Dalej nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Xander tutaj? Co on tu w
ogóle robił?! W dodatku chował się za krzakami. Cóż, może w chowanego
nie jest najlepszy, ale na pewno nie bez powodu nadano mu tytuł szpiega.
Schowałam się w śniegu, jednak moja sierść była w nim dość widoczna.
Musiałam uciec. Chciałam go zaatakować, ale nie byłam pewna, jaką ma
siłę. W dodatku na pewno nie poradziłabym sobie w pojedynkę.
Postanowiłam powiadomić Alfę.
Pobiegłam najszybciej jak mogłam, a powolna nie jestem. Ujrzałam w
oddali Alfę, która odpoczywała w jaskini. Wiem, że była już zmęczona,
ale zostałam zmuszona ją obudzić. Przecież nie mogłam podejmować za nią
decyzji.
- Halooo... - zaczęłam ją po cichu budzić - Proszę, wstań! Obudź się...
- po nieudanych próbach, kątem oka popatrzyłam z góry na Wrzosową Łąkę.
Nie chciałam uwierzyć, ale nie był tam już tylko Xander... W końcu się
zdenerwowałam i krzyknęłam głośno - SUZANNAAA!
Ocknęła się zdziwiona. Chciałam wszystko wyjaśnić, ale sama zobaczyła, co się święci.
-Wezwać wojsko! - odrzekła.
Na łące było pojawiło się całe stado wilków. Zaczęły wyć. Słychać było
krzyki przestraszonych wilków. Wrogowie zaczęli z nas szydzić. Niebo
spochmurniało, wiatr zaczął wiać mocniej, drzewa szumiały. Ja
wpatrywałam się w ten mrok.
Alfa zaczęła działać, mi kazała zostać. Dopiero wtedy poczułam
prawdziwe przywiązanie do Watahy. Zaczęłam szlochać. W końcu nie
wytrzymałam. Ruszyłam na przód.
Moja długa sierść falowała na wietrze, moje łapy uderzały o ziemię. W
końcu stanęłam na placu boju. Poczułam się członkiem stada, członkiem
rodziny, o którą muszę walczyć.
- Oszalałaś? Co ty wyprawiasz! - usłyszałam głos Alfy, ale nie zwracałam na nie uwagi.
Zobaczyłam jak jakiś wilk zaatakował szczenię. Zdenerwowana bez
zastanowienia wskoczyłam mu na plecy, wbiłam mocno swoje pazury i
gryzłam jego uszy. Jęknął. Zaczęła się walka. Dostałam mocno kamieniem w
głowę. Po woli traciłam świadomość. Usłyszałam tylko słowa:
"Wygraliście bitwę, ale przegracie wojnę".
(CD Suzanna)
Uwagi: Nie mam pojęcia, kiedy to wtrącić w czasie... Żadne z wydarzeń mi tutaj nie pasuje do fabuły w WMW. ;/
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
poniedziałek, 2 maja 2016
Od Yusufa "Fiołkowe oczy mokre od łez" cz. 1 (c.d Desari)
Zaczynało zmierzchać, kiedy kończyłem zmieniać opatrunek Danny'emu, który w
niewyjaśnionych mi okolicznościach poharatał sobie kark. Jak tak dalej
pójdzie, to nic nie zostanie z zapasów w lecznicy, w sumie i tak miałem
zamiar wybrać się dzisiaj do miasta. Pomogłem mu podnieść się z łóżka
szpitalnego. Przybiłem z nim prostego hand shake'a na pożegnanie,
którego w przeciągu dwóch tygodni częstego odwiedzania szpitala, przez
nas obu wymyśliliśmy. Rzuciłem jeszcze pośpieszne "cześć" Astrid,
która nadal kręciła się po szpitalu i ruszyłem na drogę przez las, która
prosto prowadzi do miasta. Byłem umówiony z Eziem w barze, do którego
zawsze we dwójkę chodzimy. Knieja o tej porze jest magiczna, nocą także,
ale wieczorem unosi się tu zapach dziennych kwiatów, które zamykają
swoje kory dalszą część doby, ale za to słodki zapach maciejki i ostry
dziwaczki łączą się tworząc cudowną kompozycje. Przemieszczałem się
przez ten gąszcz niezauważony nawet przez drzewa, były pochłonie w
wiecznym śnie, dzięki któremu omija je widok grozy teraźniejszych
czasów. Czasem krzyczą, kiedy są po kolei połykane przez języki ognia.
