Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Od Kai'ego "Watson, mamy problem! Cały świat się wali!" cz. 6 (cd. Sierra)

Wciąż będąc w głębokiej nieświadomości, poczułem uderzające gorąco. Oczy zaczęły piec, a w kończyny wdarł się uporczywy ból, który sprawił, że gwałtownie je wyprostowałem. Jednocześnie wykonałem gwałtowny wdech i otworzyłem szeroko oczy. Nieźle mnie to nastraszyło, więc moje serce teraz łomotało jak szalone, zupełnie jakby chciało się wyrwać z mojej piersi. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że Sierra niemalże siedzi na moim brzuchu. Odchrząknąłem znacząco.
- Głupcze, ja tutaj wychodzę z siebie, żebyś żył, a… - zaśmiała się histerycznie, ale zgramoliła się z mojego ciała. Leżałem tak jeszcze przez chwilę, kiedy uśmiechnęła się nieco nienormalnie i odwracając się tyłem do mnie, oznajmiła:
- Śniadanie czeka.
Zrobiła kilka kroków i nachyliła się. Dopiero po kilku sekundach uświadomiłem sobie, że to właśnie tam zostawiliśmy sarnę. Sapnąłem kilka razy i dźwignąłem się na łapy. Nie było to jednak takie proste, jak początkowo sądziłem. Byłem cały odrętwiały, co zmusiło mnie do zastanowienia się, czego takiego dokonała Sierra, by mnie wybawić z omdlenia. Sądząc po skutkach, jakie to przyniosło, zapewne była to jej moc.
Powoli podszedłem bliżej i równie spokojnie zacząłem jeść. Starałem się ignorować to, że moje serce wciąż łomotało tak mocno, że niemalże to słyszałem. Czułem się bardzo nieswojo, mając przy sobie jakąś - powiedzmy sobie szczerze - obcą waderę. Tyle czasu spędziłem w samotności, bojąc się wyjść do innych przez poczucie odrzucenia, a teraz tak nagle muszę znowu udawać, że wszystko jest w porządku. Tak naprawdę nic nie jest...
- Kai, dobrze się czujesz? - zapytała, kiedy już kończyliśmy posiłek. Przestałem jeść i znieruchomiałem. Posłałem jej długie, zamyślone spojrzenie, po czym zmuszając się do swobodnego tonu oraz uśmiechu, oznajmiłem:
- Tak dobrze, jak mogę.
Sierra uśmiechnęła się po raz kolejny niepokojąco szeroko, więc odwróciłem wzrok w kierunku słońca, które powoli pięło się ku górze. Do południa było jeszcze daleko, więc aby zmienić temat, rzuciłem wyjątkowo bzdurną uwagę:
- Jest jeszcze wcześnie.
- Ameryka, Watsonie, Ameryka! - Odwróciłem w jej stronę głowę i posłałem jej niewiedzące spojrzenie.
- Ameryka? Kolejne, co trzeba dodać do listy tego, czego muszę się dowiedzieć.
Ku mojemu zaskoczeniu, Sierra zaczęła cicho chichotać. Ja tylko stałem jak głupi i patrzyłem na nią. Była dużo ode mnie młodsza. Mimo, że jest już pełnoletnia, bliżej jej do wieku Achity i Dravena, niż do mojego. Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Pewnie tak. - zrobiła pauzę - Co robimy?
Ponownie popatrzyłem w kierunku słońca, mrużąc oczy. Nie chciałem jednak ryzykować ślepotą, więc mój wzrok podążył ku górze, w kierunku niemalże bezchmurnego nieba, które wisiało nad naszymi głowami. Do moich uszu dobiegł szelest, więc odwróciłem się w stronę towarzyszki. Leżała na trawie i obserwowała białe obłoczki.
- Tak robią ludzie, prawda?
Sierra niemalże niezauważalnie skinęła głową, więc rzuciłem się na trawę w podobny sposób, co ona. Niemalże stykaliśmy się głowami, ale mnie to jakoś nieszczególnie przeszkadzało.
- Co my tutaj robimy? - Popatrzyłem na nią. - Co my tutaj…
- Nie zadawaj pytań. Muszę odpocząć. - Uciąłem i zamknąłem ślepia. Usłyszałem tylko, że wzdycha.
Mijały minuty, a my dalej bezczynnie rozkoszowaliśmy się ciszą i spokojem. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak rzadko kiedy miałem okazję to robić.
