Wdech ustami, wydech nosem - taki jest system, dzięki któremu nie dostałam zadyszki. Pędziłam przez las, wracając z nocnej zmiany w WHtPWaV-pie. Musiałam zostać dłużej, przez co wypuścili mnie dopiero po południu. Wszystko zaczęło się komplikować, a już szczególnie sprawa watahy Aramisa. Poza tym od dłuższego czasu nazywamy naszą organizację dość żartobliwie, by móc jakoś umilić sobie czas tam spędzony. Nazwę "Whypawie" (gra słowna: angielskie słowo "why", czyli "dlaczego" oraz "pawie", te zarozumiałe ptaki z długimi ogonami) wymyślił oczywiście Jayson. Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie wyraz jego pyska, gdy tłumaczył nam, jak ubzdurał sobie taką nazwę. Jedna wizyta w ludzkiej wsi i już uważa się za lepszego. W sumie trochę mu zazdrościłam, bo przez tą akcję zaczął otrzymywać małą wypłatę. Ja wciąż tkwiłam na swoim stałym stanowisku, najprawdopodobniej bez szansy awansu. Z drugiej strony Whypawie dla Jaysona były całym życiem, a dla mnie jedynie pracą dorywczą. Wkładał w to cały swój czas i serce. Właściwie byłam z niego dumna, bo dołączyliśmy o niemalże tym samym czasie i miałam okazję razem z nim mieć trening. Odszedł z watahy na rzecz tej pracy.
Moje rozmyślania przerwała wadera, której nie zauważyłam. Wpadłam na nią, przez co przeturlałyśmy się o kilka metrów i wpadłyśmy do pobliskiego rowu, w którym wataha zbierała deszczówkę.
- Oj, przepraszam - Powiedziała szybko wadera, która natychmiast podniosła się z podmokłej ziemi i otrzepała. Na mnie również upadek nie zrobił większego wrażenia, bo byłam w sumie już przyzwyczajona do bólu i upadków... no i co ważniejsze, o dziwo wylądowałam na czterech łapach.
- Nic się nie stało... Jestem Sohara. - Mruknęłam, patrząc na swoje zabrudzone futro.
- Ja nazywam się Rey... miło mi cię poznać.
- Kiedy dotarłaś do naszej watahy? Jeszcze nigdy cię tu nie widziałam. - Rzekłam, podnosząc wzrok na waderę i badając ją spojrzeniem. Miała gładko czarne futro z pojedynczymi turkusowymi akcentami.
- Chyba jakieś trzy, cztery tygodnie temu poznałam Ishi, która mi zaproponowała dołączenie do watahy.
- To fajnie... - powiedziałam, wspinając się w górę, by móc wyleźć z rowu. - A jak tu dotarłaś?
Zaczęła opowiadać o swoim życiu. Dość długo jej to zajęło, nim skończyła, więc byłam już na Wrzosowej Łące, kiedy skończyła swoje przemówienie. W międzyczasie jeszcze skontrolowałam, jak radzi sobie zespół polowań beze mnie. Jakiś czas temu zmieniłam stanowisko z goniącej na opiekunkę młodych. Zrobiłam to nie tylko ze względu na to, że aktualnie nie ma we watasze żadnego szczeniaka i będę mieć więcej czasu, ale również dlatego, że w mojej głowie wciąż jaśniał uśmiech malutkiej Telleni.
- Hm... Dużo w życiu przeszłaś - oznajmiłam na końcu.
- A ty... jak tu się dostałaś? - Zapytała. Posłałam jej dłuższe, zamyślone spojrzenie, aż w końcu nie powiedziałam, w sumie na odczepkę:
- Wolę o tym nie mówić...
Nie chodziło tylko o to, jak dołączyłam, ale o moją zmarłą matkę, oszalałego ojca, brak zaufanych przyjaciół i Telleni, którą utraciłam dobry rok temu. Na samą myśl o moim życiorysie przechodziły mnie ciarki. Nie było w tym nic tak okrutnego, co przeżyli niektórzy, ale świadomość, że jednak wolałabym o tym nie mówić sprawiła, że nie zaczęłam tworzyć autobiografii. Nigdy nie lubiłam opowiadać o sobie, bez względu na to, kto to będzie. Wystarczyło, że kilka wilków miało świadomość tego, co przeżyłam chociażby po części. Nie było sensu tego rozpamiętywać.
- Przepraszam, jak cię uraziłam...
- Nie nic się nie stało - Uśmiechnęłam się lekko. Wadera wciąż badała mnie swoimi czujnymi, zielonymi oczami, chyba nie dowierzając moim słowom.
- Może pójdziemy na klif? Bardzo fajne miejsce.
Przypomniałam sobie te wszystkie chwile, kiedy przesiadywałam na klifie i wpatrywałam się w zachody słońca. Telleni zawsze była u mojego boku. Od kiedy jej nie ma, nie odwiedziłam go ani razu. Może powinnam zmienić podejście do niego? Rey wyglądała na samicę cieszącą się życiem. Może i ja powinnam być taka, jak ona i cieszyć się każdą chwilą?
- No pewnie, chodźmy. Kto będzie tam ostatni, to zgniłe jajo!
- Nie mogę biec... Moja łapa jeszcze nie wyzdrowiała - mruknęła Rey, spuszczając wzrok. Przypomniałam sobie, jak opowiadała o ataku na jej osobę. Skinęłam głową i się uśmiechnęłam.
- Zapomniałam. Chodźmy powoli.
Nie spiesząc się nigdzie, podążyłyśmy w kierunku klifu. Wadera kulała, ale zaciętość na jej pysku wskazywała na to, abym nawet nie pytała o to, czy jej pomóc. Wyglądało na to, że z mojego wyjątkowo idiotycznego planu nici. Szybko doszłam do wniosku, że raczej z moim życiem nie jest na tyle źle, by chcieć się zmieniać. Nie ma sensu na siłę udawać kogoś wiecznie chętnego do zabawy. Mam już pięć lat, nie będę zgrywać dziecka, w przeciwieństwie do Danny'ego. On to on, ja to ja. Nie lubię udawać, że jestem kimś, kim nie jestem.
- Aaa... Masz jakąś moc? - zapytała, gdy dotarłyśmy już na miejsce.
- Tak, potrafię przenosić się w czasie. - Odparłam spokojnie.
- Naprawdę!? Ja umiem tylko wzniecać ogień.
- To też coś! Cały czas przy sobie masz broń, i to taką której nie trzeba dźwigać - Zaśmiałam się lekko. Od zawsze marzyła mi się umiejętność wzniecania ognia bez potrzeby dźwigania wszędzie ze sobą krzesiwa. Jayson otrzymał to błogosławieństwo, które bardzo pomaga mu w wykonywaniu misji.
- Heh... W sumie lepsze to niż nic.
- Ja umiem też się teleportować. - Powiedziałam, w sumie sama nie wiedząc dlaczego. Wpatrywałam się w słońce odbijające się w delikatnie falującej wodzie. Przypominały mi się wszystkie chwile, gdzie musiałam odbyć starcie z przeciwnikiem silniejszym ode mnie. Zdolność teleportacji w zestawie z czasem nadrabiała wszystko, co z brakiem mocy fizycznej się wiąże.
- Wow, też bym chciała tak umieć. Nie musisz nigdzie chodzić wystarczy, że pomyślisz o tym miejscu i już tam jesteś. - Powiedziała, jednak ja słuchałam ją już jednym uchem. Patrzyłam na wszystkie kolory malujące się na niebie. Gdybym tylko potrafiła używać farb, przyniosłabym paletę i zamoczyła w nich pędzel.
- Jaki piękny zachód słońca... Dawno takiego nie widziałam.
- Piękny, ale zbliża się noc, musimy wracać do watahy - oznajmiła rzeczowo moja nowa znajoma.
- Niestety... Musimy już iść, po ciemku nie za dużo widać - Zaśmiałam się lekko. Znowu przypomniały mi się wieczory, kiedy przychodziłam tutaj z Tell. Kładłyśmy się na skale i czekałyśmy na zachód, bez względu na pogodę i porę roku. Za każdym razem to zjawisko odkrywałyśmy na nowo. Nowe kolory i skojarzenia. Zamknęłam oczy i wzięłam w płuca jak najwięcej morskiego powietrza.
- Chodźmy. - Ponagliła, więc otworzyłam ślepia, podniosłam się i ruszyłam w przeciwnym kierunku. Czarna jak noc wadera zrobiła to samo. Pytała jeszcze o kilka nieistotnych szczegółów, przykładowo o to, skąd mam łuk i po co mi on, czy jest mi zimno i czy lubię lato. Ponadto gdy przechodziłyśmy przez Zielony Las Rey wypatrzyła borówki. Nie byłam szczególnie głodna i nie przepadałam za owocami, ale z grzeczności zjadłam kilka.
