Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 10 marca 2019

Od Asgrima "Spotkań nadszedł czas" cz. 6

Początek czerwca 2022
To niesamowite ile może się wydarzyć w tak krótkim czasie. Kiedy wyruszałem w podróż w raz z moją partnerką, spodziewałem się, że dowiem się wielu... Szokujących rzeczy. Nic jednak nie mogło mnie przygotować na pojawienie się Edel i jej wyznania. Bardzo dokładnie pamiętałem, jak wyglądały nasze relacje, gdy byłem szczęśliwym członkiem Zakonu i dziwnie było wiedzieć, że wilczyca widziała je całkiem inaczej. Owszem, byłem przystojny, charyzmatyczny i wspaniały, ale zawsze mi się wydawało, że przyjaciółka jest raczej zainteresowana Ióanem, a nie mną.
Na domiar złego nie mogłem na nią patrzeć bez roznoszącego się gdzieś w sercu bólu. Choć wilczyca utrzymywała, że nic jej nie jest, wiedziałem, że kłamie. Wystarczyło jedno spojrzenie na jej drżące od wysiłku łapy, zmęczone oczy i ślady wymiotów, które za sobą zostawiała, by zauważyć, że nic nie było w porządku. Obawiałem się, że ta podróż ją wykończy równie skutecznie co okrutne rytuały.
Pomimo tego wszystkiego Edel zdawała się znacznie radośniejsza. Z każdym powolnym krokiem wracała moja dawna przyjaciółka, choć nie mogłem powstrzymać wrażenia, że trzymała nas - czy raczej mnie - na dystans. Rozmawiała, śmiała się i marudziła, gdy próbowaliśmy jej w czymś pomóc, jednocześnie nie czując się do końca komfortowo. Próbowałem wyobrazić sobie, jak zachowywałbym się na jej miejscu, ale moja zwykle bardzo bogata wyobraźnia, w tym temacie całkiem nie dawała sobie rady.
Ogółem odniosłem wrażenie, że z naszej małej grupki najlepiej odnajdywała się Tori. Jej okres milczenia i zdenerwowania minął od rozmowy z Vestar i choć nadal nie była tak gadatliwa, jak zwykle, to... Wróciła. Spotkanie z matką oraz dawną przyjaciółką zdawało się pomóc jej uporządkować myśli. Szkoda, że kosztem mojego spokoju ducha.
Zauważyłem także, że z każdym dniem moje towarzyszki dogadywały się coraz lepiej. Nierzadko można było spotkać je pogrążone w rozmowie i czasem byłem aż lekko zazdrosny. Było to głupie chociażby z tego powodu, że obie były samicami, jednak przywykłem do tego, że Tori nie miała zbyt wielu przyjaciół. Brzmi to strasznie egoistycznie, ale... Uczucia często nie mają sensu, prawda?
Właściwie jedynym, co nie zmieniało się niezależnie od mijanego czasu była pogoda. Każdego dnia towarzyszyły nam ciemne chmury i silny wiatr. Od miesięcy nie widziałem gwiazd, księżyca i słońca i chyba zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Nie oznacza to oczywiście tego, że nie brakowało mi ich świetlistej obecności, a jedynie, że ich nagłe pojawienie się zdziwiłoby mnie bardziej od kolejnego dnia z niebem pokrytym czarnymi chmurami.
Im bliżej znajdowaliśmy się terenów Watahy Magicznych Wilków, tym pogoda ulegała coraz większemu pogorszeniu. Miałem wrażenie, że nasza sfora znajdowała się w centrum tych wszystkich wydarzeń. Ta myśl z kolei wywoływała nieprzyjemny ucisk w żołądku i jeszcze większy niepokój. Nawet tak odważny wilk jak ja nie mógł powstrzymać zajmującego powoli umysł strachu przed nieznanym.
Zastanawiało mnie, czy któregoś dnia zbierająca się od miesięcy burza, nie uderzy z całą siłą w ziemię, doprowadzając ją do ruiny. Czy odporną na magię katastrofę zdołałby ktoś przeżyć? Nie, nie powinienem o tym myśleć. Z pewnością, któregoś dnia chmury znikną, a nasze życie wróci do normy lub przynajmniej czegoś przypominającego normalność.
Zerknąłem na błękitnego motyla, którego skrzydła zdawały się wydawać o wiele słabsze światło. Był identyczny co ten, który na samym początku wiosny wyleciał z mojej Lampki. Jedyną różnicą było to, że słuchał wyłącznie Tori ze względu na to, że to ona "powołała go do życia". Nikt inny nie mógł zarządzić przerwy czy też jej koniec.
Właściwie wskazujące nam drogę stworzenie nie było nam potrzebne - już wczorajszego wieczoru dotarliśmy na tereny, w które zapuszczali się niektórzy strażnicy czy też patrol. Od początku naszej podróży nie spotkaliśmy nikogo. Cały czas byliśmy tylko my - ja, Tor, Edel i zaczarowany motyl.