- Idę, muszę coś załatwić. - Usłyszałem głos Sierry, który natychmiast pozbawił mnie wewnętrznego spokoju. Za szybko podniosłem się go góry, gdyż chwycił mnie skurcz łapy, ale postanowiłem to ignorować. Nie jestem przecież kulejącym starcem. Jeszcze.
- Gdzie? Po co? - zapytałem, na co ona się zaśmiała ironicznie.
- Załatwić potrzeby fizjologiczne, głupcze!
Otworzyłem usta, nie wiedząc co dodać. Poczułem się tak, jakbym był skończonym idiotą. Może i nawet tak było. Wadera nie czekając na moją odpowiedź, wciąż cicho podśmiechując się pod nosem już po chwili zniknęła mi z oczu. Położyłem się na brzuchu w trawie i patrzyłem jeszcze przez jakiś czas w stronę krzaków, za którymi widziałem ją jeszcze jakiś czas temu.
Mijały minuty, a ja uświadomiłem sobie, że wystrychnęła mnie na dudka. Poderwałem się w miejsca i poszedłem w tym samym kierunku, co ona wcześniej. Bez problemu odnalazłem jej trop i zamiast za nim głupio podążać, zdecydowałem się na nieco "drastyczniejsze" środki. Przycisnąłem nos do ziemi, i przypominając sobie jej zapach, przez moimi oczami pojawił się na wpół przejrzysty obraz jej osoby. Wizja wspomnienia. Teraz mogłem po prostu iść tuż za nią. Otworzyłem oczy, a zarys jej sylwetki wciąż tam stał. Kiedy postawiłem pierwszy krok, wizja ruszyła.
***
- Dosyć długo wracasz zza krzaka. - Powiedziałem, uśmiechając się do niej zrezygnowany. Z wrażenia aż podskoczyła i odwróciła się w moim kierunku. Chyba nie spodziewała się, że ją odnajdę przed jej własną jaskinią. - Masz już dość mojego towarzystwa, prawda?
Nie odpowiedziała, tylko zacisnęła usta w wąską kreskę.
- Wystarczyło powiedzieć. Zrozumiałbym - oznajmiłem ze spokojem, jednocześnie wywracając oczami.
- Czyli teraz nie zrozumiesz? - prychnęła. Zamyśliłem się na chwilę.
- To zależy...
- Od czego?
- Czy mnie przeprosisz.
- Że co? - zamrugała oczami zaskoczona. - I to tyle? Wystawiłam cię, a ty teraz chcesz ode mnie tylko przeprosin?
Skinąłem głową. Wstrząsnąłem ją tym mocniej, niż się spodziewałem. Właściwie nie widziałem w moim zachowaniu niczego dziwnego. Może to kwestia tego, że jestem starszej daty i przyjąłem inne zasady dobrego wychowania?
- W takim razie... um... przepraszam? - powiedziała niepewnie, na co ja tylko odpowiedziałem skinieniem głowy i powoli zacząłem odchodzić w swoim kierunku.
- Do zobaczenia!
***
Po długim, zdrowym śnie, wyszedłem z jaskini. Popatrzyłem przez chwilę na srebrny księżyc wiszący wysoko nad moją głową oraz na drobne srebrne punkciki, którymi uproszone było niebo. Wziąłem głęboki wdech czystego, nocnego powietrza i ruszyłem w dół, na Wrzosową Łąkę. Nie wiedzieć czemu, od razu przypomniała mi się Sierra. Nie widzieliśmy się od kilku dobrych tygodni. Przez ten czas spotykaliśmy się okazjonalnie i zaznajomiliśmy się nieco - ona mnie uczyła nowych ludzkich pojęć, ja sprawiałem, że jej życie nie było wyłącznie szeregiem marudnych myśli.
Będąc w połowie drogi, poczułem szarpnięcie za ogon. Odwróciłem się za siebie i ujrzałem ciemną sylwetkę. Postać była ode mnie wyższa o przeszło głowę oraz szersza o jedno ramię. Oczy błyszczały w ciemnościach na złoto. Cofnąłem się o krok. To musiał być basior. Zdezorientowany patrzyłem, jak zza skały, z której musiał i on wyleźć, wychodzi jego obstawa - dwóch równie umięśnionych samców.
- Ty jesteś ten Kai? - zamruczał ten, którego zobaczyłem na początku. Szybko omotałem po raz kolejny całą trójkę spojrzeniem, po czym odpowiedziałem:
- Zgadza się. Coś się stało?
