Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 21 lutego 2019

Od Torance "Spotkań nadszedł czas" cz.1

Kwiecień 2022r. 
Pogoda pogarszała się z każdym dniem. Wiatr uginał bezlistne gałęzie, jakby sprawdzając, w którym momencie te połamią się z głośnym trzaskiem. Unosił tony piasku i mniejsze przedmioty, próbując uderzyć każdego, kto miał nieszczęśliwy obowiązek wyjścia na dwór. Uderzał w ciało, nieprzyjemnie je ochładzając, zwiewał sierść na oczy i utrudniał poruszanie się. To właśnie z jego powodu marzyłam, by znaleźć się w swojej jaskini i schować się przed smaganiem uciążliwej wichury. Najlepiej wraz z parującym naparem ziołowym w glinianym naczyniu, które zrobiłam na zajęciach sztuk kreatywnych, gdy byłam jeszcze szczeniakiem. 
Powoli zaczynałam żałować impulsywnej decyzji odejścia z watahy na kilka miesięcy i wyruszenie na bezsensowne poszukiwania. Zdawałam sobie jednak sprawę, że to mogła być moja ostatnia szansa na poznanie wszystkich okoliczności mojego odejścia z Zakonu. Nikt z nas nie był pewny, kiedy pogoda stanie się zbyt nieprzewidywalna, by wychylić łapę poza własną grotę. Może to będzie jutro, a może za miesiąc? Nawet najbardziej optymistyczne wilki musiały przyznać, że wątpiły w uspokojenie się wiatru, wstrząsającego światem od zeszłego roku. 
To właśnie z powodu tej niepewności o losy watahy, zapytaliśmy Suzannę o możliwość wyruszenia w podróż. Alfa nie była przekonana w powodzenie naszej misji, wydawało się, że nawet chciała nas powstrzymać, jednak w końcu skinęła głową na znak zgody. Mogliśmy wyruszyć następnego dnia, ale jedynie pod warunkiem, że weźmiemy na wszelki wypadek dwie Lampki Motyla. Szczęśliwie okazało się, że każde z nas – As i ja – mieliśmy po jednej w swoich zapasach magicznych przedmiotów. 
Szybko okazało się, że pomysł był bardzo dobry. W końcu minęło wiele czasu, odkąd Asgrim zawędrował na tereny naszej watahy, poza tym jego stan nie był wówczas najlepszy, więc cokolwiek by nie mówił, wątpiłam, by był dobrym przewodnikiem. Basior przez jakiś czas kręcił nosem, lecz gdy wspięliśmy się na górę, niechętnie podniósł na łapie magiczny przedmiot, który miał założony na szyi i wyszeptał w jego stronę pełną nazwę Zakonu. 
Od tego czasu fosforyzujący motyl o pięknych, błękitnych skrzydłach walczył z wiatrem, prowadząc nas w stronę miejsca, w którym mieliśmy zmierzyć się z przeszłością. Miejsca, w którym czekała na mnie moja matka. 
Byłam przerażona. Zawsze oczywistym było dla mnie, że nie miałam matki czy ojca. W Zakonie rodzinę zastępował mi As i Edel, potem żyłam wśród ludzi, aż w końcu w Watasze Magicznych Wilków znalazłam swoje miejsce. Miałam moją kochaną Yuki, rozważnego Kai'ego i w końcu Asa. Kochałam ich i nigdy nie wyobrażałam sobie, że dane mi będzie poznać – nie, spotkać. Znałam ją już wcześniej. Chociaż... Czy jeśli tego nie pamiętam, to to się liczy? - matkę. Wilczycę, która dała mi życie. 
Zastanawiałam się, jak powinnam się zachować, gdy ją zobaczę. Rzucić się jej na szyję? Spytać, czemu pozwoliła mi odejść bez jakichkolwiek umiejętności, bez pamięci? Obawiałam się także swojej reakcji. Nie wiedziałam, czy zacznę płakać, czy ogarnie mnie wściekłość, a może będę zwyczajnie obojętna. Cholera. To wszystko zapowiadało się tak dziwacznie... 
As starał się mnie wspierać. Cały czas rzucał jakimiś uwagami, próbował mnie rozśmieszyć lub wciągnąć w interesujący temat. Szybko okazało się to całkiem bezskuteczne. Zwykle reagowałam niezadowolonymi pomrukami i nakazem zostawienia mnie w spokoju. Po jakimś czasie skończyło się na ciszy, którą przerywaliśmy jedynie na dogadanie się odnośnie polowania lub znalezienia miejsca, w którym moglibyśmy spędzić noc. 
