Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

wtorek, 21 sierpnia 2018

Od Torance "Czarne chmury imigrują do nas jak uchodźcy" cz. 7

Listopad 2019r
Wpadłam do Wilczego Szpitala tuż za Shenem. Biegliśmy przez całą drogę, więc nic dziwnego, że teraz mieliśmy problem ze złapaniem oddechu. Lekarz, którego imienia nie potrafiłam zapamiętać, zmierzył nas obojętnym wzrokiem. Czując na sobie jego spojrzenie, czym prędzej skinęliśmy mu na przywitanie.
- My... My do Aoki... - wydyszałam. Basior wskazał łapą na jeden z kątów jaskini.
- Postarajcie się jej nie zamęczyć. Niedawno się obudziła.
- Jasne. Będziemy grzeczni – odparł Shen, a jego oczy zalśniły.
- Coś masz zamiar zrobić? - spytałam cicho.
Basior zmarszczył brwi zaskoczony. Jednak jego błyszczące oczy nadal budziły we mnie małe wątpliwości.
- Nie. Skąd ten pomysł?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, zanim przerwało nam głośne odchrząkniecie. Czym prędzej skierowaliśmy wzrok w stronę, z której się wydobyło i ujrzeliśmy Moone z niezadowoloną miną oraz Aoki, która mierzyła nas spojrzeniem spod zmrużonych powiek.
- Co tak długo? - odezwała się Moone.
Zmusiłam się, żeby na mój pysk wkradł się przepraszający uśmiech, co okazało się znacznie trudniejsze, niż myślałam. Jak przypuszczałam, było to spowodowane niedawno usłyszanymi rzeczami na temat moich koleżanek.
- Przepraszam – mruknęłam i spuściłam wzrok. Następnie popchnęłam lekko Shena, żeby podszedł. Czułam na sobie jego zdziwione spojrzenie, ale na szczęście nie skomentował mojego zachowania. Zamiast tego ruszył w stronę wader.
- Hm... Żyjesz? - spytał po chwili milczenia.
Aoki w odpowiedzi prychnęła i ostentacyjnie przewróciła oczami.
- Jak widać. Możesz mi powiedzieć, co tutaj robisz? - jej głos był lodowaty, a oczy błyszczały groźnie. Na miejscu Shena podkuliłabym ogon, jednak samiec zamiast tego dzielnie odpowiadał spojrzeniem. Nie bał się jej, za co zaczęłam go w tej chwili podziwiać.
- Też zadaję sobie to pytanie – mruknął. Następnie odpowiedział samicy znacznie pewniejszym tonem – Chciałem zobaczyć, czy po upadku jakoś się zmieniłaś. Niestety, jesteś nadal tak głupia jak zawsze...
Wilczyca prychnęła z pogardą.
- Świetny tekst. Ile nad nim myślałeś?
Shen zmrużył groźnie oczy i nie odpowiedział. Bałam się, że zaraz rzuci się z kłami na rudą samicę. A to nie skończyłoby się dobrze.
- Uspokójcie się, proszę.
Wilki nie zareagowały na moje słowa. Aoki wydawała się nieco rozbawiona całą sytuacją, chociaż jak zwykle w towarzystwie skrzydlatego basiora była też zirytowana. Shen natomiast był już całkiem zdenerwowany. A Moone? Czarna samica przyglądała się wszystkiemu z zainteresowaniem. No dobra, może była tam jeszcze pogarda w stosunku do basiora.
- Pomyśleć, że zamierzałem cię przeprosić... - mruknął basior i wyszedł, kręcąc łbem z niedowierzaniem. Miałam ochotę za nim pobiec, ale powstrzymałam się ze względu na przyglądające mi się teraz wilczyce.
Porozmawiam z nim po tym wszystkim – postanowiłam.
- Nareszcie poszedł – westchnęła z ulgą Aoki – Czemu go przyprowadziłaś, Torance?
Wzdrygnęłam się, słysząc, jak wymówiła moje imię. Pomimo tego, że wielokrotnie mówiłam jej, jak nie lubiłam pełnej formy, wilczyca używała jedynie jej. Dodatkowo w tej chwili brzmiało ono jak obelga.
- Pomyślałam, że skoro też był przy twoim... - zaczęłam nieco niepewnym tonem - wypadku, to powinien przyjść się z tobą zobaczyć...
Moje przyjaciółki wymieniły ze sobą rozbawione spojrzenia.
- Tak? To bardzo... miłe - powiedziała Aokigahara. Jej głos wyraźnie zdradzał, że nie jest przekonana - Dlaczego zajęło ci to tyle czasu?
- Rozmawialiśmy - wzruszyłam ramionami. Szybko pożałowałam swoich słów, gdy wilczyce ponownie wymieniły spojrzenia - Oczywiście o tym, czy powinien cię odwiedzić - dodałam szybko. Nie było to zgodne z prawdą, ale kto by się tym przejmował?
Aoki pokiwała delikatnie łbem, jednak jej niebieskozielone oczy były zimne. Nie odniosła się jednak do moich słów i przeszła do bardziej ciekawego - przynajmniej jej zdaniem - tematu, czyli jej samej. Opowiadała nam o tym, jak się czuła, gdy spadła, że była co jakiś czas trochę świadoma i jak zajął się nią Alvarleg (okazało się, że właśnie tak miał na imię lekarz, który siedział teraz w drugim końcu jaskini i pochylał się nad jakimiś ziołami).
- Ten wypadek to wszystko wina tego pieprzonego pchlarza. Za kogo on się uważa? Powinien mnie za to przeprosić. Ba! Błagać o wybaczenie! - powiedziała w pewnym momencie samica.
- Właściwie to chciał cię przeprosić, ale ty nie mu na to nie pozwoliłaś... - wtrąciłam się, czego niemal od razu pożałowałam, gdy Aoki zwróciła na mnie swoje lodowate spojrzenie.