- Jestem z Watahy Czarnego Kruka. Kojarzysz może?
Przypomniałem sobie, że jakiś czas temu Wataha Magicznych Wilków zjednoczyła się z tym stadem, który do niedawna nazywaliśmy po prostu "watahą Asai". Mieliśmy uczyć ich jak zachowywać się w towarzystwie, jak nie zabijać osób, które nas jedynie zdenerwowały i zwyczajnie być lepszymi wilkami. Każdy miał codziennie dyżur z przynajmniej jednym z naszych (do niedawna) wrogów.
Skinąłem mu głową. Przez chwilę zastanawiał się, co dodać, po czym najprawdopodobniej przypominając sobie jedną z lekcji dobrego wychowania, rzekł:
- Jestem Haat. Pełnisz tu funkcję szpiega, nie?
- Tak...
- No, to ten... widziałem taką laskę, czaisz? Niezła z niej...
- Może przejdźmy od razu do rzeczy? O co chodzi? - przerwałem mu. Speszył się, ale odpowiedział:
- Masz mi ją namierzyć. Zapłacę.
Popatrzyłem na niego nieufnie, na co ten zmienił groźną minę na niezdarny uśmiech. Uniósł przy tym brwi tak wysoko, że jego brwi podjechały aż za linię krótkiej grzywki. Wyglądało na to, że i tego musiał się nauczyć dopiero niedawno. Próbował zdawać się sympatyczniejszy, ale mógłby co jedynie nastraszyć tym szczeniaka. Sądząc wyjątkowo po zaciętych minach jego kolegów, traktowali to całkowicie poważnie.
- Mam niejasne wrażenie, że zrobicie jej krzywdę. Na co ci ona?
- Próbować poderwać, wiesz, jak to z laskami bywa... błyskotki, trochę hajsu i już jest twoja.
- Żadnej przemocy? - dopytywałem.
- Nie.
Nie skomentowałem już tego, że jego wypowiedź nijak pasuje do pytania, ale grunt, że mniej więcej zrozumiałem, w czym rzecz.
- A co jeśli z kolei ty się jej nie spodobasz?
Naprężył mięśnie, zrobił specjalną minę (która nie różniła się od tej, którą miał na co dzień niczym prócz tego, że nieco uniósł jedną z brwi) i zapozował.
- Spodobam.
Jego koledzy z szacunkiem pokiwali głowami. Nie mam pojęcia, jaki cel w życiu przyjęli, ani tym bardziej, jak by wyglądała książka z ich filozofiami, ale z całą pewnością byłyby to totalne bzdury. Już nie miałem mu siły nawet tłumaczyć, że to niczego nie zmieni, ale może wadera, o której mówił była inna i lubiła basiorów, którzy nie mają nic do zaoferowania prócz prężenia mięśni.
- W takim razie jak ona wyglądała...?
- No... no... - spojrzał na kumpli w nadziei, że mu pomogą. Ci jednak nawet nie zauważyli, że na niego patrzy - Taka czarna, no.
- Coś poza tym?
- Niska, czerwona.
- To czarna czy czerwona w końcu?
- To i to.
- Miała jakieś znamiona? - zapytałem ze znudzeniem.
- Eee... - zamyślił się, po czym pokręcił głową na znak, że nie wie. Westchnąłem i zapytałem:
- Zgaduję, że mam zacząć od teraz?
Z zacięciem przytaknęli, więc odwróciłem się ponownie w kierunku Wrzosowej Łąki.
- Gdzie ostatnio ją widzieliście?
- W tym Zielonym Lasie.
Pokiwałem im tylko w zadumie głową i przyspieszyłem kroku. W końcu miałem lepsze zajęcie od bezsensownego siedzenia w jaskini i przepowiadaniu wilkom przyszłości. Zabawa we wróżkę już mnie nie bawiła. Musiałem tylko odszukać w Zielonym Lesie niepasujący zapach i odnaleźć ją... Ach, żeby to było jeszcze takie proste.
Chodziłem tak niemalże do rana, kiedy poczułem zapach. Był nieziemsko słodki, przypominający mieszankę bzu i konwalii. Zamykając ślepia, próbowałem skojarzyć go z jakąkolwiek waderą z watahy, jednakże oczami wyobraźni ujrzałem zarys mocnej sylwetki, należący do niewielkiej samicy. Z całą pewnością nie pochodziła stąd. Otworzyłem oczy i zacząłem podążać za zapachem. Póki nie poznam jej osobiście, jakakolwiek forma szpiegowania była zdecydowanie utrudniona. Szukać znajomego to jedno, ale całkiem obcej osoby to drugie.