Wiedziałam, że moje zachowanie go bolało, jednak samiec starał się, żeby nie dało się tego po nim poznać. Zapominał jednak, że nieumyślnie odczytywałam jego nastrój i czułam smutek oraz zawód, który z niego emanował. Każdego dnia chciałam go przeprosić, obiecać, że postaram się zachowywać, jednak zawsze brakowało mi słów, aż w końcu basior zasypiał, już niemal z przyzwyczajenia obejmując mnie łapą. 
Któregoś dnia, gdy siedzieliśmy w niewielkiej jaskini – według Asa – niecałe kilka godzin drogi od terytorium Zakonu, przyglądałam się z bezpiecznego miejsca jak niewyraźne kontury drzew uginają się pod naporem wiatru. Był już wieczór i pomimo środka wiosny, na dworze nie było prawie nic widać. Słońce już wiele miesięcy temu zniknęło za ciemnymi chmurami. Jednak nie było to tak odczuwalne zimą. Teraz, w czasie, gdy przyroda powinna odżywać, brak jasnej gwiazdy był szczególnie dokuczliwy. 
W jaskini panowała cisza przerywana głośnymi świstami wiatru, uderzającego we wszystko, co śmiało stanąć mu na drodze. 
- As? - zwróciłam się nieśmiało do samca, który leżał w najdalszym kącie jaskini. 
Wilk mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi. 
- Myślisz, że to był dobry pomysł? 
Samiec nie odpowiedział od razu. Nie musiałam widzieć jego pyska, by wiedzieć, że marszczy brwi, zastanawiając się, skąd wzięło się moje pytanie. 
- Jesteśmy już tak blisko Zakonu, a ty masz wątpliwości? Tor, naprawdę... - zaczął. Jego głos był zachrypnięty, jednak samiec widocznie nie miał zamiaru nic z tym zrobić. 
- Nie będą zadowoleni, gdy cię zobaczą – wtrąciłam, ignorując jego pytanie. 
Usłyszałam głębokie westchnięcie oraz głośne kroki zbliżające się w moją stronę. 
- Też nie będę skakał z radości, gdy ich zobaczę – powiedział, siadając tuż obok mnie. 
Zerknęłam na samca, którego pysk był delikatnie oświetlony od dołu przez naszyjnik z motylem. Światło lampki było niezwykle blade w porównaniu do tego, które wydobywało się z mojej. Prawdopodobnie jutro o tej porze magiczny przedmiot będzie całkowicie bezużyteczny, a zaklęty w nim motyl umrze. Było w tym coś smutnego.
- To czemu...? 
- Czemu ryzykujemy tak wiele czy czemu postanowiłem z tobą pójść? - wtrącił samiec. 
Nie odpowiedziałam od razu, zastanawiając się nad pytaniem.
- Chyba oba... 
As przymknął oczy, prawdopodobnie w celu pozbierania myśli. Gdy się odezwał jego głos był nienaturalnie pewny i zdecydowany. Podniosło mnie to na duchu.
- Wiem, że chcesz poznać prawdę i będziesz żałować, jeśli tego nie zrobisz. Zawsze będziesz zastanawiać się „co by było gdybym nie odpuściła”. Czułem to samo przez miesiące, w których nie wiedziałem, co się z tobą działo – przerwał na chwilę. - Poza tym byłabyś gotowa wyruszyć tutaj sama, żeby mnie nie narażać. Nie zniósłbym tego. Ktoś musi cię pilnować, Tori, i Los, Eydis lub jakieś inne bóstwo zdecydowało, że to moja rola.
Jego głowa była zwrócona w stronę dziury prowadzącej na zewnątrz. Oczy miał utkwione w ciemność znajdującą się zaledwie kilka odległości ogona od nas. Niemniej czułam od niego pewność siebie. Wilk wierzył, w to co mówił i chyba właśnie to zdecydowanie przyczyniło się do mojego wzruszenia.
Bez słowa wtuliłam pysk w szyję basiora i zaciągnęłam się przyjemnym zapachem wrzosów, który otaczał go niezależnie od pory roku. Miło było czuć ciepło jego ciała tuż przy swoim, obserwować w ciszy jak podświetlone na błękitno futro rozstępuje się pod wpływem mojego oddechu. Zdałam sobie sprawę, jak wielkim oparciem był dla mnie ten szalony samiec. Zarówno teraz, jak i kilka lat temu, gdy byliśmy jeszcze beztroskimi szczeniakami. Asgrim był jak opoka, najbardziej stały element w moim życiu. 
- Dziękuję... - wyszeptałam. 
Kilka chwil później koło mnie znajdował się mężczyzna, który delikatnie gładził moją sierść. Ja w tym czasie siedziałam na jego kolanach i przytulałam się do jego ludzkiej szyi. As opatulał mnie ramionami i nic nie zapowiadało na to, że miał zamiar mnie puścić. 
Polizałam go delikatnie w policzek, a chłopak w odpowiedzi musnął ustami mój nos. 
- Nie ma za co – odparł równie cichym głosem.