Wiedziałem, że taki stan rzeczy nie mógł trwać zbyt długo. Zbliżaliśmy się w pobliże jaskiń zajmowanych przez wilki z Watahy Czarnego Kruka i w każdej chwili mogliśmy trafić na patrol.
Jak na zawołanie z oddali zauważyłem odcinającą się od nieba sylwetkę wilczycy. Białe futro mocno kontrastowała z niemal czarnymi chmurami. Natomiast kolorowe plamki wystające spomiędzy jej długiej sierści musiały być piórami charakteryzującymi moją dawną koleżankę. Spojrzenie wadery znalazło się na naszej grupce, przez co ta szybko zapikowała w dół. Zaledwie chwilę później stała przed nami i przyglądała się spod roztarganej grzywki.
- Cześć, Lind - wypaliłem, uśmiechając się szeroko.
Samica przyjrzała mi się spod zmarszczonych brwi, jednak po chwili odwzajemniła uśmiech.
- Hej - przywitała się. Następnie, gdy jej wzrok spoczął na sylwetce Edel, spytała: - Kim jesteś?
- Widzisz, z tej naszej cudownej podróży przywieźliśmy nawet jeńców. Ona chyba akurat nazywa się Edel... - wtrąciłem, nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć. Starałem się, żeby mój głos brzmiał jak najbardziej poważnie i przekonująco, ale uśmiech drgający mi na pysku oraz zgodne szturchnięcia od moich towarzyszek drogi chyba mnie zdradziły.
- Ach tak? Rozumiem, że prowadzicie ją do Alf...?
Skinąłem głową nadal z - prawie - idealną powagą.
- To zostawiam ją pod waszą opieką. Tak w ogóle jestem Lind - powiedziała jeszcze do byłej kapłanki.
- Edel - odpowiedziała, posyłając mi szybkie i dość wymowne spojrzenie.
Ledwo powstrzymałem się przed wystawieniem języka na znak, jak bardzo mnie nie przeraziła.
Lind uśmiechnęła się jeszcze i nie czekając dłużej wzbiła się powietrze. Zwróciłem uwagę na to, że pomimo nieustającej wichury, szło jej całkiem nieźle. Co prawda czasem chwiała się na wietrze, lecz nie było to nic, z czym by sobie nie radziła.
Ciekawe jakie to uczucie tak szybować wśród chmur, czuć na sobie ich dotyk. Być w powietrzu... - pomyślałem.
- To była jedna z członkiń waszej watahy, prawda? - spytała Edel.
Tor krótko przytaknęła.
- Pachniała jak wy - stwierdziła młodsza z samic. Następnie zmierzyła mnie spojrzeniem, na co zmarszczyłem brwi. - Mam na myśli ten zapach watahy, nie twój osobisty smród.
Prychnąłem urażony, jednak nie odwróciłem wzroku. Starałem się wyglądać pewnie, gdy tak unosiłem jedną brew i przyglądałem się wilczycy. Po dłuższej chwili ta odwróciła wzrok zawstydzona. Sukces.

Gdy weszliśmy do Jaskini Alf, Edel wyprzedziła nas i gdy tylko zobaczyła sylwetki naszych Alf, ukłoniła się. Podobnie jak wtedy, gdy ją zobaczyliśmy u Vestar, tak i teraz się zachwiała. Z pewnością nie była to wina braku gracji czy braku umiejętności ładnego oddawania szacunku - takich rzeczy uczyli nas jeszcze przed przystąpieniem do pełnoprawnej nauki. Sądziłem, że wilczyca zwyczajnie nie ufała swoim łapom, co zabierało jej ukłonowi całą grację.
Po wymienieniu uprzejmości, Edel mniej-więcej streściła swoją historię oraz naszą podróż. Wyjaśniła, że zna już większość zasad panujących w watasze (Suzanna posłała nam w tym momencie mało przyjazne spojrzenie, jednak ja i Tor staraliśmy się wyglądać jak najbardziej niewinnie) i uprzejmie prosi o możliwość zamieszkania tutaj.
Gdy Alfa się zgodziła, postanowiłem, że to odpowiedni moment, by się wtrącić.
- Suzanno, Edel pominęła jedną ważną kwestię. - powiedziałem, co wywołało zarówno mordercze spojrzenie niebieskich oczu, jak i lekko zaintrygowane czarnych. - Edel jest chora i z tego właśnie powodu ja i Tori chcieliśmy prosić o możliwość ulokowania jej w starej jaskini Valkoinena. Mieszkał niedaleko naszej groty, a to umożliwiłoby nam zajęcie się Edel.
- Nie potrzebuję pomocy - mruknęła wilczyca, ale nie byłem pewny, czy ktokolwiek to usłyszał oprócz mnie. Jakby nie było siedziałem najbliżej.
- Oczywiście, kiedy będziemy pomagać naszej przyjaciółce, nie zaniedbamy naszych stałych obowiązków. Nie próbujemy się wymigać z ich wykonywania - dodała moja partnerka, za co byłem jej niezmiernie wdzięczny.
- Nie ma problemu. Możecie ją tam odprowadzić - powiedziała Suzanna.
