Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 23 października 2016

Od Astrid "Zwycięzca pierwszej rundy" cz. 2

Dlaczego ja to zrobiłam? Po co mi to było? Walki nie są dla mnie. Zwłaszcza te jeden na jeden, stworzone jako rozrywka dla walczących (jak bitwa z przyjaciółmi może dawać radość?) oraz znudzonych zwykłym życiem wilków. To po co się zapisałam? Mało mi było wojen, bitew, niebezpieczeństwa? Przeżyłam okresy trwania watahy, kiedy walki były prawdziwe, a jednak to zrobiłam. Zapisałam się już dawno temu, może z rok? Chętnych nie było wielu i odpowiednia ilość kandydatów zebrała się niedawno. Szczerze, to zapomniałam już, że takie coś będzie organizowane, a ja jestem zapisana. Gdyby nie to, że jestem na tyle tchórzliwa, że nie chcę odczuwać aż tak dużego bólu usiadłabym podczas walki już na samym początku mówiąc do przeciwnika „Dalej, powal mnie. Chcę mieć to już za sobą.”. Wiem jednak, że będę walczyć by uchronić swój ogon.
Spoglądam na otaczające mnie wilki. Dante wydawał się być bardzo pewny siebie, Itachi spoglądał na swoje łapy, Yuki i Tsume patrzyli przed siebie niewzruszeni. Mizuki ciągle podnosiła i kładła na ziemi przednie łapy. Kai podobnie jak ja rozglądał się wokół, a Sohara spoglądała w dół. Poczułam jak jedzenie przewraca mi się w żołądku, zwróciłam więc oczy na ziemię. Starałam się w tej chwili nie wyobrażać sobie swojego rozszarpanego ciała i stojącego nade mną wilka, który ciągle zmieniał swoją sylwetkę przybierając kształty każdego z otaczających mnie wilków. Nie udawało mi się to. Powoli wypuściłam powietrze z płuc starając się uspokoić. Wdech. Wydech. Wdech...
- Witajcie na pierwszej edycji Walki o Zwycięstwo. - usłyszałam głos Suzanny. Wydawała się być taka spokojna... Doprawdy nie wiem co siedzi w jej głowie, ale ta samica mnie czasem przeraża. - Bez zbędnej gadaniny, gdyż wiem, że już mieliście wszystko wyjaśnione, po prostu przejdę do jedynego pytania jakie chciałam zadać: jesteście gotowi?
Podniosłam wzrok i rozejrzałam się po towarzyszach, którzy już za chwilę będą walczyć między sobą, a z jedną z osób na arenie wyląduję ja. Niektóre z wilków kiwały głową na tak, ja jednak nie byłam w stanie ruszyć pyskiem, jednak miałam w głowie odpowiedź. „NIE”
- W takim razie... - dalej nie słyszałam. Czułam się jakby ktoś wyłączył mi zmysł słuchu. Widziałam, że Alfa otwiera i zamyka pysk wymawiając słowa, jednak ich nie słyszałam. Poczułam, że sierść staje mi dęba. - ...niebawem!
Ostatnie słowo już usłyszałam, jednak nie zdążyłam się nad tym zastanowić, bo oślepił mnie snop białego światła wydobywający się z Alfy. Zamknęłam oczy, a chwilę później poczułam się jak w windzie w świecie ludzi. Również ból głowy zaczął dawać o sobie znak. Ugh... Nigdy więcej takich rzeczy... Nagle poczułam, że jestem na ziemi. Musiałam spaść, jednak nie odczuwałam bólu przez parę pierwszych sekund. Dopiero po chwili poczułam ból w łapach i tułowiu. Szybko wstałam i otrzepałam się. Stałam w jakimś ciemnym pomieszczeniu, pozbawionym światła. Jednak po chwili zdałam sobie sprawę, że coś widać. Zarysy otaczającej mnie jaskini nie wydawały się być dobrą zapowiedzią. Niedaleko zauważyłam sylwetkę wilka. Starając się odepchnąć zbierające się już teraz wyrzuty sumienia przywołałam kulę energii magicznej, stworzonej z iluzji mającej za zadanie ogłuszyć przeciwnika, który dopiero wstawał. Skoczyłam zaraz za nią mając nadzieję na powalenie wilka. W chwilowym błysku światła zauważyłam, kto jest moim przeciwnikiem. Sohara... Nie, tylko nie ona. Dlaczego ona? Dlaczego nie mogłam trafić na kogoś kogo znam o wiele słabiej? Kto dopasowywał nam przeciwników?! Poczułam na sobie wzrok wadery. Boże, Haru przepraszam... Nie chcę... Skoczyłam na nią i przywarłam do ściany. Przepraszam... Zamachnęłam się jedną z łap uderzając ją w pysk. Przechyliła się wypadając moich łap znikając. Spojrzałam na miejsce, gdzie powinna upaść i zdałam sobie sprawę, że jest tam wielka dziura. Super.
