Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 30 września 2018

Od Lind "Więcej kart" cz. 4

Lipiec 2021
Znaleźliśmy Joela na jednej z ławek w parku. Był akurat w swojej ulubionej, ludzkiej formie. Wpatrzony w niebo, nucił jakąś wesołą melodię i zapisywał coś długopisem w zeszycie. Teraz przynajmniej wiem jak się nazywają te rzeczy. Wynalazki przynoszone z Miasta przez niektórych członków watahy są całkiem ciekawym tematem i dosyć obszernym. Szkoda, że ja nie potrafię zamieniać się w człowieka. Wilki podobne do mnie mogą tylko pomarzyć o zobaczeniu w pełnej krasie tego misternie ukształtowanego przez dwunogie istoty świata.
Podeszliśmy do wilkołaka. Wyglądał, jakby nie zauważył naszej obecności. Towarzyszący mi Crane trącił go w chude kolano. Muzyk wzdrygnął się i spojrzał w naszą stronę.
- Cześć Joel - przywitałam animatora.
- Cześć Lind - uśmiechnął się, odsłaniając dziwaczne, ludzkie kły. Z tej perspektywy przypominały uzębienie saren. - Witaj Crane. Macie do mnie jakąś sprawę?
- Owszem. Interesuje nas konkurencja festynowa - wyjaśnił brązowy basior.
- Mógłbyś zmienić formę? - zapytałam Joela. - Strasznie niewygodnie tak z tobą rozmawiać - powiedziałam, co myślałam.
- A, tak. Oczywiście - Jo wstał, rozprostowując swoje patykowate nogi człowieka.
Muzyk podniósł leżący nieopodal ławki plecak i spakował do niego notes i długopis. Zaraz po tym, zmienił się z powrotem w wilka. Stojąc już na czterech łapach, poprosił, żebyśmy sprecyzowali, o jakiej konkurencji myślimy.
- Skoki do Jeziora z lian - wyjaśniłam krótko.
- Słyszę liczbę mnogą. Rozumiem, że oboje będziecie skakać - Animator popatrzył po naszej dwójce.
- Tak - przytaknęłam.
Crane spojrzał na mnie i uchylił pysk, żeby coś powiedzieć, ale Joel go uprzedził:
- To wracamy do centrum watahy. Za mną, jeśli nadążycie - Basior o jasnym futrze wziął plecak w pysk i ruszył truchtem przed siebie.
- Uch, on tak na poważnie? - sapnął Crane.
Zrozumiałam, że mój kolega dosyć się już zmęczył dzisiejszymi spacerami przez całe terytorium naszego stada.
- Jo, zaczekaj! - krzyknęłam za muzykiem.
***
- No to kto zaczyna? - Joel usiadł obok wzburzonej tafli i zwrócił wzrok w naszą stronę, oczekując odpowiedzi.
- Ja mogę - oznajmiłam. - Mam w końcu już w tym jakieś doświadczenie.
- Trzy skoki to jeszcze nie doświadczenie - mruknął animator z przekąsem.
- Przypominam, że to były skoki zakończone sukcesem - podniosłam dumnie pysk.
- Poza jednym, po którym wylądowałaś prosto w krzakach - Jo przekrzywił nieznacznie głowę.
- To było pierwsze podejście, zawiniła niedopracowana strategia - wytłumaczyłam, rozglądając się za grubszą lianą.
- No dobra. Niech ci będzie.
Wypatrzyłam idealne pnącze. Przywołałam skrzydła z wiatru i uniosłam się, żeby złapać je w pysk i wlecieć na jedną z z gałęzi.
- Patrzcie i uczcie się - oznajmiłam.
