Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 15 września 2018

Od Cess „Pierwsze łowy”

Luty 2022
Jako, że w stadzie jestem od dłuższego czasu, powinnam robić coś w kierunku, aby przydać się watasze. Rozleniwiłam się strasznie, a przecież moja łapa jest już w pełni zdrowa. Żadne „bóle” prawdziwe, czy nie, nie są usprawiedliwieniem tego, że nic mi się nie chce robić. Trzeba spiąć zadek i ruszyć do przodu. Wczorajszego popołudnia byłam u Alfy spytać się co mogę zrobić. Ta zaskoczona moją obecnością i lekko wkurzona tym, że żerowałam tylko na nich i nic, ale to nic od siebie nie dawałam, odparła gorzko, że jest kilka wolnych stanowisk. Najbardziej pasowało mi stanowisko zabijającego podczas polowań. Ruszyć mieliśmy już z samego rana. Poczułam dreszcz na plecach, na samą myśl, że mamy polować w takim zimnie i wśród egipskich ciemności. Grupa poranna nie była dla mnie odpowiednia. Jestem typem wilka, który lubi dobrze pospać. Nie chciałam jednak narazić się jeszcze bardziej, więc przytaknęłam lekko łbem i wróciłam do swojej jaskini.
Ranek był dla mnie koszmarem. Starałam się nie zaspać na swoje pierwsze polowanie. Ruszyłam w stronę wrzosowej łąki. Było strasznie zimno, a także bardzo ciemno jak na tę godzinę. Nie wiedziałam jeszcze z kim będę polować. Co prawda Alfa wspominała mi o jakiejś Yuki i Torance, ale za Chiny nie wiem kim one są i jak wyglądają. Na polanie widziałam zarysy dwóch sylwetek należących do owych wader. Podeszłam niepewnym krokiem bliżej nich i wysiliłam się na lekki uśmiech.
- Jestem Torance! - powiedziała jedna z nich i uśmiechnęła się do mnie, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ona zaczęła mówić dalej. - A ty Cess zapewne! Miło cię poznać! Gotowa na polowanie? - kiwnęłam lekko łbem dając znak, że tak. Spojrzałam na drugą waderę, która obojętnym tonem rzekła:
- Yuki. A teraz chodźmy. - ruszyła truchtem w stronę lasu, a tak przynajmniej mi się wydawało, ponieważ widziałam tylko zarysy drzew.
Podczas drogi trzymałam się lekko z tyłu, i wypatrywałam, czy nigdzie nie ma żadnego zwierzęcia. Mój ogon ciągnął się po ziemi, a ja miałam nadzieję, że to nie spłoszy potencjalnego śniadania. Nagle wadery zatrzymały się, a ja uczyniłam to samo. W oddali znajdowała się mała sarna ledwo przebudzona ze swojego snu. Torance ruszyła jako pierwsza. Zatoczyła koło wokół ledwo przytomnej sarny, która nie wiedząc co się dzieje, zaczęła uciekać w losowym kierunku. Wadera jednak była szybsza i skutecznie zagradzała jej drogę. Następnie Yuki zaczęła atakować i ranić bezbronną sarenkę, która powoli traciła siły. Teraz miałam wkroczyć ja, miałam wykonać ostatni cios. Podbiegłam więc do rzucającej się zwierzyny. Starałam się na nią wskoczyć lub przewrócić. Bezskutecznie niestety. Podbiegłam do niej z drugiej strony, napierając przednimi łapami o jej grzbiet i wygryzłam się w jej szyję. Moje ostre zęby wbiły się głęboko w skórę sarny sprawiając, że zaczęła się bardzo mocno wykrwawiać, a po chwili padła na ziemię. Odsunęłam się kilka kroków od ofiary nie wiedząc zbytnio co teraz robimy.
- Brawo, masz mocną szczękę. - powiedziała Yuki, biorąc na grzbiet upolowaną zwierzynę. - Jak na pierwszy raz dobrze ci poszło. Teraz wracajmy. - zaczęła iść w stronę, z której przyszliśmy. Ja jednak zamiast od razu wrócić z nimi, poszłam nad wodospad pozbyć się krwi z pyska. Dawno nie czułam smaku świeżej krwi, lecz wolę nie być nią umazana. Robiło się coraz jaśniej.
Wracając do jaskini natknęłam się na Torance. Poznałam ją po charakterystycznym głosie. Uśmiechnęłam się do niej, a ona spojrzała na mnie podejrzliwie. Zmierzyła mnie całą wzrokiem i się nie odezwała.
- Polowania odbywają się codziennie tak? - spytałam, starając się nawiązać jakąś rozmowę.
- Cess? - zdziwiła się przybierając już normalny wyraz pyska. - Jejku, nie poznałam cię. W sumie może to przez to, że wcześniej było ciemno. - zaśmiała się cicho. - A i tak, polowania są zazwyczaj codziennie.
- Dzięki. - powiedziałam i ruszyłam w stronę swojej „nory”, aby odespać trochę. Zmęczyłam się tym polowaniem.

