Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 25 sierpnia 2018

Od Valkoinen "Poranne wróble" cz. 2 (CD. Cess)

Lipiec 2021 r.
Mała wilczyca stała przede mną, a ja wesoło spoglądałem na nią. Musiałem przyznać, że jej wygląd lekko mnie rozbawiał. Była drobna, ale to wcale nie oznaczało, że była niegroźna. W takim małym ciele tkwił diabeł. Chyba nawet coś w tym było, miała dwa rogi. Co prawda tylko ten z lewej strony ciała zachował się nienaruszony. Drugi wyglądał jakby ktoś go urwał. Jej wygląd trochę przypominał smoka.
Wskoczyła do wody i spojrzała wymownym wzrokiem. Jak już wcześniej wspomniałem o diable w tej małej istocie, cóż, przekonałem się, że to nie tylko diablica z wyglądu.
- Widzę, że ty też lubisz pływać – powiedziałem spoglądając na nią wesoło.
- Zaraz dowiemy się, jak bardzo TY lubisz pływać – powiedziała uśmiechając się w moją stronę. Spojrzałem pytająco, a ona odpłaciła mi się gromkim śmiechem. Coś w nim było, nie dało się nie śmiać, słysząc go. Pociągnęła mnie za łapę, a ja niespodziewanie wpadłem do wody. Towarzyszył ku temu ogromny hałas, jakby ktoś wrzucił co najmniej jakiś ciężki kamień do wody. Kiedy wynurzyłem się z wody, mój śmiech dołączył do jej i podpłynąłem w stronę Cess. Musiałem jej przyznać, była bardzo szybka.
- Zaraz się policzymy – rzuciłem w jej stronę z lisim uśmieszkiem. Lisy, okropne stworzenia, zawsze, jak chciało się od nich coś kupić, musiały cię oszukać. Zasada pierwsza: nigdy nie kupować nic od lisów.
- Chciałabym to zobaczyć – powiedziała to jeszcze cwaniej ode mnie.
W pewnym momencie zanurkowałem chcąc ją chwycić za tylne łapy i przyciągnąć do siebie. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ich nie ma. Szybko wypłynąłem na powierzchnie.
- Gdzieś ty zgubiła te łapy, no i ten ogon. - Była to rzecz naprawdę zdumiewająca. Pomyślałem, że to czary, ale nigdy nie słyszałem o czymś takim. Wadera lekko piskliwie zaśmiała się na moje słowa.
- Każdy ma jakieś talenty, no nie? - Miałem totalnie osłupiałą minę, na co wilczyca, (może jednak diablica) ponownie się zaśmiała. - No dobrze, mam żywioł wody – uśmiechnąłem się, w końcu zaczynałem coś z tego łapać.
- Dlatego tak świetnie pływasz! - Kiwnęła głową na znak potwierdzenia. - Potrafisz coś jeszcze?
- Tak, całkiem sporo rzeczy – spojrzałem na nią ponaglająco. Bardzo chciałem to zobaczyć. No błagam, nie baw się mną! - Nie! - krzyknęła śmiejąc się dalej – Kto wie, czy kiedyś nie będziemy czasem wrogami? - Co za diabeł!
Posłała w moją stronę dumny uśmiech, czy diabły potrafią czytać w myślach? Słońce zaczęło ukrywać się za chmurami. Nie było szansy, aby szybko się wyłoniło. Dzisiejszy dzień był bardzo pochmurny. Od razu stało się zimniej, a ja poczułem ochotę wyjścia na brzeg. Cess ujrzała moją kwaskowatą minę. Jej chyba też było zimno. Im dłużej siedzieliśmy w wodzie, tym bardziej stawało się paskudnie. Będzie trudniej wyschnąć, powiedziałem w mojej głowie.
- Wychodzimy już? - Energicznie przytaknęła głową, przynajmniej znowu mnie nie pociągnie do wody.
Obydwoje prawie rzuciliśmy się na brzeg. Każde z nas wytrzepywało z sierści wodę. Wymieniliśmy spojrzenia.
- Wyglądasz jak niewylizany kot – powiedziała hamując śmiech. Krótko jej się to udawało. Już po momencie położyła się na przednie łapy i ukryła pysk w łapach tłumiąc śmiech.
- Zaraz cię wrzucę do tej wody – powiedziałem zbliżając się do niej. Nic sobie z tego nie zrobiła, więc stanąłem krok przed nią spoglądając w oczy. Powoli się uspokajała.
Pokiwałem głową na boki, jednocześnie wzdychając. Zostawię to bez komentarza.
- Chodź, idziemy – powiedziałem i ruszyłem szybkim tempem przed siebie.
- Idziemy? Gdzie? - Zerwała się i już po momencie dumnie kroczyła przy moim boku. Dało się dostrzec w jej oczach błysk zaintrygowania. Przez moment wpatrywała się we mnie z zaciekawieniem.
- Na festyn – powiedziałem uśmiechnięty. Całkiem miło spędzało mi się z nią czas. Przypominała mi moją młodszą siostrę. Chyba nie dało jej się ujrzeć smutnej. Była bardzo zaintrygowana światem.