Skinęliśmy łbami i wyszliśmy razem z jaskini.
- Nie chcę waszej litości - stwierdziła, w którymś momencie E.
Wymieniłem spojrzenia z Tori i skinąłem jej łbem, by to ona odpowiedziała. Miała lepszą łapę do załatwiania takich spraw, między innymi dlatego, że nie musiała się skupiać, by wyczuć nastrój innych. Odbierała wszystko czystym przypadkiem, bez jakiegokolwiek namysłu...
- Edel, to nie jest litość. Chcemy ci pomóc, chociażby ze względu na to, że kiedyś byliśmy przyjaciółmi.
- Właśnie, kiedyś - mruknęła nadal zirytowana.
Gdy tylko dotarł do niej sens jej słów, Edel szybko podniosła na nas zmartwione i chyba trochę spanikowane spojrzenie. Zmusiłem się do uśmiechu, próbując tym samym nie pokazać, że to odrobinkę mnie zabolało.
- Możemy znowu być - stwierdziła Tori.
Wadera nie odpowiedziała od razu. Między nami zaległa cisza, o ile można było tak powiedzieć, gdy wokół świszczał wiatr, a gałęzie trzeszczały, niemal dotykając ziemi.
Po dłuższej chwili, Edel odezwała się. Jej głos był niepewny i zawstydzony. Pamiętałem, jak bardzo nienawidziła dziękować, przepraszać czy prosić.
- Tak... Ja... Dziękuję.
Krzywy uśmiech został zastąpiony całkowicie szczerym.
- Nie ma za co.

sobota, 9 marca 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 7

Sierpień 2022 r.
Wciąż dość zaspany zamrugałem powiekami i już miałem się obrócić na plecy, aby sprawdzić godzinę, kiedy zorientowałem się, że coś jest nie tak. Yuki wciąż słodko spała, na co wskazywał jej spokojny, miarowy oddech... Z tym, że czułem czyjeś dłonie na swoim brzuchu. W dodatku nie na koszulce od piżamy, lecz pod nią. Z całą pewnością nie były to moje dłonie. Pozostawał tylko jeden, w dodatku wciąż śpiący, winowajca. Poczułem, jak robię się czerwony. Zrobiła to przypadkiem przez sen czy może zasnąłem wcześniej niż ona i zrobiła już wieczorem to z pełną premedytacją? Nie, nieprawdopodobne. Yuki by tak nie zrobiła. To na pewno przypadek... Choć może...?
Żal było mi ją budzić, aby zapytać. Żal było mi zabierać jej ręce, bo możliwe, że miała dość płytki sen. Żal mi było się w ogóle ruszyć. Nieco zdesperowany po prostu leżałem, wpatrując się w jej jasną twarz. Miałem nadzieję, że niebawem się wybudzi, a ja będę mógł na spokojnie zadać kilka pytań. Póki co jednak pozostawałem w potrzasku, nie mając możliwości wstania. Nie wiedziałem też która jest godzina. Przeniosłem wzrok na niezasłonięte okno. Mogłem tylko zgadywać. Słońce już dawno wzeszło, ale nie było dość jasno, żeby ocenić porę na południe. Mógłbym rzecz, że mieliśmy godzinę między ósmą a dziewiątą... Westchnąłem cicho i znowu spojrzałem na twarz Yuki. Nadal wyglądała jak jakaś nastolatka, która dopiero co wkracza w dorosłe życie, a nie jak wadera, która gdyby nie jej cudowny naszyjnik mogłaby być zwykłą staruszką. Sam już nie wiedziałem, jak powinienem o niej myśleć... Czy jako o osobie wciąż młodej, czy może starej, choć już sam nie byłem pierwszej młodości. Przynajmniej z perspektywy innych wilków z watahy...
***
Nawet nie wiem kiedy przysnąłem. Nie wiem też co mnie obudziło. Tak czy owak tuż po otworzeniu oczu zauważyłem, że Yuki się we mnie wpatruje. Może też ocknęła się dosłownie chwilę temu? Trudno określić. Nie wyglądała na zaspaną... Odchrząknąłem.
- Hm, dzień dobry.
- Dzień dobry - odpowiedziała, nie spuszczając ze mnie wzroku. Wciąż czułem jej dłonie na swoim brzuchu. Musiała sobie doskonale zdawać sprawę z tego, co zrobiła. Nie wiedziałem jak zacząć, więc po prostu się w nią wpatrywałem z coraz mocniejszym rumieńcem.
- Co się gapisz? - zapytała.
- Co twoje ręce robią na moim brzuchu? - wypaliłem.
- Nie powinno się odpowiadać pytaniem na pytanie - odparła chłodno i stanowczo za razem.
- Gapię się, bo ty się gapisz i naruszasz jednocześnie moją przestrzeń osobistą, a ja nie wiem jak to skomentować. Teraz ty odpowiedz - rzekłem z uporem. Musiała mieć jakiś powód dla którego nie zabrała stamtąd dłoni.
- Grzeję ręce - oznajmiła swobodnym tonem. Zmarszczyłem lekko brwi z drobnym niezrozumieniem.