- To co, widzimy się jutro? - zapytałam stojąc już przed swoją jaskinią.
- No pewnie, a czemu nie.
- To do jutra, pa!
- Do zobaczenia - Powiedziała, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła. Obserwowałam ją tak długo, póki nie zniknęła w swojej jaskini, która jak się okazało znajdowała się nieopodal mojej. Westchnęłam, po czym wybiegłam z jaskini. Wiedziałam, że dziś tuż po zachodzie słońca odbędzie się trening. Rzadko na niego przychodziłam, głównie ze względu na późną porę. Po kilkudziesięciu ćwiczeniach w końcu musiałam znowu biec do bazy Whypawi. Byłam już co prawda rozruszana, ale i za razem nieco zmęczona, a przede mną jeszcze cała noc na dyżurze. Jedynym pocieszeniem była myśl, że jutro w nocy będę miała spokój i choć raz będę mogła się porządnie wyspać.
Zmachana wpadłam do bazy, a pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy była kilkumetrowa sterta notatek. Sięgała niemalże do sufitu. Niewiele brakowało, a zwyczajnie bym na nią wpadła.
- Cześć, Haro! - wykrzyknął radośnie mój partner. Odwróciłam się w jego kierunku i uśmiechnęłam krzywo. - Masz gałąź we włosach.
- Poważnie? - Otworzyłam szerzej oczy. Basior nie odpowiadając mi, zmienił się w człowieka i wygrzebał długą gałąź z pojedynczymi listkami z moich włosów.
- Nie, na niby. - Zaśmiał się, wymachując mi nią przed nosem. Również zmieniłam się w człowieka i odepchnęłam ręką gałązkę.
- Każdemu się to może zdarzyć. - Jayson dalej się głupio szczerzył. - Już się tak nie ciesz. Mam ci przypomnieć, jak ptak narobił ci na twarz, kiedy śmigałeś przed całą agencją na motorze?
Chłopak się skrzywił i wyrzucił przez ramię przedmiot. Trafił w kubek z kawą Lary'ego.
- Hej! Uważaj co robisz! Teraz ty będziesz musiał to wypić! - wykrzyknął oburzony, wyglądając zza monitora komputera. Mina Jaysona była po prostu bezcenna, przez co wybuchnęłam śmiechem. - Słyszysz?
- Tak, tak... już idę.
Jayson podszedł do biurka mężczyzny i spróbował go przekonać, że lepiej byłoby wylać kawę z kawałkami oberwanej kory wewnątrz, niż się nią truć, ale Lary chciał po prostu dokonać na nim zemsty.
- Co to za papiery? - zapytałam Madeen, która akurat siedziała na krześle, ostrzyła swój sztylet i przysłuchiwała się kłótni.
- Część zbiorów z bibliotek niektórych watah.
- Na temat...? - Pytałam, chwytając jeden z nowo wyglądających notesów i wertując jego strony.
- Głównie polityki. - Zamilkła na chwilę, a następnie odłożyła sztylet i usiadła noga na nogę. - Należysz do Watahy Magicznych Wilków, prawda?
- Tak... - mruknęłam, spoglądając na nią. Jej długie blond włosy spadały w dół niczym kurtyna. Musiała być bardzo ładna, bo gdyby nie wiecznie ropiejące oko, ręka odcięta aż do łokcia, liczne blizny oraz zamiłowanie do walki z całą pewnością miałaby już wspaniałego męża.
- Będziesz musiała też stamtąd nieco zwędzić. Podobno jest tam całkiem sporo notatek o tej watasze, która utrudnia nam robotę.
Mogłam się tego spodziewać. Nie czułam się dobrze na myśl o kradzieży. Często ktoś tam przychodził, więc trudno będzie to zrobić. Od razu by się zaczęły pytania, nawet jeśli bym tylko te książki wypożyczyła. Skoro będzie ich dużo, mogę mieć problem z wyniesieniem.
- Ktoś mi pomoże?
- Jeśli chcesz, możesz iść z Jaysonem.
Popatrzyłam w kierunku najbliższej mi osoby, która akurat ocierała usta od niesmacznej kawy. Lary triumfował.
- Do kiedy mam to przynieść?
- Najlepiej do końca tygodnia. Możesz iść nawet teraz na dyżurze.
Zaczęłam zastanawiać się, czy lepiej iść teraz, czy na razie się wstrzymać. W końcu jutro mam wolne. Podjęłam decyzję. Nie odpowiadając już Madeen, podeszłam do biurka, o które opierał się Jayson i oznajmiłam, nie przyjmując sprzeciwu:
- Idziesz ze mną.
On nie pytając o nic, po prostu skinął głową. Przywykł do tego, że nie lubiłam się tłumaczyć, a o szczegółach zadania dowie się dopiero na miejscu lub po drodze. Gdy wyszliśmy na dwór, zapytał, czy bierzemy motory, lecz kiedy zmieniłam się w wilka, odpowiedź była już jasna.
Rzuciliśmy się biegiem na wschód. Dotarliśmy przed drzwi biblioteki jakieś trzy kwadransy później. Na szczęście wszyscy spali, więc nikt nawet nie zorientował się, że na tereny wtargnął ktoś obcy. Delikatnie pchnęłam porośnięte fantazyjnymi kwiatami wrota. Jayson ciekawy wszystkiego zajrzał do środka.
- Świetna ta wataha. Wiele o niej słyszałem, ale wygląda jeszcze lepiej niż sądziłem. Tyle przestrzeni do biegania...
- ...jak debil gdzie tylko się tobie zamarzy? Powodzenia życzę. Na całą watahę ze swoją głupotą wystarczy mój brat.
Tym samym zamknęłam mu usta, więc również wkroczyłam do środka, szczelnie zamykając drzwi. Było całkowicie ciemno, dlatego też Jayson użył swojego żywiołu do oświetlenia sali. Wydał z siebie ciche "łał", widząc rzędy regałów wypełnionych po brzegi obszernymi tomiskami. Wiedziałam, że nie lubi czytać, ale właściwie nic dziwnego, że ten zbiór zrobił na nim duże wrażenie.
- Czego lub kogo mamy szukać? - zapytał.
- Czegoś na temat "watahy X".
Skinął głową i podszedł do jednej z półek. Po drodze zapalił dodatkowo kilka świec, dzięki którym i ja miałam dostatecznie dużo światła. Mijały godziny, a ja miałam już kilkadziesiąt notesów dotyczących sąsiadów Watahy Magicznych Wilków i nie tylko.
- Haro... Chyba ktoś idzie - szepnął w którejś chwili basior. Usłyszałam, że zgasił swoją kulę ognia i ukrył nieco głębiej między półkami. Ja nie zdążyłam tego zrobić, gdyż drzwi już się otworzyły, a w nich stanęła dość zmarnowana postać. Jej kolor wtapiał się we wszechobecny mrok. Zorientowałam się z kim mam do czynienia dopiero po kilku sekundach, gdy mignęły mi turkusowe i białe wzory. Rey. Dopiero po chwili zauważyła, że ktoś również jest w środku, bo ruszyła w moim kierunku. Przeklęłam w duchu. I jak ja się teraz wytłumaczę? Jest środek nocy, a ja gromadzę na podłodze jakieś zakurzone rękopisy.
- Cześć, Sohara... co tutaj robisz?
- Ja... nie mogłam zasnąć. - mruknęłam, starając zasłonić stertę książek rzuconych bez ładu gdzie tylko popadnie. Wadera ziewnęła. - A ty?
- Chyba znowu lunatykowałam... ocknęłam się w Magicznym Ogrodzie, więc pomyślałam, że zajrzę i wezmę jakąś książkę do poczytania na jutro.
- Heh... i co bierzesz?
- Nie wiem. Może ty mi coś polecisz? - mówiła ledwo przytomna. Widziałam, że usypiała na stojąco.
- Może... "Hybrydy polarne"?
- Co to?
- Taki jakby atlas gatunków zamieszkujących północ.
- Ciekawe to? - mruczała prawie niesłyszalnie.
- Tak, z całą pewnością warte uwagi... - Grałam na czas, kątem oka obserwując Jaysona, który próbował wyleźć przez okno z plikiem papierów przywiązanych do grzbietu.
- W którym dziale leży?
- Hm... chyba w encyklopediach.
- No... ok... - ziewnęła i poczłapała do innego regału. Wtedy Jayson wykonał skok, ale omyłkowo zahaczył łapą o świecznik. Ten się zakołysał i upadł na papiery. Natychmiast zajęły się ogniem. Rey widząc to od razu się wybudziła i z przestrachem obserwowała pożar, a następnie ugasiła go za pomocą swojego żywiołu.
- Co to było?! - wykrzyknęła. Wyglądała na przerażoną. Mnie też serce łomotało. Kilka cennych notatników było częściowo spalonych.
- Nie wiem... chyba wiatr...