- Pracujesz na festynie, prawda? - Kiwnąłem łbem. - Tak właśnie myślałam! Chyba coś takiego mi się zdawało. Kim tak właściwie jesteś?
- Występuję jako mim.
- Ty? Jako mim? Dałabym uciąć łapę, że nie umiesz siedzieć cicho!
- Chyba już nie miałabyś tej łapy – powiedziałem wskazując na jej szarą kończynę. Młoda zapatrzyła się na nią, tymczasem ja popchnąłem ją w krzaki i zacząłem uciekać. Korzystając z chwili przewagi ukryłem się za szerokim drzewem i nasłuchiwałem. Prawie wypuściłem moją drugą postać.
- Myślałeś, że tak łatwo się mnie pozbyć? - powiedziała wskakując na mój kark. Po momencie obydwoje leżeliśmy przewróceni na ziemi.
- Nie siostrzy... Cess – zakończyłem ostro. Podniosła się i spojrzała na mnie z niepohamowanym zdziwieniem – Przepraszam.
- Ty miałeś siostrę? - Spojrzała się na mnie. Zdawało mi się, że Cess też się coś przypomniało. - Chyba nie powinnam się pytać, wybacz.
- Nie, jest w porządku – powiedziałem, dało się dosłyszeć w tym ogromny smutek, którego nie zawsze można pohamować. Dopiero po momencie przypomniało mi się jej pytanie – Tak, miałem dwie siostry. Jedna była całkiem podobna do ciebie.
Szliśmy w totalnej ciszy. Proszę, masz tą swoją, upragnioną ciszę.
- Valk, popatrz tam – powiedziała wskazując pysk na jakąś wilczycę. Nie rozumiałem jednak, co takiego miałem tam dostrzec. - Chodź, szybko. - Puściła się w bieg, a ja totalnie nie wiedząc, o co chodzi, wyruszyłem moment po niej.
Stanęliśmy pyskiem w pysk z niejaką Navri. Nie miałem pojęcia skąd znałem jej imię. Musiałem ją wcześniej gdzieś widzieć, jednak to nie było możliwe. Jej futro było takiej samej barwy jak moje. Jedynie miała coś dziwnego szarawego na sobie. Zdawało mi się, że ledwie wyrosła z bycia szczeniakiem. Przyszliśmy na konkurencję związanych łap.
- Cześć – rozpoczęła Cess (czasem w myślach mówiłem na nią Cessdamer).
- Hej – odpowiedziała samiczka. Od razu spodziewała się, że nie przyszliśmy tutaj dla niej. - Przyszliście na konkurencję związanych łap?
- Tak – odpowiedziałem za naszą dwójkę.
- W takim razie będziecie musieli pokonać tor przeszkód ze związanymi łapami. - Kiwneliśmy potakująco głowami – Twoje prawe – powiedziała wskazując na mnie – a jej lewe.
Wzięła dwa sznury o podobnej długości i przywiązała najpierw nasze tylne kończyny, a następnie przednie. Mieliśmy sprawdzić, czy jest, aby na pewno dobrze zawiązane. Każde z nas ciągnęło łapy w swoim kierunku. Obydwoje uznaliśmy, że wszystko jest tak, jak powinno.
- To jak? - Spojrzałem, układając dynamiczniej łeb.
- Gotowa – powiedziała z zadziornym uśmiechem. - Zaczynamy od związanych, jasne?
- Może być – powiedziałem, ruszając niespodziewanie. Wadera wydała z siebie odgłos zdumienia, po czym jej pysk obił się o jedną z moich wystających kości.
- Mogłeś mnie ostrzec – powiedziała jeszcze się plącząc o swoje łapy.
- Przecież byłaś gotowa – westchnęła, podłożyła przypadkowo łapę pod moją.
Obydwoje straciliśmy równowagę i polecieliśmy w przód. Nasze podbródki przejechały co najmniej metr po ziemi, zanim się zatrzymaliśmy. Na szczęście podłoże tutaj nie było twarde. Obydwoje jęknęliśmy. Podnieśliśmy się i głośno wciągnęliśmy powietrze.
- Teraz tego nie schrzańmy – odezwała się Cess. Mała miała rację.
Ruszyliśmy nawet równym tempem. Na samym początku jedynie znajdywałem się trochę z tyłu, jednak już po momencie biegliśmy równo ramię w ramię. Byłem z nas dumny, nie licząc momentów, w których jedno z nas traciło równowagę. Najgorzej było z błotem, nie dało się chyba wymyślić nic gorszego. Było głębokie na pół łapy i trudno się w nim biegło, szczególnie w sznurze. Jednak była to ostatnia z przeszkód. Wcześniej sprawnie minęliśmy rozłożone drzewo oraz ciemny tunel, w którym tylko otarłem się o ścianę. Reszta przeszkód była bardzo prosta. Na mecie Navri rozwiązała nam łapy. Cali śmierdzący stwierdziliśmy, że trzeba będzie znowu wskoczyć do wody. Zleciało nam już prawie całe popołudnie