- I... musiałaś akurat tam...?
- Masz ciepły brzuch.
Zmrużyłem dodatkowo oczy. Wymówka na szybko, czy mówiła prawdę? Wyglądała na bardzo poważną.
- Chcę wyrwać twoje serce, by złożyć je w ofierze demonom z watahy - dodała z taką samą powagą. Wytrzeszczyłem oczy i znowu się zestresowałem. Tym razem to nie był ani trochę przyjemny stres. To planowała od początku? Chwyciłem za jej nadgarstki i spróbowałem pociągnąć w dół, ale niewiele to dało. Uparcie trzymała je pod moją koszulką.
- Ty mała cholero... - przekląłem, nieustannie próbując. Na jej twarzy pojawił się szeroki, nieco kpiący uśmieszek, a ja nadal się szarpałem. Przeturlałem się, a później ona, byleby tylko uzyskać większą dominację i nie dać mi za wygraną. Była silniejsza niż podejrzewałem. Mimo że jestem mężczyzną, który na pozór powinien być silniejszy, to czułem, że nie mam z nią najmniejszych szans. W pewnym momencie nie wytrzymała i zaczęła się szaleńczo śmiać. To jeszcze bardziej zmroziło mi krew w żyłach. Czułem, że mimo mojej walki jej dłonie posuwają się coraz wyżej i wyżej, a jej dość długie pazury drapią moją skórę. Co prawda nie mocno, ale dostatecznie bardzo mnie to przerażało. Co jeśli to była zaledwie mała próbka jej siły i potrafiłaby mi rozerwać klatkę piersiową bez pomocy żadnego narzędzia? Dość agresywnie próbowałem ją zrzucić, ale na niewiele się to zdało. Kiedy spróbowałem sam sturlać się na ziemię, by upadła na podłogę i się ode mnie odczepiła, a ja bym miał choć chwilę na ucieczkę, krzyknęła:
- Spokojnie, żartowałam! - Mówiąc to, zabrała ręce i uniosła je, jakby chcąc udowodnić swoją niewinność. Dopiero wtedy przestałem się szarpać. Cały czas się śmiała. Teraz już nie brzmiało to jak śmiech szaleńca. Poczułem się jak idiota, ale nadal pozostawał we mnie jakiś niepokój. Wciąż byłem gotów do dalszego odpychania jej. Siedziała na mnie, mógłbym spróbować ją zrzucić i... A może jednak faktycznie to był jeden wielki żart? Nie mając pojęcia czy wykorzystać swoją szansę chwili jej nieuwagi, czy może odpuścić. Nadal nieruchomo leżałem z uniesionymi rękoma, gotów do ponownego chwycenia jej nadgarstków i prób ubezwładnienia.
- Tak się miotałeś, że aż zrzuciłeś kołdrę - Śmiała się dalej. Zmrużyłem oczy. Dopiero teraz to brzmiało szczerze i bardziej przekonująco. Zdecydowanie zachowałem się jak idiota. Uwierzyłem w jej gierki.
- A jaką miałeś minę! - wykrzyknęła nadal z serdecznym rozbawieniem. Wywróciłem oczami.
- Po tobie można się wszystkiego spodziewać. Słyszałem, że pełnisz funkcję mordercy i w dodatku Alfa za tobą nie przepada. Musiałaś coś przeskrobać, więc lepiej mieć się na baczności w twoim towarzystwie. O różnych plotkach krążących po watasze nie wspominając... Tak jeszcze przypomnę, że przy pierwszym spotkaniu próbowałaś mnie zabić.
- Zapomnij o tym - Machnęła ręką, zsunęła się ze mnie i zlazła na podłogę. Wciąż podążałem za nią wzrokiem.
- Jestem głodna.
- Jak wilk? - zaironizowałem.
- Jak wilk - odparła, ale wciąż nie ruszyła się z miejsca.
- Czy ty sugerujesz mi w ten sposób, że mam wstać i przygotować dla ciebie śniadanie?
- To twój dom, ja jestem gościem... No i nie wiem co jedzą ludzie, ani jak to przygotować. Podobno jakoś przetwarzacie żywność, bo wasze żołądki nie trawią surowego mięsa - Wzruszyła ramionami. Westchnąłem. Miała rację. Nie przywykłem, że odwiedzający mnie goście nie byli zdolni do samodzielnego wymyślenia czegoś w ramach przekąski. Yuki w kuchni mogła się zrobić niebezpieczna.
- Już idę... - mruknąłem i niechętnie zgramoliłem się z łóżka. Oddaliła się na kilka kroków, stale mnie obserwując. Zignorowałem to i zbliżyłem się do okna, by sprawdzić aktualną pogodę. Słońce już zaszło za chmury, znowu lało i wiało. Skrzywiłem się. Mieliśmy dzisiaj wrócić do watahy. Nie zapowiadało się to zbyt przyjemnie. Najchętniej jeszcze trochę bym tu został, spisał porządnie wszystkie moje dotychczasowe pomysły na utwory, poobijał się i poudawał, że nie istnieję dla reszty świata... Choć pewnie by szukali mnie w watasze, a raczej nie tyle mnie, co bardziej Yuki. Ona nie miała zwyczaju spontanicznego znikania. Nie mogłem jej puścić samej w drogę powrotną. Jakby coś się stało, to chyba bym sobie nie wybaczył. Powinniśmy wrócić już po śniadaniu...