- Widziałam jakiś ruch!
- Może lis?
- Było większe od lisa! - krzyczała i podbiegła do otwartego okna. Jayson zniknął już za drzewami. Miał szczęście, ale Rey już nie bardzo. Nieźle ją nastraszył, a ja teraz będę zmuszona wmuszać jej jakieś bajeczki. Nakaz milczenia nie pozwalał mi nikomu nawet wspomnieć o Whypawiach.
<Rey? Nie rób z Haro rozbrykanego dziecka, ani najlepszej przyjaciółki, proszę. Nie lubi opowiadać o sobie, ani zdradzać tajemnic, tak więc na 100% nie piśnie nawet o WHtPWaV.>
Uwagi: brak
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
czwartek, 26 maja 2016
Od Kirke "Odkrycie" cz.4 (c.d Sarah)
- To mamy nie lada problem... - mruknęłam.
- Czemu? - spytała. Zamknęłam oczy.
- Dzisiaj zrobimy dzień zwierzeń, zgoda? - spytałam.
- Ale...
-
Tak potem pomyślimy co zrobić - uśmiechnęłam się, ale uśmiech
natychmiast zszedł. Zamknęłam oczy i usiadłam przy wejściu do jaskini.
- Mało kto zna moją historie... znaczy, przynajmniej to co pamiętam...
- Co? - spytała zaciekawiona.
-
Bo widzisz... większość wilków jakie znam, miało swoją historię, znali
swoich rodziców i wiedzieli dlaczego odeszli. Ale ze mną... jest inaczej
- spojrzałam przed siebie.
- To znaczy?
- Miałam
wtedy z... cztery miesiące? - popatrzyłam w dół zamykając oczy -
obudziłam się w lesie. Przerażona, głodna... nie pamiętająca niczego.
Jedyne co pamiętałam to krzyki. Więc... leżałam na ziemi i czekałam na
mamę. Nie przyszła. W końcu wstałam i od tej pory działałam na własną
łapę...
- Kirke, to tyle, ile pamiętasz?
- Ta... - mruknęłam.
- A skrzydła?
- Już ich nie miałam, kiedy się obudziłam w lesie - zapadła cisza. Wbiłam pazury w ziemię zaczynając płakać.
- Kirke...?
-
Może gdybym pamiętała kim jestem, uratowałabym Kasume przed śmiercią... -
zaczęłam się trząść - może gdybym dała... dała radę obroniłabym go... -
wstałam i poczułam jak lekki wiatr wlatuje do jaskini - ale oczywiście
nie potrafiłam! - w tym momencie powietrze okrążyło mnie niczym kula.
- Kirke uspokój się! - krzyczała Sarah wystraszona.
- Gdybym wiedziała kim byłam, nie byłoby tak, jak teraz!
-
Kirke! Ci których straciłaś poświęcili się dla ciebie! - popatrzyłam na
nią z łzami. Zamknęłam oczy i się uspokoiłam nadal płacząc.
-
Przepraszam... - zapadała noc - prześpij się. Może jutro go znajdziemy
tam, gdzie byłaś... - zaczęłam wychodzić, ale Riven mnie zatrzymał.
- Riven... - powiedziałam w myślach - Nienawidzę Cię... ale ciesze się, że chociaż ty... - przerwał mi szumem.
- Co to było? - spytała.
- Nie nic... to wiatr - mruknęłam i położyłam się przed jaskinią. Skuliłam się cała roztrzęsiona i położyłam się spać.
**********
Obudziłam
się w lesie blisko czarnej wadery, która była moja matką. Byłam
malutka, bo nic nie widziałam, a czułam bardzo ostro zapachy... moje
dzieciństwo? Ale ile musiałam mieć wtedy lat... Automatycznie wtuliłam
się w waderę piszcząc jak typowy szczeniak. Usłyszałam wnet kroki.
- Już czas, Darney - powiedział jakiś basior warcząc. Zaczęłam piszczeć ze strachu.
- Nie... - powiedziała wtulając mnie - to moja córka! - krzyknęła z łzami. Usłyszałam drugie piski. Ale czyje...?
-
Znasz umowę. Jak nie chcesz po dobroci, to sami to zrobimy. Chłopcy!
Brać młodą - powiedział basior i złapał mnie za kark. Piszczałam
wystraszona.
- Nie... to moja córka... Nie oddam wam jej! - krzyknęła warcząc.
- Nie masz wyjścia - w tym momencie usłyszałam krzyk bólu, a na mnie prysnęła krew.
-
Uciekajcie! - wyrzucili mnie na ziemię i zaczęli uciekać. Ale
dlaczego?! W tym momencie poczułam jak cień mnie dusi. Moja matka
zaczęła się śmiać psychicznie.
- Jak
zabrali mi ją... to nie mam dla kogo żyć... - jednym ruchem złamała mi
kark, a ja obudziłam się z krzykiem, zdyszana, roztrzęsiona i cała we
łzach.
************
Do końca nocy już nie spałam, a czekałam aż moja towarzyszka się wybudzi ze swojego snu. Przynajmniej ona śpi spokojnie...
- Riven... kim ja byłam w tym śnie? - spytałam na głos. Cisza...
- Riven? - zapytałam ponownie. Cisza...
- Riven, jesteś tam? - odpowiedziała mi cisza. Po chwili usłyszałam jego szum razem z odpowiedzią.
-
Ale... ja żyje. Jak niby to byłam ja? Przecież wykręciła mi tam kark...
- spytałam siebie niezrozumiale. Po chwili usłyszałam jak Sarah się
budzi. Odwróciłam się do niej.
- Jak się spało? - spytałam.
- Nawet... - wstała podchodząc - idziemy?
-
Mhm... - podniosłam się i ruszyliśmy w jakąś stronę... co to był za
sen? O czym bym? Kim ja tam byłam? Kim w końcu ja jestem...? Mam tyle
pytań... Moment. Zadaje nieodpowiednie pytania... Kim jest Riven?
<Sarah?>
Uwagi: Znowu pozjadałaś przecinki. Poczytaj może w Internecie lub słowniku, gdzie powinno się je stawiać.
środa, 25 maja 2016
Od Suzanny "Nowy wymiar" cz. 8 (cd. Yui)
- Nie możemy jeszcze spróbować tutaj? Nie wierzę, żeby takie miejsce zostawiło nas bez niczego - oznajmiła Yui po chwili namysłu.
- Przestań, tutaj niczego nie ma! - syknęłam niezadowolona. Kilka minut później udało nam się zgramolić ze stromych schodów, zejść na parter i wyjść z zamczyska. Kiedy byłyśmy w bezpiecznej odległości od siedliska tej chmary kruków, Yui przystanęła za jednym z pustych konarów drzew. Zaczęła rozwijać czarne bandaże. Obserwowałam ze znudzeniem, jak ta się odwracała, oglądała swoje rany, aż w końcu nałożyła świeży opatrunek. W końcu jej spojrzenie zatrzymało się na mnie. Zrobiło mi się zimno. Już wiedziałam, o co chciała zapytać.
- Zmienić ci bandaże?
- Co? Nie, jeszcze są w dobrym stanie - bąknęłam, odwracając wzrok. Na moje nieszczęście chyba podchwyciła, że muszę coś ukrywać, bo niebezpiecznie zbliżyła się do mojego boku i zapytała:
- Co tam masz?
- Rany, jakbyś nie wiedziała - Przewróciłam oczami, odsuwając swój łeb od jej pyska. Cofnęłam się o kilka kroków do tyłu. - Idziemy?
Moja towarzyszka uznała, że to chyba najlepszy pomysł. Szczerze wątpiłam, że faktycznie uwierzyła w to, że nie mam nic do ukrycia, ale wolałam nie kusić losu, więc uparcie milczałam.
Minęło trochę czasu, aż nie stanęłyśmy na skrzyżowaniu. Rozglądałyśmy się przez chwilę, namyślając się, którędy podążyć. Nie konsultując się z towarzyszką, od razu ruszyłam w kierunku nieco wyróżniającej się drogi, która była przysłonięta rozkruszającymi się, pustymi w środku konarami drzew. Z wrażenia aż przystanęłam, gdy do moich uszu dobiegł cichy szum wody. Dopiero teraz poczułam, że moje usta są wysuszone na wiór. Posłałam Yui znaczące spojrzenie, na co ona odpowiedziała tym samym. Następną czynnością przez nią wykonaną było wyczarowanie gładko czarnych schodów ponad stertą drewna. Przez chwilę wahałam się, czy warto tam się wdrapywać, ale kiedy wadera ochoczo zaczęła wspinać się na górę, podjęłam decyzję, by postąpić tak samo.