Podziwiałem tą melodyjną ciszę, która koiła moje obolałe uszy.
- Ostatnimi czasy bardzo dużo spędzam w szpitalu, łajdakom zachciało się biegać po chaszczach i wpadać nie wiadomo gdzie, a później przychodzić i prosić o pomóc. Z latami zaczyna mi się przykrzyć praca tam. I jeszcze Des...
- Czy ty mówisz o kobiecie?
- To coś dziwnego?
- Yus! Gratulacje! W końcu się doczekałem tego dnia!
- Dasz mi dokończyć? - mi jakoś w tej sytuacji nie było do śmiechu. - Desari, no cóż poznaliśmy się przez nieuwagę i moje głupie zagrania. Od tamtego pamiętliwego wspomnienia zacząłem zwracać na nią większą uwagę. Jeszcze dodatkowo jest zielarką, więc kiedy odwiedzała szpital za każdym razem starałem się jakoś zagadać. Po miesiącu zdałem sobie sprawę, że mi na niej zależy, ale głupio mi było z drugiej strony. I jeśli mam być szczery, bardziej mi na niej zależy, niż na nikim innym. Chcę dbać o jej bezpieczeństwo za córką nawet cholernej śmierci. Czy gadam jak psychol?
- Jeżeli chorobą psychiczną można nazwać to, że się zakochałeś? To tak.
- Stary, ty to umiesz pocieszać...
- Nawet nie wiesz jak. Pij, nie gadaj - podsunął mi kolejny alkohol pod nos. Zerknąłem na plonscą powierzchnie mołotowa.
Którędy to było? Poddaję się.
- CHRYSTE PANIE - wzdycham, krzyczę, czy wszystko razem, padając na ziemię jak kłoda. Ciągle moje myśli galopowały do tych czarujących fioletowych oczu. Chcę wrócić do czarnego księżyca oświecającego mu drogę, snując mu cudowne historie ranem nad głową Yusufa. Zmęczony podniósł powieki, a przed nim stała czarna, smukła sylwetka skrywająca się w cieniu.
- Nie wzywaj Pana Boga nadaremne.
Pomogła mi wstać przy okazji okalając moją twarz jej kruczo czarnymi włosami, a ona niezmiennie nadal uroczo pachniała liliami.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo cię kocham... - mówiłem w myślach czy na głos?
- Chodź...
- Zaśpiewam ci coś... - nadal nie wiem czy to moje myśli czy rzeczywistość - Na szlak moich blizn poprowadź palec, by nasze drogi spleść gwiazdom na przekór. Otwórz te rany, a potem zalecz aż w zawiły losu ułożą się wzór.
Kołysałem głową w rytm, wyobrażając sobie Des w kompozycji fiołków i fioletowych lilii. A jej zapach, jej wszystko... Zaczynałem chyba świrować, co w moim przypadku może okazać się bardzo złe. Jedna chwila nie uwagi i ramię przebite strzałą. Musiałabym jakoś uspokoić ten stukot rozpędzonych koni.
- Z moich snów uciekasz nad ranem, cierpka jak agrest, słodka jak bez. Chcę śnić czarne loki splątane, fiołkowe oczy mokre od łez. - kontynuowałem - Smutno mi się robi jak widzę twoje gorzkie łzy. Za wilczym śladem podążę w zamieć i Twoje serce wytropię uparte. Przez gniew i smutek stwardniałe w kamień, rozpalę usta smagane wiatrem. Z moich snów uciekasz nad ranem, cierpka jak agrest, słodka jak bez. Chcę śnić czarne loki splątane, fiołkowe oczy mokre od łez...
- Dalej... - powiedziała bardzo cicho, ale wystarczająco głośno, abym usłyszał.
- Nie wiem czy jesteś moim przeznaczeniem czy przez ślepy traf miłość nas związała? Kiedy wyrzekłem moje życzenie, czyś mnie wbrew sobie wtedy pokochała? Z moich snów uciekasz nad ranem, cierpka jak agrest, słodka jak bez. Chcę śnić czarne loki splątane, fiołkowe oczy mokre od łez... - skończyłem po czym najbardziej cicho jak potrafiłem mruknąłem pod nosem - Moja czarna gwiazdo zaranna.