Uwagi: Bynajmniej to nie przynajmniej. Skąd Cess zna Chiny? Cały czas nie piszesz końcówek, np. "ziemię", "szyję" itd..

środa, 12 września 2018

Od Lind "Więcej kart" cz.3

Lipiec 2021
Jak na razie szło nam całkiem nieźle na tym torze przeszkód. Nie licząc przewróconych płotków na początku, ale to była wina Crane'a. Skakał gorzej niż ślepy zając bez nogi. W porę ugryzłam się w język, żeby mu tego nie powiedzieć. Przynajmniej trochę lepiej sobie poradził na skałach i tych drżących deskach. Mieliśmy już za sobą większość trasy. Jeśli mnie wzrok nie myli.
Teraz musimy... przeczołgać się pod zawieszonymi gałęziami. Ugh... Dan nie mógł wymyślić jakiegoś zamiennika? Ten element toru musiał pozostać nienaruszony? Usłyszałam westchnięcie Crane'a. Pewnie też nie był zachwycony wizją jeżdżenia brzuchem po ziemi. Widać zdobycie większej ilości kart nie może być zbyt proste...
Tym razem pokonanie najgorszego etapu nie trwało tak długo, jak ostatnio. Crane był nieco niższy niż As, z którym byłam tu poprzednio. Co za tym idzie, żadne z nas nie musiało aż tak się wyginać. Zaoszczędziłam sobie nieco bólu mięśni.
Wydostaliśmy się spod wiszących konarów i stanęliśmy przed kolejnym znanym mi elementem toru przeszkód: przechylającą się deską. Ostrożnie weszliśmy na kawałek drewna i w miarę spokojnie dotarliśmy do połowy jego długości. Crane wyglądał na zdziwionego, kiedy deska nagle zachybotała się, a jeden jej koniec, dotychczas wsparty na ziemi, powędrował w górę. Zdołaliśmy utrzymać równowagę podczas tej zmiany i ruszyliśmy już pewniejszym krokiem dalej, w stronę opuszczonego zejścia.
Naszym oczom ukazał się ostatni etap trasy: powbijane w ziemię kije. Dan poinformował nas, że sposób, w jaki mamy poruszać się wokół nich uległ zmianie. Wymyślne zawijasy, znane mi z poprzedniej wersji toru przeszkód, zastąpił tradycyjny slalom. I tak powinno być.
Mieściliśmy się między patykami bez problemu, a samo chodzenie ze związanymi łapami po równym gruncie, było miłą odmianą po skakaniu, czy czołganiu się. Mijaliśmy sprawnie kolejne kije raz z lewej, raz z prawej strony. Zanim się obejrzałam, przeszliśmy obok ostatniego i przekroczyliśmy linię mety. Nareszcie!
Kiedy Dan gratulował nam i uwalniał z więzów, znów zastanawiałam się, dlaczego postanowiłam w ogóle powtórzyć tę konkurencję. Pierwszy wniosek był oczywisty: wieloosobowe są bardziej opłacalne. Ta jest najłatwiejszą z tego rodzaju. Chociaż... może powinnam powiedzieć: najszybszą do zakończenia.
Dan wręczył nam po pliku kart. Crane od razu oddał mi swój.
- Masz dość sił na jeszcze jakąś konkurencję? - zapytałam go. - Jest dosyć wcześnie.
- Myślę, że tak - Basior podniósł do góry kąciki ust, lekko odsłaniając zęby. Był to nieco inny typ uśmiechu, niż zwykle, ale nie skupiłam na tym szczególnej uwagi.
- Może skok do Jeziora? - powiedziałam, co pierwsze przyszło mi do głowy.
- Może... - mruknął samiec bez krzty przekonania.
- No to wracamy na Wrzosową Łąkę - oznajmiłam. - Znaleźć Joela.