C.D.N.

Uwagi: brak

poniedziałek, 18 lutego 2019

Od Natanaela "Przybycie" cz. 1 (c.d. Lind)

Lipiec 2022
Nastał świt, a przynajmniej tak się wydawało. Trudno to określić przez te dziwne zjawiska pogodowe. Postanowiłem poszukać czegoś do picia, ewentualnie jakiegoś wilka. Zastanawiało mnie to, czy znajdę tutaj żywą duszę, która byłaby wstanie ze mną porozmawiać. Tak drepcząc w stronę domniemanego wrzosowiska, myślałem co tu się stało. Wszystko wyglądało inaczej, bardziej osobliwie. Znaczy, wszystko było na swoim miejscu, łąki, rzeki i lasy, ale wyglądało to trochę inaczej. Roślinność tutaj była jakaś większa i masywniejsza niż ich pobratymcy z innych terenów na których bywałem. Gdzieniegdzie widziałem spalone drzewa, najczęściej w wyższych piętrach gór.  I ten irytujący, niewyobrażalnie silny wiatr, który słabł gdy zbliżałem się do domniemanego centrum watahy. Pomijając już te ciemno-fioletowe chmury, wręcz czarne. Nie dawała mi również spokoju ta dziwna sarno-potwora, którą widziałem całkiem niedawno. Była ona o wiele większa niż zwykła taka sarenka, miała strasznie silne kończyny, także nienormalne było jej "futerko" na grzbiecie. Jasnoniebieski porost, który odznaczał się od płowego futerka bardzo mocno. W dodatku te oczy, były znaczniej bystrzejsze, miały w sobie taką „inteligencję”. Działy się tu dziwne rzeczy. Widziałem sporo rzeczy włócząc się po świecie szukając własnego miejsca, ale te widziałem pierwszy raz. Zbliżałem się do wrzosowej łąki, choć teraz bardziej wyglądała ona jak młody lasek, przez te mutacje. Gdzieniegdzie wydeptane były ścieżki, po której coś ewidentnie często chodziło. Zauważyłem poruszającą się białą sylwetkę, szybko zmierzającą w moją stronę, a raczej w stronę granicy. Nie chciałem mieć wątpliwej przyjemności kontaktu z zmutowanym niedźwiedziem czy wilkiem. Licho wie co mogło się tu narodzić, ewentualnie zmutować z pomocą tej pogody. Szybko znalazłem dogodną kryjówkę, z której mogłem w każdej chwili uciec, schować się bądź dogodnie skoczyć do ataku. Przed moimi oczyma błysnęła biała smuga z jakimiś kolorowymi plamkami. Chciałem skoczyć w stronę wrzosowej łąki by uciec, ale najwyraźniej ta smuga miała inne plany. Podczas mego "lotu" złapała mnie zręcznie za nogę i przewróciła mnie na grzbiet, przytrzymując mi łapy swoimi łapami.
- Co tutaj robisz i kim jesteś? - warknęła.
- Jestem Natanael. Wyprowadziłem się od rodziców i szukam watahy o której opowiadał mi ojciec - odparłem trochę przerażony. Plusem tej sytuacji było to, że odkryłem kim była postać, która mnie zablokowała. Była to biała wadera, a te kolorowe plamki to piórka pokrywający jej wątłe, ale silne ciałko. Gdzieniegdzie na jej równie białych włosach znajdowały się równie kolorowe pasemka. A pod okiem szare kropeczki.
- Kim był twój ojciec, że opowiadał ci o naszej watasze? - zapytała już milszym dla ucha tonem.
- Mieszkał tu przez jakiś czas. Podobno był tu kimś "ważnym" przez jakiś czas, ale z jego fantazjami to nigdy nie wiadomo. Do tej pory nie wiem, czy to co mi mówił było prawdą. Szczególnie o tym miejscu. Nic nie wspominał o czarnych chmurach, zmutowanej zwierzynie i przerośniętych krzakach. Co tu się stało?
- Sama chciałabym wiedzieć -Wadera powoli puszczała mnie z uścisku.
- Nie możecie się pozbyć tych dziwnych zjawisk za pomocy zaklęć? Założę się, że...
- Myślisz, że nie próbowaliśmy? Nie jesteśmy tępi. Te zjawiska są odporne na naszą magię, nic się nie dało zrobić i został taki stan rzeczy. Wspominałeś coś o jakimś „sarno-potworze”. Przypominał czarną sarnę z poranioną nogą?
- Chodzi ci o tą potworę wysokości łosia, która przebiegła mi przed oczami? Z czego co zobaczyłem czarna nie była, miała niebieski „porost” na grzebiecie i bardzo silne nogi. Trochę czarna była, ale chyba nie tak jakbyś chciała. Kuleć też nie kulała. - Wadera przez chwilę była cicho, po czym się ożywiła.
- Tak czy siak, zabieram cię do Alf. Oni zdecydują co z tobą zrobią i opowiesz im o tym, jak to sam nazwałeś, „sarno-potworze”. - Po czym zaczęła przywoływać skrzydła z powietrza, czy coś w tym rodzaju. Pierwszy raz spotykam wilka posługujący się żywiołem powietrza.