Przez cały tekst piosenki wpatrywałem się w korony drzew nie zwracając uwagi, jak mnie wadera prowadzi. Północny księżyc wisiał na niebie, spojrzałem na nią, a jej włosy zrobiły się olśniewająco białe, skóra była jaśniejsza, niż zwykle, jednak policzki miała zaróżowione, a fiołkowe oczy błyszczały wesoło.
(Nadal wydaje mi się głupie i krótkie, ale masz)
Uwagi: Źle odmieniłaś imię Danny'ego. "Plonscą"? Co znaczy ten przymiotnik? Tak na marginesie... widzę, że spodobała Ci się piosenka z Wiedźmina. :P
***
Ezio właśnie prosił dla nas kolejną kolejkę shotów. Zaliczyłem już kamikaze, teraz pora na wściekłego psa, a potem się zobaczy. Za to
Ezio ciągle pił najmocniejszą schłodzoną wódkę wstrząśniętą z sokiem
cytrynowym. Opowiadał mi dużo o swojej córce, mojej chrześnicy, że
wyrosła, że powinienem ich odwiedzić kiedyś, o Sofi, o ostatniej misji
przydzielonej rekrutom. Z ciekawością słuchałem jego rozbudowanych
opisów zdarzeń, cierpliwie czekając aż zapyta co u mnie. Zawsze bywało
tak iż on pierwszy mówił co się ostatnio wydarzyło, następnie była moja
kolej. Trzeci shot - teraz rekin. Dwa duże łyki i kieliszek (taki
specjalny) pusty.- Ostatnimi czasy bardzo dużo spędzam w szpitalu, łajdakom zachciało się biegać po chaszczach i wpadać nie wiadomo gdzie, a później przychodzić i prosić o pomóc. Z latami zaczyna mi się przykrzyć praca tam. I jeszcze Des...
- Czy ty mówisz o kobiecie?
- To coś dziwnego?
- Yus! Gratulacje! W końcu się doczekałem tego dnia!
- Dasz mi dokończyć? - mi jakoś w tej sytuacji nie było do śmiechu. - Desari, no cóż poznaliśmy się przez nieuwagę i moje głupie zagrania. Od tamtego pamiętliwego wspomnienia zacząłem zwracać na nią większą uwagę. Jeszcze dodatkowo jest zielarką, więc kiedy odwiedzała szpital za każdym razem starałem się jakoś zagadać. Po miesiącu zdałem sobie sprawę, że mi na niej zależy, ale głupio mi było z drugiej strony. I jeśli mam być szczery, bardziej mi na niej zależy, niż na nikim innym. Chcę dbać o jej bezpieczeństwo za córką nawet cholernej śmierci. Czy gadam jak psychol?
- Jeżeli chorobą psychiczną można nazwać to, że się zakochałeś? To tak.
- Stary, ty to umiesz pocieszać...
- Nawet nie wiesz jak. Pij, nie gadaj - podsunął mi kolejny alkohol pod nos. Zerknąłem na plonscą powierzchnie mołotowa.
***
Kiedy pożegnałem się z przyjacielem braterskim uściskiem oraz wywlokłem
swoje wielkie cielsko, zamieniając terenem zabudowany na miły las, przez
który tułałem się... Shit. Nie wiem ile. Za cholerę nie mogłam znaleźć
drogi, a kiedy myślałem, że już Bóg się nade mną zlitował, pozwalając mi
wrócić na szlak trafiam na skrzyżowanie...Którędy to było? Poddaję się.
- CHRYSTE PANIE - wzdycham, krzyczę, czy wszystko razem, padając na ziemię jak kłoda. Ciągle moje myśli galopowały do tych czarujących fioletowych oczu. Chcę wrócić do czarnego księżyca oświecającego mu drogę, snując mu cudowne historie ranem nad głową Yusufa. Zmęczony podniósł powieki, a przed nim stała czarna, smukła sylwetka skrywająca się w cieniu.
- Nie wzywaj Pana Boga nadaremne.
Pomogła mi wstać przy okazji okalając moją twarz jej kruczo czarnymi włosami, a ona niezmiennie nadal uroczo pachniała liliami.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo cię kocham... - mówiłem w myślach czy na głos?
