Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Od Valkoinena "Zaczynamy problemy" cz. 3

maj 2021
Spoglądałem zmęczonym wzrokiem na wilka, który kazał mi iść. Co ja w życiu zawiniłem, stęknąłem sam do siebie. Byłem wymęczony długą podróżą przez góry. Najpierw przedzieranie się przez las, w którym kilkukrotnie musiałem "przytulić się" z ziemią. Później góry, w których już nie padałem na pysk ze zmęczenia. Na kolejny, wspaniały dodatek do tego koszmaru byłem niesamowicie głodny. Basior uśmiechał się od ucha do ucha. Chciałem zgromić go wzrokiem, jednak na to również nie miałem siły. Mogłem tak po prostu się położyć i leżeć. Raczej nie mogłem, a chciałem. Głupi basior.
- Mógłbyś chodzić może nieco szybciej? - Na jego miejscu cieszyłbym się, że chociaż idę, a ten na dodatek narzeka. Zgromiłem niejakiego Asa wzrokiem, na tyle ile mi pozwalały przemęczone oczy.
- Mógłbyś może mniej peplać? - Przyrzekam na święte albinosy, ten gościu nic więcej nie robi tylko gada. No może jeszcze pędzi nie wiadomo gdzie. No przecież zdążymy! Jeżeli będzie mnie tak pośpieszał to zaraz sam będzie toczył mnie do tych jaskiń.
- Nie – odparł basior wyraźnie zadowolony z siebie. No świetnie. Mógłbym go bez tego paplania polubić, może.
- Daleko jeszcze? - Stwierdziłem, że przyda się trochę podenerwować tego wilka. Wiedziałem, że już się załamuje, wewnętrznie byłem bardzo zadowolony z siebie. Gdyby nie ból każdej części ciała, odtańczyłbym taniec deszczu. Pokręcił przecząco głową.
Jedyne, o czym marzyłem to patrzeć na jego załamujący się pysk. Właśnie tego było mi trzeba. To była chyba najlepsza nagroda dzisiejszego dnia. Co najlepsze była to nagroda-niespodzianka. Skąd mogłem przecież wiedzieć, że spotkam kogoś takiego... jak As. Musiałem przyznać, że wilk nie był aż taki zły, jak na pierwszy rzut oka mogło się zdawać. Śmieszyła mnie jego osobowość, a tym bardziej imię, no może zdrobnienie. Jego wydźwięk był krótki i próbował być groźny, ale czy ja wiem, czy to imię do niego pasowało? Z drugiej strony było całkiem zabawne i dziwne. Zupełnie jak ten wilk.
- Dzięki niech będą Eydis. - ŻE NIBY CO?! Krzyknęło coś w moich myślach, czym miało być tym całym... Nie ma opcji, że powtórzę to dziwne słowo. Takie coś przecież nie istnieje. Przez chwilę nic nie mówiłem i skupiłem się dalej na tym, co powiedział basior. Jednak zobaczyłem, że to chyba mnie przerasta i odpędziłem jakieś zupełnie nierealne słowo od mojego zbyt genialnego umysłu.
Rozglądnąłem się po okolicy. Nie wyróżniała się niczym szczególnym w porównaniu do tego, co było wcześniej. Na pewno było stromiej. To dało się odczuć z każdą łapą stawianą do przodu. W niektórych miejscach były też dziury, w które o mało co nie wpadłem. Jednak wilk biegnący z mojego boku zdawał się wcale tego wszystkiego nie odczuwać. Biegł dumnie z pełnym wyszczerzem na pysku. Było to bardzo denerwujące, nawet się nie potknął. Czułem, że powinienem coś powiedzieć i to nie w swoich myślach. Tylko do tego osobnika.
- Chciałbyś mi coś ciekawego jeszcze powiedzieć? - spojrzał na mnie prawie ze zdziwieniem. Chciałem być po prostu kulturalny, a nikt mi tego nie zauważa. Co za bezczelność z ich strony! Chyba się obrażę, niech zobaczą moją okrutność i przebiegłość, pomyślałem z uśmiechem na pysku.
- Zdaję mi się, że raczej nie – odparł samiec. Prawie nieznacznie przytaknąłem na to głową. Przynajmniej będę miał trochę spokoju, pomyślałem. - Resztę wyjaśnią ci Alfy.
Miałem już dość wszystkich spraw na dzisiaj. Najchętniej położyłbym się na ziemi i nawet nie zważał na wilka stojącego nad moją głową. Co on mi tak właściwie zrobi, prychnąłem sam do siebie. Na szczęście samiec chyba nie zdawał się tego słyszeć. Zrobiłbym wszystko, aby tylko wygodnie się rozłożyć na ziemi. Jednak nie mogłem jeszcze tego zrobić. Wygoda była dla mnie ważna, a tutaj sturlałbym się z górki, jak jakiś kamień, jeszcze czego.
- W takim razie może ty coś o sobie opowiesz o sobie, Valky? - Ledwo powstrzymałem się, żeby zachować spokój i nie zrobić nic czego później bym żałował. To zdecydowanie nie szło na moją korzyść, ale wilk mnie zirytował.
- Nie wiem, czy jestem na tyle ciekawy, żeby o sobie coś opowiadać – odparłem po chwilowym zamyśleniu. O ile jeszcze taka istota jak ja umiała myśleć. - Bardziej mogę powiedzieć, że liczyłem na twoje opowieści. Można uznać je za ciekawsze – powiedziałem posyłając dumny uśmiech do Asa.
Zamilknąłem i nie mogłem z siebie wydobyć żadnego słowa. Coś spowodowało, że szedłem cicho i totalnie mnie zatkało. Chyba było to pytanie, jak wiele mogę o sobie opowiedzieć?
- Pochodzę ze strasznie gorących lasów, jednocześnie są wilgotne. - Wspomniałem o tym, ponieważ nic innego nie przychodziło mi na myśl. Wiedziałem, co prawda, że to nie było jakieś ciekawe, ale na nic więcej nie mogłem się silić. - No i jestem tutaj totalnie sam.
- Ha! - Prawie krzyknął basior, przez co serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Przysięgam, wypatroszę cię kiedyś, powiedziałem do niego w myślach. - Kłamca! A ja to co, zeszłoroczna kość?!
- Żeby tylko – odparłem unosząc delikatnie kącik ust i pokpiwając z niego w duchu. To nie tak, że go nie lubiłem. Teatralnie zlustrowałem samca wzrokiem.
- Dzięki – powiedział, po czym przewrócił oczami jeszcze bardziej teatralnie, niż to, co zrobiłem przed momentem.
Stwierdziłem, że nie mogę aż tak się pastwić nad biedaczkiem. Jeszcze by mu samoocena spadła, co bym zrobił z takim strasznym czynem? Miałbym go jeszcze na sumieniu, a wolę pozostawić je chociaż trochę czyste.
- No Młody, nie frustruj się tak. - Chciałem zabrzmieć przekonująco. Za dobrze mi to nie wychodziło. Stwierdziłem więc, że lepiej będzie pozostać przy tym, co mi wychodziło najlepiej. To znaczy wyśmiewanie się z innych i leniwienie się! Mogłem już chyba nauczać tej sztuki.
W całej mojej karierze, czy tam życiu, nie spotkałem nikogo tak lubiącego się wyśmiewać z innych i upartego. Leniwy jestem tylko od czasu do czasu. Moja upartość zdecydowanie czyniła mnie wyjątkowym. Kiedy w czymś się wyróżnia, zdecydowanie trzeba to pielęgnować. Wspaniałe cechy tym bardziej powinienem. Normalnie cały jestem wspaniały, nic tylko pokłony bić.
- Z pewnością masz jakąś tam waderę, no nie? - Sam w to wątpiłem, ale lepszy był ten temat, niż żaden, a jak się zdecydowałem na gnębienie jego, to mogę już to wykorzystać. Spróbowałem się jeszcze uśmiechnąć, żeby jakoś dodać mu odwagi w mówieniu. Chyba nie była mu konieczna.
- Żeby tylko jedną – powiedział bardzo rozbawiony. Trochę mnie to zdezorientowało, nie wiedziałem, z czego się śmiejemy. Chciałem się pośmiać! Chyba że... on śmieje się ze mnie! Już chyba nawet wiedziałem, o co chodzi. Mój piękny, zgrabny uśmiech, a pod nim wspaniała blizna, która już lepiej się uśmiechała ode mnie. Chyba muszę zacząć brać od niej jakieś lekcje lub wcale się nie uśmiechać. Ona bardzo dobrze odgrywa moją rolę.
- Sądzę, że tylko jedną – rzuciłem zaczepnie w stronę Asa. Wilk był bardzo spokojny w każdym momencie. Nawet był uśmiechnięty od ucha do ucha. Budził przez to we mnie respekt do niego. Szanowałem go za to, że jest taki spokojny, mimo że robię mu na złość przez całą rozmowę. Nawet jeżeli coś go uraziło, nie dał po sobie tego poznać.