Postanowiłam za nią skoczyć i za chwilę byłam już poziom niżej prawie nadziewając się na stalagmit. Otrząsnęłam się i rozejrzałam wokół. Wokół było pełno stalagmitów i stalaktytów. Byłam w jaskini. Wokół rozchodziło się blade światło spływające z dziur w suficie. Haru nigdzie nie było. Jeśli zaraz wyskoczy... Policzyłam do trzech, a kiedy samica nie wyskoczyła znikąd, zaczęłam węszyć, gdzie poszła. Zapach ciągnął się w prawo... albo lewo. Zawsze mi się mylą nazwy... Ruszyłam w tamtą stronę. Mijałam wapienne konstrukcje w jak najszybszym tempie starając się nie myśleć, co robię. Poczułam że jest coraz bliżej, więc skoczyłam prawie dosięgając jej ogona. Nadziałam się jednak na stalagmit przez co zostałam w tyle. Szybko wstałam otrzepując się. Następnie ruszyłam dalej. Haru, przykro mi... Kiedy znowu zaczęłam ją doganiać zaczęłam tworzyć iluzję. Fajerwerki, dodatkowe przeszkody, snopy magii biegnące w jej stronę. Wszystko co tylko przyniosła mi do głowy wyobraźnia... Nagle zaczęła mnie boleć głowa, przez co zwolniłam. Dziwne uczucie... Kiedy minęło zdałam sobie sprawę, że nie wyczuwam Sohary. Zapadła się pod ziemię? Znowu? Zaczęłam tworzyć sztuczne słońce mające na chwilę rozświetlić ciemności. Stałam wśród różnych konstrukcji, jednak dziur nie było żadnych. Może się teleportowała? Zaczęłam przemierzać korytarze jaskini szybkim krokiem, jednak nie biegnąc. Kiedy w końcu opanowałam dyszenie lekko przyspieszyłam szukając za pomocą węchu jej woni. Na przemian znajdowałam i gubiłam jej trop.
Zajęcie było dość nużące, czułam się jak za starych czasów, kiedy brałam udział w polowaniach grupowych. Szukanie zwierzyny było chyba najtrudniejszą sprawą. Bywało, że nic nie znajdowaliśmy...
W pewnej chwili poczułam jak sierść na karku staje mi dęba. Szybko się odwróciłam i zauważyłam pysk Sohary. W panice zrobiłam unik wpadając na stalagmit. Wadera szybko się obróciła i znowu skoczyła. Uderzyła mnie łapą w bok. Syknęłam i wycofałam się, by nabrać rozbiegu. Haru również się cofnęła.
„Przepraszam. Wiesz, że nie chcę... Musisz wiedzieć. Gdyby nie to, że jest to jedyny sposób na koniec, na wydostanie się stąd nie zrobiłabym tego. Nie chcę, ale tak się boję... Jestem tchórzem. Jestem niczym...”
Ruszyłam wprost na nią najszybciej jak umiałam z wyciągniętymi pazurami. Haru była jednak odrobinę szybsza i zdążyła przesunąć się na tyle w bok, że przeleciałam po jej prawej (albo lewej nie mam pewności) stronie zahaczając jedną łapą w jej bok. Skołowana przez upadek spojrzałam na swoją łapę. Na pazurach zostało trochę skóry samicy, więc musiałam ją nadciąć.
Zrobiło mi się niedobrze. „Co ja robię? Może lepiej byłoby...” Poczułam ból na barkach. Sohara musiała skoczyć na mnie i wbić pazury. Spanikowałam i zrzuciłam ją. Postanowiłam ponowić atak, który wcześniej mi nie wyszedł i skoczyłam na nią przyciskając ją do ziemi. Zakończmy to... Wystarczy parę sekund... Sohara wyślizgnęła się mi z łap i już po chwili to ja byłam przygwożdżona. Czułam się, jakby czas zwolnił, gdy Haru pochyliła nade mną pysk. Szybko, nie wiele myśląc ugryzłam ją w nos. Następnie uderzyłam ją łapą w głowę przez co się odrobinę cofnęła. Skoczyłam na nią. Po chwili leżała, a ja trzymałam ją mocno, żeby się nie wyślizgnęła. Wadera szamotała się starając dosięgnąć mnie zębami i parę razy prawie jej się to udało.
Musiało minąć wymagane dziesięć sekund, bo otoczył nas blask tak jak na początku. Znowu poczułam się jak w windzie. Nigdy więcej korzystania z ludzkich środków transportu i innych wynalazków...