- Chodź...
- Zaśpiewam ci coś... - nadal nie wiem czy to moje myśli czy rzeczywistość - Na szlak moich blizn poprowadź palec, by nasze drogi spleść gwiazdom na przekór. Otwórz te rany, a potem zalecz aż w zawiły losu ułożą się wzór.
Kołysałem głową w rytm, wyobrażając sobie Des w kompozycji fiołków i fioletowych lilii. A jej zapach, jej wszystko... Zaczynałem chyba świrować, co w moim przypadku może okazać się bardzo złe. Jedna chwila nie uwagi i ramię przebite strzałą. Musiałabym jakoś uspokoić ten stukot rozpędzonych koni.
- Z moich snów uciekasz nad ranem, cierpka jak agrest, słodka jak bez. Chcę śnić czarne loki splątane, fiołkowe oczy mokre od łez. - kontynuowałem - Smutno mi się robi jak widzę twoje gorzkie łzy. Za wilczym śladem podążę w zamieć i Twoje serce wytropię uparte. Przez gniew i smutek stwardniałe w kamień, rozpalę usta smagane wiatrem. Z moich snów uciekasz nad ranem, cierpka jak agrest, słodka jak bez. Chcę śnić czarne loki splątane, fiołkowe oczy mokre od łez...
- Dalej... - powiedziała bardzo cicho, ale wystarczająco głośno, abym usłyszał.
- Nie wiem czy jesteś moim przeznaczeniem czy przez ślepy traf miłość nas związała? Kiedy wyrzekłem moje życzenie, czyś mnie wbrew sobie wtedy pokochała? Z moich snów uciekasz nad ranem, cierpka jak agrest, słodka jak bez. Chcę śnić czarne loki splątane, fiołkowe oczy mokre od łez... - skończyłem po czym najbardziej cicho jak potrafiłem mruknąłem pod nosem - Moja czarna gwiazdo zaranna.
Przez cały tekst piosenki wpatrywałem się w korony drzew nie zwracając uwagi, jak mnie wadera prowadzi. Północny księżyc wisiał na niebie, spojrzałem na nią, a jej włosy zrobiły się olśniewająco białe, skóra była jaśniejsza, niż zwykle, jednak policzki miała zaróżowione, a fiołkowe oczy błyszczały wesoło.
(Nadal wydaje mi się głupie i krótkie, ale masz)
Uwagi: Źle odmieniłaś imię Danny'ego. "Plonscą"? Co znaczy ten przymiotnik? Tak na marginesie... widzę, że spodobała Ci się piosenka z Wiedźmina. :P
niedziela, 1 maja 2016
Od Kirke "Niebieskie futro, na niebieskim niebie" cz.2 (c.d Sierra)
Dzisiejszy
dzień był spokojny... trawa szeleści, a szczeniaki bawią się wszędzie
ganiając się. Słońce świeci, ciepło i przyjemnie... kocham jesień. Gdyby
nie to, że po nim jest zima, byłaby to moja ulubiona pora roku.
- Kirke! - krzyknęła Vanessa biegnąc w moją stronę.
- O, hej... coś nie tak? - spytałam odwracając się do niej.
- Doszli nowi do watahy! - krzyknęła szczęśliwa.
- No i...? - spytałam nie rozumiejąc jej entuzjazmu.
- No wiesz... doszło trochę...
- Skończ - przerwałam jej i zniesmaczona poszłam przed siebie.
- Kirke, czekaj! - powiedziała podbiegając do mnie - wiem, że Kasume był twoim jedynym, ale...
-
Van, przestań - przerwałam jej - nie chodzi o to, że nie mogę przestań o
nim chodź nadal zżerają mnie wyrzuty sumienia... - popatrzyłam przed
siebie z poważną miną - jak znajdę kogoś to znajdę. Jak nie to nie. I
koniec dyskusji.
- To chociaż chodź, się z nimi przywitamy! -
powiedziała Van i nie czekając na moją odpowiedź pociągnęła mnie w
stronę jaskiń mieszkalnych, gdzie były zebrane wszystkie wilki.
Oczywiście Riven się musiał odezwać.