***
Okrążyliśmy Amfiteatr i jego okolice dookoła. Ani śladu po muzyku, który jeszcze godzinę temu był tutaj. Westchnęłam głośno. Zauważyłam, że As nadal siedział na jednej z ławek, tym razem w towarzystwie Torance. Podeszłam do niego i zapytałam, czy nie wie, gdzie zniknął Jo. Niestety, basior o cynamonowym futrze poinformował mnie, iż nasz kolega z pracy nie zwierzał się mu dokąd idzie. Podziękowałam i wróciłam do Crane'a, który w międzyczasie zdążył zaczepić niejaką Sorrow. Zadał jej podobne pytanie, co ja wcześniej Asgrimowi. Wilczyca odpowiedziała coś w stylu, że nie obchodzi jej, gdzie jest Joel i fakt, że go szukamy. Skończywszy mówić, wypuściła głośno powietrze i poszła w stronę swoich znajomych z watahy.
Już chciałam zaproponować poszukiwania animatora bez wskazówek, jednak Crane postanowił zapytać jeszcze dwójkę aktorów, którzy akurat byli na scenie. Prawdopodobnie ustalali, jak będzie wyglądać ruch sceniczny, czy coś. Brązowy samiec przyszedł pod podest i zaczepił stojącego bliżej Valkoinena.
- Hej, Valk!
- Czego chcesz? - rzucił albinos, odwracając głowę.
- Widziałeś może Joela?
- Nie - Po tej zwięzłej odpowiedzi biały basior spojrzał znów przed siebie.
- Na pewno? - dopytał Crane.
- Tak. Mógłbyś łaskawie sobie już iść?! Jesteśmy bardzo zajęci - oznajmił Valk bardzo niemiłym głosem.
- Dobrze, już dobrze - odpowiedział brązowy basior, swoim tonem-uniknięcia-konfliktu.
Wtem Gaja podbiegła do krańca sceny i zawołała za już odchodzącym wilkiem:
- Proszę pana! Ja wiem, gdzie będzie Joel! Poszedł do Parku!
- O, dziękuję za tę informację - Crane przystanął i spojrzał w stronę młodej aktorki, uśmiechając się.
Dostrzegłam, że w międzyczasie Valk pokiwał łbem z niesmakiem i poszedł dalej w głąb sceny. Oparłam się o jedną z ostatnich ławek i zaczekałam, aż Crane wróci, żeby zakomunikować mi, czego się dowiedział. Ja dzięki swojemu słuchowi znałam już treść rozmowy, ale postanowiłam mu tego teraz nie mówić. Nie jestem pewna, dlaczego.
- Idziemy do Parku. Tam znajdziemy naszego animatora - oznajmił basior, kiedy dotarł do mnie.
- Jasne - ruszyłam razem z nim we właściwym kierunku.
Najpierw musieliśmy przejść przez Zielony Las, mijając po drodze Pomarańczowe Drzewo i Drzewo Wiedzy. Kiedy byliśmy blisko tego drugiego, Crane wspomniał o pewnym epizodzie ze swojej przeszłości, w którym chciał zapytać Drzewo o swoją dawno utraconą rodzinę. Z tego co mówił wynikało, iż przyszedł o niewłaściwej porze. Basior stwierdził, że do dziś pamięta ten błysk z pnia i straszliwy grzmot, który rozrywał bębenki. Jednakże ślad po uderzeniu zobaczył obok siebie. Drzewo chybiło.
- Miałem farta... Ale postanowiłem nie kusić już więcej losu - tak dokończył swoją krótką opowieść, pokazując mi niewielki, już zarośnięty dół przy korzeniach Drzewa. Przyznam, zrobiło to na mnie wrażenie.

<CDN>

Wygrane karty: brązowe: Jelenie, Wojownik, Pielęgniarz, Tęczowe Winogrono; srebrne: Miasto, Świat Mroku; złote: Dante i Astrid.