Po tych słowach postąpiłam tak samo, jak podczas udanych prób. Odepchnęłam się łapami od konara i trzymając mocno lianę, nabrałam idealnej prędkości do idealnego wyskoczenia z niej do Jeziora. Rozbryzg, który nastąpił po moim zderzeniu z taflą wody, dosięgnął wszystkie wilki w pobliżu. Crane i Joel też należeli do tej grupy. Wypłynęłam na powierzchnię i wróciłam na brzeg.
- Jak mi poszło? - spytałam.
- Powiedzmy, że ujdzie - odpowiedział Joel, odruchowo otrzepując się.
Crane zrobił to samo. Tymczasem animator otworzył plecak i wyciągnął z niego plik kart dla mnie. Dobrze pomyślane, że nie wyciągnął ich wcześniej; pozostały poza zasięgiem wywołanego przeze mnie tsunami.
- Teraz ty - zwróciłam się do brązowego basiora, odebrawszy nagrodę.
- No... dobra... - mruknął Crane.
- Czy mi się wydaje, czy ty masz pietra? - popatrzyłam na niego.
- Skądże... Tylko... trochę nie wiem, jak się za to zabiorę. Nie mam mocy wiatru, ani niczego takiego.
"Ciekawe, jaką w ogóle masz moc", pomyślałam. Nigdy dotąd nie wspomniał mi słowem o swoim żywiole. Zaczynałam nawet podejrzewać, że sam go nie zna.
- Ja mogę ci pomóc dosięgnąć lian, Crane - zaoferował Jo.
- Dobry początek. Jak konkretnie mi pomożesz?
- Wybierz sobie pnącze, a potem użyj mnie jako podestu, żeby go dosięgnąć.
- Nie brzmi tak źle. Niech będzie - oznajmił basior z drugiej watahy.
Rozglądał się tylko chwilę, a kiedy już wybrał sobie odpowiednie pnącze, zakomunikował o tym Joelowi. Muzyk przykucnął, żeby Crane mógł odbić się od jego grzbietu. Brązowy wilk doskoczył do liany i zacisnął na niej zęby. Udało mu się; nie spadł od razu z powrotem na ziemię.
- Świetnie. Teraz musisz się rozhuśtać - zaznaczyłam.
- To pestka - dodał Joel.
Crane zaczął dosyć niezdarnie poruszać kończynami, a później całym ciałem. Długo nie nabierał zbytniej prędkości. Postanowiłam kilka razy niepostrzeżenie mu pomóc, lekko popychając go wiatrem. Udało się tak jak planowałam; Jo niczego nie zauważył, a Crane w końcu rozbujał się dostatecznie, żeby doskoczyć do wody. Nie powiedziałabym, że tak się skacze "na bombę", ale chyba animator uznał to jako poprawne wykonanie zadania.
Po chwili Crane wyszedł z Jeziora, utykając na prawą, przednią łapę. Odebrał szybkim ruchem czekające na niego karty i syknął z bólu.
- Co się stało? - zapytałam zaniepokojona.
- Uderzyłem o dno łapą - odpowiedział brązowy samiec. - Strasznie boli.
- Lind, weźmiesz go do Alvarega? - zapytał od razu Joel. Przybrał nieco poważniejszy ton głosu.
- Jasne - odpowiedziałam bez wahania. - Oby to tylko nie było złamanie... - mruknęłam ciszej.
Pożegnaliśmy się krótko z animatorem i ruszyliśmy w kierunku Wilczego Szpitala.
- Nie martw się, Lind. To pewnie nic takiego - uspokajał mnie po drodze Crane.
- Pewnie nie... to przecież tylko skok do wody... - wymamrotałam.
Czułam się winna, te głupie skoki z lian były przecież moim pomysłem.