Szybko ją dogoniłam, gdyż zatrzymała się na ich szczycie. Mnie również nieco przytkało. Moim oczom ukazała się zielona łączka z soczyście zieloną trawą, przyozdobiona gdzieniegdzie barwnymi kwiatami. Dookoła porastał ją najzwyczajniejszy w świecie las, który w tej sytuacji zdawał się być dla mnie najpiękniejszym widokiem, jaki mógł mnie spotkać. Poczułam się niemalże zaszczycona. Puściłam się biegiem w dół schodów, potykając się kilkakrotnie, lecz nie upadając. Czując chłód świeżej trawy oraz jej miękkość zaczęłam się głośno, acz radośnie śmiać i zwiedzać każdy zakamarek nowo odkrytego miejsca. Czułam się jak wolna. W końcu coś, co przypominało mi dom! Yui mnie wyprzedziła. Zareagowała dokładnie tak samo. W moich oczach pojawiły się łzy szczęścia.
Prawie padłam na trawnik, jeszcze lekko chichocząc. Nagle uśmiech zniknął z mojego pyska, otworzyłam szerzej oczy. Choć miałam dość słaby słuch i tak postawiłam uszy, nasłuchując jakiś dźwięków. Yui wciąż się śmiała, więc szepnęłam:
- Cicho.
- Co jest? - zapytała, również nieruchomiejąc. Wyglądała na dość zaniepokojoną.
- Zamilcz - Syknęłam ponownie, wpatrując się w gęste zarośla, jakich było tutaj całe mnóstwo. - Zostań tu i nie rób żadnej głupoty.
Po tych słowach zaczęłam się czołgać między gałęziami. Dziwne dźwięki zaczęły się nasilać. Tak. Teraz słyszałam wyraźnie. Szum wody, dźwięk stukających kopyt, ciche prychanie... wtedy ją ujrzałam. Smukła postać o czterech kopytach, utrzymująca się na swoich chuderlawych nogach.
- Cześć, sarenko - powiedziałam do siebie ledwo słyszalnie, po czym natychmiast obudził się we mnie instynkt drapieżcy. Rzuciłam się na zwierzę, na co to zareagowało paniczną ucieczką. Byłam zbyt głodna, by jej odpuścić. Warknęłam kilkakrotnie ścigając ją, przez co wyglądała na jeszcze bardziej spanikowaną. Zignorowałam palący ból ran oraz mojego biodra. Liczył się tylko potencjalny posiłek. Niedługo potem z zarośli wyłoniła się i Yui, która również przystąpiła do ataku. Choć początkowo szło jej to raczej marnie (od razu widziałam, że była ona niewyszkolona w polowaniu), koniec końców udało nam się schwytać tłustą sarnę.
Kiedy ta się wykrwawiała na trawie, my łakomie pożerałyśmy ją kawałek po kawałeczku. Zbyt wiele czasu spędziłyśmy bez posiłku, przez co niemalże zapomniałam jak smakuje świeże mięso. Choć nie przepadałam za taką brutalnością, a gustowałam raczej w owocach leśnych, wiedziałam, że to była jedyna rzecz, która mogła dać ukojenie mojemu dotychczas pustemu żołądkowi.
- Chce mi się pić - oznajmiła Yui po uczcie. Przytaknęłam jej, od razu zrywając się na równe łapy. Nie było czasu na leżakowanie. Nie teraz. Najpierw powinnyśmy ukoić pragnienie.
Kilka minut później, rozchylając kolejne gałęzie krzaków, naszym oczom ukazało się rozległe jezioro o krystalicznie czystej wodzie. Już miałyśmy się radośnie rzucić w jego kierunku, kiedy do naszych uszu dobiegł niski, kpiący głos:
- Witam, panienki.
Samica odwróciła się jako pierwsza, a widząc jej nastawienie do gościa, wiedziałam już, na co być przygotowaną. Nie myliłam się. Ujrzałyśmy basiora, który był nam już znany z kilku wizji. Szczerzył się, jakby powiedział jakiś wyśmienity żart. Postąpiłam krok do tyłu. Czułam przed nim lekką trwogę, ale większe było raczej zainteresowanie. Przewyższał mnie o dobre trzy głowy, Yui za to o dwie. Był czarnym, masywnym basiorem z radosnymi iskierkami w oku.
- Jak mniemam, pewna... wadera zdążyła wam już powiedzieć, znalazłyście niewłaściwy kamień. - W tej chwili z jego pyska uśmiech całkiem zniknął. Brwi zmarszczyły się, co oznaczało nie nic innego, jak wściekłość. - Żaden z tych kamieni nie miał prawa znaleźć się w waszych wścibskich łapskach! Ale to nieistotne. Oddaj kamień, a nic się nikomu nie stanie.
Poczułam się tak, jakby wywiercał wzrokiem dziurę w mojej piersi. Nie spuściłam wzroku, patrzyłam na niego pewnie, choć serce łomotało mi jak szalone. Miałam wrażenie, że zaraz rzuci we mnie potężnym gromem, który w jednej chwili zakończy me życie.
- Ale my nie mamy żadnego kamienia! - Wykrzyknęła zrozpaczona wadera.
- Nie wtrącaj się, jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek wrócić do swojego świata.
Postanowiłam się odezwać. Nie chciałam, by Yui miała sobie radzić z nim sama:
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
- Kłamiesz. - Jego głos stał się bardziej zachrypnięty. Niecierpliwił się. To nie wróżyło niczego dobre. - Oddaj mi to, a... - Zamyślił się, lecz po chwili dokończył, mówiąc coś, czego nawet ja nie przewidziałam: - zagwarantuję wam powrót do domu.
- Na jakiej podstawie mamy ci ufać? - Syknęłam, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. Analizowałam jego mimikę pyska, grę ciała i ton głosu. Sama już nie wiedziałam, kto po czyjej stronie stoi.
- A na jakiej podstawie macie mi NIE ufać? Nie mówcie, że wierzycie w te puste słowa cukrowej lali ze skrzydłami? - Po tych słowach wybuchnął śmiechem, tak bardzo charakterystycznym dla wszystkich psychopatów.
- Dlaczego zakładasz, że mamy w ogóle jakiś kamień? - Dopytywałam.
- Nie jestem głupi ani ślepy, w przeciwieństwie do waszej dwójki. Śledziłem was od samego początku.
- Pestka? - Zapytała zaniepokojona Yui. Musiała być zagubiona. Przymrużyłam oczy, nie odpowiadając samcowi ani słowem.
- Koniec pogawędki, drogie panie, czas ucieka. - Nim skończył mówić, zniknął, a ja poczułam szarpnięcie i dźwięk rozrywanego materiału. Obróciłam się i ujrzałam za sobą basiora, błyskającego swoim kpiącym okiem. W pysku trzymał szary kamień, który sprawnie przeniósł w powietrze za pomocą kuli many, by mieć wolne szczęki. Odruchowo rzuciłam się na niego, lecz z marnym skutkiem. Zrobił szybki zwrot, chwycił za mój kark, a następnie szarpnął mną gdzieś w bok. Wszystko zawirowało, a ja poczułam szczęk nadwyrężonych kręgów. Uderzyłam o coś szorstkiego, co musiało być drzewem. Z trudem orientowałam się, co się dzieje. Bydlak był silny. Podniosłam się po chwili, jednak wszystko wirowało, a ja nie byłam zdolna do żadnego konkretnego ruchu. Nie wiedziałam, co się dzieje. Z trudem dostrzegłam zarys sylwetki samca i powiewający na wietrze skrawek czarnego materiału, który doczepił się do jego pazura. Był na wyciągnięcie łapy. Chwyciłam zębami "chorągiewkę", jednak coś on powiedział i gwałtownie przechylił swoją kończynę tak, że niemalże upadłam na ziemię i zaryłam pyskiem w trawnik. Ten jednak na nowo popchnął mnie na drzewo i przycisnął do niego.
- Pobawmy się trochę... - Tym razem dotarły do mnie jego słowa. Mówiąc to przycisnął swoją umięśnioną łapę do mojego gardła. Zaczęłam się miotać, czując, że się zaczynam dusić, a on może mi zmiażdżyć krtań. Wyczarował z fioletowej kuli many długi, zdobiony sztylet i przyłożył do mojego policzka. Z braku tlenu szybko straciłam przytomność.
- Tak bardzo nie chciałyście już tam tkwić, że nabrałyście się na najłatwiejszą sztuczkę - iluzję. Twoja przyjaciółeczka nie powinna długo tam zostawać, jeśli nie chce zdechnąć od trucizny.
Poczułam, że mam już prawie całkowicie swobodny dostęp do tlenu... tlenu, który drażnił płuca. W sumie nie było w tym nic dziwnego, gdyż wszystko na nowo stało się doliną cierpienia i rozpaczy. Dopiero po chwili dotarły do mnie wypowiedziane przez niego słowa. Patrzył w stronę jeziora. Czy tam... czy tam była Yui?