Kilka kolejnych godzin później zdałem sobie z tego sprawę, że łapy bolą mnie tak, jakby zaraz miały odpaść, a ja od dłuższego czasu jestem poza terenami Watahy Magicznych Wilków. Byłem spragniony, więc gdy tylko ujrzałem strumyczek, od razu do niego podbiegłem i zacząłem pić. Kiedy już ugasiłem swoje pragnienie, do moich uszu dobiegł anielski śpiew. Nastawiłem uszy i zacząłem nasłuchiwać. Piosenka była w innym języku, więc nic a nic z niej nie rozumiałem. Postanowiłem ostrożnie skierować się w kierunku głosu. Bezszelestnie podszedłem do krzaków i wyjrzałem za nie.
Moim oczom ukazała się polana, na środku której stała czarna wadera z czerwonymi pasami na grzbiecie. Miała grzywkę, która przysłaniała jej jedno oko oraz długi, puszysty ogon. Wyglądało na to, że znalazłem wilka, którego szukałem. Teraz wystarczyło jedynie ustalić jej miejsce stałego zamieszkania i przekazać je Haat'owi. Ciekawiło mnie jedynie to, co mogła robić na terenach naszej watahy.
Nagle do moich uszu dobiegł dźwięk łamanej gałązki. Wadera przestała śpiewać, popatrzyła w moim kierunku, po czym zerwała się do biegu. Obróciwszy się w stronę, z której dobiegł hałas, ujrzałem... wyszczerzoną Sierrę.

<Sierra? Utrudniłaś mu robotę. Jeśli zrobisz mu drakę, że podgląda obce wadery, wyjdzie z siebie i stanie obok. ;z;>

niedziela, 31 lipca 2016

Od Luke'a "Nawiązać kontakt" cz. 3 (cd Kirke)

Po upolowaniu i zjedzeniu zwierzyny chwilę leżałem jeszcze na trawie. Zauważyłem, iż Kirke oddala się gdzieś.
-Gdzie idziesz? - zapytałem, doganiając ją.
- Przejść się. - odparła
- Mogę pójść z tobą?
- Jeśli chcesz. - mruknęła
Szliśmy lasem w ciszy. Szedłem obok wadery cicho nucąc piosenkę. Jak na razie Kirke nie sprawiała wrażenia, jakby jej to przeszkadzało. Przechodziliśmy przez polanę, wpadłem na pewien pomysł...
- Gonisz! - zawołałem, uciekając przed waderą, zachęcając ją tym samym do zabawy.
Szła, nie zwracając nawet uwagi na moje zachowanie. Stanąłem naprzeciw niej, zagradzając przy tym jej drogę.
- Daj spokój. - mruknęła.
- Nie dam, dopóki dzień się nie skończy. - odparłem z uśmiechem.
Ominęła mnie i szła dalej, dogoniłem ją dorównując kroku. Dalej znów szliśmy w ciszy, nudziło mnie to już. Znów zagrodziłem jej drogę, tym razem zatrzymała się.
- Co znowu? - zapytała, jakby zażenowana moją postawą.
Milczałem patrząc się na nią.
- No co? - znów zapytała.
- Gonisz! - krzyknąłem i zacząłem uciekać. Wadera od niechcenia podążyła wolno za mną. - No weź! - mruknąłem niezadowolony z jej postawy.
Ta na to tylko prychnęła, ja siedziałem teraz przygnębiony. Nudziło mi się okropnie, a ona nawet nie chce się bawić. Wiem, brzmi to jak słowa szczeniaka, no ale co poradzę?
- A ty co taki przygnębiony? - zapytała nagle
Ja tylko mruknąłem cicho w jej stronę coś typu "nie domyślasz się?" i dalej siedziałem.
- Chyba czas coś zjeść. - powiedziałem od niechcenia i ruszyłem w stronę najbliższej polany, Kirke ruszyła za mną. Zauważyłem sarnę, po dużym śniadaniu to powinno wystarczyć. Po chwili skradaniu się i zbliżaniu do ofiary, zaatakowałem. Zwierzyna zdezorientowana po krótkim czasie zaczęła uciekać.