Wygrane karty: brązowe: Kozice, Róża Harmonii; srebrne: Delta, Xeral.

Uwagi: Brak.

czwartek, 27 września 2018

Od Cess „Poranne wróble” cz. 3 (CD Valkoinen)

Lipiec 2021
Droga na festyn przebiegła nam bardzo dobrze. Basior lubił dogryzać i sprzeczać się, co było widać po jego zachowaniu. Miał w sobie tyle energii i czasem był nawet zabawny. Spoglądałam na niego cały czas swoimi czerwonymi ślepiami, śmiejąc się co jakiś czas.
W oddali zobaczyłam waderę, która stała przed wejściem na tor przeszkód. Pomyślałam, że fajnie będzie zmierzyć się w jakiejś konkurencji z Valkoinem.
- Valk, popatrz tam! - powiedziałam do niego wskazując na ową wilczycę. - Chodź, szybko! - pognałam w jej stronę, nie czekając na mojego towarzysza. Stanęłam przy białej waderze, lekko się szczerząc. - Cześć! - rzekłam do niej.
- Hej! - odpowiedziała. - Przyszliście na konkurencje związanych łap?
- Tak. - odpowiedział basior, także szczerząc się. Było w nim coś, co nie pozwalało mi zachować powagi. Śmiejąc się podeszłam bliżej do Valkoina, wiedząc, że nasze łapy będą zaraz związane.
- W takim razie będziecie musieli pokonać tor przeszkód ze związanymi łapami. - Kiwnęliśmy potakująco głowami – Twoje prawe, – powiedziała do wilka – a jej lewe. - wskazała na mnie, a następnie chwyciła za dwa sznurki. Związała nasze łapy i kazała nam sprawdzić czy wszystko jest dobrze. Spojrzałam się na Valka i wahałam się, czy to aby na pewno dobry pomysł. W końcu basior jest ode mnie większy i zapewne szybszy. Czułam się jak kula u jego dwóch łap. Nie chciałam jednak się poddać i nie dałam po sobie poznać, że trochę wymiękam.
- To jak? - Spojrzał się na mnie.
- Gotowa. Zaczynamy od związanych. - powiedziałam, uśmiechając się i starając ułożyć w głowie schemat, dzięki któremu bezkolizyjnie zaczniemy bieg.
- Może być. - Powiedział i ruszył od razu. Nie zdążyłam zareagować i walnęłam w niego swoim pyskiem, wydając stłumiony jęk. Nie mogłam wrócić przez kilka sekund do pionu.
- Mogłeś mnie ostrzec. - syknęłam, odzyskując powoli równowagę. Ten tylko prychnął cicho i odrzekł:
- Przecież byłaś gotowa. - na jego słowa westchnęłam, podstawiając przez przypadek swoją łapę przed jego, w wyniku czego oboje się wywróciliśmy. Zrobiliśmy to tak głośno i niezdarnie, że wilczyca, która związywała nam łapy, zaśmiała się głośno. Wylądowaliśmy metr dalej, a ja znów miałam poobijany pysk. Zaczęłam się podnosić czekając, aż basior zrobi to samo.
- Teraz tego nie schrzańmy... - warknęłam, zła sama na siebie za swoją niezdarność.
Ruszyliśmy w miarę ładnie. Gdyby nie liczyć kilku potknięć to szło nam bardzo dobrze. Staraliśmy się poruszać w jednym tempie, a ja po jakimś czasie przestałam czuć obecność liny przy naszych kończynach. Wszystko szło nam jak po maśle. Rozłożone drzewo, ciemny tunel, czołganie się pod gałęziami. Ostatnia z przeszkód to było błoto. Grząskie, głębokie, śmierdzące. Już czułam jak trudno będzie go się pozbyć z sierści. Nie mogliśmy się jednak wycofać, nie w tym momencie! Starałam się nie ciągnąc ogona po tym błocku i choć było mi ciężko, ukończyliśmy ten bieg zadowoleni.
Wadera rozwiązała nam łapy. Spojrzałam się na Valka i rzuciłam w niego błotem. Zaczęłam się śmiać, gdy zobaczyłam jego zdziwioną minę. Zaczęła się walka na śnieżki, tyle że z błota. Zaczęliśmy się wywracać i tarzać, a na koniec cali brudni, zmierzyliśmy w stronę wodospadu.
- Wyglądasz jak niedźwiedź. - zaśmiałam się głośno, idąc obok wilka. - Taki miś miniaturka.
- Ty za to wyglądasz jak jakaś przerośnięta jaszczurka. - wytknął mi język, a ja po chwili zrobiłam to samo. Szliśmy, przedrzeźniając się nawzajem.
Jako pierwsza wskoczyłam do wody, starając się pozbyć błota. Robiło się już późno. Razem spędziliśmy praktycznie cały dzień. Nie odczuwałam, że czas tak szybko płynął. Czułam się dobrze w jego towarzystwie. To był naprawdę udany dzień. Basior pływał niedaleko mnie, więc chciałam rozpocząć jakiś nowy temat:
- To czym się zajmujesz?
- Jak już wiesz, jestem mimem na festynie, ale także zabójcą podczas polowań. - uśmiechnął się, będąc zapewne dumny ze swojego stanowiska. - A ty?
- Niczym. - odpowiedziałam krótko, a Valkoinen spojrzał na mnie zdziwiony.
- Jak to niczym, każdy wilk powinien, a raczej musi coś robić! - ochlapał mnie wodą. - Halo, pobudka! Oni cię wyrzucą!
- Eee tam... - machnęłam łapą. - Siedzę tu ponad dwa miesiące i nic nie robię. Dosłownie nic. Rzadko wychodziłam z jaskini.
- Nie załamuj mnie... - zrobił wielkie oczy. - Przez dwa miesiące siedziałaś i nic nie robiłaś? Nic?!
- No... - skurczyłam się lekko, dryfując na wodzie. - Ale znajdę sobie coś, niedługo...
- Mam nadzieję, bo inaczej będzie z tobą źle, oj uwierz... - spoważniał, a ja głośno przełknęłam ślinę. Nie chciałam mieć kłopotów.
Powoli robiło się ciemno. Wyszliśmy z wody, czyści jak nie wiem co i wysuszyliśmy się na brzegu. Westchnęłam głośno i uśmiechnęłam się szeroko do basiora, pokazując swoje białe ząbki.
- Co? - spytał się niepewnie, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Dziękuję ci, dziękuję za super dzień. - odpowiedziałam, otrzepując się po raz wtóry z kropelek wody.
- Och, nie ma sprawy! - odwzajemnił uśmiech. Razem zmierzyliśmy w stronę jaskiń. To był udany dzień.