Uwagi: Kilka przecinków.

czwartek, 20 października 2016

Od Mizuki "Upadłe bóstwo, czy po prostu demon?" cz. 9 (cd. Valka)

Moja wizja zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Pozostawiła w moim sercu dziwną samotność a w głowie mętlik. Jednak nie miałam zamiaru się zatrzymać. Nie tu, nie teraz. Nie w chwili kiedy zaszłam tak daleko. Nie poddam się ani teraz, ani nigdy. Straciło dla mnie sens czy jak pokonał Valkę, to sama zniknę. Nie obchodziło mnie, co pomyślą o mnie inne wilki. Być może znienawidzą mnie na zawsze, albo... wręcz przeciwnie. W tamtej chwili nie myślałam o tym nawet przez sekundę. Biegłam ile sił w łapach, przedzierając się przez gęsty las. Idealną nocną ciszę przerywały tylko trzaski gałęzi pod moimi łapami i sporadyczne pohukiwanie sów. Moje ciało z sekundy na sekundę biegło szybciej i szybciej. Byłam niczym lokomotywa, która nabierała coraz większej prędkości. Myślałam teraz tylko o jednej jedynej rzeczy... na zapachu Valki. Czas płynął, a ja przedzierałam się przez coraz to nowsze tereny. Co dziwniejsze biegłam już tak kilka godzin, a nie czułam żadnego zmęczenia. Przez połączenie mojej mocy z mocą Emilii moje ciało straciło wszelkie ograniczenia. Mogłam biec jeszcze szybciej, mogłam wymagać od siebie znacznie więcej, a jednak coś mnie ograniczało. Nie byłam pewna co to ale coś definitywnie było nie tak. Zapach Valki od jakiegoś czasu czułam tak samo. Tak jakbym biegła w miejscu. Zatrzymałam się koło wielkiego i starego dębu. Przyjrzałam się bliżej. Drzewo wyglądało, jakby ktoś je żywcem wyjął z horroru. Gałęzie były powykrzywiane w nienaturalne kształty, dziupla, z której nieustannie patrzyły na mnie czerwone oczy oraz ta mgła otaczająca absolutnie wszystko, co znajdowało się za mną i za drzewem. Straszniejsza jednak była ta głucha cisza wypełniająca każdy centymetr tej przeklętej ziemi. Spojrzałam w górę. Całe niebo przykrywały teraz ciemne burzowe chmury. Czas w tym miejscu stał jakby w miejscu. Żadnego podmuchu wiatru ani dźwięku. Tylko ja i to martwe drzewo oraz... to "coś" co siedziało ukryte w dziupli. Szybko wróciłam wzrokiem do tej dziury w drzewie. Jednak... tego już tam nie było. Zaczęłam się nerwowo obracać. Podążałam wzrokiem to w górę to w dół i w lewo i w prawo jednak istota rozmyła się w powietrzu. Zaczęłam węszyć, ale... właśnie "ale"! Nie czułam absolutnie nic. Nie wiem, gdzie byłam, ale jednego byłam pewna: to już nie był mój świat. Miałam tego dosyć, wzięłam głęboki wdech i ze wszystkich sił wezwałam mojego ukochanego i jedynego demona: Emilię. Jednak pierwszy raz nie przyszła. Wołałam jeszcze parę razy, nie dało to jednak efektów. Gdy miałam krzyknąć jeszcze raz, przed moimi oczami pojawił się biały jak śnieg z czerwonymi oczami kot.