- Nie chciałaś się bawić w berka? Teraz musisz. - uśmiechnąłem się i powiedziałem to cicho do Kirke. Ruszyliśmy za sarną, lecz dla mnie była to bardziej zabawa i trening niż pogoń za jedzeniem. W końcu dogoniliśmy ją, zatarasowałem jej drogę, a ta zatrzymała się na chwilę. Kirke zaatakowała ją, gdy ta była nadal oszołamiała. Zaczęliśmy posiłek.

Kirke?

Uwagi: Powtórzenia Gdy mamy dwa czasowniki, mówiące o tym, że przykładowo coś ktoś powiedział, jednocześnie robiąc coś jeszcze, należy między nimi postawić przecinek, np. "zapytałem, doganiając ją", "zawołałem, uciekając przed waderą", "Szła, nie zwracając nawet uwagi na moje zachowanie".

Od Yuki "Adopcja" cz. 1 (c.d Chętny szczeniak, który szuka opiekuna)

Brakuje mi czegoś. Zaczyna być mi smutno z powodu samotności. Nie mogę znieść ciągłej ciszy. Brakuje mi z kim dzielić posiłki, brakuję mi kogoś z kim mogłabym pogadać. Zaczęłam myśleć czy zaprzyjaźnić się z jakąś waderą, czy pozostać tak, jak jestem. Nagle zaświtała mi jedna myśl. Gdy byłam szczeniakiem szukałam opiekuna, lecz go nie znalazłam. Wpadł mi pomysł by zaadoptować jednego ze szczeniaków, jeżeli taki jest. Ruszyłam w stronę jaskini Alfy. Będąc na miejscu zastałam Kiiyuko.
- Witam - przywitałam się
- Cześć - powiedziała radośnie wadera
- Gdzie jest Suzanna? - zapytałam
- Poszła sprawdzać co się dzieje w watasze - odpowiedziała - a z czym do niej przychodzisz?- zawahałam się.
-Wpadłam na pomysł by zaopiekować się jednym z szczeniaków... - wiedziałam jak zareaguje Suzanna na takie zdanie. Bardzo dobrze mnie zna, jak z resztą wszystkich członków watahy.
- Suzi powinna za chwilę przyjść - rzekła
- Dziękuje za informacje, do widzenia - pożegnałam się
***
Po długich poszukiwaniach natknęłam się na Alfę.
- Witam - rzekłam - mam pewną sprawę...
- Witaj - odrzekła - Jaką sprawę? - słyszałam znudzenie w jej głosie.
- Chciałabym... zaopiekować się szczeniakiem...- ostatnie zdanie powiedziałam wręcz szeptem.
- Że ty? - zdziwiła się - Zdecydowanie nie.
- Proszę! - powiedziałam rozpaczliwym tonem - Jeżeli mi nie wierzysz, mogę ci udowodnić, że będę miła dla niego - zaproponowałam
- Niby jak?! - prychnęła
- No nie wiem... Na przykład tydzień próbny - mówiłam - a po tygodniu szczeniak opowie ci wszystko... - wadera patrzała na mnie podejrzliwie
- A jaki szczeniak chciał by mieszkać z tobą? - i tego się najbardziej obawiałam - Musi być jakiś chory psychicznie by zamieszkać w jaskini razem z waderą, która nie dość, że porywa to umie wytwarzać potwory...
- Proszę... - łzy zaczęły napływać mi do oczu.
- Nie wiem co knujesz, ale dobra... - powiedziała - lecz najpierw musisz znaleźć szczeniaka, który jest taki porąbany, że się zgodzi.
- Umowa stoi - odpowiedziałam już trochę bardziej radosna.

<Chętny? Proszę, by ktoś sie znalazł .-. Yuki umrze z samotności>

Uwagi: Mnóstwo literówek. Jest za dużo Enterów. "Zawahałam" piszemy przez "h". "Pożegnałam się" piszemy przez "rz". "Do widzenia" piszemy osobno. "Alfa" w WMW piszemy z wielkiej litery! Każde zdanie, nawet będące końcem narracji kończ kropką!

Od Kai'ego "Główny powód" cz. 3 (cd. Yuki)

- Słodki jeżu w morelach... - stęknąłem, czując niesamowity smród. Spróbowałem się podnieść, ale moją czaszkę przeszył ból.
- I coś ty zrobił? - usłyszałem syk. Dopiero po chwili zrozumiałem, co ktoś chciał mi powiedzieć. Nie byłem w stanie odpowiedzieć, więc tylko otworzyłem oczy. Nade mną stała ciemna wadera, która wtapiała się w mrok jaskini za jej plecami. - Jesteś obrzydliwy.