Uwagi: Brak.

niedziela, 9 września 2018

Od Bony "Nauka wcale nie jest nudna" cz. 3

listopad 2021
Lekko potrząsnęłam głową i zerwałam się na nogi. Przerażona chodziłam po jakimś pomieszczeniu szukając wyjścia. Nagle ktoś stanął mi na drodze. Był to czarny basior, który lekko się uśmiechał.
- Widzę, że królewna się obudziła. A teraz odpowiedz na proste pytanie. Gdzie jest twoja siostra? Jak powiesz, to cię wypuszczę i dam ci uciec.
- Nie! Możesz mnie więzić ile chcesz, ale nie mojej siostry nie wydam! Nigdy w życiu!
- Jesteś pewna? - spytał się spokojnie. Nagle zbliżył się do mnie i podrapał. - A teraz?
- Nie - warknęłam na niego. Tym razem ugryzł mnie. Syknęłam, ale byłam silna. Aż do momentu, gdy nie pojawił się drugi. Spojrzałam na niego i z przerażeniem cofnęłam się.
- Powiesz nam teraz czy mamy cię do tego zmusić? - patrzył na mnie zabójczym wzrokiem.
- Jest gdzieś w lesie. Albo w górach. Nie wiem dokładnie. - spojrzałam smutnym wzrokiem. On się uśmiechnął i dał mi wyjść. Szybko wybiegłam na zewnątrz i uciekłam. Nie gonili mnie. Wzbiłam się w powietrze.
Nie wiedziałam gdzie jestem i jak dostać się na teren watahy. Czyli to będzie długa wędrówka. Wróciłam na ziemię i powoli szłam na zachód. Może jakoś tam dojdę. Idąc śpiewałam. Zaczęło się ściemniać, a ja boje się chodzić w nocy. Znalazłam jakieś drzewo.
Wleciałam na nie i zasnęłam. Miałam dziwny sen o tym, że jestem z moją siostrą i nagle zapada się ziemia, a ona wpada do szczeliny i znika na zawsze. Potem stałam w pokoju pełnym obrazów, które się ruszały, a postacie na nich patrzyły na mnie. Obudziłam się z płaczem. Spadłam z drzewa i się poobijałam. Jęknęłam i poszłam dalej. Mogłam nacieszyć się widokiem wschodzącego słońca.
Dalej zastanawiało mnie czemu oni mi uwierzyli, przecież mogłam ich okłamać. I to właśnie zrobiłam. Byłam strasznie głodna.
- Muszę zakończyć tą sprawę z Balticą... - powiedziałam do siebie - I czego od niej chcieli?
Lekko zmrużyłam oczy widząc znajomą waderę. Podbiegłam do niej i przywitałam się.
- Hej, Leah! - uśmiechnęłam się do wilka. Chwilkę z nią porozmawiałam i poszłyśmy na teren watahy. Od razu poszłam do przytulnej jaskini i padłam ze zmęczenia. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

Uwagi: Nieprawidłowo zapisany tytuł!