Spojrzałem na nią w zadumie.
- Wiesz, jak zjemy powinniśmy zawracać.
Nie wyglądała na zachwyconą, co mnie nieco zaskoczyło. W końcu chyba uwielbiała przebywać w lesie, w stadzie... Zawsze wydawało mi się, że ludzkie życie było dla niej nienaturalne i niezrozumiałe.
- Musimy? - zapytała.

<C.D.N.>

piątek, 8 marca 2019

Od Edel "Spotkań nadszedł czas" cz. 5 (c.d. Asgrim)

Kwiecień 2022
Gdy zauważyłam, że koniec opowieści zbliża wielkimi krokami, poczułam, jak wypełnia mnie strach. Irracjonalny lęk przed przyznaniem się do słabości. Wiedziałam, że ta dwójka nigdy nie zrobiłaby mi nic złego, między innymi ze względu na to, co nas łączyło kiedyś, jednak... Nie przyznałam się do tego jeszcze przed nikim, ale w końcu miałabym to powiedzieć? Nikogo nie obchodziło, że mogę umrzeć. Każdego dnia kilka wilków wydawało ostatnie tchnienie, udawało się do Eydis - jak kazali nam wierzyć. Ja nie wierzyłam. Pomimo tego, że zostałam wychowana w tej wierze, codziennie się modliłam i przekazywałam innym moją wiedzę, wątpiłam w istnienie naszej bogini. Albo raczej wątpiłam w to, że to, co robi Zakon ku jej czci jest w porządku. Jeśli Eydis się to podobało, to wolałam nie siedzieć w tym wszystkim. Odejść. Jednak nigdy się na to zdecydowałam, a teraz...
Nagła myśl uderzyła mnie tak mocno, że aż fizycznie się zachwiałam. Wzbudziło to zainteresowanie Tori i Asa, którzy momentalnie zerwali się z miejsca gotowi, by mnie powstrzymać. Nie potrzebowałam ich pomocy, a przynajmniej nie w tym.
- Kiedy wracacie?
- Już masz nas dość? E, dopiero się spotkaliśmy... - odezwał się As. 
Posłałam mu zirytowane spojrzenie, próbując zakomunikować, że nie mam ochoty na żarty. Wilk musiał zrozumieć, bo głupawy uśmiech na jego pysku zamarł, a oczy spoważniały. Musiałam przyznać, że wyglądał tak o wiele lepiej.
- Myślę, że następnej nocy. Niedługo będzie świtać i tereny zapełnią się kapłanami. Noc jest najbezpieczniejszą opcją oraz najbardziej dogodną. Będziemy mogli odpocząć - wyjaśnił basior.
Skinęłam powoli łbem i zadałam to jedno pytanie. Zrobiłam to najszybciej jak umiałam, próbując nie myśleć, że to dopiero początek mojego upokorzenia.
- Możecie mnie zabrać ze sobą?
Dwie pary brwi uniosły się w zdziwieniu.
- Chcesz odejść z Zakonu? - upewnił się As.
- Tak.
- Nie to, że nie popieram twojej decyzji, ale... - Tori zamilkła na moment, prawdopodobnie szukając odpowiednich słów. - Nie wyglądasz, jakbyś była gotowa przejść taką drogę. Nie lepiej byłoby, gdybyś została tutaj i najpierw... Nie wiem, wyzdrowiała?
- Rzecz w tym, że nie wyzdrowieję - mruknęłam o wiele głośniej, niż zamierzałam.
- Jak to nie wyzdrowiejesz? Edel, co ci jest? - W głosie samca było słychać szczere zmartwienie.
Westchnęłam głośno, próbując ukryć zawstydzenie. Sama nie wiedziałam, czemu właściwie to robiłam, skoro Tori i tak z łatwością wyczuwała każdą najmniejszą zmianę w moim nastroju.
- Jestem chora...
Słowa wirowały w moim umyśle. Próbowałam złapać kilka z nich, jednak każde wydawało się nieodpowiednie. Jak powinnam oznajmić dawnym przyjaciołom, że niedługo umrę i w chwili śmierci chciałabym być z dala od miejsca, w którym się wychowałam? Czy odpowiednie słowa w ogóle istniały?
- To już wiemy.
- As! - upomniała go wilczyca.
Jej partner w odpowiedzi wzruszył odpowiedzi, nie odrywając ode mnie wzroku. Było to dość krępujące.
Przełknęłam głośno ślinę. Kiedy zaczęłam, mój głos zdawał się jednocześnie cichy i przerażająco głośny. Pobrzmiewał w nim żal, który czułam od momentu, gdy usłyszałam tę cichą rozmowę.
