Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 2 marca 2016

Od Vanessy "Zakochanie..." cz. 3 (cd. Toboe)

Usłyszałam słowa "Dzięki. Dobranoc!" chwilę przed wyjściem z jego jaskini. Wkroczyłam w ciemność z uśmiechem na pysku (Hahaha, o Matko, jak to brzmi). Powoli zawlokłam swoje lekko poobijane ciało do własnej jaskini. Potem padłam bez życia na posłanie.
***
Z miną wróżki-dobrodziejki wbiegłam do jaskini mojego nowego znajomego. Toboe spał, chrapiąc cicho.
- Wstawaj! - krzyknęłam. Gdy to nie poskutkowało, przyczołgałam się do wilka i mocno chuchnęłam w jego ucho. Wtedy dopiero poderwał się z miejsca. Przetarł zdziwiony oczy.
- Patrz, dzielny pacjencie, co dla ciebie mam! – pokazałam mu wielkiego lizaka.
- Ty wczoraj na serio…? – zaczął się śmiać.
- Nie, na żarty, Tobi – prychnęłam.
- Tobi? – przewrócił oczami.
- Tak, Tobi. Coś nie pasuje? – zamrugałam oczkami. Potrząsnął głową.
- A więc, Tobi, jeśli czujesz się na siłach, to zapraszam na małą wyprawę.
- Gdzie?
Nie odpowiedziałam, tylko wskazałam głową by poszedł za mną, co uczynił (chętnie lub niechętnie, co to za różnica).
Może być ciekawie…
***
Kierowaliśmy się na Wschód. Chciałam dojść do Plaży Wschodniej, jednak przed nią było jeszcze kilka terenów, między innymi Zielony Las, do którego właśnie wchodziliśmy.
Poczułam piękny zapach, charakterystyczny dla drzew. Gdy stąpałam po ziemi, moje pazury lekko w nią wchodziły, a pod nimi trzeszczały gałązki. Słychać było ptaka, który śpiewał na całe gardło. W oddali było małe źródełko, z którego piły wodę dwie sarny. Stosunkowo blisko nich, zając kicał, co chwila podjadając bujną, zieloną trawę. Sielankowy obraz tak mnie urzekł, że zapomniałam o Toboe, który przyglądał się, a to jak tarzam się w trawie, a to jak (w postaci człowieka) wspinam na drzewo lub biegam w kółko, oczarowana tym miejscem.
- Może już się uspokój królewno i chodźmy dalej - po braku mojej reakcji on również przemienił się w człowieka i stanowczo wziął mnie na ręce. I tak szliśmy sobie na przód. Ja oczywiście wyrywałam się, ale na nim nie zrobiło to wrażenia. W końcu się uspokoiłam.
- Przestań się odchudzać - zażartował Tobi. - Jesteś taka lekka, że aż się o ciebie boję - zaśmiał się.
- Nie przesadzaj - uśmiechnęłam się szeroko. - Lepiej już mnie postaw.
Ale moje nogi poczuły ziemię dopiero gdy wyszliśmy z lasu.
- No dziękuję - otrzepałam się.
Parę minut dalszej wędrówki i dotarliśmy do Wodopoju. Oboje się napiliśmy i nie przedłużając poszliśmy dalej, znów jako wilki. Gdy ujrzałam ostatni przed Wschodnią Plażą teren, Wschodni Klif, po raz kolejny oniemiałam.
- Jak tu pięknie! - zaczęłam biec i po raz drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin wpadłam na Toboe. - Oj, sorry, teraz to już na serio moja wina - pomogłam mu wstać.


<Toboe? XD Sorki że musiałeś tyle czekać>

Uwagi: Brak

poniedziałek, 29 lutego 2016

Od Astrid "Obca czy znajoma" cz. 15 (Cd. Dante)