C.D.N

Uwagi: Tylko ludzie mają twarz. Wilki mają pysk. "Alfa" w WMW piszemy wielką literą. Miejscami zbyt wiele przecinków.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Od Lind "Więcej kart" cz. 1

Lipiec 2021
Szłam przed siebie dosyć szybkim krokiem. Zmierzałam po raz kolejny na polanę, gdzie animatorzy czekają na chętnych podjęcia się festynowych konkurencji. Tingowi kazałam zostać w jaskini, ponieważ nie miałam ochoty słuchać jego uwag na każdym kroku. Udeptaną już przez wilki ścieżką dotarłam bez przeszkód na miejsce. Po namyśle, nawet nie wiem dlaczego nie skorzystałam ze skrzydeł wiatru, jak to zwykle robię.
Podeszłam tym razem do stanowiska najmłodszego animatora - Navri. Dan i Joel znów gdzieś przepadli, więc nie miałam zbytnio wyboru, jeśli chciałam zdobyć kilka kart teraz. Powiedziałam drobnej waderze, że interesuje mnie dostępna u niej konkurencja jednoosobowa.
- Chwilowo odpowiadam za tę z poszukiwaniem ukrytego przedmiotu - oznajmiła uczennica.
- Super - na moim pyszczku zagościł jeszcze szerszy uśmiech. Zgarnę także złotą kartę! - Podejmuję się wyzwania.
- Żeby otrzymać przewidzianą nagrodę, musi Pani odnaleźć tym razem kość do gry - wyjaśniła animatorka.
Okazało się, że Navri zupełnie inaczej podeszła do tematu tej konkurencji, niż Joel. Nie zawiązała mi oczu i nie kazała czekać, aż schowa kostkę. Zamiast tego, od razu powiedziała, że mogę zacząć poszukiwania. Przedmiot został ukryty wcześniej.
Utrudniło mi to zadanie, skoro planowałam użyć tej samej strategii, co ostatnio. Polegała ona w końcu na prześledzeniu ruchu animatora. Tymczasem zapach wadery w polu poszukiwań nie był już tak wyraźny. Podążanie zatartym śladem nie było wcale proste. Wielokrotnie gubiłam trop, a czasem też krążyłam w kółko. Moje błądzenie w polu poszukiwań znacznie się przedłużało.
Wreszcie zrezygnowałam z kolejnych prób znalezienia ścieżki wytyczonej przez zapach Navri. Zamiast tego, zaczęłam zaglądać pod każdy krzew, pod każdą gałązkę, każdy wystający korzeń, każdą roślinę na wyznaczonym terenie. Tylko takie rozwiązanie przyszło mi do głowy. Szkoda tylko, że ono pochłonęło JESZCZE WIĘCEJ czasu, a ja dalej pozostawałam z niczym. Moja cierpliwość zaczynała zawodzić. Gdzie jeszcze można było ukryć takie małe coś?! Co pominęłam? Gdzie nie zajrzałam? Starałam się nie dać po sobie poznać, że poddenerwowało mnie byle proste zadanie opłacane kartami, ale raczej średnio mi to wyszło.
Wtem dostrzegłam jeszcze jeden element otoczenia, na który nie zwróciłam wcześniej uwagi. Koło powalonego pnia leżał samotny głaz wielkości wilczej łapy. Chyba znajdował się jeszcze w wyznaczonym polu poszukiwań... Podeszłam bliżej i podniosłam go, używając swojej mocy wiatru. "W końcu" - powiedziałam w myślach. Kostka cały czas leżała pod nim. Przyniosłam ją animatorce. Chociaż trochę się tego obawiałam, nie skomentowała czasu moich poszukiwań. Jedynie pogratulowała zwycięstwa i wręczyła mi nagrodę. Podziękowałam krótko uczennicy, po czym odwróciłam się na pięcie i opuściłam polanę. Po drodze spojrzałam na swoją wygraną, a przede wszystkim przyjrzałam się złotej karcie. Za pełną kolekcję tego typu podobno można było zdobyć najciekawsze przedmioty. Miałam tylko nadzieję, że to nie powtórka. Postanowiłam, że rozwieję swoje wątpliwości, jak już wrócę do jaskini. Z tego co pamiętam, przekazałam wszystkie zdobyte wcześniej karty Tingowi. Uch... oby nie zgubił żadnej z nich.
- No proszę, kogo ja widzę - usłyszałam nagle.
Już dobrze znałam ten głos. Podniosłam wzrok i ujrzałam kawałek dalej Crane'a.
- Cześć - uśmiechnęłam się. - Coraz częściej na siebie wpadamy.
- A niby te tereny są takie rozległe - zaśmiał się basior, otrzepując swoje futro z opadłych igieł świerku. - Co słychać? - Podszedł do mnie bliżej.
- Właśnie zdobyłam więcej kart - oznajmiłam, chowając je do torby. - I pewnie później wrócę po kolejne.
- Może chciałabyś żebym ci pomógł w zbieraniu? - zapytał brązowy wilk.