- Przestań! - krzyknęłam, choć słabo, bo wciąż nie zdążyłam odetchnąć. Moją klatkę piersiową krępowały ciasne więzy. Basior nawet się nie odwrócił. - Mówię ci, przestań! Przywróć to wszystko do poprzedniego stanu, nawet jeśli to będzie trucizna! Błagam!
- Tak? I co jeszcze? Żebym sprawił, że to wszystko stanie się na nowo słodką krainą? Żebym zaczął się przyjaźnić z Ivter? Chyba śnisz!
Ivter? Ivter? Zaczęłam przetwarzać dane. Doszłam do wniosku, że mogła to być ta skrzydlata wadera.
- Tego nie powiedziałam. Po prostu ją uwolnij! Kamień możesz zatrzymać, ale zostaw ją w spokoju! - Spróbowałam się uwolnić z lin, ale nic z tego. Były ponadto wykonane z czegoś, co mogłoby jedynie mi stępić zęby lub nawet całkiem wyłamać.
- Wtedy nie byłoby żadnej zabawy. Pomyślałaś o tym?
- Skąd w ogóle wiesz, po czyjej stronie stoimy? Jak myślisz, dlaczego nie przekazałam tej całej Ivter kamienia? Gdybym jej ufała, z całą pewnością bym to zrobiła. I nie obchodzi mnie to, czy to usłyszy, czy też nie. A ty o tym pomyślałeś?
Wybuchnął śmiechem.
- Próbujesz mnie przekonać, że stoicie po mojej stronie, pomożecie mi w zagładzie tego wymiaru, tylko po to, aby mnie przechytrzyć i zabić. Jesteś całkowicie żałosna.
- Może i jestem... ale proszę, zrobię wszystko, bylebyś tylko ją ocalił! - krzyknęłam coraz bardziej zrozpaczona i zrezygnowana tą sytuacją. Znieruchomiał.
- Wszystko, powiadasz?
- Wszystko!
- Bez względu na konsekwencje, jakie poniesiesz? Nawet, jeśli w ten sposób ubzduram sobie, żeby cię zabić z uprzednimi torturami, przez które zwariujesz z bólu?
- TAK! Ale najpierw wyciągnij ją stamtąd!
Po chwili namysłu wykonał gest łapą, po którym na powierzchnię wypłynęło nieruchome ciało Yui, na szczęście pyskiem do góry. Odetchnęłam z ulgą. Samiec odwrócił się w moją stronę. Uśmiechał się złowieszczo.
- W takim razie... jesteś od teraz moją marionetką do wykonywania wszystkich moich poleceń, po wiek wieków - Wyszczerzył się szeroko. Spodziewałam się długiej umowy, ale że aż tak? Miałam na głowie jeszcze watahę, ale wiedziałam, że nie był typem wilka, który wysłuchiwałby mojego wyżalania się. Najwyżej ktoś przejmie moje stanowisko. Nigdy nie uważałam siebie za godną następczynię Kiiyuko.
- Czyli mam rozumieć, że pierwszym twoim poleceniem będzie bycie przywiązanym do drzewa, aż mnie nie oblezą mrówki i nie obgryzą aż do kości?
Yui zaczęła się dławić i wypluwać wodę. Budziła się. Basior za to wyglądał na mocno zirytowanego. Liny pętające moje ciało zniknęły. Upadłam na ubitą ziemię. Dostrzegłam, że od jakiegoś czasu nie było również u jego boku unoszącego się szarego kamienia. Zaczęłam się zastanawiać, cóż mógł z nim uczynić. Zniszczyć? Teleportować gdzieś?
Nagle zerwało się silne wietrzysko, unoszące grudki ziemi w powietrze, wyłamujące kruche gałęzie oraz falujące powierzchnię burego jeziora. Następnym objawem teleportacji była jasna smuga światła, a zaraz po tym bordowy zarys skrzydlatej sylwetki.
- Zdradziłaś mnie! - wykrzyknęła coraz to wyraźniejsza różowa wadera. Tym razem jej oczy groźnie łypały na moją osobę. Przeniosła wzrok na basiora.
- Birerosie! Za twe niecne poczynania będę zmuszona cię unicestwić!
Samiec wybuchnął głośnym śmiechem.
- Tak? A niby przez kogo? Nie mów mi tylko, że przez ciebie! Nie zapominaj, że przez twoje ego utraciłaś znaczną część umiejętności! Jesteś teraz nikim w porównaniu do mnie!
Wadera się skrzywiła, ale nie ustępowała.
- Mam po swojej stronie wiele potężnych wilków, które pozbędą się stąd zła, w tym ciebie!
- Wiesz, że bez zła dobro nie istnieje? - Zażartował z niej. Wyglądała na naprawdę wściekłą. Chcąc chyba pokazać, jaka jest potężna, rzuciła we mnie falą mocy, która odepchnęła mnie na kilka metrów i sprawiła, że zaczęło mi dzwonić w uszach, po czym zniknęła. Bireros wczepił się pazurami w ziemię, przez co to nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Dlaczego to zawsze na mnie muszą się wyżywać?
Rzuciłam spojrzenie w stronę już wybudzonej Yui, która leżała na brzegu jeziora i patrzyła zdumiona to na mnie, to na mojego nowego "władcę", nim nie otoczyła mnie ciemność. Kiedy ustąpiła, znalazłam się w skąpanej w mroku komnacie. Czułam ciężki zapach pleśni i wilgoci. Musiałam być w podziemiach. Bireros już się pojawił naprzeciwko mnie i w tej chwili wyczarował coś na wzór obroży z ćwiekami na mojej szyi. Me futro pociemniało, przez co wszystko co było białe, stało się szare, a to, co różowe fioletowe.
- Ten róż gryzł mnie po oczach. - Wytłumaczył się szybko. - Obroża ta sprawi, że mam nad tobą kontrolę. Musisz być posłuszna. Widzę wszystko, co robisz. Próba zdjęcia tego skończy się śmiercią. - Uśmiechnął się złowieszczo. Spodziewałam się tego, więc nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Chyba spodziewał się poruszenia, bo speszony kontynuował swoją mowę: - Twoim pierwszym zdaniem będzie obserwowanie twojej przyjaciółki. W razie, jakby radziła sobie za dobrze, masz przekręcić tę gałkę.
Wskazał mi mały przycisk, który znajdował się przed jasno lśniącą kulą, którą do tej pory zasłaniał swoim potężnym cielskiem. Zainteresowana podeszłam bliżej. Ujrzałam w niej wizję, w której to przemoczona do suchej nitki Yui wędruje po wyniszczonej ścieżce. Wyglądała na naprawdę przerażoną. Gdy obróciłam się w stronę, gdzie powinien stać Bireros, zorientowałam się, że ten już zdążył zniknąć. Wróciłam do obserwowania kuli. Wyglądało na to, że muszę sobie radzić sama. No dobra. Więc co dalej? Mam tak siedzieć w samotności i umierać z nudów? W sumie to nie byłby taki zły pomysł. Mam przynajmniej święty spokój i nikt nie będzie mi przeszkadzać. Brakowało tylko dobrej książki. Fakt, sytuacja była dość dziwna, ale ku własnemu zaskoczeniu, nie traktowałam jej jako jakąkolwiek tragedię. Ba! Czułam się z tym całkiem dobrze.
Mijały minuty, a ja podziwiając poczynania mojej byłej towarzyszki łykałam ślinę, złudnie sądząc, że w ten sposób przestanę być spragniona. Wolałam o nic nie prosić basiora. Chciałam być samowystarczalna. Oczy mnie bolały od słabego oświetlenia, mrugałam często, a po moich policzkach spływały liczne łzy zmęczenia. Kiedy dostrzegłam, że Yui znalazła jakąś jaskinię i zaczyna ją przygotowywać do celów sypialnych, natychmiast rzuciłam się na zimną, przesiąkniętą wilgocią podłogę i szybko usnęłam.
Obudziłam się... w sumie nie wiem kiedy. Nadal bolały mnie oczy. Yui zdążyła się już wybudzić i ruszyła w dalszą podróż. Nic ciekawego prócz eksploracji terenu się nie działo, aż do czasu, gdy znowu jej się objawiła... Enevris? Czy jak jej tam było? Nieważne, grunt, że to była ta różowa, skrzydlata lala. Zaczepiła waderę i pytała o coś. Wcześniej zdążyłam się zorientować, że po przyłożeniu łapy do szklanej kuli, usłyszę w swojej głowie również dźwięk, więc tak właśnie zrobiłam.
- Czy chcesz być tak niewdzięczna i zdradliwa jak twoja towarzyszka?
- Pestka nie jest niewdzięczna!
- W takim razie jak usprawiedliwisz jej decyzję?
- Ratowała mnie! I nie miała za co tobie dziękować.