- Co...? E... nic... - mruknął mój przyjaciel wpatrując się gdzieś w dal. Coś jest nie tak – zdążyłam pomyśleć zanim spostrzegłam łzę na policzku Dan'a. Poczułam dziwny impuls otarcia jej. Nie lubiłam kiedy ktoś w moim otoczeniu się smuci, a zwłaszcza ktoś tak mi bliski. Szybko otrząsnęłam się z takich myśli i uniosłam do góry brwi zdziwiona tym, że Dante płacze. Co się stało, że tak nim wstrząsnęło? Chłopak pospiesznie otarł łzę rękawem kurtki i uśmiechnął się lekko.
- Wszystko ok. Nic mi nie jest. Po prostu... coś mi wpadło do oka. - powiedział. Skierowałam spojrzenie na jego oczy. Niby takie jak zawsze, jednak coś nie w nich czaiło. Smutek, żal? Nie mam pojęcia.
- Dante, co się stało? - spytałam – Powiesz mi? - to pytanie wydawało mi się tak naiwne i głupie, a jednak je zadałam. Idiotka.
- Nie ma o czym mówić, nie ważne. - mruknął – Może lepiej... E... Poszukajmy jakieś trumny.
- Nie musimy szukać. Wracajmy lepiej do domu. - powiedziałam zrezygnowana. Dante spojrzał na mnie zdezorientowany. - Na nic nie starczy nam pieniędzy. Nici z pogrzebu. Musimy go po prostu zakopać bez trumny i innych takich typu rzeczy – wyjaśniłam. Mijająca nas kobieta skierowała zaciekawiony i jednocześnie lekko oburzony lub też przerażony wzrok. Jestem beznadziejna z odczytywania emocji innych, zwłaszcza dzisiaj.
- Dobre i tyle. Przynajmniej nie zgnije gdzieś pod drzewem. - spostrzegł Dante i skierował się w stronę, gdzie miasto się kończyło i jakiś kawałek dalej zaczynał się Zielony Las. Ruszyłam za nim. Przed oczami miałam tą chwilę gdy po policzku Danny'ego spadała łza, co z nie znanego mi powodu sprawiało, że czułam smutek. W myślach przestudiowałam wydarzenia w zakładzie pogrzebowym, próbując zrozumieć o co mogło chodzić mojemu przyjacielowi. Cokolwiek to było musiało być poważne skoro wywołało w nim takie emocje. Czułam się jakoś nieswojo, kiedy przypomniałam sobie, że jeszcze niedawno go nie poznałam idącego obok mnie chłopaka. Droga dłużyła mi się przeogromnie, chciałam coś powiedzieć, pocieszyć Dan'a, ale nie wiedziałam jak to mam zrobić. Kątem oka obserwowałam przyjaciela. Dante szedł chodnikiem całkowicie pochłonięty swoimi myślami, które musiały być dość ponure, bo widziałam, że ma tak zwane szklane oczy. Nie wiele myśląc, złapałam jego dłoń w swoją i lekko ścisnęłam. Praktycznie od razu poczułam bijące od niego ciepło. Dante spojrzał na mnie zaskoczony, jednak nie zabrał ręki. Uśmiechnęłam się lekko. To wszystko było takie dziwne, robiłam w ostatnim czasie tyle rzeczy, których całkowicie nie rozumiałam. Oddawałam się po prostu instynktom, a zdrowy rozsądek odszedł gdzieś daleko i nie chcę do tego wrócić. Spojrzałam znowu na Dantego. Zdecydowanie wyprzystojniał, już nie przypomina aż tak szczeniaka, którego poznałam dawno temu. Westchnęłam w myślach i odrzuciłam wszystkie myśli o tym, co było i będzie. Po prostu czułam coś w stylu szczęścia z powodu, że idę teraz koło Dante, że trzymam go za rękę, że go w ogóle znam.
W końcu doszliśmy do lasu, który zaczynał tereny naszej watahy. Puściłam rękę Dantego i na niego spojrzałam. Chłopak odwzajemnił spojrzenie.
- To... Chodźmy może głębiej w las i się przemieńmy. - powiedziałam. Dan skinął głową na zgodę. Tym razem ja ruszyłam przodem. Powoli mijałam drzewa czekając, aż las zacznie się tak naprawdę. Kiedy uznałam, że jestem w odpowiednim miejscu zamieniłam się w wilka i rozejrzałam za Dante. Ten już od jakiegoś czasu przemieniony w wilka szedł w moją stronę.
- Dalej się smucisz? - zadałam kolejne głupie pytanie. Nie dość, że idiotka to jeszcze żałosna...
- Co? Ja się wcale nie... - zaczął basior, po czym zamilkł, w oku pojawiła mu się łza. Nie rozumiałam co się stało, ale cokolwiek to było nie powinno w ogóle istnieć i męczyć Danny'ego. Podeszłam do niego i przytuliłam na tyle ile pozwalało mi ciało wilka.