- Coś mówiłaś?
Skuliłam się przerażona. Aoki mogła być osłabiona i młodsza, ale była wilkiem. Zawsze będzie silniejsza od takiego kundla, jakim byłam ja.
- Nie, przepraszam...
Ruda samica uśmiechnęła się rozbawiona, a jej myśli od razu skierowały się w stronę jej samej i Shena.
- Za kogo on się uważa? Że niby jest fajny? - prychnęła z pogardą - Moje drogie, nie jest. Ten kretyn to największa padlina, jaką w życiu widziałam. Nie tknęłabym go łapą, ale okoliczności czasem do tego zmuszają...
Na pysku Aoki pojawił się szeroki uśmiech, na którego widok zrobiło mi się niedobrze.
Co ona chciała...?
- Moone, Torance, chcę pokazać temu psu, że ze mną się nie zadziera, a wy mi pomożecie.
- Hm... - mruknęłam, starając się nie myśleć o tym jak go nazwała - A może on nie jest taki zły?
- Oczywiście, że jest! Nie widzisz, co jej zrobił? - włączyła się Moone i wskazała łapą na Aokigaharę. Pokiwałam łbem, jednak nie dałam się tak łatwo.
- No tak, ale... Pomógł nam ją przenieść. Objął przewodnictwo. Gdyby nie on, Aoki najprawdopodobniej dalej tam leżała, bo my nie wiedziałybyśmy co zrobić...
- Twierdzisz, że ja nie potrafiłabym czegoś takiego zrobić? Że jestem głupsza od Shena?! - Moone zmrużyła gniewnie oczy - Może to my jesteśmy idiotkami bez jakichkolwiek przejawów inteligencji?!
Całkiem zszokowana przeniosłam wzrok na najmłodszą samicę. Patrzyła na moją sprzeczkę z czarną waderą z czystym rozbawieniem.
- C-co? Tego nie powiedziałam!
- Ale może tak myślisz, hm? Obserwowałam cię cały dzień. Widziałam jak na niego patrzysz. Może ci się spodobał, co?
- Moone, proszę... Jak możesz mnie o to posądzać? - czułam jak do moich oczu napływają łzy. Ta samica była dla mnie pewnym oparciem. Lubiłam ją za jej wieczny spokój, a teraz...? Teraz wszystko wyparowało i byłyśmy tylko my dwie, moje zmieszanie, jej wściekłość oraz zaciekawiona i rozbawiona Aoki.
- Skoro wolisz jego, nikt cię nie zatrzymuje. Możesz do niego pójść. Proszę. Tylko pamiętaj, że to kretyn i z nim nie da się przyjaźnić. Jeszcze wrócisz do nas z łzami w oczach i nie mów, że cię nie ostrzegałam.
- Moone, przestań - wtrąciła się Aoki. Obie podniosłyśmy na nią zdumiony wzrok. Żadna się nie spodziewała jej ingerencji - Torance nie miała tego na myśli.
Skrzydlata wadera prychnęła w odpowiedzi, jednak pod zimnym spojrzeniem Aoki zamilkła.
- Torance, czuję, że nie mówisz nam wszystkiego, więc chciałabym, żebyś założyła mój Naszyjnik Prawdy i wyznała kilka rzeczy.
Poczułam, jak wypełnia mnie strach. Co ona chciała mi zrobić?!
- Czy... Czy to konieczne?
Aokigara nie odpowiedziała, tylko zrzuciła z szyi gruby naszyjnik o niemożliwej do zliczenia ilością kryształków. Następnie skinęła łapą na Moone, która czym prędzej założyła go na mnie. Następnie odeszła, a na jej pysku widniał uśmiech, który nie zwiastował niczego dobrego.
- Dobrze, powiedz nam, o czym rozmawiałaś z Shenem.
Nie chciałam jej tego mówić, tak bardzo nie chciałam. Wiedziałam, że reakcja jej i Moone może być straszna, że może się to dla mnie źle skończyć, jednak jakaś część mnie czuła, że muszę powiedzieć prawdę. Tak, prawda to coś niesamowitego i idealnego. Nigdy nie można kłamać. Kłamstwa są tak bardzo fuj.
- O was.
Gdy tylko się odezwałam, poczułam jak serce podchodzi mi do gardła. Nie chciałam tego mówić! Głupi naszyjnik.
- O nas? - powtórzyła Aoki, marszcząc przy tym nos.
- Tak.
- Co dokładnie?
- Opowiadał mi o początkach waszej znajomości.
Wilczyce wymieniły spojrzenia. Ich pyski nie wyrażały żadnych emocji, co przeraziło mnie chyba najbardziej. Gdy ponownie zwróciły się w moją stronę, spuściłam wzrok. Nie chciałam na nie patrzeć. Nie teraz.
- Czy przedstawił nas w złym świetle? - spytała Aoki, a ja kiwnęłam powoli głową. Nie chciałam się więcej odzywać, a mowa ciała nie kolidowała z tym, co kazał mi mówić Naszyjnik Prawdy - Wierzysz mu?
- Ja... Chyba... Chyba tak.
Czułam na sobie dwa rozwścieczone spojrzenia. Napięłam mięśnie gotowa w każdej chwili do jakiejkolwiek obrony, gdyby wilczyce postanowiły mnie zaatakować.
- Wyjdź i nigdy nie wracaj, Torance - usłyszałam jak Aoki tamuje wściekłość. Jej głos był lodowaty i ostry bardziej niż kły.
- Ale... - zaczęłam, jednak nie dane było mi skończyć.
- Powiedziałam, że masz wyjść. Policzymy się, gdy będę zdrowa, zdrajczynio - wysyczała, a ja czym prędzej zsunęłam z siebie ten durny naszyjnik i uciekłam.
Słyszałam jeszcze głos Moone, która pytała, dlaczego nie zrobić mi coś na miejscu, od razu. Odpowiedź Aoki wywołała u mnie czyste przerażenie.
- Chcę się zemścić w odpowiedni sposób.