- Uratowałam wam życie. Powiedziałam, co macie robić. Czego chcieć więcej? Mogłyście uratować ten świat przed zagładą, stać się sławne i cenione... ale wygląda na to, że tylko ty możesz zostać bohaterką, niszcząc Birerosa i tą zdrajczynię. - Ostatnie słowa wypowiedziała ze złością. - Jeśli zechcesz, mogę ci nawet sprowadzić kogoś jeszcze, kto będzie w przeciwieństwie do niej godny zaufania. Wystarczy, że powiesz mi, kim ma być. - Z wrażenia aż nachyliłam się nad kulą, wyczekując reakcji Yui.
<Yui? Postaram się odpisywać nieco szybciej. xd>
- Przestań, tutaj niczego nie ma! - syknęłam niezadowolona. Kilka minut później udało nam się zgramolić ze stromych schodów, zejść na parter i wyjść z zamczyska. Kiedy byłyśmy w bezpiecznej odległości od siedliska tej chmary kruków, Yui przystanęła za jednym z pustych konarów drzew. Zaczęła rozwijać czarne bandaże. Obserwowałam ze znudzeniem, jak ta się odwracała, oglądała swoje rany, aż w końcu nałożyła świeży opatrunek. W końcu jej spojrzenie zatrzymało się na mnie. Zrobiło mi się zimno. Już wiedziałam, o co chciała zapytać.
- Zmienić ci bandaże?
- Co? Nie, jeszcze są w dobrym stanie - bąknęłam, odwracając wzrok. Na moje nieszczęście chyba podchwyciła, że muszę coś ukrywać, bo niebezpiecznie zbliżyła się do mojego boku i zapytała:
- Co tam masz?
- Rany, jakbyś nie wiedziała - Przewróciłam oczami, odsuwając swój łeb od jej pyska. Cofnęłam się o kilka kroków do tyłu. - Idziemy?
Moja towarzyszka uznała, że to chyba najlepszy pomysł. Szczerze wątpiłam, że faktycznie uwierzyła w to, że nie mam nic do ukrycia, ale wolałam nie kusić losu, więc uparcie milczałam.
Minęło trochę czasu, aż nie stanęłyśmy na skrzyżowaniu. Rozglądałyśmy się przez chwilę, namyślając się, którędy podążyć. Nie konsultując się z towarzyszką, od razu ruszyłam w kierunku nieco wyróżniającej się drogi, która była przysłonięta rozkruszającymi się, pustymi w środku konarami drzew. Z wrażenia aż przystanęłam, gdy do moich uszu dobiegł cichy szum wody. Dopiero teraz poczułam, że moje usta są wysuszone na wiór. Posłałam Yui znaczące spojrzenie, na co ona odpowiedziała tym samym. Następną czynnością przez nią wykonaną było wyczarowanie gładko czarnych schodów ponad stertą drewna. Przez chwilę wahałam się, czy warto tam się wdrapywać, ale kiedy wadera ochoczo zaczęła wspinać się na górę, podjęłam decyzję, by postąpić tak samo.
Szybko ją dogoniłam, gdyż zatrzymała się na ich szczycie. Mnie również nieco przytkało. Moim oczom ukazała się zielona łączka z soczyście zieloną trawą, przyozdobiona gdzieniegdzie barwnymi kwiatami. Dookoła porastał ją najzwyczajniejszy w świecie las, który w tej sytuacji zdawał się być dla mnie najpiękniejszym widokiem, jaki mógł mnie spotkać. Poczułam się niemalże zaszczycona. Puściłam się biegiem w dół schodów, potykając się kilkakrotnie, lecz nie upadając. Czując chłód świeżej trawy oraz jej miękkość zaczęłam się głośno, acz radośnie śmiać i zwiedzać każdy zakamarek nowo odkrytego miejsca. Czułam się jak wolna. W końcu coś, co przypominało mi dom! Yui mnie wyprzedziła. Zareagowała dokładnie tak samo. W moich oczach pojawiły się łzy szczęścia.
Prawie padłam na trawnik, jeszcze lekko chichocząc. Nagle uśmiech zniknął z mojego pyska, otworzyłam szerzej oczy. Choć miałam dość słaby słuch i tak postawiłam uszy, nasłuchując jakiś dźwięków. Yui wciąż się śmiała, więc szepnęłam:
- Cicho.
- Co jest? - zapytała, również nieruchomiejąc. Wyglądała na dość zaniepokojoną.
- Zamilcz - Syknęłam ponownie, wpatrując się w gęste zarośla, jakich było tutaj całe mnóstwo. - Zostań tu i nie rób żadnej głupoty.
Po tych słowach zaczęłam się czołgać między gałęziami. Dziwne dźwięki zaczęły się nasilać. Tak. Teraz słyszałam wyraźnie. Szum wody, dźwięk stukających kopyt, ciche prychanie... wtedy ją ujrzałam. Smukła postać o czterech kopytach, utrzymująca się na swoich chuderlawych nogach.
- Cześć, sarenko - powiedziałam do siebie ledwo słyszalnie, po czym natychmiast obudził się we mnie instynkt drapieżcy. Rzuciłam się na zwierzę, na co to zareagowało paniczną ucieczką. Byłam zbyt głodna, by jej odpuścić. Warknęłam kilkakrotnie ścigając ją, przez co wyglądała na jeszcze bardziej spanikowaną. Zignorowałam palący ból ran oraz mojego biodra. Liczył się tylko potencjalny posiłek. Niedługo potem z zarośli wyłoniła się i Yui, która również przystąpiła do ataku. Choć początkowo szło jej to raczej marnie (od razu widziałam, że była ona niewyszkolona w polowaniu), koniec końców udało nam się schwytać tłustą sarnę.
Kiedy ta się wykrwawiała na trawie, my łakomie pożerałyśmy ją kawałek po kawałeczku. Zbyt wiele czasu spędziłyśmy bez posiłku, przez co niemalże zapomniałam jak smakuje świeże mięso. Choć nie przepadałam za taką brutalnością, a gustowałam raczej w owocach leśnych, wiedziałam, że to była jedyna rzecz, która mogła dać ukojenie mojemu dotychczas pustemu żołądkowi.
- Chce mi się pić - oznajmiła Yui po uczcie. Przytaknęłam jej, od razu zrywając się na równe łapy. Nie było czasu na leżakowanie. Nie teraz. Najpierw powinnyśmy ukoić pragnienie.
Kilka minut później, rozchylając kolejne gałęzie krzaków, naszym oczom ukazało się rozległe jezioro o krystalicznie czystej wodzie. Już miałyśmy się radośnie rzucić w jego kierunku, kiedy do naszych uszu dobiegł niski, kpiący głos:
- Witam, panienki.
Samica odwróciła się jako pierwsza, a widząc jej nastawienie do gościa, wiedziałam już, na co być przygotowaną. Nie myliłam się. Ujrzałyśmy basiora, który był nam już znany z kilku wizji. Szczerzył się, jakby powiedział jakiś wyśmienity żart. Postąpiłam krok do tyłu. Czułam przed nim lekką trwogę, ale większe było raczej zainteresowanie. Przewyższał mnie o dobre trzy głowy, Yui za to o dwie. Był czarnym, masywnym basiorem z radosnymi iskierkami w oku.
- Jak mniemam, pewna... wadera zdążyła wam już powiedzieć, znalazłyście niewłaściwy kamień. - W tej chwili z jego pyska uśmiech całkiem zniknął. Brwi zmarszczyły się, co oznaczało nie nic innego, jak wściekłość. - Żaden z tych kamieni nie miał prawa znaleźć się w waszych wścibskich łapskach! Ale to nieistotne. Oddaj kamień, a nic się nikomu nie stanie.
Poczułam się tak, jakby wywiercał wzrokiem dziurę w mojej piersi. Nie spuściłam wzroku, patrzyłam na niego pewnie, choć serce łomotało mi jak szalone. Miałam wrażenie, że zaraz rzuci we mnie potężnym gromem, który w jednej chwili zakończy me życie.
- Ale my nie mamy żadnego kamienia! - Wykrzyknęła zrozpaczona wadera.
- Nie wtrącaj się, jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek wrócić do swojego świata.
Postanowiłam się odezwać. Nie chciałam, by Yui miała sobie radzić z nim sama:
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
- Kłamiesz. - Jego głos stał się bardziej zachrypnięty. Niecierpliwił się. To nie wróżyło niczego dobre. - Oddaj mi to, a... - Zamyślił się, lecz po chwili dokończył, mówiąc coś, czego nawet ja nie przewidziałam: - zagwarantuję wam powrót do domu.
- Na jakiej podstawie mamy ci ufać? - Syknęłam, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. Analizowałam jego mimikę pyska, grę ciała i ton głosu. Sama już nie wiedziałam, kto po czyjej stronie stoi.
- A na jakiej podstawie macie mi NIE ufać? Nie mówcie, że wierzycie w te puste słowa cukrowej lali ze skrzydłami? - Po tych słowach wybuchnął śmiechem, tak bardzo charakterystycznym dla wszystkich psychopatów.