Wygrane karty: brązowe: Ryby, Jezioro, Pierścień Niezgody, Eliksir Młodości; srebrne: Beta, Białe Królestwo; złote: Shadow.

<Valkoinen?>

Uwagi: Rób Spacje po rozpoczęciu wypowiedzi. "Na pewno" piszemy oddzielnie. "Tempo" piszemy przez "em". Przeinaczyłaś charakter Navri.

poniedziałek, 24 września 2018

Od Lind "Skrzydlata wadera" cz. 4 (cd. Valkoinen)

Czerwiec 2021 r.
Crane ruszył w naszym kierunku. Futro na karku Valka nagle stanęło dęba. Całe jego ciało spięło się, jakby było gotowe do ataku. W pierwszej chwili nie rozumiałam takiej reakcji. Dopiero po upływie kilku sekund przypomniałam sobie, że wilki z Watahy Czarnego Kruka w tym także Crane, mają zupełnie inny zapach. Być może właśnie to zaniepokoiło towarzyszącego mi basiora. Mógł po prostu uznać brązowego samca za wroga. Nie zwlekając ani chwili dłużej, postanowiłam uspokoić nowego znajomego:
- Nazywa się Crane. Pochodzi z tej drugiej watahy - wytłumaczyłam. Valk skinął głową na znak, że rozumie, jednak nie rozluźnił się prawie wcale.
Brązowy basior dotarł do nas i przyozdobił swój pysk przyjaznym uśmiechem. Albo nie zauważył bojowej postawy albinosa, albo postanowił ją zignorować.
- Cześć, Crane - przywitałam kolegę.
- Cześć Lind, dobrze cię znów widzieć - przytulił mnie na przywitanie. Nie protestowałam, ponieważ robił tak już wcześniej. Bardzo lubiłam taki gest powitalny.
Kątem oka dostrzegłam, że Valk nieznacznie odwrócił od nas wzrok i podniósł głowę jeszcze wyżej. Przez głowę przemknęło mi, że może być zazdrosny. Kiedy wreszcie brązowy basior wypuścił mnie z objęć, zwrócił się do towarzyszącego mi wilka:
- To ty jesteś Valkoinen, prawda?
Podniosłam uszy. Chwila... jak on go nazwał?
- Skąd znasz moje imię? - rzucił wojownik lodowatym tonem.
- As mi mówił o tobie - wytłumaczył Crane i wykonał pół kroku w tył. Chyba myślał, iż albinos zaraz się na niego rzuci.
- Ty znasz Asa? - zapytał niebieskooki basior.
- Oczywiście. Rozmawialiśmy nawet dzisiaj - padła odpowiedź.
- Nie powiedziałeś mi, że nazywasz się "Valkoinen" - wtrąciłam, spoglądając białemu samcowi prosto w oczy.
- To co ja ci powiedziałem? - zdziwił się wojownik. Wyraz jego pyska momentalnie złagodniał.
- Że jesteś "Valk".
"Pewnie kolejny używający skrótu na co dzień... W sumie ładne to jego pełne imię" - pomyślałam.
- Uch, wybacz mi Lind... - mruknął albinos. - Jakoś częściej używam tego i... i to już odruch... - Zaczął nerwowo wyjaśniać sytuację i przepraszać, zapewne w obawie, że uraził mnie przedstawiając się byle skrótem. Na jego pysku pojawił się wyraz wstydu, a w oczach prośba o przebaczenie. Wypuściłam powietrze i posłałam koledze uśmiech.
- Hej, nie ma sprawy. Nie jeden wilk w watasze tak robi. Nie jestem zła na ciebie - uspokoiłam go.
- Tak? To dobrze - stwierdził z ulgą Valkoinen.
Odgarnęłam grzywkę, która wdarła mi się znów w pole widzenia. Chyba kiedyś ją sobie utnę przy samym czole. Spojrzałam na Crane'a, który wyłączył się na chwilę z rozmowy. Spoglądał w ziemię. Kontemplował nad czymś z dziwnym skupieniem. Chrząknęłam i zaczęłam nowy temat, uwzględniający także jego:
- Będziesz na dzisiejszym koncercie, Crane?
- A wiesz, że jeszcze się nad tym nie zastanawiałem? - samiec w sekundę wrócił na ziemię. - Wy się wybieracie? - przekrzywił głowę.
- Ja raczej nie. Pewnie będę już powoli wracać do siebie. A ty, Valk?
- Nie, też nie idę - mruknął albinos.
- A szkoda - stwierdził Crane. - Podobno... - urwał i spojrzał na mnie.
- Podobno..? - czekałam, aż dokończy.
- Albo nie, jednak nic - mruknął brązowy samiec. - Masz coś przeciwko, żebym cię odprowadził do jaskini?
- Znam drogę, ale towarzystwo też jest mile widziane - odparłam z uśmiechem. - A właśnie... - spojrzałam na Valkoinena. - Trafisz do swojej nory, Valk?
- Yhym. I tak będziemy iść w tę samą stronę - wydukał, jakby coś więcej pchało mu się na język.
Teraz na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że wolałby sam ze mną wracać. Zupełnie, jakby to dzisiejsze spotkanie było randką. Chociaż... czy kolacja we dwoje to już randka?
- No to chodźcie - ruszyłam przed siebie, jak gdyby nigdy nic.
Minęliśmy obecnie pustą "Polanę Animatorów". Udeptana przez dziesiątki kolekcjonerów kart trawa prawie nie szeleściła pod naszymi łapami.
- Jak ci się podoba nasza wataha, Valkoinen? - zapytał Crane. Widać nie miał ochoty maszerować w ciszy i postanowił wykorzystać okazję, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o nowym znajomym.
- Jest w porządku - odparł krótko biały basior, zerkając nieznacznie na rozmówcę.
- Okazałe tereny, co nie? Prawdziwa utopia, jeśli chodzi o zasoby potrzebne wilkom i nie tylko - zachwalał brązowy samiec.