C.D.N.
(Przepraszam za to, jak przedstawiłam Aoki. Nie miała wyjść na tak okrutną, ale nie umiem tego inaczej opisać :( Po prostu Tori odbiera wszystko wiele razy gorzej, bo się jej boi. I to bardzo :|)

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Od Valkoinena "Zaczynamy problemy" cz. 3

maj 2021
Spoglądałem zmęczonym wzrokiem na wilka, który kazał mi iść. Co ja w życiu zawiniłem, stęknąłem sam do siebie. Byłem wymęczony długą podróżą przez góry. Najpierw przedzieranie się przez las, w którym kilkukrotnie musiałem "przytulić się" z ziemią. Później góry, w których już nie padałem na pysk ze zmęczenia. Na kolejny, wspaniały dodatek do tego koszmaru byłem niesamowicie głodny. Basior uśmiechał się od ucha do ucha. Chciałem zgromić go wzrokiem, jednak na to również nie miałem siły. Mogłem tak po prostu się położyć i leżeć. Raczej nie mogłem, a chciałem. Głupi basior.
- Mógłbyś chodzić może nieco szybciej? - Na jego miejscu cieszyłbym się, że chociaż idę, a ten na dodatek narzeka. Zgromiłem niejakiego Asa wzrokiem, na tyle ile mi pozwalały przemęczone oczy.
- Mógłbyś może mniej peplać? - Przyrzekam na święte albinosy, ten gościu nic więcej nie robi tylko gada. No może jeszcze pędzi nie wiadomo gdzie. No przecież zdążymy! Jeżeli będzie mnie tak pośpieszał to zaraz sam będzie toczył mnie do tych jaskiń.
- Nie – odparł basior wyraźnie zadowolony z siebie. No świetnie. Mógłbym go bez tego paplania polubić, może.
- Daleko jeszcze? - Stwierdziłem, że przyda się trochę podenerwować tego wilka. Wiedziałem, że już się załamuje, wewnętrznie byłem bardzo zadowolony z siebie. Gdyby nie ból każdej części ciała, odtańczyłbym taniec deszczu. Pokręcił przecząco głową.
Jedyne, o czym marzyłem to patrzeć na jego załamujący się pysk. Właśnie tego było mi trzeba. To była chyba najlepsza nagroda dzisiejszego dnia. Co najlepsze była to nagroda-niespodzianka. Skąd mogłem przecież wiedzieć, że spotkam kogoś takiego... jak As. Musiałem przyznać, że wilk nie był aż taki zły, jak na pierwszy rzut oka mogło się zdawać. Śmieszyła mnie jego osobowość, a tym bardziej imię, no może zdrobnienie. Jego wydźwięk był krótki i próbował być groźny, ale czy ja wiem, czy to imię do niego pasowało? Z drugiej strony było całkiem zabawne i dziwne. Zupełnie jak ten wilk.
- Dzięki niech będą Eydis. - ŻE NIBY CO?! Krzyknęło coś w moich myślach, czym miało być tym całym... Nie ma opcji, że powtórzę to dziwne słowo. Takie coś przecież nie istnieje. Przez chwilę nic nie mówiłem i skupiłem się dalej na tym, co powiedział basior. Jednak zobaczyłem, że to chyba mnie przerasta i odpędziłem jakieś zupełnie nierealne słowo od mojego zbyt genialnego umysłu.
Rozglądnąłem się po okolicy. Nie wyróżniała się niczym szczególnym w porównaniu do tego, co było wcześniej. Na pewno było stromiej. To dało się odczuć z każdą łapą stawianą do przodu. W niektórych miejscach były też dziury, w które o mało co nie wpadłem. Jednak wilk biegnący z mojego boku zdawał się wcale tego wszystkiego nie odczuwać. Biegł dumnie z pełnym wyszczerzem na pysku. Było to bardzo denerwujące, nawet się nie potknął. Czułem, że powinienem coś powiedzieć i to nie w swoich myślach. Tylko do tego osobnika.
- Chciałbyś mi coś ciekawego jeszcze powiedzieć? - spojrzał na mnie prawie ze zdziwieniem. Chciałem być po prostu kulturalny, a nikt mi tego nie zauważa. Co za bezczelność z ich strony! Chyba się obrażę, niech zobaczą moją okrutność i przebiegłość, pomyślałem z uśmiechem na pysku.
- Zdaję mi się, że raczej nie – odparł samiec. Prawie nieznacznie przytaknąłem na to głową. Przynajmniej będę miał trochę spokoju, pomyślałem. - Resztę wyjaśnią ci Alfy.
Miałem już dość wszystkich spraw na dzisiaj. Najchętniej położyłbym się na ziemi i nawet nie zważał na wilka stojącego nad moją głową. Co on mi tak właściwie zrobi, prychnąłem sam do siebie. Na szczęście samiec chyba nie zdawał się tego słyszeć. Zrobiłbym wszystko, aby tylko wygodnie się rozłożyć na ziemi. Jednak nie mogłem jeszcze tego zrobić. Wygoda była dla mnie ważna, a tutaj sturlałbym się z górki, jak jakiś kamień, jeszcze czego.
- W takim razie może ty coś o sobie opowiesz o sobie, Valky? - Ledwo powstrzymałem się, żeby zachować spokój i nie zrobić nic czego później bym żałował. To zdecydowanie nie szło na moją korzyść, ale wilk mnie zirytował.
- Nie wiem, czy jestem na tyle ciekawy, żeby o sobie coś opowiadać – odparłem po chwilowym zamyśleniu. O ile jeszcze taka istota jak ja umiała myśleć. - Bardziej mogę powiedzieć, że liczyłem na twoje opowieści. Można uznać je za ciekawsze – powiedziałem posyłając dumny uśmiech do Asa.
Zamilknąłem i nie mogłem z siebie wydobyć żadnego słowa. Coś spowodowało, że szedłem cicho i totalnie mnie zatkało. Chyba było to pytanie, jak wiele mogę o sobie opowiedzieć?
- Pochodzę ze strasznie gorących lasów, jednocześnie są wilgotne. - Wspomniałem o tym, ponieważ nic innego nie przychodziło mi na myśl. Wiedziałem, co prawda, że to nie było jakieś ciekawe, ale na nic więcej nie mogłem się silić. - No i jestem tutaj totalnie sam.
- Ha! - Prawie krzyknął basior, przez co serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Przysięgam, wypatroszę cię kiedyś, powiedziałem do niego w myślach. - Kłamca! A ja to co, zeszłoroczna kość?!
- Żeby tylko – odparłem unosząc delikatnie kącik ust i pokpiwając z niego w duchu. To nie tak, że go nie lubiłem. Teatralnie zlustrowałem samca wzrokiem.
- Dzięki – powiedział, po czym przewrócił oczami jeszcze bardziej teatralnie, niż to, co zrobiłem przed momentem.
Stwierdziłem, że nie mogę aż tak się pastwić nad biedaczkiem. Jeszcze by mu samoocena spadła, co bym zrobił z takim strasznym czynem? Miałbym go jeszcze na sumieniu, a wolę pozostawić je chociaż trochę czyste.
- No Młody, nie frustruj się tak. - Chciałem zabrzmieć przekonująco. Za dobrze mi to nie wychodziło. Stwierdziłem więc, że lepiej będzie pozostać przy tym, co mi wychodziło najlepiej. To znaczy wyśmiewanie się z innych i leniwienie się! Mogłem już chyba nauczać tej sztuki.
W całej mojej karierze, czy tam życiu, nie spotkałem nikogo tak lubiącego się wyśmiewać z innych i upartego. Leniwy jestem tylko od czasu do czasu. Moja upartość zdecydowanie czyniła mnie wyjątkowym. Kiedy w czymś się wyróżnia, zdecydowanie trzeba to pielęgnować. Wspaniałe cechy tym bardziej powinienem. Normalnie cały jestem wspaniały, nic tylko pokłony bić.
- Z pewnością masz jakąś tam waderę, no nie? - Sam w to wątpiłem, ale lepszy był ten temat, niż żaden, a jak się zdecydowałem na gnębienie jego, to mogę już to wykorzystać. Spróbowałem się jeszcze uśmiechnąć, żeby jakoś dodać mu odwagi w mówieniu. Chyba nie była mu konieczna.
- Żeby tylko jedną – powiedział bardzo rozbawiony. Trochę mnie to zdezorientowało, nie wiedziałem, z czego się śmiejemy. Chciałem się pośmiać! Chyba że... on śmieje się ze mnie! Już chyba nawet wiedziałem, o co chodzi. Mój piękny, zgrabny uśmiech, a pod nim wspaniała blizna, która już lepiej się uśmiechała ode mnie. Chyba muszę zacząć brać od niej jakieś lekcje lub wcale się nie uśmiechać. Ona bardzo dobrze odgrywa moją rolę.
- Sądzę, że tylko jedną – rzuciłem zaczepnie w stronę Asa. Wilk był bardzo spokojny w każdym momencie. Nawet był uśmiechnięty od ucha do ucha. Budził przez to we mnie respekt do niego. Szanowałem go za to, że jest taki spokojny, mimo że robię mu na złość przez całą rozmowę. Nawet jeżeli coś go uraziło, nie dał po sobie tego poznać.