<Cess?>

Wygrane karty: brązowe: Jelenie, Nauczyciel, Medalion Rosnącej Potęgi, Złoty Pył; srebrne: Elektryczność, Omega; złote: Hitam.

Uwagi: Pomylony tytuł! Brak daty! Nie można "przykiwnąć", a co jedynie "kiwnąć". Wciąż masz problem z oddzielaniem myśli od narracji i narracji od wypowiedzi. Komentując wypowiedź musisz odnosić się do osoby mówiącej, a nie tej drugiej.

piątek, 24 sierpnia 2018

Od Crane'a "Więcej kart" cz. 2

Lipiec 2021
Oddałem Lind znaleziony przez nią Naszyjnik Prawdy. Skłamałem, iż nie mam pojęcia, co to jest. Liczyłem, że wilczyca nie znając jego wartości, nie poczuje potrzeby zatrzymania go. Chętnie dołączyłbym ten wisiorek do mojej kolekcji rzadkich przedmiotów... Niestety, zawiodłem się. Wadera o kolorowych piórach przypomniała sobie epizod, w którym widziała taki naszyjnik u Leah. Poznała wtedy też jego nazwę. Słysząc to, niepostrzeżenie cofnąłem się o krok. Oby tylko nie zamierzała wypróbować nowo zdobytego przedmiotu na mnie. Raz w życiu miałem na szyi podobny i nie potrafiłem wtedy zamknąć pyska, chociaż bardzo chciałem. Dobrze, że wówczas nie miałem tak wiele do ukrycia, jak obecnie.
- Jeszcze później upewnię się co do tego - mruknęła Lind, chowając swoje znalezisko do torby.
Oczywiście miała na myśli sprawdzenie działania w praktyce. Na szczęście użyła słowa "później". Szybko zmyłem z pyska powagę, która i tak pojawiła się tam bez mojej zgody.
- To jak, idziemy? - zapytała biała wilczyca. Mieliśmy znaleźć Dantego, żeby zapisać się na jedną z festynowych konkurencji.
- Idziemy - przytaknąłem.
Zanim jednak ruszyłem z miejsca, strzepnąłem łapą kurz z grzbietu wadery. Dopiero teraz dostrzegłem, że sporo go zebrała, lądując przypadkiem w Tajemniczych Podziemiach. Chciałem, żeby Lind zwróciła uwagę na miły gest z mojej strony. Nawet zareagowała uśmiechem.
Skierowaliśmy się na południe; w stronę Wrzosowej Łąki. Tam ostatnio widziałem Dantego. Wilczyca zaczęła truchtać, niedługo potem biec. Miało to na celu zaoszczędzenie czasu. Chwilę dotrzymywałem jej kroku, jednak szybko dopadła mnie udawana zadyszka. Tak, jak zakładałem, moja towarzyszka dostrzegła, że mam problem i zwolniła. Po chwili uspokajania oddechu, wytłumaczyłem się brakiem kondycji. Łatwiej odegrać taką prostą komedyjkę, niż później źle określić odległość drzewa, zderzyć się z nim i zdradzić w ten sposób całemu otoczeniu swoją połowiczną ślepotę. Lepiej nie ryzykować. Wystarczy mi, że kilka członków Watahy Czarnego Kruka wie o tym.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, było już prawie południe. Coraz więcej wilków zbierało się wokół postawionej na Łące sceny. Pośród nich był także Danny. Siedział na jednej z ławek i rozmawiał z Asgrimem oraz Joelem. Lind natychmiast podeszła do nich i zapytała, czy nic się nie stało i czy nie jest potrzebna jej pomoc. Oczywiste, że miała na myśli zadania techników. Zarówno ona, jak i trójka basiorów odpowiadają za ład i porządek na festynie. Jo wyjaśnił, iż dzisiaj nie było dużo do roboty; jedynie jeden reflektor został zniszczony. Z ich dalszej rozmowy dowiedziałem się, że As nie pomagał w naprawie i na Wrzosową Łąkę przyszedł dopiero niedawno.
Już myślałem, że zaraz Lind przejdzie do sedna sprawy, jednak wtem muzyk poczuł potrzebę pochwalenia się przed towarzystwem swoim osiągnięciem: prawie skończył spisywać tekst nowej piosenki. Wadera wyraziła głośno swój podziw i zainteresowanie, jak będzie brzmieć efekt końcowy. No i tak beztroska rozmowa techników potoczyła się dalej. Białej wilczycy zupełnie wyleciało z głowy, dlaczego tutaj przyszliśmy. Postanowiłem jej głośno nie przypominać, przynajmniej na razie. Niech się nacieszy spotkaniem z kumplami z pracy.
Nagle poczułem, że ktoś w pobliżu przestraszył się czegoś. Podniosłem uszy i odwróciłem głowę. Dostrzegłem młodą Fallith stojącą obok przedostatniego rzędu ławek. Byłem pewien, że to właśnie ta skrzydlata uczennica odczuła strach, ale przez chwilę nie bardzo wiedziałem, gdzie szukać powodu. W pobliżu nie widziałem nikogo, ani niczego groźnego. Dopiero po upływie minuty zrozumiałem, że przeraził ją widok pająka pod siedziskiem. Dzięki moim zdolnościom związanym z "żywiołem", zauważyłem, że dla tej uczennicy ośmionogie stworzonko było czymś gorszym niż wrath, czy choćby rozszalały wyvern.