<Co było dalej?>

Uwagi: Kilka przecinków. Gdy zapisujesz dialog, powinnaś dać spację po myślniku. "(...), ale silne ciałko gdzieniegdzie. Na jej równie białych włosach znajdowały się równie kolorowe pasemka." - domyślam się, że miałaś na myśli "Gdzieniegdzie na jej równie białych włosach znajdowały się równie kolorowe pasemka.". "Sarno-potwór" to raczej rodzaj męski. "Jeśli chodzi ci o tą potworę wysokości łosia (...)" - słowo "jeśli" jest raczej zbędne. 

piątek, 15 lutego 2019

Od Crane'a "Ostatnia szansa" cz. 3

Listopad 2021
Wlepiłem wzrok w Lind. Jej spojrzenie zatrzymało się na mnie, chociaż nadal pozostawałem niewidzialny. Wstrzymałem oddech, jakbym podejrzewał, że biała wilczyca usłyszy szmer wydychanego przeze mnie powietrza. Kiedy tak zastanawiałem się, co jeszcze mogłoby zdradzić moją obecność, uwagę samicy nagle zwrócił świat zewnętrzny, zupełnie już pozbawiony światła słonecznego.
- A niech mnie, jest naprawdę późno! - wykrzyknęła.
Wadera natychmiast doskoczyła do swojej torby, zamknęła ją (nie zastanawiając się nawet, dlaczego była otwarta), po czym wybiegła na zewnątrz, ściskając w zębach swoje manatki. Przez pośpiech nie dostrzegła nawet walającego się pod jej łapami Błękitnego Oka oraz Medalionu Upływającego Czasu, a co dopiero mówić o Medalionie Śmierci, czy Medalionie Nieśmiertelności. Odmieniec nie pognał od razu za swoją właścicielką. Na domiar złego, on zauważył leżące na środku jaskini mniej wartościowe, magiczne przedmioty. Podszedł bliżej, podniósł oba i przyjrzał się im. W jego spojrzeniu było coś dziwnego. Bardzo chciałem, by Odmieniec nie zastanawiał się dłużej nad tym i jak najszybciej opuścił jaskinię. Dwunogi stwór zamiast tego przykucnął, oparł jeszcze jedną wolną łapę o skaliste podłoże i zaczął węszyć. Zapach... Kompletnie zapomniałem o tej kwestii. Nie zażyczyłem sobie, by być niewyczuwalnym! Takie niedopatrzenie może kosztować mnie naprawdę wiele.
Ting schował dwa medaliony do kieszeni płaszcza i ruszył w moim kierunku, trzymając pysk blisko ziemi. Jeszcze chwila,a odnajdzie Medalion Nieśmiertelności, albo co gorsza mnie. Nie dopuszczę do tego! Skupiłem się i użyłem swojej mocy, by przywołać w głowie Odmieńca rozpaczliwe wołanie Lind, dochodzące z zewnątrz. Ta sztuczka podziałała bez zarzutu. Strażnik Wichury Płomieni natychmiast podążył za głosem. Poczułem jego strach. Podszedłem do wyjścia, żeby upewnić się, że oddalił się wystarczająco. Nareszcie zostałem sam. Z tego co wiem, przedstawiciele gatunków podobnych do niego nie mają lepszego węchu niż zwykłe nie-magiczne wilki. Jest szansa, że nie połączył mnie ze znalezionym tu zapachem. Z resztą, jak wróci, nie poczuje już nic. Silny wiatr wywieje stąd wszystkie ślady.
Świat zewnętrzny ogarnęła zupełna ciemność. To oznaczało, że mogę wrócić do swojej jaskini i czekać, aż stanę się znów widzialny. Najgorsza część całego przedsięwzięcia zakończona powodzeniem. Rozpierała mnie duma. Ostatni etap planu będzie polegać na unikaniu po drodze innych członków watahy. W nocy wicher się tylko nasilał, więc nie oczekiwałem tłumów spacerowiczów. Wróciłem po dwa medaliony i założyłem je sobie na szyję, po czym wyszedłem na zewnątrz. Nie miałem już takich problemów w kontrolowaniu, gdzie stawiam niewidoczne łapy. Noc niestety była czarna, jak rzadko kiedy. Połączmy to z moją częściową ślepotą, piachem rzucanym prosto w oczy, potężnymi uderzeniami wiatru i mamy przepis na delikatnie mówiąc męczącą drogę powrotną.
W pewnym momencie trasy nagle straciłem grunt pod nogami. Półka skalna, na której stanąłem, odłamała się. Nie mając czasu na reakcję, poleciałem w dół. Uderzyłem w złamane drzewo wiszące nad urwiskiem i spadłem kilka metrów niżej. Poczułem, że leżę pośród uschniętych krzewów, rosnących na obłupanym głazie. Pomimo tego, na czym wylądowałem i jaką odległość pokonałem w powietrzu, nie poczułem nawet najmniejszej iskry bólu. Podniosłem się i chciałem ocenić obrażenia, znów zapominając, iż jestem niewidzialny. Zajmę się tym rano - pomyślałem i uszyłem w dalszą wędrówkę. Nie poznawałem tej ścieżki. Liczyłem, że tędy też dam radę dojść do swojego lokum. Warunki pogodowe uniemożliwiały dokładniejszą orientację w terenie. Trochę to trwało, ale wreszcie znalazłem jakiś punkt odniesienia - Wilczy Szpital. Dostrzegłem blask ognia, zapewne ktoś był w środku. Z czystej ciekawości podszedłem bliżej. Ukrywając wiszące na mojej szyi medaliony za skałą, spróbowałem wypatrzeć, kto i dlaczego kręci się tutaj o tej porze. Niestety, wystawiony na wiatr, nie mogłem nawet otworzyć szerzej oczu. Z perspektywy czasu wygląda to na nierozważną decyzję, jednak wszedłem do przedsionka szpitala. Nadal pilnując, by naszyjniki nie zwróciły niczyjej uwagi, przycupnąłem za rogiem, niedaleko jednej z półek z ziołami. Teraz mogłem dokładnie przyjrzeć się kto jest tutaj poza mną. W blasku ogniska dostrzegłem (cóż za niespodzianka) Alvarega, składającego świeże bandaże. Wyglądał na dosyć zmęczonego. Od razu domyśliłem się, że dopiero co odprawił jakiegoś poszkodowanego przez własną głupotę wilka. Zawsze znajdzie się paru "śmiałków", którzy zignorują słowa Alf, zwłaszcza narzucające jakiś nowy zakaz. Na ironię, dzisiejszej nocy ja też należę do tej grupy.