C.D.N

Uwagi: Tylko ludzie mają twarz. Wilki mają pysk. "Alfa" w WMW piszemy wielką literą. Miejscami zbyt wiele przecinków.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Od Lind "Więcej kart" cz. 1

Lipiec 2021
Szłam przed siebie dosyć szybkim krokiem. Zmierzałam po raz kolejny na polanę, gdzie animatorzy czekają na chętnych podjęcia się festynowych konkurencji. Tingowi kazałam zostać w jaskini, ponieważ nie miałam ochoty słuchać jego uwag na każdym kroku. Udeptaną już przez wilki ścieżką dotarłam bez przeszkód na miejsce. Po namyśle, nawet nie wiem dlaczego nie skorzystałam ze skrzydeł wiatru, jak to zwykle robię.
Podeszłam tym razem do stanowiska najmłodszego animatora - Navri. Dan i Joel znów gdzieś przepadli, więc nie miałam zbytnio wyboru, jeśli chciałam zdobyć kilka kart teraz. Powiedziałam drobnej waderze, że interesuje mnie dostępna u niej konkurencja jednoosobowa.
- Chwilowo odpowiadam za tę z poszukiwaniem ukrytego przedmiotu - oznajmiła uczennica.
- Super - na moim pyszczku zagościł jeszcze szerszy uśmiech. Zgarnę także złotą kartę! - Podejmuję się wyzwania.
- Żeby otrzymać przewidzianą nagrodę, musi Pani odnaleźć tym razem kość do gry - wyjaśniła animatorka.
Okazało się, że Navri zupełnie inaczej podeszła do tematu tej konkurencji, niż Joel. Nie zawiązała mi oczu i nie kazała czekać, aż schowa kostkę. Zamiast tego, od razu powiedziała, że mogę zacząć poszukiwania. Przedmiot został ukryty wcześniej.
Utrudniło mi to zadanie, skoro planowałam użyć tej samej strategii, co ostatnio. Polegała ona w końcu na prześledzeniu ruchu animatora. Tymczasem zapach wadery w polu poszukiwań nie był już tak wyraźny. Podążanie zatartym śladem nie było wcale proste. Wielokrotnie gubiłam trop, a czasem też krążyłam w kółko. Moje błądzenie w polu poszukiwań znacznie się przedłużało.
Wreszcie zrezygnowałam z kolejnych prób znalezienia ścieżki wytyczonej przez zapach Navri. Zamiast tego, zaczęłam zaglądać pod każdy krzew, pod każdą gałązkę, każdy wystający korzeń, każdą roślinę na wyznaczonym terenie. Tylko takie rozwiązanie przyszło mi do głowy. Szkoda tylko, że ono pochłonęło JESZCZE WIĘCEJ czasu, a ja dalej pozostawałam z niczym. Moja cierpliwość zaczynała zawodzić. Gdzie jeszcze można było ukryć takie małe coś?! Co pominęłam? Gdzie nie zajrzałam? Starałam się nie dać po sobie poznać, że poddenerwowało mnie byle proste zadanie opłacane kartami, ale raczej średnio mi to wyszło.
Wtem dostrzegłam jeszcze jeden element otoczenia, na który nie zwróciłam wcześniej uwagi. Koło powalonego pnia leżał samotny głaz wielkości wilczej łapy. Chyba znajdował się jeszcze w wyznaczonym polu poszukiwań... Podeszłam bliżej i podniosłam go, używając swojej mocy wiatru. "W końcu" - powiedziałam w myślach. Kostka cały czas leżała pod nim. Przyniosłam ją animatorce. Chociaż trochę się tego obawiałam, nie skomentowała czasu moich poszukiwań. Jedynie pogratulowała zwycięstwa i wręczyła mi nagrodę. Podziękowałam krótko uczennicy, po czym odwróciłam się na pięcie i opuściłam polanę. Po drodze spojrzałam na swoją wygraną, a przede wszystkim przyjrzałam się złotej karcie. Za pełną kolekcję tego typu podobno można było zdobyć najciekawsze przedmioty. Miałam tylko nadzieję, że to nie powtórka. Postanowiłam, że rozwieję swoje wątpliwości, jak już wrócę do jaskini. Z tego co pamiętam, przekazałam wszystkie zdobyte wcześniej karty Tingowi. Uch... oby nie zgubił żadnej z nich.
- No proszę, kogo ja widzę - usłyszałam nagle.
Już dobrze znałam ten głos. Podniosłam wzrok i ujrzałam kawałek dalej Crane'a.
- Cześć - uśmiechnęłam się. - Coraz częściej na siebie wpadamy.
- A niby te tereny są takie rozległe - zaśmiał się basior, otrzepując swoje futro z opadłych igieł świerku. - Co słychać? - Podszedł do mnie bliżej.
- Właśnie zdobyłam więcej kart - oznajmiłam, chowając je do torby. - I pewnie później wrócę po kolejne.
- Może chciałabyś żebym ci pomógł w zbieraniu? - zapytał brązowy wilk.