Zmarszczyłem nos. O czym ona mówiła? Ponownie spróbowałem się poruszyć. Dopiero unosząc głowę zorientowałem się, że zasnąłem we własnych wymiocinach. Mruknąłem coś zniesmaczony i popatrzyłem ponownie na samicę, która wciąż stała i patrzyła na mnie z wyższością. Jej pysk oświetlały pierwsze promienie słońca. Kim ona jest i co tutaj robiłem? Nagle zesztywniałem i otworzyłem szerzej oczy. A co jeśli stało się coś... coś absolutnie nieprzyzwoitego? Pomijając tą kałużę wymiocin. Odchrząknąłem.
- Możesz mi powiedzieć... co mnie "ominęło"?
Posłała mi długie spojrzenie, po czym odpowiedziała:
- Nazywałeś mnie Margaret. Sypałeś sucharami. Kłóciłeś się z Kirke. Coś jeszcze chcesz wiedzieć?
Pokręciłem przecząco głową. W duchu radowałem się, że nie wydarzyło się coś, przez co mógłbym się nabawić dodatkowego potomstwa.
- A, no i chciałeś mnie zaprowadzić do krzaków - warknęła. Miałem wrażenie, że moje serce stanęło w miejscu.
- Chciałem? I tylko chciałem?
- Tak. Później uwaliłeś się w mojej jaskini i zacząłeś głośno chrapać. Gdybym tylko nie miała twardego snu, ukatrupiłabym cię za to. Jesteś obleśny, wiesz?
- Taa... wiem - mruknąłem, spuszczając wzrok. Westchnęła z dezaprobatą, obróciła się i skierowała do wyjścia.
- Zgaduję, że teraz widzisz podwójnie. Przynieść ci coś do jedzenia lub picia? - powiedziała od niechcenia - Byle nie wódkę.
- Poproszę...
- W takim razie w czasie gdy mnie nie będzie masz posprzątać to, co zwróciłeś.
Ostrożnie pokiwałem głową, nie chcąc się narażać na kolejną falę bólu spowodowanego kacem. Najlepsze było chyba to, że wciąż nie miałem pojęcia, jak ma na imię.
***
Kiedy wadera wróciła do jaskini, na wpół siedziałem, na wpół leżałem i trzymałem się jedną łapą za pulsujący łeb. Kręciło mi się w głowie.
- I co? Było tyle pić? - syknęła. Podniosłem na nią wzrok. W jej oczach odbijały się wesołe iskierki. To chyba taki typ osoby, który cieszy się z cudzego nieszczęścia.
- Źle zrobiłem, nie musisz mi tego wypominać - westchnąłem i położyłem łeb na ziemi. Podniosła brwi zaskoczona. Najwidoczniej rzadko kiedy ktoś się przy niej przyznawał do błędów. Nie powiedziała nic jednak na ten temat. Chwyciła ponownie zębami nogę sarny, którą taszczyła przez znaczną część drogi i przysunęła tuż pod mój pysk. Podobnie postąpiła z butelką wody, którą z kolei włożyła w małą, skórzaną torbę założoną na grzbiecie. Uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością i zacząłem pić. Nie było to takie proste jak sądziłem, bo część wylałem, ale ważne, że ugasiłem pragnienie. Chcąc przeczekać kolejną falę mdłości, nim zabiorę się za napełnianie żołądka, zapytałem:
- Dostałaś tą torbę, gdy byłaś mała? Nie sądzę, aby dorosły wilk nosił na co dzień coś tak niewielkiego. Nie pasuje do twojego grzbietu.
Speszyła się nieco i syknęła tylko:
- Nie twoja sprawa, stary grzybie.
- Widzę duży szacunek do starszych - westchnąłem, próbując ułożyć się w wygodniejszej pozycji. Usiadła naprzeciwko mnie. - Tak poza tym... jak ci na imię? Nie potrafię go sobie przypomnieć.
Ponownie popatrzyła na mnie z wyższością i odparła:
- Jestem Yuko.
Już otworzyłem pysk, by się przedstawić, ale ta mnie wyprzedziła, mówiąc:
- Wiem jak się nazywasz.
Zapanowała niezręczna cisza. Zacząłem skubać zębami przyniesione przez nią mięso. Cały czas mnie obserwowała. Miałem wrażenie, że chce coś powiedzieć, a mimo to tego nie robiła. Zastanawiałem się, jak wielką czuje do mnie niechęć.