czwartek, 6 września 2018

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 3

Listopad 2018r
- As, As, As, As! - dziecięcy głosik był niezłą zapowiedzią ataku rudej sierści, która niczym strzała rzuciła się w moją stronę.
- Co jest? - spojrzałem na nią z góry. Znaczy, może nie tyle co w przenośni, a bardziej dosłownie. Pomimo mijających miesięcy, wilczyca nie urosła jakoś szczególnie. Dalej przypominała szczeniaka, który nie tak dawno nauczył się biegać bez wywracania się. A biegała nieźle. Pomimo naszej różnicy wieku i moich znacznie dłuższych łap, Tori potrafiła mnie z łatwością wyścignąć. Chociaż tyle, że byłem od niej silniejszy, ostatnio również bardziej wytrzymały oraz nauka nie sprawiała mi takich problemów. Gdyby tak mała wadera była ode mnie i w takich rzeczach lepsza, byłby to straszny obciach.
- Dzisiaj magia! Moja pierwsza magia! Możesz w to uwierzyć? Myślisz, że dobrze mi pójdzie? - krzyczała, jak zwykle pełna energii.
- No jasne, że tak. Może mnie nie dorównasz, ale z pewnością jesteś bardzo uzdolniona – posłałem jej uśmiech, mając nadzieję, że się nie myliłem. Odkąd Tori rozpoczęła naukę narosło wokół niej wiele plotek, że niby nie była „czysta”, cokolwiek to miało znaczyć. Obawiałem się, że nie chodziło o brudne futerko i Młoda może mieć z tego powodu kilka nieprzyjemności, gdy rozpocznie bardziej zaawansowaną naukę. Na szczęście pomijając nieprzychylne spojrzenia kilku potężniejszych kapłanów wszystko było w porządku.
Wilczyca odwzajemniła uśmiech i szturchnęła mnie w łapę. Próbowała włożyć w to wiele siły, ale nawet się nie zachwiałem. Byłem jak trzcina na... Tfu! Kamień, skała lub góra! Żadna trzcina!
- Aha. Idziemy teraz czy później? Możemy teraz? Proooszę!
Skinąłem łbem i ruszyłem w stronę wzgórza, na którym odprawiano rytuały. Na mój pysk wstąpił wesoły uśmiech, a mięśnie napięły się w oczekiwaniu. Mieliśmy zamiar zrobić coś nielegalnego, coś czego nie powinniśmy nigdy, przenigdy robić, a jednak... Od zawsze ciekawiło mnie, jak wyglądała w praktyce praca kapłanów, co mnie czeka w przyszłości. Szybko okazało się, że pewną małą, irytującą samiczkę nachodziły bardzo podobne myśli. Znaczy, nie było to nic nadzwyczajnego – wszystkich ciekawiło, do czego tak naprawdę nas szkolą, ale tylko ona z mojej grupy była na tyle szalona, by zaproponować coś, co niewiele osób odważyłoby się zrobić. A zwłaszcza te młodsze.
Z rozbawianiem przypomniałem sobie niewinne, małe pytanko, które Tori zadała zaledwie kilka miesięcy temu. A jeszcze ciekawsze były reakcje innych szczeniaków! Niedowierzanie, zainteresowanie oraz strach. Ba, prawie przerażenie, na myśl, że ta niziutka samica, która dopiero co rozpoczęła naukę, w ogóle się nad tym zastanawia. Na szczęście Młoda nie była na tyle głupia by pytać przy nauczycielach lub starszakach i upiekło się jej.
- Oszalałaś? - zwróciłem się do niej po lekcjach, gdy jak zwykle ją odprowadzałem. Wówczas może nie nazwałbym ją przyjaciółką, ale przestała mnie aż tak irytować. Wilczyca w żadnym wypadku nie stała się bardziej dojrzała, ale przez to jej upieranie się o wracanie razem, zdążyłem się przyzwyczaić. No i mogłem z nią pogadać na takie tematy bez zwracania uwagi innych. Ot, „słodka parka” znowu ze sobą romansuje. Agh. - Nie pyta się o takie rzeczy. Podglądanie kapłanów jest surowo zabronione.
- Czemu?
W odpowiedzi wzruszyłem ramionami. Nie miałem wtedy pojęcia. Byłem dotychczas bardzo grzecznym szczeniakiem o trochę mniej grzecznych myślach. To może przemilczymy, co?
- Nie wydaje ci się podejrzane, że pracują z dala od wszystkich i robią tam nie wiadomo co? Czemu przed nami to ukrywają? Przecież my też będziemy tak pracować!
- Ciszej! - syknąłem, rozglądając się nerwowo. Jeśli ktoś ją słyszał... Na szczęście głupi ma szczęście i nikt nie zwrócił na nas uwagi. - Masz rację, Młoda, ale nie możesz o tym mówić na głos. Będziemy w niezłych tarapatach, jeśli ktoś się dowie, że...