Rozumiałam jego nadal trwający zachwyt. Z tego co mi opowiadał, większość życia spędził pośród umierających drzew na terenach Watahy Asai, żywiąc się śmierdzącą padliną, co dzień wdychając dym i swąd siarki. Połączenie terenów i watah było wielką zmianą dla członków Watahy Czarnego Kruka, bez wątpienia na lepsze.
- Tia, powiedzmy - mruknął w odpowiedzi Valk, bez przekonania. Mało energii wkładał w słowa. Wyglądał jakby wolał się skupić na omijanych pniach, niż na moim prywatnym źródle informacji o drugim stadzie.
- Szkoda tylko, że sporo tutaj niebezpiecznych kreatur - westchnęłam.
- "Sporo"? - zdziwił się Crane. - W porównaniu z tym, co widziałem na terenach Watahy Asai to nic. Możesz normalnie iść napić się z górskiego źródła i wrócić do jaskini bez głębszych ran.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie miałam porównania z tym, jak się mieszkało na wyniszczonych terenach drugiej watahy. Prawdę mówiąc, nigdy tam nawet nie byłam. Ja terytorium Watahy Magicznych Wilków mogłam zestawiać tylko z moim rodzinnym domem, gdzie nie było nawet odmieńców, a co dopiero smoków, wyvernów, czy innych hydr.
Dotarliśmy na Wrzosową Łąkę. Po scenie amfiteatru krążył Kai. Zabawiał stamtąd widzów, opowiadając swego rodzaju anegdoty. Większość znajdujących się w pobliżu wilków co jakiś czas pomrukiwało z rozbawieniem. Przez moment rozważałam pozostanie tutaj jeszcze chwilę, jednak koniec końców odrzuciłam ten pomysł. Powiedziałam kolegom, że już wracam do siebie, dziwnie by było tak nagle zmienić zdanie. Do tego w jaskini czeka na mnie książka o żywiołach, którą powinnam wreszcie zacząć czytać.
- Co tym masz tak właściwie z okiem, Crane? - zapytał Valk, po niezbyt długiej przerwie w rozmowie.
- Nazywa się to heterochromią - odpowiedział brązowy basior.
Interesujące... Tylko co to znaczy? Sama byłam ciekawa, jednak ja nigdy nie zebrałam się na odwagę, żeby zapytać Crane'a o tę cechę charakterystyczną. Założyłam, że może nie lubić o tym rozmawiać.
- Różne kolory barwnika w tęczówce. Nic aż tak nadzwyczajnego - dodał samiec z drugiej watahy.
- Hmph... - po tym dziwnym mruknięciu Valk spojrzał znów przed siebie.
Po jakimś czasie trawę pod naszymi łapami zastąpiły skały. Zbliżaliśmy się do Jaskiń. Przewidywałam, że lokum Valkoinena będzie bliżej Wilczego Szpitala, niż moje, jednak biały basior nadal nigdzie nie skręcał. Podejrzewałam, że może nie chciał zostawiać mnie sam na sam z Crane'm i wolał odprowadzić aż pod wejście do nory. Wreszcie stanęliśmy przed moim lokum. Brązowy wilk jeszcze raz mnie uściskał, tym razem na pożegnanie. Dodał, że za dwa dni będzie mógł oprowadzić mnie po okolicy opuszczonej twierdzy Asai. Z moimi mocami, powinniśmy poradzić sobie z tamtejszymi trującymi oparami. Po tych słowach, posłał mi ostatni uśmiech tego dnia i poszedł w swoją stronę: do wyżej położonych jaskiń wilków z drugiego stada. Skierowałam wzrok na Valkoinena. Patrzył na mnie z trudnym do określenia wyrazem pyska.
- Zobaczymy się jutro? - zapytał.
- Jeśli będziesz chciał - przytaknęłam. - Chętnie spędzę z tobą więcej czasu.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Wyglądasz na w porządku gościa. - Przynajmniej tyle mogłam wnioskować z tych kilku godzin spędzonych z nim. Żeby kogoś lepiej poznać, potrzeba więcej czasu. A jak się kogoś pozna, będzie można ocenić, czy warto ciągnąć tę znajomość.
- Dzięki. Ty też. Znaczy... e... - chrząknął. - Mówiłem ci już to z resztą, wyglądasz na sympatyczną waderę - dokończył szybko wypowiedź.
- No tak, pamiętam - zaśmiałam się. - Możemy już jutro wziąć udział w jakiejś konkurencji festynowej.
- Dobrze. Do zobaczenia, Lind.
Biały samiec zawrócił i już po chwili zniknął mi z oczu. Zostałam sama przy wejściu do jaskini.
Zaczynałam naprawdę utwierdzać się w przekonaniu, że Valkoinen'owi nie chodzi tylko o jakąś tam znajomość w watasze na start. Kogo ja próbuję oszukać, to spotkanie pewnie było pierwszą próbą zdobycia moich względów. Tak myślę, tak by mi się zdawało...
Jeśli to prawda to... nie wiem jak się czuć i jak zachowywać. Udawać, że się nie domyślam, czy może powiedzieć wprost, że wiem co jest grane? Pozostaje też jeszcze jedna kwestia; czy będę chciała odrzucić jego zaloty, czy nie. Całe szczęście, że na tę decyzję mam nieco więcej czasu.
Hm... Sama siebie zaskakuję. Prędzej spodziewałabym się po sobie wielkiej radości z posiadania adoratora, niż zafrasowania nad całą sytuacją i tym, jak powinnam postąpić. Chyba wreszcie zaczęłam dorastać. Dziwne uczucie.
Odwróciłam się na pięcie i weszłam do jaskini. Wspomniana wcześniej książka, leżała w kącie. Zapewne Ting przejrzał ją pierwszy.