Stwierdziwszy, że nie mam tutaj niczego specjalnego do oglądania, wróciłem na szlak prowadzący do mojej nory. Minąłem po drodze jeszcze kilka jam. Oczywiste, że sprawdzałem (na tyle, na ile pozwalały warunki pogodowe), czy wszyscy ich mieszkańcy śpią, albo są zajęci sobą. Wszystkie jaskinie tutaj, należały do członków Watahy Magicznych Wilków. Ci to mają wygodne życie. Przestrzenne nory, znacznie lepiej chroniące przed deszczem i wiatrem. Do tego są położone niżej. Tymczasem większość z nas; wilków z Watahy Czarnego Kruka, musi codziennie tracić czas i energię na mozolnej wspinaczce. Czasem lepiej byłoby nie mieć przydzielonego lokum i spać pod gołym niebem, niż dzień w dzień leźć prawie na szczyt góry. Niby jesteśmy teraz w jednym stadzie, a ja nadal mam poczucie, że nie jesteśmy wszyscy traktowani tak samo.
Zostawiwszy duże, wygodne jaskinie za sobą, zacząłem wspinać się ku norom wilków z mojego stada. Po jakimś czasie dotarłem do miejsca, gdzie wcześniej skalna półka załamała się pod moimi łapami. Coś, co niegdyś było częścią tego szlaku, zostawiło po sobie sporą wyrwę. Spróbowałem wypatrzeć inną drogę prowadzącą ku górze, ale wzrok znów mnie zawiódł przy takiej pogodzie. Co teraz? Zawsze chodziłem tędy, nie znam na pamięć żadnej innej trasy. Pomyślałem o powrocie na dół, ale gdzie w takim razie schowałbym się przed burzą? Cudze jaskinie odpadają. Wtem przypomniało mi się, że przecież ostatnio ktoś odszedł ze stada. Któraś z większych jaskiń powinna być pusta. Już-już zmieniałem kierunek wędrówki, ale wówczas przypomniałem sobie o czymś jeszcze. Szalik, nie mogę zapomnieć o szaliku. Kiedy będę znów widzialny, muszę czymś zakryć skradzione medaliony. Spojrzałem jeszcze raz na dziurę. Wygląda na to, że muszę ją przeskoczyć. Nie jest to bezpieczne, ale nie mam wyboru. Cofnąłem się nieco, by mieć czas na rozpęd. Wbiłem pazury w ziemię. Nie bałem się, ale jakiś odruch powstrzymywało moje nogi przed ruszeniem z miejsca. Wtenczas coś do mnie dotarło. Mam na szyi MEDALION NIEŚMIERTELNOŚCI. Nawet jeśli znów spadnę, to nic mi nie będzie i nic nie poczuję. Jak za pierwszym razem. Przecież tak działa naszyjnik, który ukradłem. Aż dziwne, że wcześniej zapomniałem o tych właściwościach. Ruszyłem i nabrawszy prędkości, odbiłem się od ziemi. Nie minęła sekunda, a wylądowałem po drugiej stronie małego urwiska. Dzięki absolutnej pewności, ze wszystko będzie dobrze, wykonałem najdoskonalszy skok mojego życia. Niby nie był to żaden szczególny wyczyn, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż wyrwa nie była zbyt długa, jednak sukces dał mi dużą satysfakcję. Ruszyłem dalej przed siebie szybkim krokiem. Zbliżałem się do swojej jaskini. Wreszcie nastąpiła upragniona chwila, kiedy mogłem usiąść w kącie przydzielonej mi nory. Udało się. Wszystko się udało. Osiągnąłem, co chciałem. Medalion Nieśmiertelności jest MOJĄ własnością.
Powoli docierało do mnie, że żaden stwór już mi nie zagrozi, żaden wilk mi już nie zagrozi. Jestem niezniszczalny. Zmora naszego stada, którą jest krótkie życie, już mnie nie dotyczy. Przeżyję Hitama i kto wie, może ja zostanę wybrany na następnego samca Alfa. Ta jedna noc zmienia całą moją przyszłość. Na mój pysk wkroczył szczery, szeroki uśmiech. Nigdy dotąd nie czułem się tak szczęśliwy. Przypomniałem sobie, że przez ostatnie lata rzadko dopuszczałem do siebie jakiekolwiek emocje, nawet podobne do tego, czego doświadczałem teraz. Zapomniałem już, jakie to przyjemne.
Może to całe tłumienie ich nie jest tego warte..? Nie, o czym ja w ogóle myślę?! Uczucia to słabość, emocje to słabość. To tylko sprawi, że moje życie będzie trudniejsze. Nawet Naszyjnik Nieśmiertelności nie uchroni mnie przed przebiegłością tych, którzy umieją wykorzystać tę formę słabości. Nie, nie wolno mi pozwalać sobie na te plugawe rzeczy. Kiedy przyjdzie co do czego, zrujnują wszystko. 
Muszę być skupiony, jeśli chcę ukryć fakt, że to ja ukradłem naszyjniki należące do Lind. Postanowiłem zdusić radość, która mnie ogarniała. 
Radość zaślepia, radość uśpi moją czujność.