- Dlaczego zakładasz, że mamy w ogóle jakiś kamień? - Dopytywałam.
- Nie jestem głupi ani ślepy, w przeciwieństwie do waszej dwójki. Śledziłem was od samego początku.
- Pestka? - Zapytała zaniepokojona Yui. Musiała być zagubiona. Przymrużyłam oczy, nie odpowiadając samcowi ani słowem.
- Koniec pogawędki, drogie panie, czas ucieka. - Nim skończył mówić, zniknął, a ja poczułam szarpnięcie i dźwięk rozrywanego materiału. Obróciłam się i ujrzałam za sobą basiora, błyskającego swoim kpiącym okiem. W pysku trzymał szary kamień, który sprawnie przeniósł w powietrze za pomocą kuli many, by mieć wolne szczęki. Odruchowo rzuciłam się na niego, lecz z marnym skutkiem. Zrobił szybki zwrot, chwycił za mój kark, a następnie szarpnął mną gdzieś w bok. Wszystko zawirowało, a ja poczułam szczęk nadwyrężonych kręgów. Uderzyłam o coś szorstkiego, co musiało być drzewem. Z trudem orientowałam się, co się dzieje. Bydlak był silny. Podniosłam się po chwili, jednak wszystko wirowało, a ja nie byłam zdolna do żadnego konkretnego ruchu. Nie wiedziałam, co się dzieje. Z trudem dostrzegłam zarys sylwetki samca i powiewający na wietrze skrawek czarnego materiału, który doczepił się do jego pazura. Był na wyciągnięcie łapy. Chwyciłam zębami "chorągiewkę", jednak coś on powiedział i gwałtownie przechylił swoją kończynę tak, że niemalże upadłam na ziemię i zaryłam pyskiem w trawnik. Ten jednak na nowo popchnął mnie na drzewo i przycisnął do niego.
- Pobawmy się trochę... - Tym razem dotarły do mnie jego słowa. Mówiąc to przycisnął swoją umięśnioną łapę do mojego gardła. Zaczęłam się miotać, czując, że się zaczynam dusić, a on może mi zmiażdżyć krtań. Wyczarował z fioletowej kuli many długi, zdobiony sztylet i przyłożył do mojego policzka. Z braku tlenu szybko straciłam przytomność.
***
Obudził mnie szyderczy śmiech basiora.- Tak bardzo nie chciałyście już tam tkwić, że nabrałyście się na najłatwiejszą sztuczkę - iluzję. Twoja przyjaciółeczka nie powinna długo tam zostawać, jeśli nie chce zdechnąć od trucizny.
Poczułam, że mam już prawie całkowicie swobodny dostęp do tlenu... tlenu, który drażnił płuca. W sumie nie było w tym nic dziwnego, gdyż wszystko na nowo stało się doliną cierpienia i rozpaczy. Dopiero po chwili dotarły do mnie wypowiedziane przez niego słowa. Patrzył w stronę jeziora. Czy tam... czy tam była Yui?
- Przestań! - krzyknęłam, choć słabo, bo wciąż nie zdążyłam odetchnąć. Moją klatkę piersiową krępowały ciasne więzy. Basior nawet się nie odwrócił. - Mówię ci, przestań! Przywróć to wszystko do poprzedniego stanu, nawet jeśli to będzie trucizna! Błagam!
- Tak? I co jeszcze? Żebym sprawił, że to wszystko stanie się na nowo słodką krainą? Żebym zaczął się przyjaźnić z Ivter? Chyba śnisz!
Ivter? Ivter? Zaczęłam przetwarzać dane. Doszłam do wniosku, że mogła to być ta skrzydlata wadera.
- Tego nie powiedziałam. Po prostu ją uwolnij! Kamień możesz zatrzymać, ale zostaw ją w spokoju! - Spróbowałam się uwolnić z lin, ale nic z tego. Były ponadto wykonane z czegoś, co mogłoby jedynie mi stępić zęby lub nawet całkiem wyłamać.
- Wtedy nie byłoby żadnej zabawy. Pomyślałaś o tym?
- Skąd w ogóle wiesz, po czyjej stronie stoimy? Jak myślisz, dlaczego nie przekazałam tej całej Ivter kamienia? Gdybym jej ufała, z całą pewnością bym to zrobiła. I nie obchodzi mnie to, czy to usłyszy, czy też nie. A ty o tym pomyślałeś?
Wybuchnął śmiechem.
- Próbujesz mnie przekonać, że stoicie po mojej stronie, pomożecie mi w zagładzie tego wymiaru, tylko po to, aby mnie przechytrzyć i zabić. Jesteś całkowicie żałosna.
- Może i jestem... ale proszę, zrobię wszystko, bylebyś tylko ją ocalił! - krzyknęłam coraz bardziej zrozpaczona i zrezygnowana tą sytuacją. Znieruchomiał.
- Wszystko, powiadasz?
- Wszystko!
- Bez względu na konsekwencje, jakie poniesiesz? Nawet, jeśli w ten sposób ubzduram sobie, żeby cię zabić z uprzednimi torturami, przez które zwariujesz z bólu?
- TAK! Ale najpierw wyciągnij ją stamtąd!
Po chwili namysłu wykonał gest łapą, po którym na powierzchnię wypłynęło nieruchome ciało Yui, na szczęście pyskiem do góry. Odetchnęłam z ulgą. Samiec odwrócił się w moją stronę. Uśmiechał się złowieszczo.
- W takim razie... jesteś od teraz moją marionetką do wykonywania wszystkich moich poleceń, po wiek wieków - Wyszczerzył się szeroko. Spodziewałam się długiej umowy, ale że aż tak? Miałam na głowie jeszcze watahę, ale wiedziałam, że nie był typem wilka, który wysłuchiwałby mojego wyżalania się. Najwyżej ktoś przejmie moje stanowisko. Nigdy nie uważałam siebie za godną następczynię Kiiyuko.
- Czyli mam rozumieć, że pierwszym twoim poleceniem będzie bycie przywiązanym do drzewa, aż mnie nie oblezą mrówki i nie obgryzą aż do kości?
Yui zaczęła się dławić i wypluwać wodę. Budziła się. Basior za to wyglądał na mocno zirytowanego. Liny pętające moje ciało zniknęły. Upadłam na ubitą ziemię. Dostrzegłam, że od jakiegoś czasu nie było również u jego boku unoszącego się szarego kamienia. Zaczęłam się zastanawiać, cóż mógł z nim uczynić. Zniszczyć? Teleportować gdzieś?
Nagle zerwało się silne wietrzysko, unoszące grudki ziemi w powietrze, wyłamujące kruche gałęzie oraz falujące powierzchnię burego jeziora. Następnym objawem teleportacji była jasna smuga światła, a zaraz po tym bordowy zarys skrzydlatej sylwetki.
- Zdradziłaś mnie! - wykrzyknęła coraz to wyraźniejsza różowa wadera. Tym razem jej oczy groźnie łypały na moją osobę. Przeniosła wzrok na basiora.
- Birerosie! Za twe niecne poczynania będę zmuszona cię unicestwić!
Samiec wybuchnął głośnym śmiechem.
- Tak? A niby przez kogo? Nie mów mi tylko, że przez ciebie! Nie zapominaj, że przez twoje ego utraciłaś znaczną część umiejętności! Jesteś teraz nikim w porównaniu do mnie!
Wadera się skrzywiła, ale nie ustępowała.
- Mam po swojej stronie wiele potężnych wilków, które pozbędą się stąd zła, w tym ciebie!
- Wiesz, że bez zła dobro nie istnieje? - Zażartował z niej. Wyglądała na naprawdę wściekłą. Chcąc chyba pokazać, jaka jest potężna, rzuciła we mnie falą mocy, która odepchnęła mnie na kilka metrów i sprawiła, że zaczęło mi dzwonić w uszach, po czym zniknęła. Bireros wczepił się pazurami w ziemię, przez co to nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Dlaczego to zawsze na mnie muszą się wyżywać?
Rzuciłam spojrzenie w stronę już wybudzonej Yui, która leżała na brzegu jeziora i patrzyła zdumiona to na mnie, to na mojego nowego "władcę", nim nie otoczyła mnie ciemność. Kiedy ustąpiła, znalazłam się w skąpanej w mroku komnacie. Czułam ciężki zapach pleśni i wilgoci. Musiałam być w podziemiach. Bireros już się pojawił naprzeciwko mnie i w tej chwili wyczarował coś na wzór obroży z ćwiekami na mojej szyi. Me futro pociemniało, przez co wszystko co było białe, stało się szare, a to, co różowe fioletowe.