- Zamknij się wreszcie! Przez wieki panowała tu moja ukochana cisza, a teraz przychodzisz tu ty i wszystko psujesz!
- Najmocniej przepraszam... mam jednak jedno pyta... - Nie zdążyłam dokończyć, a kot zniknął.
- Pewnie chcesz wiedzieć, gdzie jesteś...
Obróciłam się w stronę głosu i zobaczyłam, że ten mały wredny kot leży mi jak gdyby nigdy nic na plecach!
Miałam już coś powiedzieć, ale znowu zniknął.
- Co tutaj robisz? Jaki jest tego sens? Jak się stąd uwolnić? - Ciągnął dalej, a głos dobiegał z różnych stron.
- Odpowiedź może być zarazem łatwa, jak i trudna do zrozumienia, wszystko zależy od tego, jak rozumiesz otaczający Cię świat. Może przecież się okazać, że to, co miałaś za prawdziwe, było kłamstwem... a to, co uważałaś za nierealne i niemające prawa istnieć przebywa teraz koło ciebie. Być może to, co widzisz teraz to tylko sen... a może nie. Można tak rozmawiać godzinami tylko pytanie po co? Jaki jest tego sens? I czym jest czas? Większość z was błędnie odpowiada na ostatnie pytanie. Czas nigdy nie jest i nie będzie nieskończony i kompletny. Czasem powstają bardzo ciekawe wyrwy w czasie - Mówiąc ostatnie zdanie, zaczął się śmiać.
Powoli zaczynałam rozumieć. Miejsce, w którym byłam: nie było niczym innym jak błędem w czasoprzestrzeni.
- Pewnie myślisz, że znalazłaś się tu przypadkiem? Nic bardziej mylnego. Nic nie dzieje się przez przypadek. Począwszy od narodzenia aż po śmierć. Każdy dzień i każda sekunda jest zaplanowana. Także to miejsce zostało przez kogoś stworzone, nie powstało przez tak zwany "przypadek".
- W takim razie kto je stworzył? - Zapytałam, gubiąc się już we wszystkim.
- Dobre pytanie... sam dokładnie nie pamiętam. Jednak powstałoby nikt nie mógł dostać się na "jego" tereny.
- Ale co ty tutaj robisz?
Chwile po moim pytaniu, kot pojawił się tuż przy mnie.
- Ja? W sumie nic. Jestem kotem Schrödingera. Mogę być zarazem wszędzie, jak i nigdzie. A skoro "mogę" to, czemu z tego nie korzystać? Wybrałem miejsce, gdzie nikt mnie nie znajdzie i z dala od denerwujących istot. Jednak wiesz co? Rozmowa z tobą jest całkiem interesująca. Większość istot niemal natychmiast traciło tu rozum. Pomimo tego, że tłumaczyłem, gdzie są, ich umysły nie potrafiły tego zaakceptować. Nie rozumieli, a może po prostu nie chcieli zrozumieć. Mam wrażenie, że jako jedyna jesteś otwarta i potrafisz zrozumieć rzeczy normalnie niepojęte dla innych. Dlatego uważam, że jesteś wyjątkowa. Właśnie dlatego Cię nie zabije, a pozwolę żyć u mojego boku jako istota widmo... na wieczność!

(Valka?)


Uwagi: "Emilii", a nie "Emili". Zapominasz o "ę" na końcu niektórych wyrazów (np. Valkę, Emilię). Cały czas źle zapisujesz wypowiedzi. Oglądałaś się Alicję w Krainie Czarów?