Nie mogłem jednak długo przyglądać się reakcjom Fallith. Mała, skrzydlata wilczyca otrzepała się i odeszła szybkim krokiem od miejsca, gdzie znalazła wspomnianego stawonoga. Czemu ktokolwiek w ogóle boi się tego typu rzeczy...? Co w nich takiego jest? Zacząłem się nad tym zastanawiać, jednak wtedy zawołała mnie Lind.
- Hej, Crane! Dan mówi, że możemy zacząć konkurencję już teraz.
- Hę? - odwróciłem się w stronę grupki techników. - A, tak. Świetnie. Szybciej zdobędziemy karty.
- To zapraszam na tor przeszkód - oznajmił Dan, odchodząc wraz z waderą od ławek. Dołączyłem do nich i razem skierowaliśmy się z powrotem do Zielonego Lasu.
- Mam nadzieję, że nie gniewasz się na mnie, Crane - mruknęła Lind. - Bez słowa zostawiłam cię z boku i zagadałam się... - wadera jak zwykle miała problem z użyciem zwykłego słowa "przepraszam".
- Nie, skądże - odparłem. - Miałem czas, żeby się zamyślić - zaśmiałem się pod nosem. Naprawdę cieszyłem się, że nie zaciągała mnie na siłę do tej rozmowy. Ostatnio pogawędki z losowymi osobami bardzo mnie męczą.
Wkrótce zatrzymaliśmy się przed torem przeszkód. Stąd trochę trudno było powiedzieć, czy będzie trudno go pokonać. Podszedłem do Lind i zapytałem:
- Które łapy wolisz mieć wolne?
- Um... - wadera spojrzała na swoje nogi. - Chyba prawe.
Dante znalazł kawałek sznurka i kazał nam stanąć jeszcze bliżej siebie. Związał nam najpierw przednie łapy, później tylne. Teraz już nie mogłem odsunąć się od białej wilczycy. Dobrze, że nie miała obecnie powodów, żeby próbować mnie zabić. Gdyby w tym momencie zaatakowała, prawdopodobnie nie zdołałbym się skutecznie obronić.
Animator przypomniał nam bez zbędnych przedłużeń zasady konkurencji, w której bierzemy udział. Skończywszy swoją wypowiedź, szedł nam z drogi i dał do zrozumienia, że możemy ruszać. Razem z Lind powoli postawiliśmy pierwszy krok. Postanowiłem zsynchronizować swoje ruchy z ruchami wadery. Ona, mając już pewną wprawę, nie chwiała się zbytnio. Ze mną było nieco inaczej. Sprawy nie ułatwiał fakt, że Dan prawie odciął mi tym sznurem dopływ krwi do łap.
Tor przeszkód rozpoczynało kilka płotków. Na pierwszym z nich narysowano kawałkiem węgla strzałkę skierowaną w dół. Nie mając problemu ze zrozumieniem przekazu takiego oznakowania, przykucnęliśmy, opuściliśmy głowy i przeszliśmy pod poprzeczką. Na kolejnym, odrobinę niższym płotku strzałka wskazywała górę. Ten trzeba było przeskoczyć. Lind stwierdziła, że musimy odbić się jednocześnie, żeby jakkolwiek nam to wyszło. Po części podołaliśmy zadaniu; wyskoczyliśmy w tym samym momencie. Niestety, ja musiałem się poślizgnąć i nie poszybowaliśmy dostatecznie wysoko. Co gorsza, trzymałem głowę niżej niż biała wilczyca i uderzyłem pyskiem w poprzeczkę. Płotek przewrócił się, a my o mało nie poszliśmy w jego ślady.
- Moja wina - przyznałem głośno, ledwo łapiąc równowagę. Wilczyca machnęła wolną łapą na znak, że mam się nie przejmować.
Dalej na trasie czekały nas jeszcze dwie takie same przeszkody. Sytuacja się mniej więcej powtórzyła; pod poprzeczką przeszliśmy bez najmniejszego problemu, a kolejny płotek, nad którym mieliśmy przeskoczyć, przewrócił się z mojej winy. Chociaż tyle, że tym razem zahaczyłem łapami, nie głową. Dante mruknął coś w stylu "przynajmniej próbowaliście" i dodał, iż mamy skupić się na dalszej części toru przeszkód.
Teraz przeskakiwanie z jednego kanciastego głazu na drugi. W porównaniu z płotkami, to wyszło nam sto razy lepiej. Skały nie były nawet bardzo oddalone od siebie. Nie licząc wejścia na pierwszą z nich, wystarczyło ledwo oderwać się od ziemi.
Dalej napotkaliśmy... trzy..? Chyba t r z y długie deski ułożone równolegle do siebie, wzdłuż kierunku naszej trasy. Dan podpowiedział, że mamy po nich przejść, stawiając wolne łapy na zewnętrznych, a wszystkie związane, na tej po środku. Żeby było "zabawniej", kawałków drewna nie ułożono bezpośrednio na ziemi. Wsparte były tylko w kilku miejscach, więc z każdym naszym ruchem, drżały jak gałęzie na wietrze. To było wyzwanie na utrzymanie równowagi. Poruszaliśmy się po deskach bardzo powoli i ostrożnie, co jakiś czas przystając. O dziwo, dotarliśmy za pierwszym razem do ich końca i zeszliśmy z ulgą na pewny grunt.
Westchnąłem. Zaczynam mieć dosyć tej "zabawy". Mam nadzieję, że jesteśmy już blisko mety.