- Ej, przecież już ostatnio sprzedałeś mi swoje karty po wyjątkowo zaniżonej cenie - zaznaczyłam, nieznacznie marszcząc czoło. - Nie chcę cię wykorzystywać.
- Wiesz, ostatnio nie mam zbyt wielu rzeczy do roboty... - mruknął. - Przyznam szczerze; nudzę się. Konkurencje festynowe okazały się być świetnym oderwaniem od monotonnej rzeczywistości. Jednak wiem, że nie zdążę już zebrać dość kart, żeby wymienić je na nagrody. Za późno się obudziłem. Mógłbym więc oddawać wszystkie tobie.
- Hm... - zabrzmiało to wiarygodnie. Może jednak nie powinnam rezygnować z takiej okazji. Głupio by było, gdyby zabrakło powiedzmy jednego elementu kolekcji do zdobycia najlepszej nagrody. - Skoro nalegasz... To może jakaś konkurencja dwuosobowa? - uśmiechnęłam się. W końcu one są lepiej nagradzane.
- Mówisz, masz - odparł pogodnie Crane. - Co powiesz na tę z torem przeszkód i związanymi łapami?
- Już raz brałam w tym udział, ale nie widzę przeszkód, żeby to powtórzyć.
Dostrzegłam, że ten brązowy basior ma nieco krótsze kończyny, niż As. To powinno ułatwić pokonanie przygotowanej trasy.
- Świetnie - ucieszył się samiec. - Chodźmy do Dantego zapisać się.
- Trzeba będzie najpierw go znaleźć - westchnęłam. - Na polanie spotkałam tylko Navri.
- Widziałem Dana w okolicach sceny. - oznajmił Crane. - Pewnie będzie jeszcze gdzieś w pobliżu.
Skinęłam głową i ruszyłam w odpowiednim kierunku. Crane zrobił to samo. Szliśmy teraz jedno obok drugiego. "Lubię tego basiora. Zawsze jest taki pogodny i uśmiechnięty. Miło spędza mi się czas w jego towarzystwie... ", pomyślałam.
Nagle straciłam grunt pod łapami. Nie zdążyłam użyć mocy i poleciałam z okrzykiem zaskoczenia w dół. Wykonałam w powietrzu niekontrolowany pełen obrót i upadłam na grzbiet. Jęknęłam cicho, nieco oszołomiona. Na szczęście ból był zbyt słaby, żebym podejrzewała u siebie jakieś złamania. Do tego sam lot nie był długi.
- Lind? - usłyszałam z góry. Otworzyłam oczy i popatrzyłam w stronę dziury, przez którą tutaj wpadłam. Dostrzegłam tam głowę zaniepokojonego Crane'a.
- Nic mi nie jest - odkrzyknęłam.
Powoli wstałam i rozejrzałam się dookoła. Trafiłam do jakiejś podziemnej jaskini. Nie docierało do niej wiele światła. Przy jednej ze ścian zauważyłam zbiornik wodny. Kiedy moje oczy lepiej zaadaptowały się do ciemności, zobaczyłam w pobliżu także kryształy i piękne kwiaty, przypominające trochę lilie ze srebra. Na ten widok zrozumiałam, gdzie trafiłam. To Tajemnicze Podziemia. Jeszcze nigdy tutaj nie byłam...
- Dasz radę stamtąd wylecieć? - odezwał się znów Crane. Spojrzałam w jego stronę.
- Jasne - zaczęłam przywoływać wiatr, żeby uformować z niego skrzydła. Jednakże zanim uniosłam się w powietrze, wypatrzyłam pośród kwiatów pewien naszyjnik. Nie myśląc nad tym długo, podniosłam go i zabrałam ze sobą na powierzchnię. Zmrużyłam lekko oczy, kiedy znów dotarły do mnie jasne promienie słoneczne. Wylądowałam miękko, w odpowiedniej odległości od dziury w ziemi i wciągnęłam w płuca świeże powietrze.
- Bardzo cię wystraszyłam, Crane? - zapytałam basiora.
- Bardzo - skinął głową. - Zwłaszcza, że ja nie potrafię latać.
- Spokojnie - poklepałam go po barku. - Z większych wysokości spadałam i jakoś żyję.
- No tak... Słyszałem tę historię - uśmiech wrócił na jego jasnobrązowy pysk.
Wtedy zauważył, że coś ze sobą przyniosłam. Popatrzył na zakurzony naszyjnik i zapytał:
- Znalazłaś to tam na dole?
- Tak - skinęłam głową.
- Mogę obejrzeć?
- Jasne - podałam mu swoje znalezisko.
Crane wziął to w łapy i parę razy obrócił. Zamrugał oczami.
- Hm... wydawało mi się, że wiem co to... Ale jednak nie.
Wtedy ja doznałam olśnienia.
- A ja już wiem - wzięłam od wilka swój nowy nabytek. - To Naszyjnik Prawdy, widziałam już taki u Leah.
- To ciekawe... - mruknął Crane. Dostrzegłam, że nagle jakby spoważniał.
- Jeszcze później się upewnię co do tego - schowałam znaleziony w Podziemiach przedmiot do torby. - To jak, idziemy?
- Idziemy - przytaknął basior.

<CDN>

Zdobyte kary: brązowe Bransoletka Życzeń, Pierścień Niezgody; srebrne: Kirin; złote: Fermitate.