środa, 19 października 2016

Od Valki "Upadłe bóstwo, czy po prostu demon?" cz. 8 (cd. Mizuki)

Basior przez chwilę siedział w bezruchu, aż w końcu nie wyprostował się i odwrócił głowy w moją stronę. Przez mój pysk przez ułamek przebiegł cień przerażenia, ale starałam się to zamaskować. Miałam kompletny mętlik w głowie.
- Desari Valentine, członkini Watahy Magicznych Wilków, jak dobrze mniemam?
Valentine? O co chodzi? Czy takie nazwisko ma moja była nauczycielka? Jeśli tak, to skąd miał taką wiedzę? Przecież znając życie nie wiedział o nim nikt, albo tylko najbliższe jej osoby. Niepewnie skinęłam głową. Czułam bardzo wyraźny niepokój. Jego ciemnobrązowe oczy lustrowały moją sylwetkę od góry do dołu. Nie mrugał. Coś było z nim bardzo nie w porządku. Bardzo.
- Wyczuwam tu aurę zmiany sylwetki. Wróć, proszę do swojego prawdziwego ciała - zarządził bez emocji. Wstał. Był wysoki i dobrze zbudowany. Nie byłam w stanie dokładnie oszacować jego wieku. Raz zdawał się być młody, raz stary. Szarawe wzory na jego ciele mogły być kiedyś czarne... Oho, mrugnął.
- Rozkazuję ci wrócić do swego ciała, inaczej ja zrobię to za ciebie! - podniósł głos. Aż zadrżałam i lekko skuliłam - Jesteś na terenie mojej watahy.
Przeszłam w swoją prawdziwą postać. Czułam się przy nim dziwnie... goła. Szczególnie ten znajomy pysk... Wiedziałam, że nie da mi on spokoju aż do dnia, kiedy nie dowiem się, kim jest lub będzie mnie prześladował aż do śmierci. Nawet jeśli teraz nie widziałam nic, przez cały czas przed oczyma stała mi wizja jego sylwetki.
- Kogo my tu mamy... Czyż to nie czarna owca w rodzinie? Strachliwa i w dodatku ślepa Valka?
Spuściłam uszy. Zaczęłam drżeć. Skąd ten basior miał tyle informacji na nasz temat? Śledził Watahę Magicznych Wilków? Od jak dawna? Co planuje? Zaczęłam się wycofywać.
- Nie bój się... Dobrze wiesz, że ma sensu uciekać przed własną rodziną.
Miałam wrażenie, że moje serce stanęło w miejscu. Rodziną? Jakim cudem on...?
- Kim jesteś? - zapytałam, powstrzymując drżenie głosu.
- Twoim sprzymierzeńcem. Chcę tylko was przestrzec przed pewnym zdarzeniem... - oznajmił smutnym głosem. "Nie wolno mu ufać, nawet go nie znasz" - powtarzałam sobie w myślach. - Nasza rodzina jest przeklęta. Zgotowany jest dla niej zły los.
- Łżesz! - wykrztusiłam, cofając się jeszcze o kilka kroków.
- Nawet nie myśl o uciecze - jego głos przybrał znudzony ton - Nie zapominaj, że ty jesteś jedna, a nas wiele. Złapiemy cię w przeciągu kilku minut.
Dalej, durny demonie! Pomóż mi!
"Teraz ci się o mnie przypomniało? Nie będę się pojawiać na każdą twoją zachciankę i zdaj sobie z tego sprawę. To ty jesteś moją kukiełką, nie na odwrót" - warknął.
- Kontynuując... - poczułam, że nieznany basior się do mnie zbliżył - Szczeniak, który urodzi się już niebawem, umrze tuż po porodzenie, a para, która je spłodziła już nigdy nie będzie mogła mieć potomstwa.
Zrobiło mi się niedobrze. O kim on do diaska mówił? Z całą pewnością nie chodziło o mnie. Sohara znalazła chłopaka? Jakoś nie bardzo chciało mi się w to wierzyć. A Dan...? Boże, Dan.
- N-nie wierzę ci - wymamrotałam, nie bardzo już pewna swoich słów. Brzmiał jednocześnie złowrogo, ale i również tak, jakby z głębi serca rzeczywiście chciał pomóc.
- Wujkowi nie uwierzysz? - westchnął smutno. Zamarłam. Co on właśnie powiedział?
- C-co?