<Valkoinen?>

Uwagi: Brak daty!

piątek, 21 września 2018

Od Asgrima "Starcie kretynów" cz. 1 (Cd. Valkoinen)

Luty 2021r.
Pogoda była okropna. W życiu nie widziałem niczego takiego, jak to, co teraz się działo. Owszem, słyszałem o zmianach klimatycznych i innych takich rzeczach, do których doprowadzili ludzie, ale... Szarofioletowe chmury, które niemal codziennie zakrywały niebo raczej nie były spowodowane przez człowieka, prawda?
Chciałem wiedzieć, co to było. Dlaczego światło słoneczne było tak chłodne? Czemu wiatr, który wiał tak mocno, że często obawiałem się, że porwie moją małą partnerkę i zabierze w siną dal, nie dawał się kontrolować wilkom o odpowiednich żywiołach?
Wszystko było tak dziwne, tak nierealne, że bolał mnie od tego łeb. Na dodatek czułem w kościach, że to był początek.. Niestety, nie wiedziałem czego.
Próbowałem pytać wszystkich, ale nawet najstarsze i najmądrzejsze wilki nie mogły mi odpowiedzieć. Wszyscy chodzili niepewni, co przyniesie każdy kolejny dzień, a nawet kolejne kilka chwil. Czy to niepozorne drzewo, które rosło tu odkąd pamiętają najstarsi z watahy nagle nie runie i nie zabije kogoś z naszych?
Przez to wszystko my, technicy, mieliśmy łapy pełne roboty. Ledwo zdążyliśmy coś zreperować, to już psuło się następne kilka rzeczy. Wspominałem o tych wichurach, prawda? Bo to była głównie ich wina.
Zwierzęta również zdawały się wyczuwać, że coś jest nie tak. Rzadko opuszczały swoje kryjówki, a to sprawiało, że mieliśmy problemy z polowaniami. Zima zawsze oznaczała, że wszyscy nieco schudną, ale teraz... Teraz można było nas nazwać Watahą Anorektycznych Wilków...
Tego dnia postanowiłem się choć trochę rozerwać. Wszyscy już dawno stracili chęci do zabawy i festyn pustoszał. Nie dziwiłem się. Kto normalny wychodziłby z własnej woli w taką pogodę?
Miałem zbierać się do wyjścia, gdy usłyszałem ciche pokasływanie.
- Gdzie idziesz? - spytała Tori.
Odwróciłem pysk w jej stronę i uśmiechnąłem się delikatnie, gdy dostrzegłem jej potargane futro. Kilka dni temu dopadła ją paskudna grypa i wilczyca straciła wszelakie chęci na układanie sierści. Gdyby nie jej wymęczone spojrzenie, wyglądałaby całkiem uroczo.
- Chcę ostatni raz pobawić się na festynie. No wiesz, zanim go zamkną przez ten głupi wiatr – odparłem. - Poza tym przydałoby się nazbierać trochę liści lipy.
Wilczyca skinęła łbem i głośno kaszlnęła. Skrzywiłem się, słysząc ten odgłos. Szkoda, że oprócz robienia głupich herbatek nie mogłem jej jakoś pomóc. Nie mogłem patrzeć, jak się tak męczy.
- Baw się dobrze – powiedziała, przymykając oczy.
Przyglądałem się jej przez chwilę i westchnąwszy, wyszedłem.
Miałem zamiar udać się od razu na festyn, gdy przypomniałem sobie o pewnej małej obietnicy sprzed kilku miesięcy. Uśmiechnąłem się do siebie i obróciłem się, kierując w stronę jaskini mojego kolegi.
Już jakiś czas temu podał mi, gdzie mieszka, ale dopiero gdy zapewniłem go, że nie zdemoluje wnętrza pod jego nieobecność. Jakbym nie miał nic lepszego do roboty...
Porywisty wiatr targał moje futro i powoli zaczynałem wątpić, czy wyjście w taką pogodę to dobry pomysł. No i czy były jakieś szanse, że muskularny, biały samiec zgodzi się, gdy przedstawię mu moją propozycję?
Pokręciłem pyskiem i przyspieszyłem, chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Na moje szczęście – lub właśnie nieszczęście, bo to już zależało od sytuacji – grota, którą zamieszkiwał Valk nie była daleko. Wlazłem do niej bez zaproszenia i rozejrzałem w poszukiwaniu samca. Dostrzegłem go dość szybko i to w bardzo nietypowej sytuacji.
Wielki, masywny wilk o nieco przerażającej bliźnie na pysku stał w jednym z kątów, a gdy się odwrócił w moją stronę dostrzegłem bukiet kwiatów, niewątpliwie zerwanych w Magicznym Ogrodzie.
- Cześć – przywitałem się, wchodząc głębiej do jaskini. - To dla mnie? Nie trzeba było!
Valkoinen odłożył delikatnie kwiatki na ziemię i zmierzył mnie spojrzeniem. W odpowiedzi wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. Przez ostatnie miesiące narodziło się między nami niezłe porozumienie i jeśli miałem być szczery, to mogłem zaliczyć tego albinosa do mojego grona przyjaciół. Oczywiście, nigdy bym się do tego nie przyznał.
- Nie, ty żywy jesteś – odparł z pełną powagą.
- Ranisz me serce – jęknąłem i uniosłem łeb do góry, żeby dodać wszystkiemu odpowiednią nutę dramatyzmu. - To dla kogo?
Basior nie odpowiedział, na co przewróciłem oczami.
- Dla Lind, no nie? Stary, przecież wiem, że za nią latasz jak... - zacząłem, jednak Valk nie pozwolił mi skończyć.
- Mhm... Coś chciałeś?
Jeśli myślał, że uda mu się tak łatwo zmienić, to... Miał rację. Chciałem jak najszybciej to załatwić, a żeby podokuczać mu o miłości jego życia będę miał jeszcze wiele okazji.
