mnie. Odwróciłam się i zobaczyłam Hitam. Przecież... On nie istnieje.
- Coś się stało? - Zapytał widząc moją minę - wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha
- To... Ty istniejesz?
- Tak? Co ci się stało? - Czułam się głupio.
- Em... Myślałam, że tylko śniłam... - Popatrzał na mnie jak na idiotkę - Pamiętasz może tą dziwną roślinę na którą wpadłam?
- Jaką roślinę?
- Nie pamiętasz?
- Chyba powinnaś iść do lekarza... Dziwnie się zachowujesz...
- NIE PÓJDĘ TAM!!! - Krzyknęłam. Nagle zobaczyłam waderę mniej więcej w wieku Hitam. Była taka sama jak on.
- Hitam, z kim rozmawiasz? - Zapytała, patrząc na mnie jakby była jakimś bóstwem.
- Em... To koleżanka... - Powiedział trochę speszony.
- Koleżanka? A czy ja zezwoliłam byś spotykał się z nieznajomymi? - Spytała
- Czemu nim tak pomiatasz?! - Jej zachowanie mnie zdenerwowało.
- Nie twoja sprawa! - Powiedziała głośno.
- Zachowuj się jak wilk! - Wyszczerzyłam kły.
- Nie rozkazuj mi, kundlu!
- Jesteś tak denerwująca, jak rzep przylepiony do kity.
- Ale riposta, zabiłaś mnie tym.
- Głupi nie zrozumie - powiedziałam po czym odeszłam od nich. Nie miałam ochoty kłócić się z wredną babą. Poszłam tam gdzie mnie łapy poniosły.
***
Było już dosyć ciemno. Łapy mnie bolały, a jedyne czego chciałam to odpoczynku. Byłam w cichym i spokojnym miejscu. Przede mną widniało przepiękne szkliste jezioro. Wyglądało jak namalowane. W tafli wody odbijał się srebrzysty księżyc. Usiadłam na brzegu i spojrzałam w własne odbicie. Zaczął wiać lekki wiatr. Powieki mi się kleiły więc postanowiłam tutaj zostać. Położyłam się i zamknęłam oczy. Weszłam do krainy snów tak samo szybko jak z niej wyszłam. Obudziło mnie uczucie mokrego podłoża. Podniosłam łeb, a z nim całe ciało. Powinnam wyszukać jakieś suche miejsce... Ale tak mi się nie chce... Rozejrzałam się za jakimś miejscem. W oczy rzuciło mi się małe zagłębienie pod głazem. Powlokłam się i natychmiastowo zasnęłam.

C.D.N

Uwagi: Brak daty. NIE "PISZE", TYLKO "JEST NAPISANE". ...zaprowadzić cię do szpitalu - a może bardziej by pasowało "szpitala"?