- Jestem kuzynem twojego ojca, Alexandra - zrobił krótką pauzę - Od wielu lat obserwowaliśmy waszą watahę i pilnowaliśmy, by nie stało się jej członkom nic złego. Gdyby nie my, Wataha Magicznych Wilków z całą pewnością już dawno by upadła.
Opuściłam uszy. Miałam mętlik w głowie. To wszystko zdawało się być nieprawdopodobne, ale i jednak teoretycznie możliwe. Z nadmiaru napierających emocji poczułam mrowienie w okolicach oczu. Już chwilę później po moim pysku spłynęła słona łza.
- Przemyśl to wszystko dobrze... Jeśli mi zaufasz, mogę podarować ci antidotum.
Przez chwilę milczałam, próbując sobie to wszystko ułożyć w głowie. Szaleństwo. To istne szaleństwo. Pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu siedziałam sobie spokojnie w swoim zaciszu w środku Zielonego Lasu i nie przejmowałam się niczym, prócz tym, że muszę pozbierać odpowiednią ilość ziół i po kryjomu, tak, aby nikt mnie nie dostrzegł, donieść do szpitala.
- J-ja... muszę pomóc Danowi - wykrztusiłam, ale zaraz po tym wykręciło mi łeb do tyłu tak gwałtownie, że aż zadzwoniło mi w uszach. Tak, jakby szarpnęła nią niewidzialna siła. - ...i chcę wiedzieć, co jest źródłem waszej mocy!
Mój głos stał się przerażający. Dziki, nienormalny, psychiczny, ledwo zrozumiały, syczący... sama nie panowałam nad tym, co właśnie powiedziałam. Byłam teraz całkowicie niezdolna do dobrowolnego ruchu.
- Akimitsu. Biegnij po Kei'a. Może być potrzebne jego pole siłowe - powiedział mój rzekomy wujek. Usłyszałam szuranie. Wilk, którego wysłał musiał się oddalać w naprawdę szybkim tempie.
- Odpowiedz, kmiotku! Powiedz mi! - Poczułam, że się do niego zbliżam. Co się dzieje?
- Co jeśli tego nie zrobię? Zniszczysz mnie?
- Bystry jesteś - z mojego gardła wydobył się cichy, szyderczy śmiech.
- Nie byłbym tego taki pewien - oznajmił, a jego głos zdradzał wyłącznie spokój i całkowite opanowanie. Nie bał się? Prawdę mówiąc nawet jeśli mu nie ufałam, zaczęłam go w duchu dopingować. Nie chciałam, aby stała się mu krzywda... Poza tym darzyłam go podziwem. To musi być mimo wszystkiego bardzo stresująca chwila...
- Awriealu, czy to ty? Pokaż się! - podniósł głos.
- Ani mi się śni! - po raz kolejny mimowolnie wybuchłam śmiechem, tym razem nieco dłużej, ale i bardziej szaleńczo. Już miałam się na niego rzucić z kłami i pazurami, kiedy usłyszałam dziwaczny dźwięk, przypominające zwarcie elektryczne. To jednak nie sprawiło, abym zaniechała swoich czynów. Rzuciłam się na przód... i od razu zostałam odrzucona. Poczułam ból w każdej części swojego ciała. Zupełnie jakby... popieścił mnie prąd.
- Zdą...żyłem... - wysapał wilk o głosie dużo delikatniejszym niż mój wujek. Gdyby nie zdradził swojej płci tym jednym słowem i równie dobrze mogłam pomyśleć, że jest młodą waderą.
- Jak zawsze w porę - oznajmił. Teraz uświadomiłam sobie, że to mógł być jeden z podwładnych mojego wujka, a mianowicie ów Kei.
- Rozkazuję wam mnie wypuścić! - ryknęłam i poczułam dreszcze przechodzące moje ciało. Oho, czyżby przemiana? Nie myliłam się, bo odzyskałam wzrok. Natychmiast zmieniłam sylwetkę i demon nazwany Awriealem zaczął miotać we wszystkie możliwe strony różnego rodzaju zaklęciami, jednak jaśniejąca kula, która mnie otaczała ani drgnęła.
- Hej, to trochę boli - mruknął z niezadowoleniem Kei. Słysząc to, demon zaczął wytwarzać jeszcze więcej barwnych iskier, jednak to wszystko na nic. Zaczęłam się miotać i próbować rzucać na barierę, ale to również nie poskutkowało.
- Czyżby opętanie? - zapytał podwładny.
- Na to wygląda.