- Kim jest Margaret? - zapytała po chwili.
- Co proszę? - wymamrotałem, podnosząc na nią spojrzenie.
- Kim jest Margaret? Ja ci przyniosłam jedzenie i uratowałam cię przed zrobieniem czegoś głupiego, więc odwdzięcz mi się jakoś.
Sapnąłem niezadowolony.
- Po prostu podoba mi się to imię.
- A mimo to z czego mi wiadomo nazwałeś całkiem inaczej swoją córkę.
- Moja partnerka nalegała na "Achitę", więc tak zostało.
- Już nie kłam i opowiadaj.
Wciąż bolała mnie głowa. Z trudem przypomniałem sobie, kim mogła być ta cała... Margaret. Sapnąłem jeszcze kilkakrotnie, choć wiedziałem, że to w niczym nie pomoże. I tak kaca się nie pozbędę przez najbliższe kilka godzin.
- Szkoda gadać. Było, minęło.
- Mów.
Milczałem, uparcie wpatrując się w posadzkę.
- Słyszysz? Inaczej rozgłoszę całej watasze, że się porzygałeś.
Westchnąłem. Przekonała mnie.
- Miała takie same oczy, jak twoje. Wadera, która cholernie mi się spodobała i chciałem ją poderwać.
- Czemu jej nie poderwałeś? Jakoś pamiętam cię z inną waderą o imieniu Nari.
- To było jeszcze przed dołączeniem do Watahy Magicznych Wilków. Nie znałem Nari. Byłem młody i głupi. Miałem różne dziwne odpały wśród wilków z poprzedniej watahy.
- A więc czemu dołączyłeś do Watahy Magicznych Wilków, jeżeli tam miałeś "Margaret"? Nie mogłeś tam zostać? - dopytywała.
- Możemy już skończyć ten temat? - przerwałem jej, mówiąc chłodnym tonem.
- Co cię gryzie? - W tym momencie się diabolicznie uśmiechnęła - Teraz jak zacząłeś paplać, to musisz skończyć.
- Skoro nie chcę, to nie muszę. - Wstałem na równe łapy. Zaczęło mi dzwonić w uszach, ale postanowiłem to zignorować. - Powinienem już iść.
- To idź. Tylko nie licz, że ci pomogę jak znajdę cię zemdlałego w krzakach - Prychnęła. Nie odpowiadając, powoli wyszedłem z jaskini. Chwiałem się lekko. Łapy wciąż mi drżały. Taka nagła dawka alkoholu nie była dobrym pomysłem. Po kilkunastu krokach oparłem się o skalną ścianę, a po odetchnięciu ruszyłem dalej w drogę.
Dotarcie do swojej jaskini okazało się trudniejsze, niż mi się początkowo wydawało. Nawet wchodząc do środka nie miałem pewności, czy to aby na pewno moje mieszkanie. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po przyjściu było uwalenie się na ziemi i bezmyślne wpatrywanie się z wyjścia na błękitne niebo, po którym płynęło tylko kilka białych chmurek. Pod przymrużonymi oczami pojawił mi się obraz wadery o rudobrązowym futrze i równie zarozumiałym spojrzeniu, co Yuki. Zamknąłem ślepia i pozwoliłem się porwać wspomnieniu, które uleciało z mojej głowy na ponad pięć lat.
- I co? Co chcesz mi niby pokazać? - zapytała Alfa, niecierpliwie wyglądając za mój bok.
- Zobaczysz - Uśmiechnąłem się szeroko.
- No weź... długo jeszcze mam czekać? - Roześmiałem się. - Kai! No już! Streszczaj się, póki jesteś trzeźwy!
- Uważaj, bo poczuję się urażony... no ale niech ci będzie. - Odsunąłem się. - Za tą wierzbą jest prezent dla ciebie.
Zachwycona zamachała ogonem. Ucieszyła się najbardziej chyba na słowo "prezent". Szybkim krokiem, choć nie biegiem przemierzyła zasłonę liści utworzoną przez wierzbę płaczącą. Podążyłem w ślad za nią. Widząc to, co dla niej przygotowałem, aż pisnęła z zachwytu.
- O mój Boże! Czy to... czy to... - mówiła i odwróciła się w moim kierunku. Jej oczy się iskrzyły radością.
- Malutki jednorożec? Owszem - Uśmiechnąłem się do niej szeroko. - Podoba ci się?