- Ten róż gryzł mnie po oczach. - Wytłumaczył się szybko. - Obroża ta sprawi, że mam nad tobą kontrolę. Musisz być posłuszna. Widzę wszystko, co robisz. Próba zdjęcia tego skończy się śmiercią. - Uśmiechnął się złowieszczo. Spodziewałam się tego, więc nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Chyba spodziewał się poruszenia, bo speszony kontynuował swoją mowę: - Twoim pierwszym zdaniem będzie obserwowanie twojej przyjaciółki. W razie, jakby radziła sobie za dobrze, masz przekręcić tę gałkę.
Wskazał mi mały przycisk, który znajdował się przed jasno lśniącą kulą, którą do tej pory zasłaniał swoim potężnym cielskiem. Zainteresowana podeszłam bliżej. Ujrzałam w niej wizję, w której to przemoczona do suchej nitki Yui wędruje po wyniszczonej ścieżce. Wyglądała na naprawdę przerażoną. Gdy obróciłam się w stronę, gdzie powinien stać Bireros, zorientowałam się, że ten już zdążył zniknąć. Wróciłam do obserwowania kuli. Wyglądało na to, że muszę sobie radzić sama. No dobra. Więc co dalej? Mam tak siedzieć w samotności i umierać z nudów? W sumie to nie byłby taki zły pomysł. Mam przynajmniej święty spokój i nikt nie będzie mi przeszkadzać. Brakowało tylko dobrej książki. Fakt, sytuacja była dość dziwna, ale ku własnemu zaskoczeniu, nie traktowałam jej jako jakąkolwiek tragedię. Ba! Czułam się z tym całkiem dobrze.
Mijały minuty, a ja podziwiając poczynania mojej byłej towarzyszki łykałam ślinę, złudnie sądząc, że w ten sposób przestanę być spragniona. Wolałam o nic nie prosić basiora. Chciałam być samowystarczalna. Oczy mnie bolały od słabego oświetlenia, mrugałam często, a po moich policzkach spływały liczne łzy zmęczenia. Kiedy dostrzegłam, że Yui znalazła jakąś jaskinię i zaczyna ją przygotowywać do celów sypialnych, natychmiast rzuciłam się na zimną, przesiąkniętą wilgocią podłogę i szybko usnęłam.
Obudziłam się... w sumie nie wiem kiedy. Nadal bolały mnie oczy. Yui zdążyła się już wybudzić i ruszyła w dalszą podróż. Nic ciekawego prócz eksploracji terenu się nie działo, aż do czasu, gdy znowu jej się objawiła... Enevris? Czy jak jej tam było? Nieważne, grunt, że to była ta różowa, skrzydlata lala. Zaczepiła waderę i pytała o coś. Wcześniej zdążyłam się zorientować, że po przyłożeniu łapy do szklanej kuli, usłyszę w swojej głowie również dźwięk, więc tak właśnie zrobiłam.
- Czy chcesz być tak niewdzięczna i zdradliwa jak twoja towarzyszka?
- Pestka nie jest niewdzięczna!
- W takim razie jak usprawiedliwisz jej decyzję?
- Ratowała mnie! I nie miała za co tobie dziękować.
- Uratowałam wam życie. Powiedziałam, co macie robić. Czego chcieć więcej? Mogłyście uratować ten świat przed zagładą, stać się sławne i cenione... ale wygląda na to, że tylko ty możesz zostać bohaterką, niszcząc Birerosa i tą zdrajczynię. - Ostatnie słowa wypowiedziała ze złością. - Jeśli zechcesz, mogę ci nawet sprowadzić kogoś jeszcze, kto będzie w przeciwieństwie do niej godny zaufania. Wystarczy, że powiesz mi, kim ma być. - Z wrażenia aż nachyliłam się nad kulą, wyczekując reakcji Yui.
<Yui? Postaram się odpisywać nieco szybciej. xd>
Od Mizuki "Stado" cz. 2 (Cd. Serill)
Tego dnia wstałam naprawdę bardzo wcześnie, było może koło szóstej.
Przeciągnęłam się jak mały szczeniak i wyszłam z jaskini. Wzięłam
głęboki wdech i zamknęłam oczy.
- Zanosi się na kolejny gorący i kłopotliwy dzień - burknęłam na głos
Już od szczeniaka nienawidziłam ciepłej wiosny i upalnego lata. Jednak tamtego roku było jeszcze cieplej niż zwykle. Postanowiłam pójść w jedno z moich ulubionych miejsc w watasze, do: Śnieżnego Lasu. Gdy wreszcie doszłam na miejsce odetchnęłam z ulgą.
- Tak bardzo mi tego brakowało - powiedziałam, zamknęłam oczy i spojrzałam w niebo.
Po chwili zerwał się chłodny wiatr. Miałam wrażenie, że odpowiedział na moje wcześniejsze zdanie. Zaczęłam biegać jak szalona przez zaspy śniegu, jednak w pewnym momencie poczułam innego wilka. Natychmiast się wyciszyłam, zaczęłam się skradać. Gdy byłam już bardzo blisko źródła tego dziwnego zapachu, zobaczyłam całkiem obcego wilka. Szybko przeanalizowałam fakty i postanowiłam spytać się co tu robi, przecież było możliwe, że tylko zabłądził. Koniec końcowi moje zainteresowanie nim skończyło się tym, że teraz prowadzę go do Alfy.
"Strasznie kłopotliwa sprawa, zwłaszcza że znowu muszę wyjść na ten skwar na słońcu" - pomyślałam
- A ty co taka naburmuszona? - zapytał
- Nie jestem naburmuszona.
- Twój wyraz pyska mówi co innego - powiedział i zaśmiał się na końcu.
- To ciekawe co teraz wyczytasz z mojej mimiki - powiedziałam, po czym podpaliłam teren wokół nas, następnie podpaliłam swoje odporne na ogień futro. Przez całą tą scenerie wyglądałam jak demon. Wilk chyba się przestraszył, bo zrobił krok w tył. Zaczęłam się śmiać, a on cofał się jeszcze bardziej. Z całej tej sytuacji nie zauważył przewróconego pnia za sobą i przewrócił się przez nie na plecy. Tyle mi wystarczyło zgasiłam cały ogień i podeszłam do niego.
- Twoja mimika mówi mi, że chyba się mnie boisz - wyszeptałam mu do ucha po czym zaczęłam się śmiać.
(Serill, co będzie dalej? )
Uwagi: Wciąż nieprawidłowo zapisujesz dialogi. Popatrz, jak to wygląda według Ciebie i porównaj z wersją poprawioną.
- Zanosi się na kolejny gorący i kłopotliwy dzień - burknęłam na głos
Już od szczeniaka nienawidziłam ciepłej wiosny i upalnego lata. Jednak tamtego roku było jeszcze cieplej niż zwykle. Postanowiłam pójść w jedno z moich ulubionych miejsc w watasze, do: Śnieżnego Lasu. Gdy wreszcie doszłam na miejsce odetchnęłam z ulgą.
- Tak bardzo mi tego brakowało - powiedziałam, zamknęłam oczy i spojrzałam w niebo.
Po chwili zerwał się chłodny wiatr. Miałam wrażenie, że odpowiedział na moje wcześniejsze zdanie. Zaczęłam biegać jak szalona przez zaspy śniegu, jednak w pewnym momencie poczułam innego wilka. Natychmiast się wyciszyłam, zaczęłam się skradać. Gdy byłam już bardzo blisko źródła tego dziwnego zapachu, zobaczyłam całkiem obcego wilka. Szybko przeanalizowałam fakty i postanowiłam spytać się co tu robi, przecież było możliwe, że tylko zabłądził. Koniec końcowi moje zainteresowanie nim skończyło się tym, że teraz prowadzę go do Alfy.
"Strasznie kłopotliwa sprawa, zwłaszcza że znowu muszę wyjść na ten skwar na słońcu" - pomyślałam
- A ty co taka naburmuszona? - zapytał
- Nie jestem naburmuszona.
- Twój wyraz pyska mówi co innego - powiedział i zaśmiał się na końcu.
- To ciekawe co teraz wyczytasz z mojej mimiki - powiedziałam, po czym podpaliłam teren wokół nas, następnie podpaliłam swoje odporne na ogień futro. Przez całą tą scenerie wyglądałam jak demon. Wilk chyba się przestraszył, bo zrobił krok w tył. Zaczęłam się śmiać, a on cofał się jeszcze bardziej. Z całej tej sytuacji nie zauważył przewróconego pnia za sobą i przewrócił się przez nie na plecy. Tyle mi wystarczyło zgasiłam cały ogień i podeszłam do niego.
- Twoja mimika mówi mi, że chyba się mnie boisz - wyszeptałam mu do ucha po czym zaczęłam się śmiać.
(Serill, co będzie dalej? )
Uwagi: Wciąż nieprawidłowo zapisujesz dialogi. Popatrz, jak to wygląda według Ciebie i porównaj z wersją poprawioną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)