Przez chwilę stali tak i na mnie patrzyli. Kiedy zaczęłam czuć zmęczenie spowodowane rzucaniem się we wszystkie strony, po prostu padłam na ziemię. Wtedy właśnie mogłam się uważniej przyjrzeć dwóm wilkom, które cały czas uważnie mnie obserwowały. Kei wyglądał na dziwnie drobnego u boku mojego wujka. Był znacznie smuklejszy, jednak nie tak chudy, jak ja. Miał odrobinę masy mięśniowej. Ponadto jego śnieżnobiałe futro przecinały błękitne wzory, które teraz świeciły jasnym blaskiem, identycznym jak ten, który wytwarzała kula. On również miał na ciele dziwne zniekształcenie wyglądające trochę jak szary strup... Jedynym wilkiem, który go nie posiadał był nie kto inny, jak przywódca tej watahy. Zwróciłam na niego wzrok, marszcząc brwi. Naprawdę chciałam otrzymać to lekarstwo, ale i za razem widziałam w nim coś dziwnie niepokojącego. Raz zgrywał mojego przyjaciela, a raz wroga... Był dla mnie prawdziwą zagadką.
- Antidotum... - szepnęłam już swoim głosem. Mój wujek patrzył na mnie w zamyśleniu jeszcze przez dobrą chwilę, aż nie skinął głową na Kei'a. Pole siłowe zniknęło, a ja dalej leżałam z bijącym sercem od wielokrotnego kontaktu z szalejącym prądem. Nie miałam siły się podnieść. Nie wiedziałam już nawet, w czyjej skórze się znajdowałam. Aby nie marnować więcej energii i uniknąć utraty przytomności, wróciłam do swojej prawdziwej formy. Kei wydał z siebie cichy okrzyk zaskoczenia.
- Posłuchaj mnie bardzo uważnie - zaczął mój wujek z całkowitą powagą - Awrieal nie jest takim łatwym przeciwnikiem. Kilka lat temu zaatakował jednego z członków mojej watahy. Niestety skończyło się to dla niego śmiercią. Awrieal jednak nie przejął jego duszy, przez co najwidoczniej do niedawna pałętał się po świecie i poszukiwał równie zrozpaczonych i słabych psychicznie wilków, które będą łatwe do zmanipulowania. Jeżeli nie będziesz się regularnie mu stawiać i pokazywać, kto tu rządzi, może się to skończyć tragicznie. Wtedy on całkowicie pochłonie twoje dobro, co pozwoli mu przetrwać przez kolejne lata. Ty za to będziesz istotą niecielesną, która będzie podróżować po świecie, identycznie jak Awrieal w poszukiwaniu dusz do zniszczenia...
- On też był kiedyś wilkiem?
- Prawdopodobnie tak... jednak było to wieki temu, gdyż widocznie stracił resztki swojego człowieczeństwa.
- Człowieczeństwa? - powtórzyłam zachrypniętym głosem. Przez chwilę milczał.
- Większą szansą jest to, że był niegdyś człowiekiem... Będąc demonem tego rodzaju rasa nie gra żadnej roli.
- Ten opętany wilk z twojej watahy... on walczył i umarł, prawda?
- Zgadza się - powiedział ledwo słyszalnie.
- I ja też umrę, ale nie stanę się demonem... tak?
Przez chwilę milczał, po czym wydał z siebie cichy pomruk, mający znaczyć to, że tym razem też mam rację.
- Ale... mam Naszyjnik Nieśmiertelności.
Zapanowała cisza.
- Sądzę, że w takim przypadku twoja przemiana w demona będzie dla Awrieala łatwiejsza, bo nie popełnisz po drodze samobójstwa.
Zdałam sobie z tego sprawę, że to miało sporo sensu. W końcu on sam kazał mi go ukraść... Wiedziałam, że nawet próba zdjęcia go może się skończyć tym, że on i tak ponownie pochwyci moje ciało i rozkaże mu na nowo założyć medalion.
- To co... z lekarstwem? - zapytałam, czując, że wracają do mnie siły.
- Nie mogę ci go wręczyć. Jest zbyt cenne, by narazić się na to, że Awrieal po drodze je zniszczy. Pamiętaj: on żywi się cudzą rozpaczą, a to byłaby doskonała okazja do tego.