- Ej, przecież już ostatnio sprzedałeś mi swoje karty po wyjątkowo zaniżonej cenie - zaznaczyłam, nieznacznie marszcząc czoło. - Nie chcę cię wykorzystywać.
- Wiesz, ostatnio nie mam zbyt wielu rzeczy do roboty... - mruknął. - Przyznam szczerze; nudzę się. Konkurencje festynowe okazały się być świetnym oderwaniem od monotonnej rzeczywistości. Jednak wiem, że nie zdążę już zebrać dość kart, żeby wymienić je na nagrody. Za późno się obudziłem. Mógłbym więc oddawać wszystkie tobie.
- Hm... - zabrzmiało to wiarygodnie. Może jednak nie powinnam rezygnować z takiej okazji. Głupio by było, gdyby zabrakło powiedzmy jednego elementu kolekcji do zdobycia najlepszej nagrody. - Skoro nalegasz... To może jakaś konkurencja dwuosobowa? - uśmiechnęłam się. W końcu one są lepiej nagradzane.
- Mówisz, masz - odparł pogodnie Crane. - Co powiesz na tę z torem przeszkód i związanymi łapami?
- Już raz brałam w tym udział, ale nie widzę przeszkód, żeby to powtórzyć.
Dostrzegłam, że ten brązowy basior ma nieco krótsze kończyny, niż As. To powinno ułatwić pokonanie przygotowanej trasy.
- Świetnie - ucieszył się samiec. - Chodźmy do Dantego zapisać się.
- Trzeba będzie najpierw go znaleźć - westchnęłam. - Na polanie spotkałam tylko Navri.
- Widziałem Dana w okolicach sceny. - oznajmił Crane. - Pewnie będzie jeszcze gdzieś w pobliżu.
Skinęłam głową i ruszyłam w odpowiednim kierunku. Crane zrobił to samo. Szliśmy teraz jedno obok drugiego. "Lubię tego basiora. Zawsze jest taki pogodny i uśmiechnięty. Miło spędza mi się czas w jego towarzystwie... ", pomyślałam.
Nagle straciłam grunt pod łapami. Nie zdążyłam użyć mocy i poleciałam z okrzykiem zaskoczenia w dół. Wykonałam w powietrzu niekontrolowany pełen obrót i upadłam na grzbiet. Jęknęłam cicho, nieco oszołomiona. Na szczęście ból był zbyt słaby, żebym podejrzewała u siebie jakieś złamania. Do tego sam lot nie był długi.
- Lind? - usłyszałam z góry. Otworzyłam oczy i popatrzyłam w stronę dziury, przez którą tutaj wpadłam. Dostrzegłam tam głowę zaniepokojonego Crane'a.
- Nic mi nie jest - odkrzyknęłam.
Powoli wstałam i rozejrzałam się dookoła. Trafiłam do jakiejś podziemnej jaskini. Nie docierało do niej wiele światła. Przy jednej ze ścian zauważyłam zbiornik wodny. Kiedy moje oczy lepiej zaadaptowały się do ciemności, zobaczyłam w pobliżu także kryształy i piękne kwiaty, przypominające trochę lilie ze srebra. Na ten widok zrozumiałam, gdzie trafiłam. To Tajemnicze Podziemia. Jeszcze nigdy tutaj nie byłam...
- Dasz radę stamtąd wylecieć? - odezwał się znów Crane. Spojrzałam w jego stronę.
- Jasne - zaczęłam przywoływać wiatr, żeby uformować z niego skrzydła. Jednakże zanim uniosłam się w powietrze, wypatrzyłam pośród kwiatów pewien naszyjnik. Nie myśląc nad tym długo, podniosłam go i zabrałam ze sobą na powierzchnię. Zmrużyłam lekko oczy, kiedy znów dotarły do mnie jasne promienie słoneczne. Wylądowałam miękko, w odpowiedniej odległości od dziury w ziemi i wciągnęłam w płuca świeże powietrze.
- Bardzo cię wystraszyłam, Crane? - zapytałam basiora.
- Bardzo - skinął głową. - Zwłaszcza, że ja nie potrafię latać.
- Spokojnie - poklepałam go po barku. - Z większych wysokości spadałam i jakoś żyję.
- No tak... Słyszałem tę historię - uśmiech wrócił na jego jasnobrązowy pysk.
Wtedy zauważył, że coś ze sobą przyniosłam. Popatrzył na zakurzony naszyjnik i zapytał:
- Znalazłaś to tam na dole?
- Tak - skinęłam głową.
- Mogę obejrzeć?
- Jasne - podałam mu swoje znalezisko.
Crane wziął to w łapy i parę razy obrócił. Zamrugał oczami.
- Hm... wydawało mi się, że wiem co to... Ale jednak nie.
Wtedy ja doznałam olśnienia.
- A ja już wiem - wzięłam od wilka swój nowy nabytek. - To Naszyjnik Prawdy, widziałam już taki u Leah.
- To ciekawe... - mruknął Crane. Dostrzegłam, że nagle jakby spoważniał.
- Jeszcze później się upewnię co do tego - schowałam znaleziony w Podziemiach przedmiot do torby. - To jak, idziemy?
- Idziemy - przytaknął basior.

<CDN>

Zdobyte kary: brązowe Bransoletka Życzeń, Pierścień Niezgody; srebrne: Kirin; złote: Fermitate.