czwartek, 12 stycznia 2017

Od Moone "Czarna historia" cz. 7

Jesień 2018
Postanowiłam więc wyruszyć w przygodę, lecz nie byłam na to przygotowana. Przydała by mi się mapa, ale jej nie posiadałam. Dowiedziałam się jednak, że mogę ją sobie zakupić oraz było mnie na nią stać. Poszłam po nią do Alfy. Wracając, pozbierałam sobie jeszcze kilka patyków do zrobienia czego w postaci koszyka. Wymyślałam, jak bym mogła te gałązki posplatać. Nie wychodziły mi do końca równe, ale nadawały się do użytkowania. Przytrzymałam koszyk w pysku i poszłam do lasu pozbierać różne owoce. Nazbierałam tam tylko maliny i jagody oraz listki mięty, które w moim rodzinnym terenie były rzadkością i mój tata szukał je godzinami. Schowałam je i zaczęłam rozmyślać, co bym mogła jeszcze zebrać. Chyba było to już wszystko. Przez kolejną noc widziałam jak objawił mi się tata. Ponownie podarował mi natchnienie mocy. Dodał mi siłę do dalszego działania. Wyruszyłam jeszcze tej nocy. Poszłam najprawdopodobniej ostatni raz w tym roku do Wodopoju. Z daleka widziałam jakiegoś wilka, który wył do srebrzystego księżyca. Gdy ugasiłam pragnienie to słońce powolutku wstawało. Jeszcze ja po dodaniu sił zaczęłam biec na północ. Gdy byłam w połowie drogi do granicy watahy to podśpiewywałam sobie.
„Czas, już czas, wyruszyć, spojrzeć przygodom w oczy,
Latać, biegać, zwiedzać, jutrzejszy, kolejny raz
poznam przygód smak, już nie,
nie zapomnę nigdy was...”
Kolejnego wieczora przekroczyłam terytorium Watahy Magicznych Wilków. Westchnęłam, popatrzyłam się na pobliskie drzewa. Nie wyglądały one strasznie, jak mówił mój brat. Były wręcz piękne. Przeszłam jeszcze chyba kilometr i ułożyłam się do snu, gdyż byłam zmęczona. Obudziłam się dość wcześnie przez śpiew ptaków, które siedziały sobie na drzewach. Były one w stadzie. Byłam ciekawa, czy odlecą one gdzieś gdzie jest cieplej, czy zostają na zimę. Rok temu, niedawno przed dołączeniem widziałam, jak trzy stada leciały sobie do ciepłych krajów. Przypomniało mi się, że będę miała już rok. Od razu wróciły mi się wspomnienia z dawnych lat, jak bawiłam się z rodzicami i braciszkami. Ach! Co to były za czasy! Ale teraz od ich śmierci już nie jest mi tak wesoło. Szłam dalej, na razie mijałam tylko jakieś lasy. Minęły dopiero dwa dni, zanim wyszłam z ogromnego zalesionego terenu. Było to jednak bardzo przykre co zobaczyłam. Zaraz po wyjściu z zieleni znajdował się krater powstały z powodu powstania nowego demona. Znajdowały się w nim szczątki mojej rodziny. Stałam przez chwilę jak wryta. Przyglądałam się i wyobrażałam sobie jak to wyglądało. Różne myśli przebiegały mi przez głowę. Poczułam ciarki na plecach. Coś za mną przebiegło. Zamknęłam oczy…
* * *
- G-gdzie j-ja-a jestem-m? - wymamrotałam osowiała.
Nikt nie odpowiadał. Wstałam obolała. Byłam w ciemnym miejscu, może jaskini, może nory. Poczułam powiew zimnego wiatru. Skuliłam się. Nawet posiadając moc widzenia w ciemności – nic nie mogłam zobaczyć. Po chwili ktoś za mną stanął. Próbowałam zachować zimną krew. Uniosłam głowę lekko spoglądając w tył. Cisza otaczała to miejsce. Nagle zauważyłam oczy, były mi one dobrze znane, pełne zła. Postać przeszła obok mnie, głaskając mnie po skrzydłach swoją nienawiścią. Tak jak myślałam. Sagope. Uśmiechnął się szeroko. Zaczął wyć i wszystkie ciemności rozświetliły się ognistym płomieniem.
- Oto nasze królestwo… Moja droga, Moone… - wypowiedział to zimno.
W ogromnym miejscu mieściło się podziemne zamczysko, które najprawdopodobniej należało do mojego dziadka. Który chciał je ze mną dzielić. 
- Nasze? Przecież ja nie jestem… - przerwał mi Sagope.
- … ale będziesz demonem, obdarzać innych złem i nienawiścią, być ważnym, najważniejszym! - dokańczając wykrzyczał ostatnie słowo.
Bałam się tego trochę, przecież to morderca mojej rodziny… Ale jednak czułam że coś mamy w sobie podobnego… - demona...
 
Uwagi: W tytule wciąż brakuje jednego słowa... Wszystkie "ochy" i "achy" zapisujemy przez "ch". Od razu wróciły mi się wspomnienia z dawnych lat, jak bawiłam się z rodzicami i braciszkami. - skoro to były "dawne lata", to w jakim wieku jest Moone? Przecież ona nawet roku nie ma! "Byłam w ciemnym miejscu, może jaskini, może nory." - szyk zdania... Nie "te miejsce", tylko "TO miejsce"! Skoro zobaczyła "ognisty płomień", to jak wygląda "nieognisty płomień"? Masło maślane.