Uwagi: brak

poniedziałek, 11 lutego 2019

Od Crane'a "Ostatnia szansa" cz. 2

Listopad 2021
Po raz pierwszy od dawna, zza chmur wyłoniło się słońce. Lśniący dysk był coraz bliżej horyzontu, więc z czasem duża część jego promieni zawitała do środka jaskini, w której siedziałem. Gdyby nie falujące na wietrze futro, zapewne wyglądałbym jak posąg. Wpatrywałem się bez przekonania w Bransoletkę Życzeń. Kiedy światło sięgnęło moich łap, zdałem sobie sprawę, że nie mam już za wiele czasu na podjęcie decyzji. Nawet po tych długich godzinach rozmyślania i planowania, nadal wahałem się. Nadal nie wiedziałem, czy faktycznie stąd wyjdę i pójdę do jaskini Lind. Szczególnie zniechęcała mnie świadomość, iż nie wiem co wadera zrobiła z nowo zdobytym Naszyjnik Nieśmiertelności, czy w ogóle trzyma go u siebie. Wówczas to wszystko będzie próżnym trudem; straconym czasem, zbędnym narażaniem zdrowia i reputacji. 
Wtem w mojej głowie zawitała myśl, że nie muszę dokonywać kradzieży akurat dzisiaj; w końcu jutro też jest dzień. Po chwili zrozumiałem jednak, że okłamuję samego siebie. To może być ostatnia szansa. Pogoda nadal pogarsza się w zastraszającym tempie. Szczeniętom i słabszym wilkom nakazano pozostawać w norach. Ja sam nie należę do najpotężniejszych w stadzie. Tak więc jutro, pojutrze zagrożenie wynikające z wychodzenia na zewnątrz może się okazać dla mnie zbyt wielkie. Położyłem łapę na Bransoletce Życzeń. Zacząłem zadawać sobie pytanie, czy w ogóle potrzebuję tego medalionu. Przecież dotychczas radziłem sobie bez niego. Dotychczas... Nie wiem, co będzie dalej, z czym jeszcze przyjdzie mi się zmierzyć. Lepiej mieć taki przedmiot. To nie ulega wątpliwości. 
Spojrzałem na słońce. Warta Lind zacznie się za niecałą godzinę. Teraz albo nigdy. Mogę zaryzykować albo dalej tkwić tutaj, a później nienawidzić siebie za to, że nie skorzystałem z okazji. Wbiłem pazury w ziemię i przysunąłem bransoletkę bliżej siebie. Wybrałem. Wypowiedziałem w myślach treść swojego życzenia: "Chciałbym stać się niewidzialny od teraz, aż do wschodu słońca". Nigdy nie należałem do wilków posiadających tę zdolność, więc oczekiwałem, że coś poczuję, znikając. Wyglądało to jednak zupełnie odwrotnie. Z początku zacząłem myśleć, iż Bransoletka Życzeń nie zadziałała. Skierowałem oczy w miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu leżała. Nie dostrzegłem ani magicznego przedmiotu, ani własnych łap. Spojrzałem na ścianę jaskini. Moja sylwetka przestała rzucać na nią cień. Dokładnie tak powinno być. Powoli wstałem i skierowałem kroki ku wyjściu. Na odchodnym upewniłem się, że szalik, który znalazłem pod Miastem, leży tam, gdzie wcześniej. Kiedy już zdobędę Medalion Nieśmiertelności, będę go ukrywał właśnie pod tym kawałkiem materiału. Od kilku dni przyzwyczajałem inne wilki, a przede wszystkim Lind, do widywania mnie w nim. Gdybym nagle zaczął przykrywać czymś szyję zaraz po tajemniczej kradzieży cennego, magicznego wisiorka, automatycznie stałbym się głównym podejrzanym. 