<Dante?>

Uwagi: Nie "te pytanie", tylko "to pytanie". "Niedawno" piszemy razem.

niedziela, 28 lutego 2016

Od Sierry "Czasem mała rzecz może zmienić twoje życie"

Stojąc przed biurkiem, z satysfakcją zaklaskałam dłońmi przed twarzą osobnika siedzącego przy nim. Był to - a jakże - pan podinspektor, mój ukochany szefuńcio.
- SZEFUŃCIU! - zakomunikowałam głośno, z mądrą miną patrząc na podnoszącego głowę znad biurka policjanta. Jego łysina błysnęła w świetle z okien, ujawniając ją dość niedyskretnie.
- I kto tu zasypia w pracy? - mruknęłam. Obudzony tylko ziewnął w odpowiedzi i obrzucił nieprzychylnym spojrzeniem, które zdawało się mówić: "S****dzielaj". To wyrafinowane słownictwo zdecydowanie pasuje do niego, pomyślałam i oddaliłam się w podskokach do swojego biurka. Dziś, a jakżeby inaczej, praca papierkowa. Skoro praca papierkowa, to trzeba się pośmiać...
90-letnia staruszka dokonała z torebką pełną kamieni napadu na bank. Okładała swoim bagażem bogu ducha winnych strażników i otworzyła nim sejf. Całego napadu dokonała po to, żeby kupić Ferrari swojemu wnuczkowi - Czytając to, zastanawiałam się, czy śmiać się "czy co", ponieważ babcia wydawała mi się... dość nietypowym przestępcą.
Półtoraroczny chłopiec uciekł z domu w pieluszce i koszulce z Zygzakiem McQueenem. Kiedy wrócił do domu, okazało się, że napadł na pobliski 'Toys Rus' i zrobił wielką demolkę, jak to opisali pracownicy sklepu. Nikomu nic się nie stało - dziecko tylko pokaleczyło się troszkę klockami lego - Tym razem zaczęłam się śmiać. Ludzkie dzieci są takie rozkoszne. Niemal jak wilcze...
"STOP!"
Przyhamowałam się w myślach. Nie myśl o wilczych dzieciach! "Ale wiesz co chcesz, i z kim" - przypomina mi mój mózg co chwilę, aż się zagotowało we mnie byłam bliska okładania się pięściami po głowie. Nie myśl! Nie myśl o Kai'u!

***

Dzień w pracy płynął monotonnie. Udało mi się wypędzić z głowy wizję Kai'a, jakiś sukces. Mimo to różne zabawne wydarzenia przestały mnie śmieszyć, straciłam też satysfakcję z obudzenia mojego szefa. Trudno mi było powiedzieć, dlaczego weszłam w taki stan. Markotny i monotonny. Nie byłam w stanie skupić się na pracy.
Nie mogłam.
Wizja...
Wizja szczeniąt zmieniła mnie.
W stu procentach.

Uwagi: Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie... jako, że były to akurat notatki napisane przez jakąś tam osobę i należało je dosłownie zacytować, zostawiłam to w pierwotnej wersji.