Uwagi: Brak.

sobota, 18 sierpnia 2018

Od Joela "Deszczowy przybysz" cz. 5

Wrzesień 2020 r.
– Ciekawe której chciałoby się wysłuchiwać mdlących piosenek o miłości i skowronkach... – skomentowała nadal nieznana mi z imienia wadera.
– Wbrew pozorom mam kilka fanek mojej twórczości... – odpowiedziałem bardziej do siebie, niż do niej.
– Jesteś kimś znanym, że posiadasz wielbicielki? – zapytała dość skwaszonym głosem. Postanowiłem to zignorować. W końcu zdarzały mi się już osoby, które się nabijały z mojej twórczości lub w ogóle z jakiejkolwiek form tworzenia muzyki.
– Raczej nie. Nie odczuwam tego – Odparłem po chwili namysłu – Miałem na myśli raczej znajome, które po prostu lubią moją muzykę.
– Pewnie obracasz się w gronie znajomych lubiących gatunek muzyki, którą tworzysz, więc co się dziwić, że posiadasz wielbicielki... – mruknęła. Dalej patrzyłem w zadumie w deszcz. Miałem przeczucie, że ta wadera zasugerowała mi, że szukam takiego towarzystwa, byleby otrzymać poklask. Tak naprawdę to chodziło mi głównie o to, by wszyscy cieszyli się tak samo z muzyki jaką mogę zaoferować. Z tego co było mi wiadomo, nie była wcale aż taka zła. Będąc po studiach, do których się jednak przykładałem i ukończyłem bez większych problemów, miałem jakąś gwarancję, że to co robię nie było wcale aż takie złe. Kiedyś przeszło mi przez myśl, by opublikować co nieco w Internecie, ale chyba miałem za słabe nerwy na coś takiego. Ponoć można było bardzo łatwo trafić na niejakich hejterów... Zniechęcenie się do czegoś co kocham to była ostatnia rzecz, którą chciałbym zrobić.
– Nie liczę na sławę. Grunt, że robię to, co lubię – oznajmiłem w końcu.
– Lubisz układać smętne piosenki dla swoich wielbicielek?
– Układam je zwykle dla siebie i nie zawsze są smętne... – odparłem z drobnym rozbawieniem. Ta wadera naprawdę sceptycznie oraz ignorancko podchodziła do muzyki. Nie zdziwiłbym się, gdyby miała podobnie negatywną opinię o innych formach sztuki.
– To dobrze, że dla siebie. Ja na ich miejscu bym nie wytrzymała i sobie strzeliła w łeb. Albo lepiej tobie. Oszczędziłabym cierpienia innym.
Ku jej lekkiemu zdumieniu, zaśmiałem się.
– To nie miało być śmieszne – odwarknęła – Mówiłam serio. Jakbym tylko mogła, to byłbyś już martwy...
– Och, daj spokój. Czasem można sobie pożartować. Wiesz jak to się nazywa? Czarny humor. Raczej wiesz co to takiego. Ty mi pogrozisz śmiercią, ja udam przestraszonego, a później będziemy się razem śmiać. Według mnie takie wyjście jest dużo lepsze od grożenia sobie.
– Chyba mnie nie rozumiesz – powiedziała groźnie.
– Być może. Płeć piękna jest trudna do zrozumienia – Wzruszyłem ramionami.
W jaskini zrobiło się aż dziwnie cicho. Jedynie w mojej głowie brzmiała zapętlona melodia obmyślonej dzisiaj piosenki. Wadera zaś wyglądała na całkowicie skupioną na słuchaniu deszczu. Wskazywało na to ułożenie jej uszu.
Po jakimś czasie zaczęło mi się nudzić, a to milczenie stawało się niezręczne. Samica nie była raczej zbyt chętna do rozmowy. Jedynie jej przewracanie się z boku na bok dawało mi jasny znak, że ta nie śpi. Ślepia co prawda miała zamknięte, lecz prawdopodobnie przez moją obecność nie umiała odpłynąć. Poczułem się niechciany w tym miejscu. Popatrzyłem sobie między łapy. Może powinienem iść do Alfy? Możne ona zezwoli mi na okazjonalne wizyty tutaj. W końcu gdzieś musiałem pobyć trochę wilkiem, inaczej będą mnie czekać regularniejsze niespodziewane przemiany, a to z całą pewnością nie skończyłoby się dobrze. Jeżeli będę pełnoprawnym członkiem stada już żadna zgryźliwa wadera nie będzie miała prawa mi grozić... Przynajmniej w teorii. Nie miałem bladego pojęcia, jakimi prawami rządziło się to miejsce.
– Jak sądzisz... kiedy przestanie padać? – zapytałem w końcu. Mój głos wydał się jeszcze cichszy i bardziej nieśmiały niż bym chciał.
– Najlepiej jak najprędzej. Będziesz wtedy mógł się ulotnić – mruknęła. Pysk miała wtulony w ściółkę swojego legowiska, przez co słowa nie były do końca wyraźne.
– A... udusisz mnie jeśli tu dołączę?
Parsknęła niewesołym śmiechem.
– Spróbuję, ale niczego nie obiecuję. Jesteś bardzo irytującym kundlem.
– Wypraszam sobie. Jestem wilkołakiem, a nie kundlem – oznajmiłem z udawanym oburzeniem. Miałem wrażenie, że zaczyna w końcu łapać zasadę z żartami.
– To jeszcze lepiej. Człowieka łatwiej zagryźć. Nie umie tak szybko uciekać – wymamrotała.
– Dziękuję za wskazówkę, by zacząć ćwiczyć bieganie. Właściwie to nie taki zły pomysł. Dobrze wpływa na utrzymanie kondycji. Miło, że o mnie dbasz.
Prychnęła.
– Och, a jak dołączę, to będziesz musiała mi w końcu wyjawić swoje imię – stwierdziłem z udawanym zachwytem.
– Nie rób sobie nadziei, nie dopuszczę do tego – mruknęła.
– W takim razie będę musiał ci wymyślić ksywkę... Może Kruszynka? Pasuje doskonale.
– Miałam na myśli nie dopuszczenie do dołączenia – odrzekła z irytacją. Zerknąłem na nią. Głowę miała obróconą w przeciwnym kierunku.
– Sądzę, że nie masz prawa mi zabronić chęci przyłączenia się do stada. Mam rację?