<CDN>

Wygrane karty: brązowe: Wrzosowa Łąka, Nauczyciel, 2x Tęczowe Winogrono; srebrne: Alfa, Jednorożec; złote: Suzanna i Fermitate.

Uwagi: Brak.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Od Navri "Jestem młodsza, ale nie gorsza" cz. 22

Maj 2021 r.
Zaraz potem zalała nas fala gorąca, a następnie uderzającego zimna. Nawet spod powiek widziałam, że otoczył nas blask. Aoki wydała zduszony odgłos, jakby łapanego oddechu, ale nie brzmiało aż tak niepokojąco, bym rzuciła się jej na pomoc. Później odczułyśmy coś, jakby rozsadzanie kości od środka. Ostatnie było ciepło w głębi piersi. Wtedy również blask opadł, niczym wyjątkowo ciężka kurtyna na scenę. Rozchyliłam powieki, by zobaczyć, że z niewiadomej przyczyny moje okulary zaparowały.
- Nie zastanawiajcie się zbyt wiele, tylko uderzcie w ścianę - podpowiedział nauczyciel magii.
Poczyniłam wedle jego rady. Przeszło mi przez myśl, by raz jeszcze skupić się na tym bólu kości sprzed kilku chwil, a następnie skumulować go we wciąż nie mijającym cieple w piersi, które na którejś lekcji magii Kai określił jako nasze uaktywnione źródło mocy. Zrobiłam to z całych sił, jakie tylko posiadałam. Zacisnęłam zęby, później powieki. Ostatnią rzeczą, jaką widziałam, były drgające cząsteczki powietrza wokół mnie. Falowały tak, jakby cały świat się topił.
Nagle poczułam, że coś się zmienia. Straciłam grunt pod łapami, a ciepło było coraz mocniejsze, rozprzestrzeniło się po całym moim ciele. Niespodziewanie wszystko minęło, a mnie uderzyło zwykłe, letnie powietrze. Zamrugałam powiekami, po czym z zaskoczeniem dostrzegłam, że byłam za tarczą Kai'ego. Dokładnie w miejscu, w które mieliśmy celować. Falująca powierzchnia pozwoliła mi dostrzec nadal napiętą sylwetkę Aoki, która próbowała wywołać jakikolwiek czar, oraz przerażonego nauczyciela. Podbiegł do tarczy i coś krzyczał, ale nie słyszałam co. Byłam zbyt zaskoczona, by zrobić cokolwiek. Wyglądało na to, że się teleportowałam. Dlaczego przeskoczyłam przez solidnie wyglądającą tarczę dużo potężniejszego magicznie wilka? Tego nie wiedziałam. Może jednak nie była tak stabilna jak mu się wydawało...? Podeszłam, jednak Kai dawał znaki, abym nie dotykała falującej powłoki. Odsunęłam się więc. Aoki już przestała próbować wywołać jakikolwiek czar, odsunęła się speszona w kąt jaskini. Dopiero po chwili dostrzegłam, że ona również miała szeroko otwarte oczy ze strachu. Możliwe, że nauczyciel na nią nakrzyczał, byleby tylko nie użyła mocy. Mogłaby mi w końcu zrobić wtedy krzywdę.
Kai gorączkowo próbował coś zrobić, wertował księgi, a ja spokojnie usiadłam. Naprawdę było tutaj cicho. Aż zaczęło mi dzwonić w uszach. Nieznacznie nimi poruszyłam, wciąż wpatrując się beznamiętnym wzrokiem w Aoki. Podeszła do Kai'ego, rozmawiali o czymś. Rzadko kiedy widywałam u niej takie poruszenie. Właściwie to wbrew wszystkiemu, co by się mogło wydawać, wciąż pozostawałam spokojna. Wiedziałam, że prędzej czy później mnie stąd wyciągną, bądź zrobię to sama...
Właśnie, mogę zrobić to sama. Jak to właściwie się stało? Czy to by oznaczało, że przed chwilą odkryłam swój żywioł? Tylko do czego można by zakwalifikować teleportację? Może to oddzielny żywioł i niczego poza tym nie mogę się spodziewać? Nie, coś mi się zdawało, że to nie wszystko. Mogę jeszcze czekać na dalsze postępy.