- Riven, ty też...? Mówiłam! Słuchałeś?! - powiedziałam do niego w myślach - ty lepiej się już zamknij...
-
Kirke! Ej! - Van zaczęła mi machać przed oczami łapą. Otrząsnęłam się.
Zaczęli się wszyscy przedstawiać, gdy po chwili przybyła Alfa.
Rozmawiała z nowymi i mówiła o tym miejscu. Od razu zaczęłam się cofać.
- Kirke! - moje cofanie przerwała Zone - widziałaś Sierrę?!
- Nie - odwróciłam się w stronę wadery.
- Możesz iść jej poszukać? - spytała.
- Czemu nie... i tak nie mam nic do roboty... - wzięłam apteczkę w razie czego i poszłam w głąb lasu.
*****
Droga przez las była nużąca... Riven od razu zaczął nawijać o tym, co się stało na wojnie...
-
Riven nie przypominaj mi... - szłam dalej słuchając jego paplaniny.
Nawet nie wiecie jakie to irytujące, kiedy mówi do Ciebie duch i nie
dość, że rozumiesz go przez szumy, to do tego im głośniej gada, tym
mocniejsze szumy, a potem patrzą na Ciebie jak na idiotkę.
-
Riven, zamknij się! - krzyknęłam na głos, a ten się uciszył. Poszłam w
stronę lasu i zobaczyłam naszą zgubę. Podeszłam do niej. Przez krew do
jej łapy przylepiły się liście.
- O. - powiedziała i popatrzyła na mnie.
- Szukali Cię - zaczęłam oglądać jej zranioną łapę - jestem Kirke - zaczęłam oczyszczać ranę - może mnie kojarzysz...
<Sierra?>
Uwagi: Często zapominasz o przecinkach... Np. w zdaniu "Riven zamknij się!" po imieniu wilka powinien być przecinek.
Uwagi: Często zapominasz o przecinkach... Np. w zdaniu "Riven zamknij się!" po imieniu wilka powinien być przecinek.
Od Itachi’ego „Zdemaskowana” cz.2 (C.D Sierra)
- Niekoniecznie. – Odpowiedziała mi oschle wadera. Po cichu przyglądałem
się przy jaskini całemu wydarzeniu. Dodała jeszcze tym samym tonem co
na początku. – Nie wydaje mi się, bym miała spodziewać się gości.
- Chyba nie lubujesz niespodziewanych wizyt. – Mruknąłem pod nosem, stałem na progu jaskini, ale nie byłem w stanie iść ani kroku dalej. Czułem… respekt przed tą wilczycą. Nie spodziewałbym się tego po sobie, dotąd nikogo się nie bałem i nie wstydziłem. To nie było normalne, a przynajmniej jak dla mnie.
- Jeśli chcesz przekroczyć wejście jaskini, przedstaw się. – Nieznajoma patrzyła na mnie przenikliwym wzrokiem, a ja w ziemię. Dość niezręczna sytuacja.
- Itachi z Watahy Magicznych Wilków. – Wydukałem z trudem. Nie wiem, co się ze mną działo, ale z pewnością nic dobrego.
- Masz szczęście, że należysz do tego samego stada. Sierra. – Wilk przedstawił się trochę ciszej, chyba mając skrawek nadziei, że nie usłyszałem i imię jej nie będzie mi znane. Cóż, nie udało jej się. Powoli, z obawami, że wadera zaraz mnie wyprosi, przekroczyłem próg jaskini.
- Po co tu przyszedłeś? – Zapytała Sierra, lecz w jej tonie nie doczekałem się ani nutki zainteresowania. Chyba nie mogłem spodziewać się czegoś innego niż chłodnego tonu, który wyraźnie miał mi dać do zrozumienia, że jeśli nie przyszedłem tu w konkretnym celu, mam wyjść i nie wracać, bo zakłóciłem spokój wilczycy.