Ruszyłem zdecydowanym krokiem w stronę lokum białej wadery. Niby czułem, gdzie są moje kończyny, a jednak potykałem się o każdy kamień na szlaku. Silny wiatr także nie ułatwiał wędrówki. Sypał w oczy tony okruchów skalnych, nieraz próbował mnie zrzucić ze stromej półki skalnej. Dbał także, by nie było mi czasem zbyt ciepło, nawet pomimo grubego futra. Szczękałem zębami, z trudem łapałem równowagę i coraz mniej miałem ochotę iść dalej. Wkrótce napotkałem na swojej drodze Premure'a. Przystanąłem. Basior odwrócił pysk w moją stronę. Czekałem, aż znów zacznie ględzić o zakładzie, po którego przegraniu jestem mu winien Złoty Księżyc, jednak basior milczał. Wyglądał, jakby patrzył na coś za mną. Otworzyłem pysk, ale w ostatniej chwili zreflektowałem, że przecież jestem niewidzialny. O mało nie pozwoliłem, by pokierowały mną odruchy, nakazujące nawiązywać rozmowę przy każdym spotkaniu sam na sam z innym członkiem stada. Przylegając do kamiennej ściany, ostrożnie wyminąłem zajętego własnymi myślami samca. Całe szczęście, że wiatr dął na tyle głośno, by zagłuszyć moje kroki. 
Wreszcie dotarłem przed lokum Lind. Miałem jeszcze około pół godziny. Po upłynięciu tego czasu, wadera powinna się obudzić. Ta konkretna strażniczka terenów miała w zwyczaju przesypiać całe popołudnie i wstawać dopiero o zachodzie słońca - na swoją wartę. Zajrzałem niepewnie do jaskini. Natychmiast wypatrzyłem jasne futro samicy. Leżała na boku, odwrócona w moją stronę. Gęsta czupryna zasłaniała jej oczy i część pyszczka. Spokojny oddech sugerował, że śpi, ale wolałem się upewnić. Delikatnie odgarnąłem tęczową grzywkę Lind i z ulgą spostrzegłem, iż nie podnosi powiek. Cofnąłem łapę i rozejrzałem się po całkiem obszernym (przynajmniej w porównaniu z moją jaskinią) wnętrzu. Postawiłem kilka kroków w stronę pozostawionej nieopodal torby. Wtem przystanąłem, przypomniawszy sobie o towarzyszu wadery. Zacząłem szybko omiatać wzrokiem każdy kąt nory, jednak sylwetki Odmieńca nie odnalazłem. Wygląda na to, że nadal sprzyjają mi wszystkie okoliczności. Oby tylko ta dobra passa nie skończyła się zbyt szybko - pomyślałem.
Podszedłem do manatków białej samicy. Zdawałem sobie sprawę z jej bardzo wyczulonego słuchu, jednak dokarmianie Tantibusów odwiedzających jej jaskinię nauczyło mnie, iż ta wadera ma wyjątkowo mocny sen. Gdyby nie to, nie mogłaby spać pomimo odgłosów zawieruchy z zewnątrz. Dopóki nie narobię nadzwyczajnego hałasu, jestem bezpieczny. 
Podniosłem klapę torby i zajrzałem do środka. Kolekcja magicznych przedmiotów zgromadzonych przez Lind okazała się być naprawdę imponująca. Pierścień Niezgody, Proszek Omylności i wiele, wiele więcej... Każdy z nich mógłby mi się bardzo przydać. Szkoda, że nie mógłbym zabrać od razu wszystkiego. To by było przecież szaleństwem. Chociaż... Nie, to zdecydowanie zły pomysł. Ignorując z całych sił te myśli, zacząłem szukać pośród dobytku wilczycy Medalionu Nieśmiertelności, po który tutaj przyszedłem. Wreszcie odnalazłem swój cel. Złapałem go w zęby i natychmiast spróbowałem wyciągnąć ze skórzanego worka. Niestety, nie zauważyłem, że łańcuszek wisiorka zaplątał się z tym od Błękitnego Oka, a także Medalionu Upływającego Czasu. Jakby tego było mało, zapięcie jednego z nich zahaczyło jeszcze