Wstałam, ponownie zamknęłam oczy i bardzo skupiłam się na swoim ciele. Wyobraziłam sobie, że przemieszczam się w powietrzu na drugą stronę tarczy, ale już po chwili uświadomiłam sobie, że nic się nie stało. Właściwie racja, nauczyciel magii wspominał o tym, że możemy użyć magii jedynie jednostronnie. Nie możemy jej odbić z powrotem. Najwyraźniej tarcza zinterpretowała moją sztuczkę nie jako przemieszczenie mnie samej, a przemieszczenie fali mocy. Musiałam się zdematerializować...
Nagle tarcza z cichym bzyczeniem zniknęła. Kai patrzył na mnie z ulgą wymalowaną na pysku. Aoki z kolei wróciła do poprzedniego obojętnego wyrazu. Udawała, jakby nic się nie stało. Poprawiła jedynie futerko na piersi.
- Och, udało się! - Nauczyciel podbiegł do mnie. Powoli pokiwałam głową, a on się nerwowo zaśmiał. - Tak się zestresowałem, że myślałem, że nie uda mi się skupić na tyle, żeby cię wyciągnąć.
- Ważne, że się udało - Wzruszyłam ramionami.
- Tak, tak... I udało ci się odkryć swój żywioł! Gratuluję! - oznajmił wesoło nauczyciel magii. Mówił bardzo szybko. Naprawdę cieszył się z mojego sukcesu.
- Żywioł? - powtórzyłam, patrząc na niego wyczekująco.
- Materia! - Oświadczył równie rozentuzjazmowany, na co ja uniosłam brwi. - Jeden z rzadszych, silniejszych i trudniejszych do ujarzmienia żywiołów! Zaledwie kilka razy w dziejach Watahy Magicznych Wilków zdarzyło się, abyśmy witali przedstawiciela materii.
Przysłuchiwałam się temu z wysoko uniesionymi brwiami. Kątem oka dostrzegłam, że Aoki aż przestała przygładzać futerko. Wpatrywała się na mnie najpierw z konsternacją, a później się uśmiechnęła rozbawiona. Miałam poczucie, że musiałam mieć idiotyczny wyraz pyska.
- Materia... - powtórzyłam, nie wiedząc jak inaczej to skomentować. Nie przerabialiśmy tego na lekcjach, byłam pewna. Popatrzyłam na Aoki, poszukując pomocy. W końcu to ona spędzała najwięcej czasu z nauczycielem. Może jej o czymś wspominał.
- Ojej, Navri czegoś nie wie! - Powiedziała z rozbawieniem ruda wadera, ale coś mi się zdawało, że gdzieś tam w środku cieszyła się z szansy przekazania wiedzy - W zakresie zdolności wilka materii jest teleportacja, telekineza, tworzenie swoich klonów, korzystanie z cudzej energii, a także niewidzialność czy przechodzenie przez ściany.
- Wszystko jest możliwe jedynie za odpowiednią praktyką - stwierdził Kai, patrząc na mnie wyczekująco. Popatrzyłam to na Aoki, to na niego. Nie wiedziałam co zrobić, więc wzruszyłam tylko ramionami.
- Zrobię co w mojej mocy, by się nauczyć. Zapowiada się na żmudną i trudną pracę, ale ostatecznie powinnam podołać - odparłam, wcale nie przejmując się tym, że zabrzmiało mało skromnie. Nauczyciel pokiwał głową, nadal z dużym przejęciem w oczach.
- A ja dalej nie wiem jaki mam żywioł - burknęła z niezadowoleniem Aoki. Kai czym prędzej do niej podszedł i otulił łapą.
- Na wszystko przyjdzie czas. Trochę cierpliwości, wytrwałości, i powinnaś się dowiedzieć. Może to jeszcze ciekawsza moc, kto wie? Szykuje się na coś dużego, skoro tak się przed nami chowa - stwierdził. Na te słowa wadera lekko się uśmiechnęła, choć widziałam, że stara się to zamaskować. Ładnie wyglądała z takim wyrazem pyska. Delikatniej, bardziej nieśmiało... Wyglądało to na szczere i wcale nie ironiczne. Chciałabym, by była taka na co dzień... Niespodziewanie podniosła na mnie wzrok, a mnie zrobiło się jakoś niekomfortowo. Miałam nadzieję, że nie umie czytać w myślach, w innym wypadku miałabym dość spory problem. Jak mogłabym wtedy objaśnić te wszystkie szczegółowe rozważania na jej temat?