- Tak się błąkam po okolicy. Chyba nie sprawiam ci przyjemności moim pobytem tutaj. Pójdę już, Sierro. – Ostatni wyraz powiedziałem głośniej, ale ku mojemu niezadowoleniu, na pysku wadery nie ukazał się wyraz rozczarowania. Odwróciłem się i począłem iść ścieżką, która prowadziła… gdzie? Nie mam pojęcia, może w końcu poznam terytorium watahy, bo przydałoby się. Dotychczas byłem tylko w swojej jaskini, pod Jaskinią Alf i Bibliotece Barwnej Duszy. Wokół drogi zaczęły pojawiać się, a raczej rosnąć, drzewa. Przerodziły się one w końcu w gęsty las. Był luty, temperatura nie mniejsza niż piętnaście stopni Celsjusza na minusie. Słońce niby widniało na niebie, ale nie przynosiło żadnych korzyści. Na krzakach i drzewach leżały swobodnie resztki śniegu z poprzednich opadów. Cienkie warstwy tego białego puchu były również na ziemi, a moje łapy tworzyły widoczne odciski. Zdałem sobie sprawę, że Suzanna wspominała coś o Zielonym Lesie. To było chyba to. W pobliżu nie było żywej duszy oprócz małego wróbla przesiadującego na gałęzi i zachrypniętym, słabo słyszalnym głosikiem próbował ożywić las swoją melodyjną piosenką. Pod nosem nuciłem zupełnie nie podobną piosenkę do tej, co śpiewał ptaszek. Uśmiech na moim pysku gościł przez cały czas od wyjścia z jaskini Sierry. Nie była ona przyjaźnie nastawiona do wilków, nawet do należących do jej watahy. Nadal pamiętałem to chłodne spojrzenie wyraźnie miały przekazać mi, że wilczyca nie życzy sobie gości. Nieświadomie westchnąłem głośno, wróbel przestraszył się i na swoich drobnych skrzydełkach odleciał na południe. Szedłem w samotności, wokół mnie nie było żadnej innej istoty. Może to i nawet dobrze? Nie spieszyłem się, me łapy stąpały powoli. Nie miałem konkretnego celu wyprawy, włóczyłem się po terytoriach watahy. Poznawałem je zarazem, ale zapoznanie się z nimi zajmie mi jeszcze dużo czasu. Las przerzedzał się. Do moich uszu doszedł dźwięk… szumu wody? Nie myliłem się. Dotarłem do Wodospadu. Niespodziewanie poczułem silne uczucie pragnienia. Szybszym krokiem podszedłem do brzegu i schyliłem szyję z pyskiem. Lodowata woda chłodziła moje wargi. Musiałem się trochę wysilić, bowiem przy brzegu woda była zamarznięta i pokryta cieniutką warstwą lodu. Tereny Watahy Magicznych Wilków zaczęły coraz bardziej mi się podobać. Tyle przestrzeni, ciekawych miejsc do zwiedzania - czego chcieć więcej? Jak dla mnie to wystarczy w zupełności. Może bardziej kapryśne wilki wybrzydzałyby, ale nie znam prawie nikogo w tej watasze, a tym bardziej takiego wilka, któremu nie odpowiada to terytorium. Przysiadłem na kępce przymrożonej trawy nieopodal wodospadu. Głowę oparłem o skałę, która pokryta była mchem. Nie wiedząc kiedy, zasnąłem.
- Znowu się spotykamy. – Odparłem jak najbardziej obojętnym tonem.
< Sierra? Mam BW, ale trzeba coś napisać. >
Uwagi: brak
- Chyba nie lubujesz niespodziewanych wizyt. – Mruknąłem pod nosem, stałem na progu jaskini, ale nie byłem w stanie iść ani kroku dalej. Czułem… respekt przed tą wilczycą. Nie spodziewałbym się tego po sobie, dotąd nikogo się nie bałem i nie wstydziłem. To nie było normalne, a przynajmniej jak dla mnie.
- Jeśli chcesz przekroczyć wejście jaskini, przedstaw się. – Nieznajoma patrzyła na mnie przenikliwym wzrokiem, a ja w ziemię. Dość niezręczna sytuacja.
- Itachi z Watahy Magicznych Wilków. – Wydukałem z trudem. Nie wiem, co się ze mną działo, ale z pewnością nic dobrego.
- Masz szczęście, że należysz do tego samego stada. Sierra. – Wilk przedstawił się trochę ciszej, chyba mając skrawek nadziei, że nie usłyszałem i imię jej nie będzie mi znane. Cóż, nie udało jej się. Powoli, z obawami, że wadera zaraz mnie wyprosi, przekroczyłem próg jaskini.