- Śmiertelnie. W najlepszym razie mogę nie dożyć następnej wiosny, w najgorszym i jednocześnie najbardziej prawdopodobnym umrę przy porodzie.
As zmarszczył brwi.
- Jesteś w ciąży?
- Jeszcze nie, ale niedługo... Najwyżsi chcą, żebym wydała jeszcze jeden, ostatni miot.
Odpowiedziała mi głośna wiązanka przekleństw skierowana do tych "gnid, kapłanów" prosto od Asa oraz cichy uścisk Tori, z którego czym prędzej się wyplątałam.
- Idziesz z nami. Nie zostawię cię tutaj. Mogę nieść cię na własnym grzbiecie, ale z pewnością nie pozwolę, byś tu umarła - zakomunikował As. Jego głos był zdecydowany i śmiertelnie poważny.
- Zgadzam się z Asem. Nie możesz tutaj zostać, choć obawiam się, że podróż będzie zbyt męcząca... - przyznała Tori.
- Mówię, że ją zaniosę.
Tori uniosła wymownie brew i zmierzyła Asa spojrzeniem.
- Ty?
- Tak. Nie musisz być zazdrosna, Młoda.
- Nie jestem zazdrosna - zaprzeczyła, mrużąc przy tym groźnie oczy.
- Jasne - roześmiał się i potargał jej futro na głowie, co wilczyca skomentowała wymownym prychnięciem. Widziałam, jak próbuje zgrywać zagniewaną, lecz nie wychodziło jej to zbyt dobrze. Tor była marną aktorką.
Odchrząknęłam, próbując zwrócić na siebie uwagę. Obawiałam się, że zajęta sobą para już całkiem o mnie zapomniała. Ta myśl zabolała i sprawiła, że poczułam się jak intruz. Może nie powinnam pytać? Będę tylko ciężarem...
- Nie wiem, co myślisz, ale masz natychmiast przestać - upomniała mnie ruda.
W odpowiedzi jedynie mruknęłam coś pod nosem, uśmiechając się delikatnie.
- Odnośnie całej tej ucieczki mamy wielki problem - powiedziałam.
Uszy wilków podniosły się w zaciekawieniu. Skierowali na mnie spojrzenia, czekając, aż wyjaśnię, do czego zmierzam.
- Vestar - uściśliłam. - Was lubi i nie powinna powiedzieć Nevrze o waszej obecności, ale moje zniknięcie... To nie ujdzie mi płazem.
- Nie, na pewno nie miałaby nic przeciwko. Nie znasz jej - zaoponował Asgrim.
- A ty nie wiesz, jak wygląda życie tutaj odkąd musimy nazywać ją Mistrzynią. Od tego czasu... Jest gorzej.
Basior wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, jednak nie zdecydował się na to. Zamiast tego westchnął i spuścił wzrok na własne łapy.
Spojrzałam na Tori, która wyglądała, jakby mocno się nad czymś zastanawiała. Marszczyła brwi i nos, aż w końcu wstała i podeszła do wyjścia z jaskini. Wiatr momentalnie uderzył w jej ciało i zaczął rozwiewać długą sierść. Wilczyca zdawała się z tego nic nie robić.
- Zostało jeszcze trochę czasu do świtu. Jeśli się pospieszymy, możemy wydostać się stąd zanim rozpoczną się poranne rytuały - powiedziała, odwróciwszy się w naszą stronę.
Postawiłam uszy i uśmiechnęłam się słabo.
- Dacie sobie radę? - spytałam, mierząc spojrzeniem towarzyszy. - Nie wyglądacie najlepiej...
- I kto to mówi - prychnęła Tori - Potrzebujesz czegoś z własnej jaskini?
Wzruszyłam ramionami i pokręciłam głową. Skoro miałam szansę uwolnić się od Zakonu, to nie zamierzałam zabierać ze sobą jakichkolwiek pamiątek.
Torance uśmiechnęła się i podniosła na łapie zawieszkę błyszczącego na niebiesko naszyjnika w kształcie motyla. Skierowała go prosto pod własny pysk i wyszeptała coś, czego nie zrozumiałam. Chwilę później z naszyjnika wyleciał piękny motyl, którego zdawało się otaczać błękitne światło. Spojrzałam na naszyjnik Torance, jednak okazało się, że ten przestał świecić. Wydawało mi się też, że w ogóle nie było na nim zawieszki.
Potrząsnęłam łbem i niepewnie podniosłam się na łapach, które zaczęły mnie boleć od długiego siedzenia. W głębi duszy obawiałam się też, że zmęczenie, które odczuwał każdy z nas, może boleśnie pokrzyżować nam wszystkie plany.
Nie powiedziałam jednak o tych myślach Asowi i Tor, którzy wyszli z jaskini za motylem, jednocześnie dogryzając sobie tak, jak to mieli w zwyczaju już jako szczeniaki. Całkiem zabawne, że tylko ta jedna rzecz zdawała się nie zmienić... Podejrzewałam, że te wzajemne zaczepki będą im towarzyszyć przez całe, pewnie długie życie.