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

środa, 22 sierpnia 2018

Od Valkoinen "Zaczynamy problemy" cz. 4 (CD. Asgrim)

maj 2021
- Jeżeli mówimy już tak na poważnie – rozpoczął samiec z lekką nutką zawiedzenia w głosie. Widać, że nie był zadowolony lub coś go trapiło. Nie pasowało to do jego osobowości. Przynajmniej na tyle, ile go poznałem, ale chyba każdy musi się czasem czymś zamartwić, no nie? Zdawało mi się, że westchnął i kontynuował – nie mam żadnej.
Powietrze było nawet jakieś inne. Może nawet cięższe? Utrzymywało jego niewypowiedziane słowa. Jednak słowa nie mogły do mnie dotrzeć, ponieważ była to tylko jego sfera pomiędzy nami. Dla mnie była ona zamknięta.
Coś mnie ukłuło w pierś i nie mogłem zostawić tak tego zmartwionego samca z własnymi myślami. Musiałem ponownie powrócić go do wcześniejszego humoru.
- Nie uwierzę ci, musisz chyba sobie ze mnie żartować – powiedziałem, ale nie wyczułem różnicy w jego zachowaniu. Powietrze nadal było ciężkie, no cóż, trzeba wytoczyć cięższe działa. Mogłem sobie darować gadki w stylu "to nie twój czas". Totalnie mnie wkurzały. Byłem taki stary, a nadal nikogo nawet sobie nie wypatrzyłem. Latka dalej leciały, nie zatrzymywały się, a wręcz miałem wrażenie, że nabierały tempa. - Tak mało macie tu wader?
- Naprawdę, nie żartuję – powiedział już odrobinę się rozchmurzając. - A, no tak, mamy ich całkiem sporo. W końcu mamy tutaj połączone dwie całkiem spore watahy. - Na jego słowa prawie zaświeciły mi się oczy. Może nawet tak się stało? Od razu jakoś stałem się żywszy.
- Nawet jakaś dla mnie mogłaby się znaleźć? - Wiedziałem, że nie byłem jakimś niedołężnym staruszkiem, ale stary to ja byłem i w tym się nawet nie oszukiwałem, moi rodzice w moim wieku już posiadali dwójkę dzieci! To chyba coś znaczy.
- Och, no powiem ci, że jakaś się znajdzie. - Cieszyłem się, że basior nie widział mojej reakcji, moja buzia była tak rozszerzona, że zmieściłyby się tam nawet dwa zające! Mało w życiu znałem wader spoza rodziny. Może dlatego tak zareagowałem. Coś dziwnego stało się nawet z moim ogonem. Nie siedział grzecznie tak jak zawsze. - Przeszukaj dokładnie cmentarz i może jakąś odpowiednią dla siebie znajdziesz.
Na jego pysk wstąpił niewinny uśmiech jeszcze mniej winnego młodzieniaszka. Może to tylko ja widziałem siebie takiego starego. On przecież o wiele młodszy ode mnie nie był, a pałał życiem. Na moim futrze wcale nie widniała siwizna, a kości też miałem w niesamowitej formie. Nic mnie nie łupało ani nawet nie bolało. Przynajmniej tak sprawa miała się z kośćmi. Mięśnie stanowiły zupełnie inną sprawę.
Zaświeciłem ostrzegawczo kłami w stronę Asa. Zagryzłem je mocniej i zadałem pytanie.
- Daleko jeszcze? - Samiec chyba już powoli ze mną nie wytrzymywał. Wziął głośno powietrze, zamknął powieki i powoli wypuszczał to, co wcześniej wziął haustem. Chyba się uspokajał w myślach, ale nie byłem co do tego taki pewny. Na końcu tylko przewrócił oczami.
- Stary, nie denerwuj się. - Przypomnijmy sobie, kto tu był zdenerwowany. Dobra, byłem bardziej, ale to wcale nic nie znaczy. - Widzisz tamtą wysoką skałę?
No faktycznie, coś tam takiego byłego. Jakaś ogromna skała, którą zaczęły narastać rośliny. Co prawda nie znałem się aż tak bardzo na roślinach, jak to było w mojej rodzinie. Jednak umiałem ocenić, które mi się podobają, te co były na skałach od szczeniaka bardzo mi się podobały. Zawsze dodawały miejscu jakiegoś uroku, który swoją drogą był naprawdę niesamowity. Niektórzy twierdzili, że to obrzydza miejsce, jednak ja nigdy tak nie sądziłem. Czasami nadawał mrok, jednak zazwyczaj wspomagała miejscu tak jak tutaj.
- Właśnie tam jest Jaskinia Alf – powiedział co najmniej tonem wykładowcy na jakimś ogromnym zebraniu. Mógłbym przyrzec, że nikt by go wtedy i tak nie słuchał. W szczególności ja.
Za bardzo skupiłem się na wpatrywaniu w roślinę. Przysiadłem na ziemi i w spokoju mogłem się jej wpatrywać, ale wybrałem lepszą z opcji. Samiec jeszcze przez moment biegł, ale kiedy zauważył, że usiadłem zwolnił i zirytowany zawrócił.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz – prawie wykrzyczał. Chciałem odpowiedzieć, że tak, ale zepsułoby to całą magię wszystkich moich podłych pomysłów. Westchnął i głośno wypuścił powietrze. - Gościu, jesteśmy już prawie na miejscu, a ty sobie robisz przerwę? Ruszajmy się lepiej stąd, zanim zrobi się naprawdę ciemno.