Od Kirke: "Dwa różne światy, lecz wspólny język" cz.3

- Głupia! Kretynka! Wariatka! Zwariowałaś Kirke myślałaś, że twój wróg jest dobry! Kirke pogięło cię! - krzyczałam do siebie w myślach chodząc w kółko. Usiadłam i zaczęłam płakać. Miałam nadzieję, że On jest inny... a mnie zdradził. Była umowa którą złamał... jak mogłam...
- Nie słuchaj tych którzy mówią, że księżyc jest z sera... - jego ostatnie słowa które obiły mi się o uszy. Księżyc nie jest z sera... On tylko tak wygląda na pierwszy rzut oka... Jest z... Moje rozmyślanie przerwało przybycie Kasume.
- Asai kazała mi ją przesłuchać na OSOBNOŚCI - wilki przytaknęły i odeszły.
- Zadowolony?! - warknęłam.
- Ciii! Nie tak głośno! - wyjął kluczę i mnie uwolnił - pokaże ci skrót żebyś mo...
- A skąd mam wiedzieć czy to nie pułapka jak tam w lesie? - warknęłam i wyszłam niechętnie.
- Tylko ja mogę cię zabić, pamiętasz? Teraz nie gadaj, tylko chodź... zanim się rozmyślę... - szybko i bezgłośnie pobiegliśmy w stronę głównej sali. Jednym ruchem łapy mnie zatrzymał.
- Poczekaj tu... - Kasume ochlapał mnie jakąś mazią i szybko przebiegliśmy w stronę... biblioteki?
- Wiedziałam! - zatkał mi pysk łapą. Zaczęliśmy słyszeć jak idą w naszą stronę kroki.
- Schowaj się! - wepchnął mnie gdzieś i otworzyło się jakieś tajne przejście. Zaczęłam nasłuchiwać.
- Kasume? Ktoś tu jest?! - spytał jeden.
- Gdyby był, to bym to zgłosił, wariacie - warknął, patrząc na nich.
- Jesteś walnięty, Kasume... - warknęli obaj.
- Chcesz się bić?! Chętnie spróbuje twojej krwi i zobaczę jak oczy ci wylatują z orbit - drugi basior wydawał dźwięki jakby miał zaraz się posikać ze śmiechu. Warknął niechętnie i odeszli. Przyszedł do mnie i zamknął tajemne przejście.
- Nie mamy wiele czasu... w drogę - zaczęłam za nim iść w ciszy. 
- Czemu mi pomagasz? - spytałam miłym tonem głosu, a ten popatrzył na mnie wzrokiem... Ale nie wzrokiem psychopaty lub kogoś godnego zemsty... popatrzył na mnie wzrokiem przyjaciela.
- Bo jako jedyna nie chciałaś mnie zabić - westchnął - O tym nikomu ani słowa, jasne?
- Oczywiście, mój władco - uśmiechnęłam się tak samo jak Kasume. Chodziliśmy równym tempem. Łapy kładliśmy jakbyśmy tańczyli, a ogony machały w idealnym rytmie dokładnie tak samo. Wnet zaczęła grać muzyka. Jakby padał deszcz i grała spokojna muzyka.
- Ty to robisz? - spytałam.
- To przez deszcz. Jesteśmy prawie na miejscu - zobaczyłam małe światełko w tunelu. Zaczęłam biec w stronę wyjścia. Gdy dobiegłam poczułam jak deszcz obmywa moje futro. Wzięłam głęboki oddech.
- Najszybciej jest do twojej watahy tamtędy - pokazał łapą i zaczęły bić dzwony.
- Uwaga! Wadera uciekła powtarzam! Wadera uciekła! - Kasume na mnie skoczył i udawał, że mnie atakuje, a ja delikatnie go odepchnęłam. Zaczęliśmy odgrywać scenkę bitwy, a gdy mnie uderzył bardzo mocno ja udałam, że go oszołamiam i uciekam w wskazaną przez niego stronę.

****

Biegłam nadal nie oglądając za siebie. Deszcz zmienił się w burzę. Ja biegłam z łzami. Przypomniałam sobie wszystko od nowa... od kiedy byłam szczeniakiem... jak poznałam Kasume. Co dla mnie zrobił. Dobrze, że nic mu nie będzie. Piorun uderzył o gałąź i o mało na mnie nie spadł. Biegłam coraz szybciej. Deszcz nie pokazywał moich łez z wyrzutów sumienia. Widziałam już watahę. Chciałam pobiec do jaskini i się w niej zamknąć tak, aby nikt nie wszedł. Usłyszałam łamiącą się gałąź. Stanęłam jak słup patrząc jak na mnie spada, gdy nagle cień przebił dużą gałąź na pół. Popatrzyłam za siebie widząc Kasume, który łapą pokazał, że nikt się nie skapnął i, że on jest bezpieczny jak i ja. Przytaknęłam na znak, że rozumiem odbiegłam do watahy i poszłam do Van.
- Vanessa? 
- Kirke? - przytuliła mnie skrzydłami, nie było widać moich łez. I dobrze. Nikt nie może wiedzieć co się wydarzyło w tamtych dniach...

< Podobało się? ^^>

Uwagi: Zapomniałaś o kilku przecinkach.