Ciekawe, czy pewnego dnia zobaczę zgraję wesołych szczeniaków wokół sylwetki tej dwójki. Z pewnością byliby ciekawymi rodzicami. A ja? Czy byłabym dobrą "ciocią Edel"? Wolałam myśleć, że tak. Skoro nie dane mi było być pełnoprawną matką, a nie jedynie rodzicielką, to chciałabym być chociaż wspaniałą ciotką. Z wielką przyjemnością zostałabym opiekunką takich rozbrykanych szczeniaków. Chociaż moja wymiotująca obecność chyba nie była tym, co powinny widzieć maluchy. Bałyby się mnie...
Westchnęłam i postanowiłam skupić się na drodze. Rozglądałam się w poszukiwaniu wilków gotowych pójść na poranne rytuały lub szukających jakichś kwiatków, do których mogliby się pomodlić. Jednak pomimo tego, że powoli zbliżał się świt, nadal było ciemno. Nie dostrzegłam nikogo i mogłam mieć jedynie nadzieję, że ewentualny wilk również nie dostrzegł nas.

<Asgrim?>

czwartek, 7 marca 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 6

Sierpień 2022 r.
Yuki wyszła z łazienki dopiero po upływie nieco ponad pół godziny. Miała włosy przemoczone do suchej nitki i właśnie zalewała skapującą z nich wodą koszulkę, więc szybko do niej podbiegłem, żeby przetrzeć je innym ręcznikiem, na co pewnie sama nie wpadła. Podłogę też zalała... Przeszło mi przez myśl, że będę ją musiał przetrzeć mopem, żeby nie poślizgnąć na kałuży.
Kiedy zdjąłem z jej głowy ręcznik poczułem jak bardzo jej skóra jest zimna. W zasadzie z otwartych drzwi łazienki nie wylatywała gęsta chmura pary, jak się początkowo spodziewałem...
- Myłaś się w zimnej wodzie...? - zapytałem nieco zbity z tropu.
- Jest w ogóle ciepła? - mruknęła smętnie. Westchnąłem cicho. Tłumaczyłem jej przecież regulację temperatury... Nie słuchała, czy co? Pokręciłem ze zrezygnowaniem głową i odebrałem jej ręcznik. Kiedy już go rozwiesiłem na sznurku na mokre ubrania, wróciłem do niej i zaczesałem za pomocą palców jej bujne czarne włosy do tyłu. Nie wyglądała na jakoś szczególnie zachwyconą tym gestem, ale przynajmniej nie narzekała. Nawet nie były tak poplątane, jak się spodziewałem. Ba, nie trafiłem na ani jeden kołtun, co było dość... nietypowe jak na spędzenie całego życia w dziczy bez dostępu do szczotki.
- Kran nie działa - oznajmiła w końcu.
- Nie działa...? - powtórzyłem zdezorientowany.
- No... kręciłam, kręciłam i odpadło takie metalowe coś - objaśniła i wzruszyła ramionami. Uniosłem brwi i udałem się do łazienki, aby dowiedzieć się co się stało... W mig pojąłem, w czym rzecz.
- Odkręciłaś kurek - objaśniłem, czując na swoich plecach wzrok Yuki. Podniosłem niewielką metalową część i spróbowałem ją z powrotem wkręcić w bok kranu... Zajęło mi to dłuższą chwilę, ale ostatecznie zakończyło się powodzeniem. Obróciłem się do niej. Stała w drzwiach, wpatrując się we mnie w ciszy.
- No co? - zapytałem.
- Nic - odparła, potrząsając głową. Już chciała wycofać się do sypialni, ale zaraz potem ją skarciłem, że ma zawrócić, bo nie umyła zębów. Wywróciła oczami i zrobiła to, o co ją prosiłem. Tym razem to ja odkręciłem jej wodę, przygotowałem szczoteczkę i obserwowałem jak jej idzie. Skoro słuchała mnie jak słuchała, to wolałem dopilnować, aby przypadkiem nie połknęła pasty do mycia zębów. Nie miałem zamiaru rano trzymać jej włosów podczas gdy będzie wymiotować, ani tym bardziej wybierać się w razie takiej konieczności do szpitala. Co im wtedy powiem? To moja znajoma-wilkołak i po raz pierwszy w życiu myła zęby?
Dopiero gdy przepłukała usta wodą pozwoliłem jej iść do sypialni. Tak zrobiła. Zgasiłem światło w łazience i powędrowałem za nią. Byłem świadkiem tego, jak skacze na łóżko, po czym czym prędzej się zakopuje w kołdrze. Zwinęła się w kłębek i westchnęła z rozkoszą. Pomyślałem, że będę mieć przez jej włosy mokre poduszki, ale nic już na to chyba nie poradzę.
- Skończyłeś tę swoją śmieszną pioseneczkę? - zapytała mając już zamknięte powieki.
- Prawie. Niby coś tam mam, ale nadal wymaga pewnych poprawek...
- Ile można siedzieć nad jedną piosenką?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Zdecydowanie nie znała się na muzyce. Prawdopodobnie nigdy nie miała z nią większego kontaktu.