- Masz może dla mnie wodę? Jestem naprawdę spragniony. - W tym, akurat trochę prawdy było. Całkiem sporo prawdy, nic nie piłem od momentu, w którym słońce zaczęło wędrować w dół. Było to naprawdę sporo czasu, patrząc na to, że już zaczynało się ściemniać.
Samiec wymruczał coś do siebie. Pewnie jakieś modły, żeby ktoś mnie zabił. Nie ma tak łatwo, pomyślałem. Jeszcze trochę będzie musiał się ze mną poużerać.
- Uważasz, że niby skąd miałbym mieć wodę? - Powiedział trochę piskliwie. W połączeniu z jego naturalnie piskliwym głosem o mało co nie ogłuchnąłem. Czy on mnie chce w taki właśnie sposób ukarać? - spytałem samego siebie.
- Nie wiem, coś tam czarujesz, no nie? - Widać było zawód w jego oczach. Nie wiedziałem, czemu akurat jego lubiłem tak wkurzać.
- Stary, moim żywiołem jest umysł, nie żadna woda, pogoda czy co tam sobie jeszcze życzysz. - Położyłem pysk na ziemi licząc, że magicznie wypłynie stamtąd woda. Jednak tej ani widać, ani słychać. Wypuściłem nosem powietrze. Właśnie tak, chciałem oglądać pyłek, ponieważ aż tak mi się nie chciało iść.
- To wiesz co? Ja mam genialny pomysł – powiedziałem, po czym Młody spojrzał się na mnie jakbym nie mógł wymyślać genialnych pomysłów. - Ja sobie tutaj zostanę, a ty możesz przenieść mój umysł do Alf, co ty na to? - Uśmiechnąłem się jeszcze kwaśno na koniec. Co najmniej tak jakbym zjadł cytrynę, obrzydlistwo.
- Słuchaj ty mnie, gdybym tak mógł już dawno spałbym sobie wygodnie w mojej jaskini. - Przewróciłem oczami. Chciałem mu powiedzieć, że się z niego nabijałem przez cały ten czas, ale jakoś stwierdziłem, że to nie jest dobra chwila. - Myślisz, że tak świetnie mi się ciebie słuchało przez całą drogę? Nie. Także jazda, ruszaj się.
- Czy ty uważasz, że to było tak dużo? – spytałem prześmiewczym tonem. - Nigdzie nie byłeś mało widziałeś, tyle ci powiem.
Znowu coś tam wymruczał do siebie, dokładnie tak jak niedawno. Zgromiłem go wzrokiem i uśmiechnąłem się w duchu. Jak mnie rozpierała duma!
- Słuchaj Valk, nie będę bawił się w to już drugi raz – zaczął groźnym tonem. - Mam już dość twojego jęczenia i stękania. Zamiast tracić cenną ślinę, mógłbyś się może ruszyć, co? Kto wie, może dostaniesz wodę?
To już był naprawdę przekonujący argument. Chyba nawet zaświeciły mi się oczy. Woda, już tak blisko mnie. Była, prawie że na wyciągnięcie moich łap. Byłem zmobilizowany i wiedziałem, że dla dobra wyższego trzeba ruszać. Nie chciałem przecież umrzeć z pragnienia.
- Chyba nie jesteś aż taki – zacząłem, jednak nie brzmiało to dobrze więc szybko urwałem. - Jesteś całkiem mądrym samcem.
- Dzięki niech będą Eydis. - No, a ten znowu o tym samym. Już nawet nie chciałem się go pytać, co to tak właściwie jest. Ciekawość to okropna cecha.
- Co ty tam gadasz?
- Nic – odparł nie chcąc zaczynać ze mną kolejnej rozmowy. Nawet mnie to nie zdziwiło. Czy ruszyło? Nie, mnie takie coś nigdy nie rusza. Przynajmniej tak sobie powiedziałem. Jak było naprawdę? No cóż...
- Chodź szybciej – powiedziałem wzdychając na jego ignorancję. Już chciałem to wszystko mieć za sobą. As uśmiechnął się szeroko i bardzo chętnie przystanął na moją propozycję.
Jednak mój niewiele młodszy koleżka narzucił takie tempo, że po niedługiej chwili już zaczynałem sapać. Jak to jest, że on ma aż taką dobrą kondycję? Może nie siedział większość czasu w domu? - podpowiedział szyderczo jakiś zakamarek mojego umysłu.
- No, ale Młody – wysapałem w jego stronę ledwie słyszalnie. - Po co ten pośpiech? Nie musisz od razu biegać aż tak szybko.
- Rany, wytłumacz mi, jak to jest. Kiedy masz gdzieś iść, zachowujesz się jak umierający wilk. Jednak nie wyglądasz na dużo starszego.
- Twoje towarzystwo nie za bardzo mnie zachęca – odpowiedziałem świniowatym tonem. - Wiesz, jestem zmęczony po podróży, którą dzisiaj przeszedłem.
- Co nie skłoniło, dziadziusiu? - Puściłem jego słowa między uszami. - Obstawiam, że z własnej woli nosa z jaskini nie wyściubiasz.
- Nieprzyjemne towarzystwo mało przyjemnych wilków. - Westchnąłem na jakąkolwiek wzmiankę o tym, jak to było. - Czasem zdarza mi się ruszać.
- Po wodę, papu i z powrotem? - powiedział z nutką wścibskości, co za wspaniała zemsta.
- Po wodę było całkiem daleko. - Nikt mi już nie mógł zarzucić, że siedziałem ciągle w jaskini! - Także proszę o gromkie oklaski.
- Jakże mógłbym zapomnieć. - Basior klaskał przez krótką chwilę i zaczął się kłaniać. - Jakiż to z ciebie niesamowity podróżnik jest. Już jesteśmy na miejscu.
Faktycznie, miał rację, znajdywaliśmy się tuż przed jaskiniami. W środku było całkiem jasno, szczególnie jeżeli porównać to z porą dnia, a tak właściwie nocy. Nareszcie spokój.

<Asgrim?>

Uwagi: Brak.