Nie odpowiedziała. Najwyraźniej nie chciała mi przyznać, że odgadłem. Po raz kolejny zastanowił mnie ten deszcz. Naprawdę nie zanosiło się na to, by zamierzało przestać w najbliższym czasie, a ja robiłem się nie tylko senny, ale i jednocześnie głodny. Chciałem już wracać do siebie, ale nawet z tej wysokości widziałem, że na dole zaczyna się robić niezłe bagno. Mógłbym ugrząźć na dobre i jako, że jestem intruzem, prawdopodobnie nikt by mi nie pomógł. 
– Wiesz co... Możesz mnie zaprowadzić do Alfy? Już teraz. Ślicznie proszę – Wyszczerzyłem się do niej w szerokim uśmiechu. Uniosła jedną powiekę i popatrzyła bez zainteresowania.
– Musisz iść w górę ścieżki. Największa grota znajdująca się na samym końcu należy do Alf.
Coś mnie ścisnęło w środku.
– Nie pójdziesz ze mną?
– Nie chce mi się.
– Mogę spaść po drodze na jakimś bardziej śliskim kamieniu. I na kogo padnie wina? Prawdopodobnie na ciebie... – nie dokończyłem, bo mi przerwała:
– O ile odnajdą twoje ciało. Zawsze możesz wpaść do takiego błota na dole, że nikt cię nie odkopie. Ponadto nikt cię tu nie zna, ani nikt nie widział nas razem. Twój poślizg byłby wyłącznie twoją winą, nie moją. Jakiegoś obcego, plączącego się tu wilczka. W dodatku głupiutkiego.
Wypuściłem powietrze. No tak, to nie jest Miasto. Tutaj nie ma czegoś takiego jak bhp.
– No już, idź sobie. Nie chcę cię tutaj – mruknęła – Dajesz mi szansę na pozbycie się ciebie, a teraz sam dalej sterczysz jak kołek w środku mojej jaskini.
Pokręciłem głową i niechętnie wyszedłem na zewnątrz. Natychmiast zalała mnie lodowata fala wody. Nie było to szczególnie przyjemne, szczególnie zważywszy na to, że w jaskini było ciepło i nawet całkiem przytulnie. Spod zmrużonych powiek obejrzałem teren. Do góry, tak? Faktycznie prowadziła tam ścieżka, jednak piach był tak wymyty, że wiele kamieni niebezpiecznie wystawało ze ścieżki. Jeśli tylko nastąpię na nie nogą... Właśnie, nogą. Jako wilk byłem chyba nieco lżejszy. Przy odpowiednich staraniach powinno się udać.
Z tak pokrzepiającą myślą udałem się w drogę. Szło mi to dość opornie, bo łapy ślizgały mi się jeszcze bardziej, niż kiedy miałem zamiar dotrzeć do jaskini czarnej samicy. Nabyłem również chyba kilka zadrapań od tych stałych potknięć, ale nie mogłem się im nawet dobrze przyjrzeć. Wiedziałem tylko tyle, że diabelnie szczypały i mam sporą szansę na zakażenie z racji warstwy brudu. Błoto również lepiło się niemiłosiernie do futra. Deszcz może i nieco to wymywał, ale nieszczególnie mnie to cieszyło. Wraz z wiatrem sprawiał, że moja wspinaczka była jeszcze trudniejsza.
Niewiele brakowało, a bym przegapił jaskinię, która od razu wydała mi się największą spośród wszystkich mijanych. Wgramoliłem się na ostatni kamień i wszedłem do środka. Miałem ochotę się otrzepać, ale wolałem sobie oszczędzić wstydu. Tak naprawdę to jedyne o czym marzyłem to gorący prysznic i otarcie się ręcznikiem...
– Halo? – zapytałem, orientując się, że w środku było jakby pusto. W powietrzu unosił się aromat wilgoci... Był on jednak całkiem przyjemny.
Niespodziewanie zza jednej ze skalnych kolumn wyłoniła się niska wadera o brązowym futrze i wściekłym spojrzeniu, choć jej mina wyrażała tak naprawdę co najwyżej irytację.
– Słucham.
– Ja... Em... – jąkałem się. Kompletnie nie przemyślałem, o co chciałem pytać – Jeste... jest pani Alfą?
Skinęła głową. Patrzyła na mnie z lekką niecierpliwością.
– T-to świetnie... Jestem Joel Treunis, chciałbym dołączyć do pani stada.
Przyjrzała mi się uważnie od stóp do głów. Poczułem się jeszcze bardziej idiotycznie. Musiałem wyglądać okropnie. Aż strach było mi popatrzeć na moje łapy.
– Mów mi Suzanna – zaczęła odrobinę znudzonym tonem – Mogę cię przyjąć na okres próbny. W ten czas będziesz poddany obserwacji przez stałych członków stada. Za nawet drobne przewinienie możesz przestać być naszą rodziną. Zasady jakie tu obowiązują są raczej oczywiste, przypominają te z jakiejkolwiek innej watahy. Aktualnie niestety nie mogę ci przydzielić nikogo do oprowadzenia ze względu na panującą aktualnie pogodę... Póki co możesz zostać u nas i przeczekać deszcz. Jeśli nie masz na to chęci i uważasz, że poradzisz sobie sam, możesz się udać do najbliższej wolnej jaskini. Sądzę, że wszyscy mieszkańcy aktualnie już zajęli swoje schrony, więc łatwo się zorientujesz, gdzie możesz się zadomowić.
Słuchałem jej, kiwając głową ze zrozumieniem. Tak naprawdę to nie wiedziałem o co chodzi z tymi zasadami, a ruszać się stąd nieco bałem. Alfa zdawała się być tak samo oziębła jak wadera, którą spotkałem na początku. Nie wiedziałem, czy poczuję się tu dobrze. Najwyżej ulotnię się przy najbliższej okazji i będę się zmieniać w wilka gdzie indziej...
Niespodziewanie moje rozważania przerwał głos samca stojącego w cieniu jaskini, którego dotychczas nie zauważyłem:
– Wyglądasz na całkowicie zagubionego. Chodź, zaprowadzę cię – oznajmił i wstał z miejsca. Suzanna potaknęła mu głową i odprowadziła nas wzrokiem.
Okazało się, że droga w dół była równie problematyczna, co w górę. Zrobiłem sobie niezłą szramę na tylnej łapie. Kiedy to się stało, z trudem wstrzymałem przekleństwo. Musiałem się w końcu dobrze zachowywać. Czułem się jak nowy pracownik w jakimś wysoko postawionym zakładzie, który będzie obserwowany przez swoich przełożonych...