- Pamiętasz, że obiecałeś mi dogrywkę?
Valk uniósł brwi, nie rozumiejąc, o co mi chodziło.
- Dogrywkę? - powtórzył.
- Aha. Dogrywkę – potwierdziłem. - W tym konkursie o fantastycznych istotach.
Wilk zdawał się dalej nie wiedzieć, o czym mówiłem. Postanowiłem dać mu chwilę na przetworzenie informacji. Nie wszyscy byli tak genialni jak ja.
- Teraz?
Wzruszyłem ramionami.
- A kiedy masz czas?
Valk ruszył w stronę wyjścia, żeby zobaczyć, gdzie prawdopodobnie znajdowało się to dziwne słońce. Wiedziałem, że było jeszcze wcześnie. Do południa zostało jeszcze trochę czasu, ale kto wie, kiedy mój przyjaciel miał swoją randkę marzeń.
Po chwili samiec wrócił i rzuciwszy, krótkie spojrzenie na bukiet kwiatów leżący na ziemi, odparł:
- Teraz.
Skinąłem łbem i wyszedłem z jaskini. Od razu uderzył mnie mocny wicher, na co się skrzywiłem. Zdecydowanie nie podobała mi się ta pogoda.
Po chwili wilk zrównał się ze mną. Szliśmy w ciszy – Valkoinen był tak zamyślony, że prawdopodobnie nawet nie słyszał, co do niego mówiłem. A może po prostu mnie ignorował?
Szybko dotarliśmy niewielką polanę przy której siedział mężczyzna o jasnobrązowych włosach. Ze względu na porę roku był ubrany ciepło, jednak nie wpłynęło to znacząco na kolorystykę jego stroju – Joel jak zwykle miał na sobie ubrania w różnych odcieniach brązu i beżu.
Nad powiewającym na wietrze szalikiem błyszczały ciemnoniebieskie oczy. Niewątpliwie mężczyzna dostrzegł nas już jakiś czas temu.
Wymieniliśmy przywitania i w końcu nadszedł czas, kiedy to podaliśmy powód naszego przybycia.
- Naprawdę chcecie wziąć w tym udział teraz? - mężczyzna wykonał kółko dłonią, na którą była założona brązowa rękawiczka. Zapewne miał na myśli cały czas nasilający się wiatr.
- Później może nie być okazji – odparłem, a Valk potaknął krótko.
Jo skinął głową i sięgnął po zbiór kartek, które pokazywał nam późnym latem Dan. Miałem nadzieję, że zapamiętałem kilka istot po ostatnim razie i uda mi się zwyciężyć. Pal licho karty, po prostu chciałem wygrać.
Usiedliśmy obok siebie na ziemi, a Joel postanowił zostać przy stanowisku. No tak, ziemia zimą nie była zbyt komfortowym miejscem do siedzenia dla człowieka.
- Powodzenia – uśmiechnąłem się do mojego przeciwnika – Postaraj się nie przegrać tak szybko.
Wilk mruknął coś w odpowiedzi i skierował wyczekujące spojrzenie na animatora. Nie przestając się uśmiechać, również wbiłem wzrok w kartki.
- Pamiętacie zasady? - spytał mężczyzna. Jego głos był lekko stłumiony przez materiał, który zakrywał mu usta i nos.
Czym prędzej skinąłem łbem, a Valk nieco niepewnie przytaknął.
- Za każdą rozpoznaną istotę, którą wam pokażę, zdobywacie punkt. Zwycięża ten, który jako pierwszy uzbiera dziesięć punktów – wyjaśnił pokrótce animator. Tym razem oboje pokiwaliśmy łbami.
Joel odwrócił pierwszą kartkę. Ukazał się nam naprawdę dziwny obraz. Postać na nim przypominała ludzką, jednak jej kończyny były trochę za długie, a głowa zbyt duża. Nie posiadała ona oczu, a za nozdrza służyły jej dwie dziurki. Dłonie istoty były zwieńczone przerażającymi długimi i grubymi szponami o czarnym kolorze. Z paszczy wystawały ostre zęby i bardzo długi język. W skrócie: wyglądała przerażająco, jednak przypominała mi coś, co miałem okazję spotkać nie raz w mieście. Wzdrygnąłem się na samo wspomnienie.
- To jest... - zaczął Valk. - Em... No, tak.
- Czy to kobieta podczas okresu? - postanowiłem zaryzykować.
Jo spojrzał na mnie jak na idiotę, by po chwili się roześmiać. Był to dość jasny znak, że nie trafiłem. W takim razie pozostała mi jedynie nadzieja, że Valkoinen nie dostanie nagle cudownego objawienia i dobrze odpowie. Na szczęście jego inteligencja nie była specjalnie wysoka...
- Kobieta podczas czego? - zmrużył brwi mój przeciwnik.
- Okresu – odpowiedziałem, ale samiec zdawał się nadal nie wiedzieć, o co chodzi. Westchnąłem teatralnie i wyjaśniłem – Cieczka u ludzi. Samice są podczas lub przed nią nieźle zirytowane na wszystko, co żyje i nie żyje.
Basior mruknął coś pod nosem. Między nami zapadła cisza, którą przerwał animator oznajmiając nam, że pomimo oczywistego podobieństwa, obraz przedstawiał demona zwanego hekaią.
Następnie z uśmiechem na swojej ludzkiej twarzy, przełożył kartki. Tym razem ukazała nam się zdecydowanie końska sylwetka. Szara sierść zwierzęcia znajdowała się na białym tle, więc nie było widać zbyt dobrze wszystkich szczegółów. Dostrzegłem skrzydła i już miałem powiedzieć, że jest to jakiś podgatunek pegaza, gdy zauważyłem jeden malutki, malusieńki szczegół. Skrzydlaty koń miał łeb, który niewątpliwie był ptasi. Nie wyglądał on zbyt naturalnie – na moje oko ktoś zestawił ze sobą dwa przykładowe rysunki, ale postanowiłem wyjątkowo tego nie komentować.