Uwagi: Brak.

sobota, 18 sierpnia 2018

Od Joela "Deszczowy przybysz" cz. 5

Wrzesień 2020 r.
– Ciekawe której chciałoby się wysłuchiwać mdlących piosenek o miłości i skowronkach... – skomentowała nadal nieznana mi z imienia wadera.
– Wbrew pozorom mam kilka fanek mojej twórczości... – odpowiedziałem bardziej do siebie, niż do niej.
– Jesteś kimś znanym, że posiadasz wielbicielki? – zapytała dość skwaszonym głosem. Postanowiłem to zignorować. W końcu zdarzały mi się już osoby, które się nabijały z mojej twórczości lub w ogóle z jakiejkolwiek form tworzenia muzyki.
– Raczej nie. Nie odczuwam tego – Odparłem po chwili namysłu – Miałem na myśli raczej znajome, które po prostu lubią moją muzykę.
– Pewnie obracasz się w gronie znajomych lubiących gatunek muzyki, którą tworzysz, więc co się dziwić, że posiadasz wielbicielki... – mruknęła. Dalej patrzyłem w zadumie w deszcz. Miałem przeczucie, że ta wadera zasugerowała mi, że szukam takiego towarzystwa, byleby otrzymać poklask. Tak naprawdę to chodziło mi głównie o to, by wszyscy cieszyli się tak samo z muzyki jaką mogę zaoferować. Z tego co było mi wiadomo, nie była wcale aż taka zła. Będąc po studiach, do których się jednak przykładałem i ukończyłem bez większych problemów, miałem jakąś gwarancję, że to co robię nie było wcale aż takie złe. Kiedyś przeszło mi przez myśl, by opublikować co nieco w Internecie, ale chyba miałem za słabe nerwy na coś takiego. Ponoć można było bardzo łatwo trafić na niejakich hejterów... Zniechęcenie się do czegoś co kocham to była ostatnia rzecz, którą chciałbym zrobić.
– Nie liczę na sławę. Grunt, że robię to, co lubię – oznajmiłem w końcu.
– Lubisz układać smętne piosenki dla swoich wielbicielek?
– Układam je zwykle dla siebie i nie zawsze są smętne... – odparłem z drobnym rozbawieniem. Ta wadera naprawdę sceptycznie oraz ignorancko podchodziła do muzyki. Nie zdziwiłbym się, gdyby miała podobnie negatywną opinię o innych formach sztuki.
– To dobrze, że dla siebie. Ja na ich miejscu bym nie wytrzymała i sobie strzeliła w łeb. Albo lepiej tobie. Oszczędziłabym cierpienia innym.
Ku jej lekkiemu zdumieniu, zaśmiałem się.
– To nie miało być śmieszne – odwarknęła – Mówiłam serio. Jakbym tylko mogła, to byłbyś już martwy...
– Och, daj spokój. Czasem można sobie pożartować. Wiesz jak to się nazywa? Czarny humor. Raczej wiesz co to takiego. Ty mi pogrozisz śmiercią, ja udam przestraszonego, a później będziemy się razem śmiać. Według mnie takie wyjście jest dużo lepsze od grożenia sobie.
– Chyba mnie nie rozumiesz – powiedziała groźnie.
– Być może. Płeć piękna jest trudna do zrozumienia – Wzruszyłem ramionami.
W jaskini zrobiło się aż dziwnie cicho. Jedynie w mojej głowie brzmiała zapętlona melodia obmyślonej dzisiaj piosenki. Wadera zaś wyglądała na całkowicie skupioną na słuchaniu deszczu. Wskazywało na to ułożenie jej uszu.
Po jakimś czasie zaczęło mi się nudzić, a to milczenie stawało się niezręczne. Samica nie była raczej zbyt chętna do rozmowy. Jedynie jej przewracanie się z boku na bok dawało mi jasny znak, że ta nie śpi. Ślepia co prawda miała zamknięte, lecz prawdopodobnie przez moją obecność nie umiała odpłynąć. Poczułem się niechciany w tym miejscu. Popatrzyłem sobie między łapy. Może powinienem iść do Alfy? Możne ona zezwoli mi na okazjonalne wizyty tutaj. W końcu gdzieś musiałem pobyć trochę wilkiem, inaczej będą mnie czekać regularniejsze niespodziewane przemiany, a to z całą pewnością nie skończyłoby się dobrze. Jeżeli będę pełnoprawnym członkiem stada już żadna zgryźliwa wadera nie będzie miała prawa mi grozić... Przynajmniej w teorii. Nie miałem bladego pojęcia, jakimi prawami rządziło się to miejsce.
– Jak sądzisz... kiedy przestanie padać? – zapytałem w końcu. Mój głos wydał się jeszcze cichszy i bardziej nieśmiały niż bym chciał.
– Najlepiej jak najprędzej. Będziesz wtedy mógł się ulotnić – mruknęła. Pysk miała wtulony w ściółkę swojego legowiska, przez co słowa nie były do końca wyraźne.
– A... udusisz mnie jeśli tu dołączę?
Parsknęła niewesołym śmiechem.
– Spróbuję, ale niczego nie obiecuję. Jesteś bardzo irytującym kundlem.
– Wypraszam sobie. Jestem wilkołakiem, a nie kundlem – oznajmiłem z udawanym oburzeniem. Miałem wrażenie, że zaczyna w końcu łapać zasadę z żartami.
– To jeszcze lepiej. Człowieka łatwiej zagryźć. Nie umie tak szybko uciekać – wymamrotała.
– Dziękuję za wskazówkę, by zacząć ćwiczyć bieganie. Właściwie to nie taki zły pomysł. Dobrze wpływa na utrzymanie kondycji. Miło, że o mnie dbasz.
Prychnęła.
– Och, a jak dołączę, to będziesz musiała mi w końcu wyjawić swoje imię – stwierdziłem z udawanym zachwytem.
– Nie rób sobie nadziei, nie dopuszczę do tego – mruknęła.
– W takim razie będę musiał ci wymyślić ksywkę... Może Kruszynka? Pasuje doskonale.
– Miałam na myśli nie dopuszczenie do dołączenia – odrzekła z irytacją. Zerknąłem na nią. Głowę miała obróconą w przeciwnym kierunku.
– Sądzę, że nie masz prawa mi zabronić chęci przyłączenia się do stada. Mam rację?