– Pomóc? – zapytał nieznajomy basior o ciemnym futrze. Zgrabnie przeskakiwał z kamienia na kamień. Kiedy mnie wyprzedził, dopiero z zaskoczeniem dostrzegłem, że miał skrzydła. Cóż to za dziwna odmiana... Wilko-ptak?
– N-nie... dam radę – stwierdziłem przez zaciśnięte zęby. Popatrzył na mnie jeszcze, czekając aż zrównamy kroku i dopiero wtedy podążaliśmy razem. Kiedy dotarliśmy do celu, przekazał mi to na ucho. Skręciłem w lewo i w ten sposób trafiłem do dość wąskiej jamy. Mimo to wyglądała całkiem obiecująco...
– Jak tu trafiłeś? – zapytał basior. Podejrzewałem, że również był dowódcą, skoro samica wspominała o parze Alf...
– Znalazła mnie taka czarna wadera... Nie była zbyt miła – stwierdziłem niepewnie – Najpierw posiedziałem w jej jaskini, a później odesłała mnie tutaj. To znaczy... Tam. Sam Alfa chyba rozumie – Popatrzyłem na niego z nadzieją w oczach. Ku mojemu zaskoczeniu pokiwał głową.
– Mieszka na tej samej ścianie Góry, w której się teraz znajdujemy?
– Em... Nie wiem... Chyba – odrzekłem zdezorientowany.
– Zielone oczy, naszyjnik, długi ogon? – dopytywał dalej. Po chwili namysłu skinąłem głową. Wyprostował się.
– To na pewno Yuki.
Ma na imię Yuki..., pomyślałem, czyli z jej pozostania anonimową nici. Uśmiechnąłem się do siebie. Sprawiało mi to dziwną satysfakcję.
– Sądzę, że możemy cię przydzielić do ekipy polowań. Kiedy tylko przestanie padać masz się stawić na Wrzosowej Łące. Tam macie zbiórkę. Przekażę reszcie o ile to możliwe o tym, że mają nową osobę do pomocy.
Pokiwałem głową. Ten basior zdawał się być jedynym wilkiem, który przejawia jakąś sympatię. Zrobiło mi się trochę lepiej. Może nie wszyscy są tacy źli? Jedynie jego przenikliwy wzrok był odrobinę przerażający. Zdawał się patrzeć mi w duszę... Jakby nie patrzeć podobny miała jego partnerka. Nieźle się dopasowali.
– Nie przedstawiłem się jeszcze. Mam na imię Hitam, jestem Alfą Watahy Czarnego Kruka – Uśmiechnął się blado.
– Czarnego Kruka...? A to nie jest czasem Stado Magicznych Wilków, czy coś? – zapytałem kompletnie zbity z tropu.
– Wataha Magicznych Wilków i Wataha Czarnego Kruka połączyły się w Watahę Magicznego Kruka. Jesteśmy teraz jednym stadem.
– Ach... – odpowiedziałem cicho, wpatrując się w niego w zdumieniu. Jednak stada wilków były nieco mniej prymitywne niż mi się początkowo zdawało... Aż mi było trochę głupio z tego powodu. Ponadto zastanawiała mnie geneza określenia magiczne. Czy oznaczało to wszystkie wilko-ptaki, wilki-czarowniki, wilkołaki i wilkołaki-czarodziejów? Miałem kompletny mętlik w głowie, a wstydziłem się zapytać. Musiałem przecież uchodzić za dobrego członka stada. Tylko tego im brakowało, by dołączył jakiś mało rozgarnięty wilczuś, który większość swojego życia spędził w Mieście. Może Yuki nie jest jedyną osobą, która się z tego naśmiewa...
– Mam wezwać lekarza? – zapytał w końcu Hitam. Dopiero wtedy zorientowałem się, że patrzył na moją krwawiącą łapę. Sam na nią zerknąłem. Skrzywiłem się aż. Spodziewałem się wiele, ale na pewno nie aż tak głębokiej rany. Jako człowiek będę miał rozoraną łydkę... Pewnie przydałyby się szwy.
– Ja... Nie wiem – popatrzyłem na niego z przerażeniem. Miałem nadzieję, że nie stosowali tu starych sposobów leczniczych, takich jak chociażby spuszczanie krwi... Choć nigdy niczego nie wiadomo. Hitam uniósł brew. Speszony postanowiłem się spróbować się jakoś wytłumaczyć: – Bo... Ja... Chciałbym jedynie bandaż, jak już.
– Mieszkałeś wcześniej w Mieście, prawda?
Zwiesiłem głowę i potaknąłem.
– To by wyjaśniało, dlaczego się nie otrzepałeś z wody. Nie potrafisz, prawda?
Ponownie potaknąłem. Chyba łatwo mnie przejrzeć... Dobrze, że nie było widać mojego świeżo wykwitłego rumieńca. Hitam westchnął cicho.
– No nic, zawsze możesz się tego po prostu nauczyć. Niektóre rzeczy przychodzą z czasem. Jeżeli chcesz, mogę ci objaśnić zasady jakimi rządzą się watahy.
Ochoczo na niego popatrzyłem i po raz trzeci pokiwałem głową. Basior rozpoczął swoją opowieść, a ja słuchałem, starając się zapamiętać jak najwięcej detali.
Nagle przerwał w pół zdania.
– Miałem przynieść bandaż. Poczekaj tutaj.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, a jego już nie było. Wrócił już po zaledwie kilku minutach, niosąc w pysku słoik z kawałkiem białego, zwiniętego materiału. Trzymał go tak, by nie zamoczyć go w deszczu. Trochę się bałem pierwszej pomocy w jego wykonaniu, ale ostatecznie nie było tak źle. Radził sobie w każdym razie lepiej niż ja.
– Dziękuję – powiedziałem na końcu. Nie odpowiedział jednak, a jedynie usadowił się na swoim poprzednim miejscu i kontynuował opowieść.
Po upływie jakiegoś czasu naszła mnie myśl, że nie mam pojęcia jak w takich warunkach dotrę do swojego ludzkiego domu, do pracy... Oraz kiedy i w jaki sposób spiszę swoją najnowszą piosenkę. Ta myśl napełniła mnie niepokojem. Chciałem zrobić to jak najprędzej i nie stracić źródła dochodu, ale nie miałem bladego pojęcia kiedy skończy się ulewa. Zanosiło się na prawdziwą powódź...