- Po co tu przyszedłeś? – Zapytała Sierra, lecz w jej tonie nie doczekałem się ani nutki zainteresowania. Chyba nie mogłem spodziewać się czegoś innego niż chłodnego tonu, który wyraźnie miał mi dać do zrozumienia, że jeśli nie przyszedłem tu w konkretnym celu, mam wyjść i nie wracać, bo zakłóciłem spokój wilczycy.
- Tak się błąkam po okolicy. Chyba nie sprawiam ci przyjemności moim pobytem tutaj. Pójdę już, Sierro. – Ostatni wyraz powiedziałem głośniej, ale ku mojemu niezadowoleniu, na pysku wadery nie ukazał się wyraz rozczarowania. Odwróciłem się i począłem iść ścieżką, która prowadziła… gdzie? Nie mam pojęcia, może w końcu poznam terytorium watahy, bo przydałoby się. Dotychczas byłem tylko w swojej jaskini, pod Jaskinią Alf i Bibliotece Barwnej Duszy. Wokół drogi zaczęły pojawiać się, a raczej rosnąć, drzewa. Przerodziły się one w końcu w gęsty las. Był luty, temperatura nie mniejsza niż piętnaście stopni Celsjusza na minusie. Słońce niby widniało na niebie, ale nie przynosiło żadnych korzyści. Na krzakach i drzewach leżały swobodnie resztki śniegu z poprzednich opadów. Cienkie warstwy tego białego puchu były również na ziemi, a moje łapy tworzyły widoczne odciski. Zdałem sobie sprawę, że Suzanna wspominała coś o Zielonym Lesie. To było chyba to. W pobliżu nie było żywej duszy oprócz małego wróbla przesiadującego na gałęzi i zachrypniętym, słabo słyszalnym głosikiem próbował ożywić las swoją melodyjną piosenką. Pod nosem nuciłem zupełnie nie podobną piosenkę do tej, co śpiewał ptaszek. Uśmiech na moim pysku gościł przez cały czas od wyjścia z jaskini Sierry. Nie była ona przyjaźnie nastawiona do wilków, nawet do należących do jej watahy. Nadal pamiętałem to chłodne spojrzenie wyraźnie miały przekazać mi, że wilczyca nie życzy sobie gości. Nieświadomie westchnąłem głośno, wróbel przestraszył się i na swoich drobnych skrzydełkach odleciał na południe. Szedłem w samotności, wokół mnie nie było żadnej innej istoty. Może to i nawet dobrze? Nie spieszyłem się, me łapy stąpały powoli. Nie miałem konkretnego celu wyprawy, włóczyłem się po terytoriach watahy. Poznawałem je zarazem, ale zapoznanie się z nimi zajmie mi jeszcze dużo czasu. Las przerzedzał się. Do moich uszu doszedł dźwięk… szumu wody? Nie myliłem się. Dotarłem do Wodospadu. Niespodziewanie poczułem silne uczucie pragnienia. Szybszym krokiem podszedłem do brzegu i schyliłem szyję z pyskiem. Lodowata woda chłodziła moje wargi. Musiałem się trochę wysilić, bowiem przy brzegu woda była zamarznięta i pokryta cieniutką warstwą lodu. Tereny Watahy Magicznych Wilków zaczęły coraz bardziej mi się podobać. Tyle przestrzeni, ciekawych miejsc do zwiedzania - czego chcieć więcej? Jak dla mnie to wystarczy w zupełności. Może bardziej kapryśne wilki wybrzydzałyby, ale nie znam prawie nikogo w tej watasze, a tym bardziej takiego wilka, któremu nie odpowiada to terytorium. Przysiadłem na kępce przymrożonej trawy nieopodal wodospadu. Głowę oparłem o skałę, która pokryta była mchem. Nie wiedząc kiedy, zasnąłem.
***
Otworzyłem oczy. Poczułem znajomy zapach. Nie miałem co do niego
wątpliwości. To była Sierra. Od razu się podniosłem, by nie być w
niezręcznej pozycji. Wadera piła u brzegu Wodospadu.- Znowu się spotykamy. – Odparłem jak najbardziej obojętnym tonem.
< Sierra? Mam BW, ale trzeba coś napisać. >
Uwagi: brak
Subskrybuj:
Posty (Atom)