Nie odpowiedziała. Najwyraźniej nie chciała mi przyznać, że odgadłem. Po raz kolejny zastanowił mnie ten deszcz. Naprawdę nie zanosiło się na to, by zamierzało przestać w najbliższym czasie, a ja robiłem się nie tylko senny, ale i jednocześnie głodny. Chciałem już wracać do siebie, ale nawet z tej wysokości widziałem, że na dole zaczyna się robić niezłe bagno. Mógłbym ugrząźć na dobre i jako, że jestem intruzem, prawdopodobnie nikt by mi nie pomógł. 
– Wiesz co... Możesz mnie zaprowadzić do Alfy? Już teraz. Ślicznie proszę – Wyszczerzyłem się do niej w szerokim uśmiechu. Uniosła jedną powiekę i popatrzyła bez zainteresowania.
– Musisz iść w górę ścieżki. Największa grota znajdująca się na samym końcu należy do Alf.
Coś mnie ścisnęło w środku.
– Nie pójdziesz ze mną?
– Nie chce mi się.
– Mogę spaść po drodze na jakimś bardziej śliskim kamieniu. I na kogo padnie wina? Prawdopodobnie na ciebie... – nie dokończyłem, bo mi przerwała:
– O ile odnajdą twoje ciało. Zawsze możesz wpaść do takiego błota na dole, że nikt cię nie odkopie. Ponadto nikt cię tu nie zna, ani nikt nie widział nas razem. Twój poślizg byłby wyłącznie twoją winą, nie moją. Jakiegoś obcego, plączącego się tu wilczka. W dodatku głupiutkiego.
Wypuściłem powietrze. No tak, to nie jest Miasto. Tutaj nie ma czegoś takiego jak bhp.
– No już, idź sobie. Nie chcę cię tutaj – mruknęła – Dajesz mi szansę na pozbycie się ciebie, a teraz sam dalej sterczysz jak kołek w środku mojej jaskini.
Pokręciłem głową i niechętnie wyszedłem na zewnątrz. Natychmiast zalała mnie lodowata fala wody. Nie było to szczególnie przyjemne, szczególnie zważywszy na to, że w jaskini było ciepło i nawet całkiem przytulnie. Spod zmrużonych powiek obejrzałem teren. Do góry, tak? Faktycznie prowadziła tam ścieżka, jednak piach był tak wymyty, że wiele kamieni niebezpiecznie wystawało ze ścieżki. Jeśli tylko nastąpię na nie nogą... Właśnie, nogą. Jako wilk byłem chyba nieco lżejszy. Przy odpowiednich staraniach powinno się udać.
Z tak pokrzepiającą myślą udałem się w drogę. Szło mi to dość opornie, bo łapy ślizgały mi się jeszcze bardziej, niż kiedy miałem zamiar dotrzeć do jaskini czarnej samicy. Nabyłem również chyba kilka zadrapań od tych stałych potknięć, ale nie mogłem się im nawet dobrze przyjrzeć. Wiedziałem tylko tyle, że diabelnie szczypały i mam sporą szansę na zakażenie z racji warstwy brudu. Błoto również lepiło się niemiłosiernie do futra. Deszcz może i nieco to wymywał, ale nieszczególnie mnie to cieszyło. Wraz z wiatrem sprawiał, że moja wspinaczka była jeszcze trudniejsza.
Niewiele brakowało, a bym przegapił jaskinię, która od razu wydała mi się największą spośród wszystkich mijanych. Wgramoliłem się na ostatni kamień i wszedłem do środka. Miałem ochotę się otrzepać, ale wolałem sobie oszczędzić wstydu. Tak naprawdę to jedyne o czym marzyłem to gorący prysznic i otarcie się ręcznikiem...
– Halo? – zapytałem, orientując się, że w środku było jakby pusto. W powietrzu unosił się aromat wilgoci... Był on jednak całkiem przyjemny.
Niespodziewanie zza jednej ze skalnych kolumn wyłoniła się niska wadera o brązowym futrze i wściekłym spojrzeniu, choć jej mina wyrażała tak naprawdę co najwyżej irytację.
– Słucham.
– Ja... Em... – jąkałem się. Kompletnie nie przemyślałem, o co chciałem pytać – Jeste... jest pani Alfą?
Skinęła głową. Patrzyła na mnie z lekką niecierpliwością.
– T-to świetnie... Jestem Joel Treunis, chciałbym dołączyć do pani stada.
Przyjrzała mi się uważnie od stóp do głów. Poczułem się jeszcze bardziej idiotycznie. Musiałem wyglądać okropnie. Aż strach było mi popatrzeć na moje łapy.
– Mów mi Suzanna – zaczęła odrobinę znudzonym tonem – Mogę cię przyjąć na okres próbny. W ten czas będziesz poddany obserwacji przez stałych członków stada. Za nawet drobne przewinienie możesz przestać być naszą rodziną. Zasady jakie tu obowiązują są raczej oczywiste, przypominają te z jakiejkolwiek innej watahy. Aktualnie niestety nie mogę ci przydzielić nikogo do oprowadzenia ze względu na panującą aktualnie pogodę... Póki co możesz zostać u nas i przeczekać deszcz. Jeśli nie masz na to chęci i uważasz, że poradzisz sobie sam, możesz się udać do najbliższej wolnej jaskini. Sądzę, że wszyscy mieszkańcy aktualnie już zajęli swoje schrony, więc łatwo się zorientujesz, gdzie możesz się zadomowić.
Słuchałem jej, kiwając głową ze zrozumieniem. Tak naprawdę to nie wiedziałem o co chodzi z tymi zasadami, a ruszać się stąd nieco bałem. Alfa zdawała się być tak samo oziębła jak wadera, którą spotkałem na początku. Nie wiedziałem, czy poczuję się tu dobrze. Najwyżej ulotnię się przy najbliższej okazji i będę się zmieniać w wilka gdzie indziej...
Niespodziewanie moje rozważania przerwał głos samca stojącego w cieniu jaskini, którego dotychczas nie zauważyłem:
– Wyglądasz na całkowicie zagubionego. Chodź, zaprowadzę cię – oznajmił i wstał z miejsca. Suzanna potaknęła mu głową i odprowadziła nas wzrokiem.
Okazało się, że droga w dół była równie problematyczna, co w górę. Zrobiłem sobie niezłą szramę na tylnej łapie. Kiedy to się stało, z trudem wstrzymałem przekleństwo. Musiałem się w końcu dobrze zachowywać. Czułem się jak nowy pracownik w jakimś wysoko postawionym zakładzie, który będzie obserwowany przez swoich przełożonych...