- Że co? - wilczyca zmrużyła oczy.
- Że będziemy ich szpiegować – posłałem jej wesoły uśmiech. Czułem na samą myśl strach, ale i podekscytowanie. W końcu mogłem się dowiedzieć czegoś więcej!
Tak, to chyba właśnie w ten sposób powstało coś, co mogłem nazwać przyjaźnią. Planowanie w jaki sposób można złamać zasady potrafi nieźle zbliżyć. A wykonywanie tego! Rany, chyba nietrudno odgadnąć, że odkąd po raz pierwszy bawiliśmy się w szpiegów staliśmy się odrobinę nierozłączni. A dzisiaj miał być nasz drugi raz.
Powiedzieć, że się stresowałem, to chyba zbyt mało, ale i tak przede wszystkim wygrywało zafascynowanie i radość. Ostatnim razem trafiliśmy na koniec rytuałów, modlitwę pożegnalną. Tym razem mieliśmy zamiar iść wcześnie i obserwować wszystko.
Wytarzaliśmy się w błocie i ściółce jednego z niewielkich lasów, żeby zatrzeć swój zapach. Moja przyjaciółka ukrywała również w ten sposób swoje wściekle rude futerko. Choć ja posiadałem brązową sierść, wolałem również się wytarzać w tej zdecydowanie nieładnie pachnącej mieszance, żeby ją nieco ściemnić.
I tak, wolałem oznaczało – Tori mnie zmusiła. Z własnej woli bym się tak nie wysmarował.
Gdy było już po wszystkim, samica zaciągnęła się powietrzem i przyjrzała mi się krytycznie.
- Śmierdzisz – stwierdziła, krzywiąc się teatralnie – i wyglądasz nadzwyczaj okropnie.
- Mhm. Natomiast ty jesteś tak samo odrażająca jak zawsze – powiedziałem z przekąsem. Kim ona była, żeby mnie tak obrażać?
- Dzięki. - przewróciła oczami Torance.
- Nie ma za co. – odpowiedziałem z uśmiechem. - Chodź już, co?
Ruda wzruszyła ramionami, starając się zachować spokój. Wiedziałem, że w rzeczywistości podskakuje z ekscytacji. Oboje nie mogliśmy się doczekać.
Wymieniliśmy spojrzenia i ruszyliśmy. Starałem się nieco garbić i chodzić cicho, ale szybko okazało się, że nie było to moją dobrą stroną. Nawet najlepsi mają jakieś wady, prawda?
W każdym razie po którymś upomnieniu Tori nie mogła powstrzymać irytacji i wyprzedziła mnie, rozkazując, żebym naśladował jej ruchy. Godziło mnie to trochę w dumę, ale strach przed nakryciem był silniejszy. Podążałem za Młodą i rzeczywiście szło nam nieco lepiej. Chyba, że wadera wybrała ścieżkę nieszczególnie dopasowaną do mojego znacznie wyższego wzrostu. Żeby jakoś przejść – i na dodatek zrobić to cicho – musiałem się nieźle nagimnastykować. Czasem miałem wrażenie, że szła takimi drogami specjalnie, by zrobić mi na złość. Nawet by mnie to szczególnie nie zdziwiło. Była tak irytująca...
- As - wyszeptała w pewnym momencie Torance. Już wcześniej powoli się zatrzymała, a ja oczywiście wziąłem z niej przykład.
- Hm?
- Patrz – powiedziała i wskazała na coś łapą.
Pochyliłem się nad nią i spojrzałem na kartkę leżącą na ziemi. Była niewielka - zaledwie skrawek, zapewne oderwany z jakiegoś brulionu. Równe, okrągłe pismo było przerażająco znajome, ale tekst, ale dopiero gdy powoli odczytałem tekst, pisnąłem z nerwów.
- Co tu jest napisane? - zapytała wilczyca. No tak, była znacznie słabsza w czytaniu.
- „Wiem, że widzieliście rytuały. Mistrz postanowił was nie karać, a ja liczę, że to był ostatni raz.” - odczytałem na głos. Wypowiedziane słowa brzmiały znacznie bardziej złowrogo, niż wtedy, gdy czytałem je w myślach. Nie potrafiłem powstrzymać drżenia. - To... - uderzyłem łapami kilka razy o ziemię – Co robimy?
Nie miałem ochoty decydować o tym. Niby to ja byłem starszy i powinienem, ale... Łatwiej było zwalić decyzję na moją małą koleżankę.
- Nie wiem... I-idziemy?
Pomimo tego, że jej głos nie brzmiał pewnie, a rozsądek kazał mi zaprzeczyć, powiedzieć, że w żadnym wypadku, skinąłem łbem.
- Tak... Chyba tak... - mruknąłem i wskazałem łapą, by wilczyca szła dalej.
Tori westchnęła cicho i ruszyła. Już po chwili przerażająca kartka została za nami, delikatnie przykryta dawno spadłymi liśćmi.