- Od kilkunastu minut do kilku lat. Zależnie od długości utworu i tego, jak ma być dopracowany. Zazwyczaj to kwestia kilku dni, aby być pewnym, że brzmi dość dobrze.
Zauważyłem drobny grymas na jej twarzy. Nie odezwała się już.
- Tooo... to ja chyba już nie będę ci przeszkadzać i pójdę się myć - powiedziałem, na co również w żaden sposób nie zareagowała. Cicho zabrałem z szafy piżamę, zgasiłem światło w sypialni i poszedłem do łazienki z myślą, że pewnie gdy wrócę ona już będzie spać. Nie wiedziałem tylko czy powinienem się kłaść obok niej, czy zająć kanapę... W końcu jest gościem, a ja nie powinienem być nachalny. W końcu nie jesteśmy parą, zatem dlaczego mielibyśmy zajmować jedno łóżka? Chyba powinna spać sama. Miałem co prawda kanapę, ale szczerze powiedziawszy nie należała do najwygodniejszych. Może zabiorę gitarę i przed snem jeszcze coś napiszę...? Z taką myślą rozebrałem się i wskoczyłem pod prysznic. Ten pomysł nie był nawet taki zły.
***
Zasiedziałem się w łazience. Zazwyczaj myłem się do dziesięciu minut, ale tym razem spędziłem tam dobre dwadzieścia. Tak bardzo tęskniłem za ludzkim mieszkaniem, za bieżącą wodą, za ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa... Dzicz miała swoje plusy, jak przykładowo częściej ujawniająca się adrenalina oraz poczucie ryzyka, z którym rzadko się spotykałem podczas gdy mieszkałem w Mieście, czy bliskość z naturą, ale ostatecznie chyba wolałem życie jako człowiek...
Gdy wszedłem do sypialni, wyglądało na to, że Yuki śpi. Uśmiechnąłem się pod nosem i zacząłem się  skradać w kierunku gitary. Miałem nadzieję, że tym razem to jej nie przestraszy. Nie miałem zamiaru jej budzić...
- Zimno mi - wymruczała nagle. Znieruchomiałem w pół kroku, kiedy gitara był ode mnie już na wyciągnięcie ręki. Spojrzałem w kierunku mojego łóżka. Widziałem tylko zarys jej sylwetki pod kołdrą. Leżała na boku...
- Na co czekasz? Chodź tutaj i mnie przytul - wymamrotała, wtulając twarz w poduszkę. Wahałem się. Ktoś ją podmienił? To brzmiało irracjonalnie. Ja? Przytulić ją? Chciała przytulenia w nocy? Ta sama groźna Yuki, która lubi mnie obrażać na każdym kroku?
- Dlaczego...? Miałaś koszmar?
- Zimno mi - powiedziała z uporem. Dostrzegłem ruch jej rzęs. Otworzyła oczy. Czułem, że patrzyła centralnie na mnie.
- Naprawdę?
- Nie denerwuj mnie.
Zacisnąłem usta w wąską kreskę i zostawiłem gitarę w spokoju. Niepewnie wgramoliłem się na łóżko, zbliżyłem się do niej, a później również okryłem się kołdrą. Nim objąłem Yuki jeszcze chwilę ją obserwowałem, jakby zastanawiając się, czy nie próbuje mnie czasem przechytrzyć i czy nie trzyma w dłoni sztyletu, albo czegoś w tym rodzaju. Jej wzrok wyrażał drobne zniecierpliwienie. W końcu przełknąłem ślinę i zrobiłem to, o co prosiła. O dziwo ze spokojem się wtuliła w moją pierś i znowu zamknęła oczy. Czułem, że serce łomocze mi jak szalone. Bałem się jej? Może trochę. Bardziej... cieszyłem się. Cieszyłem się, że nie chce się ode mnie oddalić, jak to było do tej pory. Cieszyłem się, że poznałem ją z nieco innej strony. Drżącą dłoń przeniosłem z jej pleców na głowę i zacząłem powoli głaskać. Wtedy poczułem, że przysuwa się jeszcze bliżej, a mnie żołądek podchodzi do gardła. Yuki lubiła głaskanie...? Miałem ochotę płakać ze szczęścia. To bardzo skomplikowane i trudne do opisania uczucie...
- Yuki... czy ja ci się podobam? - wypaliłem nagle.
- Przymknij się... chcę spać - wymruczała.
- Zmieniasz temat.
Wciągnęła powietrze nosem i wyprostowała się. Zaraz potem poczułem jej gorące usta delikatnie muskające moją szyję.
- Chcę spać - wyszeptała zmysłowo. Może tak mi się tylko wydawało? W tamtym momencie wewnętrznie już całkiem zwariowałem. Miałem milion myśli na sekundę. To wszystko przyprawiło mnie to o jeszcze szybsze bicie serca, co na pewno poczuła. Była tak blisko mnie... Poczułem, że się uśmiecha z rozbawieniem.
- Dobranoc, Joel.
- Dobranoc... - odpowiedziałem cicho.

<C.D.N.>