– Pomóc? – zapytał nieznajomy basior o ciemnym futrze. Zgrabnie przeskakiwał z kamienia na kamień. Kiedy mnie wyprzedził, dopiero z zaskoczeniem dostrzegłem, że miał skrzydła. Cóż to za dziwna odmiana... Wilko-ptak?
– N-nie... dam radę – stwierdziłem przez zaciśnięte zęby. Popatrzył na mnie jeszcze, czekając aż zrównamy kroku i dopiero wtedy podążaliśmy razem. Kiedy dotarliśmy do celu, przekazał mi to na ucho. Skręciłem w lewo i w ten sposób trafiłem do dość wąskiej jamy. Mimo to wyglądała całkiem obiecująco...
– Jak tu trafiłeś? – zapytał basior. Podejrzewałem, że również był dowódcą, skoro samica wspominała o parze Alf...
– Znalazła mnie taka czarna wadera... Nie była zbyt miła – stwierdziłem niepewnie – Najpierw posiedziałem w jej jaskini, a później odesłała mnie tutaj. To znaczy... Tam. Sam Alfa chyba rozumie – Popatrzyłem na niego z nadzieją w oczach. Ku mojemu zaskoczeniu pokiwał głową.
– Mieszka na tej samej ścianie Góry, w której się teraz znajdujemy?
– Em... Nie wiem... Chyba – odrzekłem zdezorientowany.
– Zielone oczy, naszyjnik, długi ogon? – dopytywał dalej. Po chwili namysłu skinąłem głową. Wyprostował się.
– To na pewno Yuki.
Ma na imię Yuki..., pomyślałem, czyli z jej pozostania anonimową nici. Uśmiechnąłem się do siebie. Sprawiało mi to dziwną satysfakcję.
– Sądzę, że możemy cię przydzielić do ekipy polowań. Kiedy tylko przestanie padać masz się stawić na Wrzosowej Łące. Tam macie zbiórkę. Przekażę reszcie o ile to możliwe o tym, że mają nową osobę do pomocy.
Pokiwałem głową. Ten basior zdawał się być jedynym wilkiem, który przejawia jakąś sympatię. Zrobiło mi się trochę lepiej. Może nie wszyscy są tacy źli? Jedynie jego przenikliwy wzrok był odrobinę przerażający. Zdawał się patrzeć mi w duszę... Jakby nie patrzeć podobny miała jego partnerka. Nieźle się dopasowali.
– Nie przedstawiłem się jeszcze. Mam na imię Hitam, jestem Alfą Watahy Czarnego Kruka – Uśmiechnął się blado.
– Czarnego Kruka...? A to nie jest czasem Stado Magicznych Wilków, czy coś? – zapytałem kompletnie zbity z tropu.
– Wataha Magicznych Wilków i Wataha Czarnego Kruka połączyły się w Watahę Magicznego Kruka. Jesteśmy teraz jednym stadem.
– Ach... – odpowiedziałem cicho, wpatrując się w niego w zdumieniu. Jednak stada wilków były nieco mniej prymitywne niż mi się początkowo zdawało... Aż mi było trochę głupio z tego powodu. Ponadto zastanawiała mnie geneza określenia magiczne. Czy oznaczało to wszystkie wilko-ptaki, wilki-czarowniki, wilkołaki i wilkołaki-czarodziejów? Miałem kompletny mętlik w głowie, a wstydziłem się zapytać. Musiałem przecież uchodzić za dobrego członka stada. Tylko tego im brakowało, by dołączył jakiś mało rozgarnięty wilczuś, który większość swojego życia spędził w Mieście. Może Yuki nie jest jedyną osobą, która się z tego naśmiewa...
– Mam wezwać lekarza? – zapytał w końcu Hitam. Dopiero wtedy zorientowałem się, że patrzył na moją krwawiącą łapę. Sam na nią zerknąłem. Skrzywiłem się aż. Spodziewałem się wiele, ale na pewno nie aż tak głębokiej rany. Jako człowiek będę miał rozoraną łydkę... Pewnie przydałyby się szwy.
– Ja... Nie wiem – popatrzyłem na niego z przerażeniem. Miałem nadzieję, że nie stosowali tu starych sposobów leczniczych, takich jak chociażby spuszczanie krwi... Choć nigdy niczego nie wiadomo. Hitam uniósł brew. Speszony postanowiłem się spróbować się jakoś wytłumaczyć: – Bo... Ja... Chciałbym jedynie bandaż, jak już.
– Mieszkałeś wcześniej w Mieście, prawda?
Zwiesiłem głowę i potaknąłem.
– To by wyjaśniało, dlaczego się nie otrzepałeś z wody. Nie potrafisz, prawda?
Ponownie potaknąłem. Chyba łatwo mnie przejrzeć... Dobrze, że nie było widać mojego świeżo wykwitłego rumieńca. Hitam westchnął cicho.
– No nic, zawsze możesz się tego po prostu nauczyć. Niektóre rzeczy przychodzą z czasem. Jeżeli chcesz, mogę ci objaśnić zasady jakimi rządzą się watahy.
Ochoczo na niego popatrzyłem i po raz trzeci pokiwałem głową. Basior rozpoczął swoją opowieść, a ja słuchałem, starając się zapamiętać jak najwięcej detali.
Nagle przerwał w pół zdania.
– Miałem przynieść bandaż. Poczekaj tutaj.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, a jego już nie było. Wrócił już po zaledwie kilku minutach, niosąc w pysku słoik z kawałkiem białego, zwiniętego materiału. Trzymał go tak, by nie zamoczyć go w deszczu. Trochę się bałem pierwszej pomocy w jego wykonaniu, ale ostatecznie nie było tak źle. Radził sobie w każdym razie lepiej niż ja.
– Dziękuję – powiedziałem na końcu. Nie odpowiedział jednak, a jedynie usadowił się na swoim poprzednim miejscu i kontynuował opowieść.
Po upływie jakiegoś czasu naszła mnie myśl, że nie mam pojęcia jak w takich warunkach dotrę do swojego ludzkiego domu, do pracy... Oraz kiedy i w jaki sposób spiszę swoją najnowszą piosenkę. Ta myśl napełniła mnie niepokojem. Chciałem zrobić to jak najprędzej i nie stracić źródła dochodu, ale nie miałem bladego pojęcia kiedy skończy się ulewa. Zanosiło się na prawdziwą powódź...