- To już było... - usłyszałem niski głos.
Zerknąłem na Valkoinena, który w zamyśleniu uderzał ogonem o twardą ziemię. Coś mu się kojarzyło, a gdy ponownie zwróciłem pysk w stronę dziwacznej istoty, odpowiedź uderzyła mnie niczym masywne kopyto zwierzęcia. Podskoczyłem podekscytowany i powiedziałem dumnym głosem:
- To hipogryf.
Animato uśmiechnął się do mnie i pokiwał powoli głową.
- Punkt dla ciebie.
- No chyba nie... – mruknął Valk.
Posłałem mu wesoły uśmiech.
- Co jest, staruszku? Czyżby problemy z pamięcią?
- No coś ty. Po prostu daję ci fory.
Prychnąłem z rozbawieniem, słysząc małe rozdrażnienie w głosie mojego przeciwnika. Taka gra mi się podobała... Lubiłem wygrywać. Podobało mi się uczucie, że mam od kogoś większą wiedzę, a kiedy konkurowałem z kimś starszym i bardziej doświadczonym, moje poczucie wartości wzrastało. Niestety, przez miesiące życia bez pamięci, która nadal nie wróciła w całości, a której powroty skończyły się niemal całkowicie, nie często miałem okazję wyróżniać się wiedzą. No i problemy z magią... Niemal słyszałem słowa mojej byłej mentorki, Vestar: Byłeś taki zdolny... Szkoda, że nic z tego nie pozostało.
Westchnąłem przeciągle. Wątpiłem, by moje zdolności wróciły kiedyś w takim stopniu, w jakim bym chciał. Już nawet nie wspominając o uczeniu się całkiem nowych, znacznie trudniejszych rzeczy. Chociaż tyle, że moja pamięć do roślin i mikstur pozostała całkiem dobra...
- Wiem!
Z rozmyślań wyrwał mnie czyjś pełen ekscytacji krzyk. Zaskoczony i może troszkę, tak naprawdę odrobinkę przerażony, odskoczyłem na kilka kroków od Valkoinena.
Biały samiec spojrzał na mnie jak na idiotę i parsknął śmiechem.
- Mógłbyś się tak nie drzeć? - poprosiłem trochę zirytowany. Już drugi raz braliśmy udział w tym konkursie i drugi raz niemal przyprawił mnie o zawał, a przecież byłem tak odważny! To zdecydowanie był okropny atak na moją biedną dumę i godność osobistą.
Wilk odpowiedział uśmiechem, a blizna na jego pysku sprawiła, że wydał się on nienaturalnie szeroki. Był to mało przyjemny i trochę straszny widok.
- No więc... To jest górski gnoll. – Valk zwrócił się do animatora. Pod koniec się trochę zawahał, by dodać po chwili nieco niepewnie – Lind mi o nim mówiła...
Joel przyznał mu rację i uśmiechnął się znacząco. Otworzył usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, ale chyba się rozmyślił i jedynie posłał białemu oczko.
Nie miałem ochoty przyglądać się jak Valky się zawstydza, więc odwróciłem wzrok i spojrzałem na kartkę, która w którymś momencie musiała się zmienić, bo przedstawiała tym razem całkiem inne stworzenie. Jego sylwetka – bo to na pewno był on – była potężna. Stał na dwóch łapach, których szpony w prawdziwym świecie pewnie byłyby długości moich uszu. Na krótkim, choć nieco przypominającym wilczy, pysku widniał jeszcze bardziej szkaradny uśmiech niż ten mojego białego kolegi. Ubrany był w skąpe ubrania, a w przedniej łapie trzymał ogromny, kamienny młot. Jego szyję zdobił naszyjnik z kości, na którego widok poczułem ścisk w żołądku. W sumie jedyne w tym potworze co nie napawało mnie odrazą i czymś w rodzaju obawy, to ruda sierść. Zawsze podobało mi się futro w tej barwie i potrafiłem docenić je nawet na takiej szkaradzie. Chociaż wyglądałoby o niebo lepiej, gdyby nie było ciągle przetykane białymi bliznami.
Tym razem uważnie obserwowałem jak animator przekłada obrazki. Szybko rozpoznałem istotę, która na nim była. Poplątane łby wężów nie mogły przecież oznaczać czegoś innego niż hydrę, która narobiła nam tyle kłopotów ostatnim razem, prawda?
- Hydra! - zawołałem w tym samym czasie co Valk i niemal od razu jęknąłem. Wszystko tylko nie powrót synchronizacji!
- Niestety, ale jest to Scyliw.
- Scy-co? - zmarszczyłem brwi. Że co? Przecież to musiała być hydra! Te wężowe łby! Te żabie oczy i ludzka sylwetka! Chwila... Ludzka sylwetka?!
- Scyliw – powtórzył animator, a ja i Valk wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia. Czas na wspaniały powrót dziwnych nazw... Jakże się stęskniłem!
Szybko okazało się, że to był bardzo demoniczny początek i jeśli chodzi o głupotę to wraz z moim przeciwnikiem szliśmy łeb w łeb. Po wszystkim łeb mi całkiem pękał, więc bez słowa zabrałem zdobyte karty i odszedłem w stronę Magicznego Ogrodu. Postanowiłem poszukać w nim coś na ból głowy. Może miętę? Bardzo lubiłem jej zapach, więc mógłbym przy okazji nanieść trochę do jaskini. Tor z pewnością by się nie obraziła...

<Valk?>

Wygrane karty: brązowe: 2x Ryby, Wojownik, Bibliotekarz, Bransoletka Życzeń; srebrne: Ogień, Xeral, Białe Królestwo; złote: Asai.

Uwagi: Z tego co mi wiadomo herbatki na przeziębienie robi się z kwiatów, a nie liści lipy.