<Mizuki?>

Uwagi: brak.

niedziela, 16 października 2016

Od Mizuki "Zmiana" cz. 2 (cd. Sarah)

Tego ranka z niewyjaśnionych przyczyn obudziłam się bardzo wcześnie. Było na pewno przed piątą. Nieważne jak bardzo starałam się zasnąć, to wyszło z tego wielkie zero. Biorąc pod uwagę, że poszłam, spać o trzeciej każdy mięsień mojego ciała odmawiał mi posłuszeństwa. Czułam ból dosłownie w każdym mięśniu. Przez te wszystkie wydarzenia nie mogę spać.
"Albo budzę się gdzieś w środku lasu, albo budzę się tuż po zaśnięciu. Po prostu cudownie!" - Pomyślałam.
Z wielkim bólem podniosłam się na równe łapy. Powoli wyszłam przed jaskinie. Moje mięśnie w łapach zaczęły drżeć. Postanowiłam, pójść do Wodopoju by woda ukoiła ból. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wiedziałam, jednak że z tym bólem trochę to zajmie. W pewnym momencie drogi potknęłam się i sturlałam się jakieś trzysta metrów w dół. Syknęłam z bólu. Jednak był jeden plus - Wodopój miałam już tylko kilka metrów przed sobą. Powolnym krokiem skierowałam się do niego. Gdy wreszcie tam dotarłam, ujrzałam wilka bawiącego się wodą. To musiałam, jej przyznać miała talent. Sama nie wiem, dlaczego, ale w pewnym momencie się odezwałam:
- Nie powiem, ładnie Ci to wyszło - Powiedziałam, po czym od razu położyłam łapę na moim pysku.
Głupia ja znowu odezwałam się w najmniej odpowiednim momencie. Wilczyca spojrzała na mnie. Odwróciłam wzrok i kulejąc, na lewą przednią łapę zanurzyłam się w wodzie. Nie chciało mi się nawiązywać rozmowy. Wzięłam głęboki wdech i zanurkowałam.
"O tak! To właśnie tego potrzebowały moje mięśnie" - Pomyślałam.
Kompletnie zapomniałam, że nie mogę oddychać pod wodą i zaczęłam się topić. W ostatniej sekundzie udało mi się dopłynąć na powierzchnię. Zaczęłam kaszleć i pluć wodą. Co więcej, przez tę wodę zaczęła mnie przeraźliwie boleć łapa.
- Wszystko w porządku? - Zapytała wilczyca.
- W jak najlepszym. - Powiedziałam, posyłając jej mordercze spojrzenie.
Zapadła długa i niezręczna cisza. Postanowiłam ją wykorzystać i się ulotnić. Wyszłam z wody, otrzepałam się i kiedy już miałam, odchodzić usłyszałam głos wilczycy.
- Zaczekaj...
- Czego chcesz - Zapytałam i spojrzałam jej w oczy moim beznamiętnym spojrzeniem.
- Twoja łapa... cieknie z niej krew
- Nie przejmuj się tym, to tylko draśnięcie.
- Ale... trzeba to opatrzyć, bo inaczej się wykr... - Przerwała zdanie, gdy zobaczyła, jak zlizałam całą krew z łapy.
- Zadowolona!? A teraz proszę nie denerwuj mnie jeszcze bardziej, bo mogę Ci zrobić krzywdę - Powiedziałam i wytknęłam język, z którego skapnęła kropla krwi.

(Sarah? Co będzie dalej? )

Uwagi: Powtórzenia. Nieprawidłowy zapis wypowiedzi. W WMW "Wodopój" jest nazwą konkretnego miejsca, więc powinno się ją zapisywać z wielkiej litery. Poza tym zaczęłam się teraz zastanawiać, dlaczego one taplały się w miejscu, w którym wszyscy piją... i równie dziwi mnie to, że Mizuki zaczęła się topić na głębokości 50 cm. Poza tym turlając się przez 300 m mogła się poważnie poturbować, a nawet umrzeć (wiadomo - drzewa, krzewy, kamienie itd.), a nie tylko mieć jedno zadrapanie na łapie i poza tym być w nienagannym stanie.