piątek, 17 sierpnia 2018

Od Asgrima "Powrót do młodości" cz. 5

Lipiec 2021r
– Jadłeś kiedyś naleśniki? Albo ciastka?
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Nie masz o czym rozmawiać? Spokojnie, jedzenie to zawsze świetny wybór!
- Ciastka tak, ale naleśniki to zagadka. Smacznie brzmiąca zagadka – oblizałem się na żarty – A ty?
- Dzisiaj zjem – wzruszyła ramionami.
- Ej? - postanowiłem zmienić temat. Tori podniosła na mnie zaciekawiony wzrok – Jaki jest twój sekret?
Oczy samicy otworzyły się szerzej, a na pysk wkradło się dziwny... Strach? Wstyd? A może jeszcze coś innego? Sam nie wiedziałem, jak to nazwać.
- C-co?
- No, że Yuki cię nie zabiła, gdy się tak na nią rzuciłaś – wyjaśniłem – Chociaż możesz mi powiedzieć coś i o tym drugim.
Posłałem jej zniewalający uśmiech, ale ona była na niego odporna. Niestety.
Wilczyca odetchnęła z ulgą i pokręciła energicznie pyskiem.
- Chyba podziękuję. Yuki mnie adoptowała, gdy byłam szczeniakiem. Jest dla mnie trochę jak matka.
- Och – wyrwało mi się w czystym zdumieniu.
Między nami zaległa cisza. Chciałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem, co takiego. Trawiłem jeszcze informację, którą przed chwilą mi podała. Niby było to logiczne, ale i tak się tego nie spodziewałem.
Tori patrzyła mi prosto w oczy. Czułem się bardzo dziwnie, gdy tak dokładnie się im przyglądała. Postanowiłem jednak nie odwracać wzroku, a zamiast tego odwzajemniłem spojrzenie.
Siedzieliśmy tak i patrzyliśmy się w sobie w oczy bez wyraźnego powodu. Wilczyca mówiła mi kiedyś, że lubi obserwować zmieniające się w nich barwy, a i dla mnie podobna obserwacja bywała przyjemna. Zwłaszcza gdy chodziło o jej jasnoniebieskie tęczówki.
- Przypomniałeś coś sobie? - usłyszałem nagle cichy, trochę niepewny głos. Zamrugałem oczami, zdezorientowany.
- Co?
- Noo... - Tori odwróciła wzrok i dotknęła łapą swojego łba – Czegoś o sobie, dzieciństwie przeszłości... Sam wiesz.
- Nie. Tylko to, co ci mówiłem.
- Szkoda – westchnęła.
- Szkoda, szkoda – powtórzyłem po niej.
Chciałem odzyskać pamięć, ale to był tak skomplikowany proces i tak długi... Wspomnienia wracały stopniowo i dość chronologicznie, a przynajmniej na to wyglądało. Aktualnie zatrzymałem się na czasach, gdy wraz z Tori rozpoczęliśmy naukę liter i liczb, ale choć widziałem oczami wyobraźni ten mozolny proces, nic z tego nie miało teraz dla mnie dużego sensu...
Wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się krzywo. Tori nie wydawała się zbyt przekonana moim zagraniem, ale nie ciągnęła tematu. Pewnie wyczuwała jakieś fale mojego nastroju czy coś i postanowiła go nie pogarszać. Nie wiedziałem, czy powinienem jej za to dziękować, czy nie. Po chwili postanowiłem zmienić temat i rzuciłem jakąś uwagę o świetlikach i już po chwili gadaliśmy jak najęci o nieco dziwnych i bardzo niezobowiązujących rzeczach.
W pewnej chwili podeszła do nas Yuki, a w pysku trzymała drewniany talerz z ciasteczkami w kształcie odcisków wilczych łap. Wyglądały one przeuroczo i bardzo pysznie. Podziwiałem Karou i Soharę za stworzenie czegoś takiego. Ja nie potrafiłbym zrobić nic tak pięknego – i pewnie smacznego – nawet z pomocą najlepszych składników, dobrego przepisu i ludzkich rąk.
- Nie patrz tak na nie. Czują się niepewnie – Tori zmierzyła mnie groźnym stworzeniem, a ja zmarszczyłem brwi.
- Kto?
- Ciastka – powiedziała jak gdyby nigdy nic. Wytrzeszczyłem na nią oczy, nie ogarniając do końca, o czym mówi.
- Co?
- Moje dzieci.
- Co?!
Wilczyca wymieniła zbiór imion, które rozpoczynały się od tej samej głoski. Z każdym kolejnym wskazywała na jedno z ciastek, a ja patrzyłem na nią jak na idiotkę.
- Tori... Dobrze się czujesz?
- Tak. Czemu miałabym się czuć źle?
- Nieważne... - pokręciłem łbem z niedowierzaniem, domyślając się w końcu, że to chyba miał być jakiś nieudany żart – Czyli to są twoje dzieci...?
Wilczyca kiwnęła energicznie głową. W tym samym czasie zbliżyła się do nas Yuki z drugim talerzem, który postawiła na stole przede mną. Podziękowałem krótko i gdy się oddaliła, wróciłem do tematu.
- To są twoje dzieci, które masz zamiar zjeść?
- Tak – powiedziała wilczyca, by po chwili się zreflektować - Co? Czekaj! To jednak nie są moje dzieci.
- Wyrzekasz się ich? Porzucasz je? Będą za tobą tęsknić!
Torance podniosła do góry łapy w geście poddania się.
- Będziesz okropną matką.
- Dzięki – mruknęła – A ty okropnym ojcem. Jestem tego pewna.
Uniosłem brew.
- Mówisz?
- Ja to wiem – powiedziała, jednak jej głos nie brzmiał tak pewnie, jak by sobie tego życzyła. By to zamaskować, ponownie się odezwała - Może lepiej zabierzmy się do jedzenia, co?
W odpowiedzi podniosłem jeszcze wyżej brew i parsknąłem śmiechem. Gdy się uspokoiłem, rzuciłem do mojej towarzyszki krótkie „Smacznego” i zacząłem jeść.
Och, jedzenie... Jakie to było pyszne! Konfitura była słodka i pachniała malinami, co współgrało wręcz idealnie ze smażonym ciastem. Ciężko jadło się jako wilk, ale smak, który odczuwałem w tej postaci o wiele intensywniej, mi to wynagradzał.
Gdy nasze talerze stały się puste, postanowiliśmy je odnieść do kuchni, za co podziękowała nam jedna z kucharek, która była w postaci człowieka. Niestety, nie wiedziałem, czy była to Sohara, czy Karou, bo nadal ciężko było mi się zorientować, gdy były w tej formie. Niby nie było to trudne, ale miałem z tym czasem problemy. Zwłaszcza kiedy było ciemno.
- Mam nadzieję, że pomożesz mi później wszystko uprzątnąć – powiedziała na pożegnanie Yuki, a ja miałem dziwne wrażenie, że to nie podpisywało się nawet pod aluzję prośby. Prędzej pod rozkaz...
- Jasne – mruknąłem i przewróciłem oczami, gdy czarna samica się odwróciła. Nie umknęło to jednak mojej towarzyszce, która szturchnęła mnie z rozbawieniem. Odwzajemniłem się jej z szerokim uśmiechem na pysku, a że nie potrafimy się zachować... Już po chwili przepychaliśmy się ze śmiechem, a Yuki patrzyła na nas z irytacją i lekkim pobłażaniem.
- Wspominałaś coś o byciu dojrzałą? - zmierzyła Tori zimnym spojrzeniem. Wilczyca w odpowiedzi jedynie prychnęła i pożegnawszy się krótko z kelnerką, ruszyła w stronę lasu.
- Wrócę – obiecałem i pobiegłem za przyjaciółką. Samica poruszała się bardzo szybko, więc gdy udało mi się z nią zrównać, byliśmy już na Wrzosowej Łące.
- A co to za romanse z moją adopcyjną matką? - spytała z udawaną powagą.
- Żadne. Próbowałem cię dogonić, kiedy tak uciekałaś – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
- Jasne, jasne... Bo ci jeszcze uwierzę.
- No tak. Jestem cały twój – zbliżyłem się do wilczycy i zatrzymawszy ją, opatuliłem jej grzbiet jedną łapą.
- Może być, ale ja nie jestem twoja – strąciła moją łapę.
- Niech zgadnę: I nigdy nie będziesz? - przerwałem jej w pół słowa.
- Dokładnie! - zawołała i roześmiała się. Postanowiłem zrobić to samo, ale nie było mi do śmiechu. Bardziej miałem ochotę zawyć ze smutkiem.
- Niestety – mruknąłem cicho. Wilczyca zwróciła pysk w moją stronę i zmierzyła mnie dziwnym spojrzeniem.
- Coś mówiłeś?
- Nie – powiedziałem stanowczo, starając się, żeby nie wyczuła kłamstwa.
Jeśli jednak je wyczuła, nie skomentowała tego, a jedynie zmieniła temat. Pokonaliśmy resztę drogi do jej jaskini w wesołych nastrojach i dyskutując o głupotach.
- Chwila... Co my tutaj robimy? Twoja jaskinia jest tam – powiedziała w pewnym momencie wilczyca, wskazując przy tym w całkiem inną stronę.
- A no racja, ale jeśli jeszcze się nie domyśliłaś, odprowadzam cię do domu.
- Po co? Wiem, gdzie mieszkam.
- Bo tak.
- Nie masz lepszych argumentów?
- Nie.
Wilczyca prychnęła i przewróciła oczami, jednak nie wykłócała się dłużej. Na moje szczęście.