Znajdowaliśmy się za wielkim drzewem z rozłożystymi korzeniami. Błoto starło się z naszej sierści i teraz było nas na pewno znacznie lepiej dostrzec. Starałem się tym nie przejmować, ale adrenalina krążąca po moim ciele nie pomagała. Bałem się, ale byłem podekscytowany. Nie mogłem się doczekać.
Wtedy dostrzegłem zbliżającą się wilczycę.
Tylko nie ona - chciałem jęknąć, jednak cudem się powstrzymałem. Uwielbiałem Vestar, była moją ulubioną nauczycielką, a po liście, który odnaleźliśmy jeszcze dzisiaj... Czułem się źle, że to akurat ją będziemy podglądać.
Kapłanka nie zauważyła nas i zamieniwszy się w człowieka, zaczęła rysować patykiem znaki. Znajdowała się niedaleko, więc widziałem, jak ściółka ustępuję miejsca czarnej ziemi. Próbowałem spróbować rozpoznać litery, jednak znaki, które wyrysowywała kobieta raczej nie były naszymi.
Nad nami zakrakał kruk i zerwał się do lotu. Muszę przyznać, że wystraszyłem się, że kapłanka spojrzy w naszą stronę. A gdy przerwała i zaczęła znowu zmieniać postać, instynktownie zbliżyłem się do siedzącej przede mną Torance i odwróciłem wzrok. Może jeśli nie będę na nią patrzeć, to i ona nie spojrzy w moją stronę?
Oddychałem głęboko, a przy tym najciszej jak umiałem. Obserwowałem, jak brudna, sklejona miejscami sierść młodej samicy rozwiewa się pod naporem mojego oddechu. Szukałem skrawków płomiennorudego futra, a na mój pysk wkradał się lekki, może trochę szaleńczy uśmiech. Jakby go wyczuwając, Tor spięła się delikatnie, by po chwili odetchnąć. Szybko okazało się, że to właśnie to małe westchnięcie ulgi, kosztowało odkryciem naszej kryjówki.
Vestar poderwała łeb, a spod jej maski obojętności wyrwało się zaniepokojenie. Spojrzała prosto do nas i przez jej pysk przebiegło wiele innych emocji.
- Wyjdźcie. – rozkazała, starając się brzmieć możliwie jak najbardziej beznamiętnie – Nie chowajcie się.
Tori spuściła łeb i ruszyła w stronę naszej nauczycielki. Po chwili otrząsnąłem się z buzujących we mnie emocji i dogoniłem ją.
Szliśmy razem, jedno za drugim, jak na ścięcie. Miałem nadzieję, że w tym porównaniu nie było żadnej przepowiedni. Nie chciałem umierać.
- Nie powinniście tu być. - stwierdziła kapłanka, a w jej głosie dało się słyszeć jakiś dziwny smutek. - Wiecie o tym, prawda?
Skinęliśmy powoli łbami. No jasne, że wiedzieliśmy, a jednak... Jednak byliśmy tutaj. Nagle to wszystko wydało mi się tak cholernie głupim pomysłem. Rany... Co my mieliśmy w głowach?
- N-nie powiesz o tym Nevrze? - Tori mówiła, jakby zaraz miała zemdleć z przerażenia. Na wszelki wypadek przysunąłem się do niej jeszcze bliżej oraz delikatnie oparłem o jej prawy bok.
- Nie. Tylko musicie mi coś obiecać, dobrze?
Przytaknęliśmy.
- To ostatni raz. Więcej nie będziecie podglądać pracy kapłanów. Nigdy.
- D-dobrze – wyjąkałem, spuszczając wzrok pod jej jasnoniebieskim jak lód i równie chłodnym spojrzeniem.
- I jeszcze coś. As, Tori, pamiętajcie, że wszystkie działania mają swoje konsekwencje. Nawet najmniejszy szczegół może odmienić wasze życie. Na zawsze. - słowa te chyba miały nas trochę pocieszyć, może lekko ostrzec. Zabrzmiały jednak jak najbardziej przerażająca groźba. - Odejdźcie.
Szturchnąłem moją przyjaciółkę łapą i wymieniwszy krótkie spojrzenia, uciekliśmy. Strach zaczynał ustępować poczuciu winy, zmieszaniu i jednym, bardzo istotnym postanowieniu – już nigdy nie będziemy ich szpiegować. Będziemy grzeczni.
Jednak tym ważniejszym było, że od tej przygody będziemy najlepszymi przyjaciółmi na zawsze. No bo kto po takim czymś nie poczułby szczególnej więzi ze swoim towarzyszem?

C.D.N.

Uwagi: Przecinki.