- Tak! - pisnęła i rzuciła mi się na szyję. Pod jej ciężarem aż upadłem. Śmiała się tak głośno, że mały kucyk z zainteresowaniem podszedł do nas i zaczął obwąchiwać swoją nową panią - Skąd go wytrzasnąłeś?
- Hm... Był w jakimś stadzie jednorożców. Podobno bardzo lubią jagody, więc urwałem jedną gałąź i...
- Czy ty mi właśnie chcesz powiedzieć, że odciągnąłeś tego malucha od matki? - jej oczy się rozszerzyły.
- Chyba tak. A co? - wzruszyłem nonszalancko ramionami.
- To, że teraz wataha jest zagrożona atakiem rozgoryczonych jednorożców! - natychmiast ze mnie zlazła. Powoli podniosłem się z ziemi, odpychając łapą łeb jednorożka.
- Margaret, nie dramatyzuj - Zaczęła nerwowo chodzić w kółko - Kiedy to będzie? Za miesiąc? Przecież przez ten czas będziesz się nim ładnie opiekować. Nawet nam za to podziękują.
- Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz?! - wrzasnęła, obracając się w moją stronę. W jej oczach pojawiły się łzy - Jesteśmy skończeni!
- Zdążymy przecież oddać malucha, nim zauważą - powiedziałem spokojnie, nadal się do niej uśmiechając - Tymczasem możemy porobić coś innego...
- To znaczy co?! Wesoło sobie hasać po łące?!
Odchrząknąłem, posyłając jej znaczące spojrzenie.
- Nie do końca... myślałem raczej o czymś... hm, innym.
Patrząc na moje przymrużone powieki, natychmiast domyśliła się, o czym myślę. Zdenerwowała się jeszcze bardziej. Przez chwilę drżała ze złości, a następnie wrzasnęła:
- WYNOŚ SIĘ STĄD! NIE CHCĘ CIĘ JUŻ WIDZIEĆ!
- To znaczy skąd...? Z lasu...?
- NIE! Z CAŁEJ WATAHY! NATYCHMIAST!
Patrzyłem na nią przez dobrą chwilę, ale nie wyglądało na to, aby żartowała, więc z przerażeniem podniosłem się z ziemi.
- Przecież...
- JUŻ! - przerwała mi. Po jej policzkach płynęły łzy.
Otworzyłem oczy. Serce łomotało mi jak szalone. Zdecydowanie nie byłem przygotowany do powrotu do tej wyjątkowo niekomfortowej sytuacji, w której zatrważała mnie aktualnie własna głupota. Pamiętam, że byłem wtedy lekko podpity, jednak nie na tyle, aby było ode mnie to czuć na kilometr. Zamknąłem oczy. Próbowałem się uspokoić. Moje życie jest szeregiem błędów. Jeżeli kiedyś ktoś mi powie, że podjąłem dobrą decyzję, wówczas go głośno wyśmieję.
- Obudziłeś się. - Usłyszałem głos. Zrobiło mi się w jednej chwili zimno. Echo, które się rozległo było niepokojące. Moja jaskinia była za mała, by się ono tam pojawiało. Otworzyłem oczy. Dopiero teraz zorientowałem się, że było za ciemno nawet jak na noc. Byłem w kompletnych ciemnościach. Na szczęście miałem w miarę dobry wzrok, więc mrużąc oczy zorientowałem się, że była to smukła wadera. Kiedy się zbliżyła o kilka kroków, dostrzegłem, że była to... Yuki. Westchnąłem cicho.
- Coś ty znowu wymyśliła? - Spróbowałem się poruszyć, ale niestety moje łapy były czymś spętane. - Co do...
- Jesteś teraz moim więźniem. Póki nie opowiesz mi, jak było z tą twoją ukochaną, nadal będziesz związany.
- Była Alfą - Powiedziałem bez ogródek. Uznałem, że już chyba nie mam nic do ukrycia - Zrobiłem pewną głupotę, przez którą cała jej wataha była zagrożona. Zdenerwowała się i mnie wygnała.
- Cóż to była za głupota? - zadrwiła, a ja po chwili wahania odpowiedziałem cicho:
- Odciągnąłem małego jednorożca od matki i zabrałem na tereny watahy.
Yuki wybuchnęła śmiechem, a coś, co mnie wiązało w jednej chwili pękło.
- Jesteś jeszcze głupszy, niż myślałam.

<Yuki? Chciałaś to porwanie, to proszę bardzo .-.>