- To ja już będę iść – powiedziała Tori, gdy posiedzieliśmy sobie nieopodal jej jaskini. Wcześniej rozmawialiśmy jeszcze trochę, bo ani jej nie spieszyło się do środka, ani mi do sprzątania w restauracji.
- Spoko. To cześć – powiedziałem i już miałem się odwrócić, gdy Tori rzuciła się na mnie i przytuliła mocno. Trochę zaskoczony, odwzajemniłem uścisk – Hej, spokojnie.
Samica nie odpowiedziała, a zamiast tego delikatnie mnie polizała w pysk. Następnie odskoczyła i pobiegła do jaskini, wołając krótkie „hej”. A ja stałem totalnie oniemiały, próbując zrozumieć, co takiego się właśnie wydarzyło.
Czułem, jak łapy niosą mnie wprost do jej jaskini. Musiałem zapytać, wyjaśnić i zrozumieć. Po prostu musiałem. Nie wiedziałem, czy sobie to uroiłem, czy ona naprawdę... Nie, to było niemożliwe. Może miałem jakieś halucynacje?
- Idiotka! Jesteś cholerną idiotką! - usłyszałem krzyk, gdy zbliżyłem się do groty. Słowa samicy wywołały u mnie jeszcze większy rozstrój. Co się stało i co teraz się działo?
- Tori? - odezwałem się cicho, wchodząc do jaskini.
- Daruj sobie. To był błąd i więcej się nie powtórzy – syknęła w moją stronę wadera. Stała odwrócona, tak że nie widziałem jej pyska. Jednak jej drżący głos mi wystarczał. Ba, moim zdaniem to i tak było zbyt wiele.
- Co? Co było błędem?
Torance odwróciła się. Z jej jasnoniebieskich oczu płynęły łzy, a na pysku widniała cała gama emocji.
- To wszystko – wykonała kółko łapą.
- Nie rozumiem...
- Czego nie rozumiesz?! Przecież to jest proste i oczywiste! - krzyczała ruda, a ja nadal nie rozumiałem, co miała na myśli. Ba, dopiero zaczęło do mnie docierać, że może nie miałem halucynacji. Ale tylko może – Podobasz mi się, kretynie. A teraz wszystko zniszczyłam. Przyjaźń, relacje... Wszystko.
- C-co?!
Moje wnętrzności postanowiły chyba sobie poskakać i w tym momencie czułem się, jakbym miał za chwilę zwymiotować. Och, cóż za romantyzm! Normalnie godny szczeniaka, jak który się właśnie czułem.
- Przestań. Czuję twoje zmieszanie bardzo wyraźnie. Najlepiej będzie, jeśli sobie pójdziesz. To koniec przyjaźni. Zniszczyłam ją.
- C-co?! Nie! - wilczyca zmierzyła mnie zszokowanym spojrzeniem – Zaczynam wątpić w twoje zdolności. Naprawdę czujesz tylko to?
Tori przyjrzała mi się dokładnie.
- Przepraszam, ale chyba jestem zbyt roztrzęsiona, by używać magii. Możesz mnie zostawić w spokoju? Dziękuję.
- Nie mogę.
- Czemu?
- Bo jestem twój – oczy mojej przyjaciółki otworzyły się szerzej, a na mój pysk wkradł się uśmiech – Wiem, że jestem przystojny i mnie kochasz, ale... W tym momencie czuję się aż niezręcznie.
- Idiota – mruknęła samica i wykonała kilka skoków. Następnie wtuliła się w moją sierść.
- Też cię kocham – odwzajemniłem uścisk.
Staliśmy tak, opatulając się łapami. Oboje ciesząc się tą chwilą. Trochę zszokowani, ale szczęśliwi. Po tylu latach znajomości w końcu wyszły na jaw ten mały szczegół.
- Czyli jesteś moim partnerem? - odezwała się w pewnej chwili Tori, nadal wtulona we mnie.
- Tak, a ty jesteś moja. Na zawsze – powiedziałem, nawiązując do naszej wcześniejszej rozmowy. Tor roześmiała się cicho i przytuliła mocniej.
Byłem cholernie szczęśliwy, a jednak łeb pulsował delikatnym bólem, charakterystycznym do powrotu wspomnień. Czułem, że od tego wieczoru, będę szybciej sobie przypominał wszystko, co dotyczyło mojej przyja... Partnerki. A że była nieopodal przez większą część mojego życia... To jest całkiem inna historia.
Tak samo jak inną historią jest to, że Młoda już nigdy się ode mnie nie uwolni...

Uwagi: Brak.