o Lampkę Motyla. Tak więc, wykonując zamaszysty ruch głową, poderwałem z ziemi całą torbę. Większość jej zawartości rozsypała się po jaskini. Oprócz magicznych przedmiotów, skalne podłoże przykryły także drogie kamienie znad Wodospadu. Jednakże, najgorsze z tego wszystkiego były Srebrne Gwiazdki i Złote Księżyce. Dzwonienie metalu przez kilkanaście sekund rozchodziło się echem po jaskini. Zastygłem, trzymając w pysku plątaninę medalionów. Byłem przekonany, że to koniec. Gdybym potrafił odczuwać strach, zapewne sparaliżowałoby mnie doszczętnie. Spojrzałem w stronę posłania, na którym leżała bezwładnie wilczyca. Odczekałem chwilę. Nie poruszyła się. 
Opuściłem głowę i ostrożnie odłożyłem Medalion Nieśmiertelności na ziemię. Jest jeszcze szansa na powodzenie, ale najpierw muszę posprzątać ten bałagan. Wpadka sprzed minuty sprawiła, że mimowolnie starałem się działać znacznie ciszej, niż dotychczas. Zacząłem od zebrania Złotych Księżyców i Srebrnych Gwiazdek z powrotem do sakiewki. W moim odczuciu trwało zbyt długo. Następnie zająłem się rozrzuconymi dookoła drogimi kamieniami. Bez problemu mogłem podnosić kilka na raz, więc z nimi poszło mi znacznie szybciej. Później odkładałem na miejsce wszystkie magiczne przedmioty, poza tymi, które będę musiał odwiązać od właściwego celu mojej wizyty tutaj. Kończąc zbieranie dobytku Lind znalazłem jeszcze jeden naprawdę wyjątkowy naszyjnik - Medalion Śmierci. Z początku ruszyłem z nim w stronę torby, tak jak ze wszystkimi pozostałymi rzeczami, lecz kiedy miałem go wypuścić z pyska, zawahałem się. Stwierdziłem, że to także może się okazać niezwykle przydatne w kryzysowej sytuacji. Po kilku minutach rozmyślenia nad argumentami za i przeciw, podjąłem decyzję o wyniesieniu stąd nie jednego, a dwóch medalionów. 
Wróciłem do odłożonych na bok wisiorków. Wbrew pozorom, supły nie były ani zbyt ciasne, ani skomplikowane. Szybko uprałem się z tym problemem, który bądź co bądź naraził mnie na porażkę. Kiedy już ostatecznie rozdzieliłem trzy naszyjniki, nagle moich uszu dobiegł charakterystyczny głos Odmieńca noszącego imię Ting. 
- Pierzasta! Pierzasta! Zaraz zaśpisz na wartę! - ryknął towarzysz wilczycy, wpadając do jaskini. 
Poderwałem się na równe łapy i kopnąłem Medalion Nieśmiertelności w głąb nory, jak najdalej od posłania. Instynkt mówił mi, że już za późno, by lepiej ukryć to, co chcę ukraść. Lind podniosła się z posłania. 
- Spokojnie, nie śpię przecież - mruknęła, ziewając szeroko.
- Nie śpisz, bo w porę wróciłem - odparł jej towarzysz. 
- Aham... - pokiwała głową wilczyca, przeciągając się. - Doceniam twoją troskę o mnie. 
Zacząłem wycofywać się na koniec jamy. Być może nie byłem dostatecznie cicho, ponieważ biała wadera podniosła uszy i zerknęła na krótką chwilę w moją stronę.

<C.D.N.>

Uwagi: Zapis słowa Słońce (słońce) jest zależny od tego, czy piszesz o tej gwieździe z astronomicznego punktu widzenia. Z kontekstu wynika, że Crane miał na myśli coś nam znacznie bliższego, zwykłe słońce, które grzeje nas swoimi promieniami, wchodzi i zachodzi, więc powinno być to zapisane z małej litery. Przed albo nie stawiamy przecinka.