Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 12 sierpnia 2018

Od Magnusa "Festyn i organizacje" cz. 4 (C.D. Chętny technik)

Marzec 2021r.
Gdy ostatnia deska znalazła się na swoim miejscu, z westchnieniem usiadłem na ziemi. Joel przeciągnął się i ziewnął cicho, również dając sobie chwilę na odpoczynek. Przymknąłem oczy i wyrównałem oddech, starając przypomnieć sobie ćwiczenia oddechowe, zalecane jeszcze w szpitalu.
Ból był prawie autentyczny, gdy tylko wspomniałem to dziwne miejsce, w którym mój świat zniknął, zastąpiony innym, nieznanym. Skrzywiłem się, mimowolnie wracając myślami do tamtego feralnego dnia. Obrazy i urywki zdań przewijały się w mojej pamięci, mieszając się z krzykiem kobiety. Chciała się do mnie dostać? Jeśli rzeczywiście tak było, to co mogło nią kierować? Nienawiść, smutek, tęsknota? Ale czy warto zawracać sobie tym głowę?
Wspomnienie rozpłynęło się.
Dostrzegłem zbliżającą się Lind. Wadera w zabawny sposób zmarszczyła nos i zwróciła łeb w kierunku, o ile się nie mylę, Wrzosowej Łąki. Joel przemienił się w wilka i od razu do niej podszedł, zdając relację ze stanu budowy. Obejrzałem się za siebie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi.
– Jest i Dan! – usłyszałem głos muzyka, podchodząc do współpracowników. Współpracowników? Co takiego?
Rzeczywiście, błękitny basior zbliżał się do nas niemal tanecznym, acz mniej energicznym niż poprzednio, krokiem.
– Jak widzę, a raczej czuję, grupa polowań wywiązała się ze swoich obowiązków – Dante wciągnął powietrze przez nos i zamruczał z lubością, tym samym doprowadzając Lind do śmiechu.
Technicy ruszyli w stronę polany w pobliżu Wrzosowej Łąki, która na czas trwania festynu miała stanowić miejsce w którym gromadzone będą łupy grup polowań. Zmieniłem formę na wilczą i poszedłem za nimi.
***
Podczas posiłku niemal całkowicie wyłączyłem się z rozmowy, błądząc myślami po szarym świecie ludzi z Miasta. Zdawać się może, zupełne przeciwieństwo barwnej krainy za sztachetowymi ogrodzeniami białych domków na przedmieściach i murami drzew, stojących na straży tego miejsca. Żyję w tym różowym świecie jakby na siłę, raz za razem poznając jego to jaskrawszą, to bardziej krwawą stronę, napełniającą mnie podziwem albo strachem. Strachem przed nieznanym.
Gdy dyskusja zeszła na tematy bardziej zbliżone do festynu, a z sarny nam przeznaczonej zostały tylko kości, oddaliliśmy się kawałek, by zrobić miejsce dla innych. Nadstawiłem uszu.
– Właśnie, Dante, co z tymi ławkami? – spytała Lind.
– Długo nad tym myślałem, ale jedyne co przyszło mi do głowy, to ścięcie kolejnych drzewek. – błękitny basior potrząsnął łbem – Obróbką już się zająłem, czekają na transport.
Nikt nie pytał, dlaczego nie przeniósł ich sam, tak jak to zrobił z dębem przeznaczonym na deski. Wyglądał na zmęczonego pracą, co razem z ubrudzonym po jedzeniu pyskiem dawało dość osobliwy efekt. Mimo to, zachowywał optymistyczne podejście.
– Jutro już powinny być elementy oświetlenia – powiedział Joel, przystając.
– Trzeba będzie dokupić też zastawę – dodała wadera.
– Ławki, zastawa i lampy – zaczął wyliczać Dante – Coś jeszcze?
– Nie zapominaj o wyposażeniu kuchni – muzyk machnął ogonem.
– Alfy wspominały też o ewentualnym zakupie palnika – wtrąciłem.
– Czyli szykuje się większa wycieczka do Miasta... Trzeba by to wszystko rozplanować.
Ku niezadowoleniu fanatyka broni palnej, zajęliśmy się sprawą od razu. Ustaliliśmy, że Lind i Joel rozpoczną prace nad instalacją "lamp", a w tym czasie ja i Dante wybierzemy się po resztę zaopatrzenia. Następnie wspólnymi siłami mamy przetransportować ławeczki pod Amfiteatr. W międzyczasie miał do nas dołączyć też niejaki Asgrim, wilk, którego napotkałem w Górach. Nie mogłem powiedzieć, że jestem tym zachwycony. Basior wydawał mi się niepoważny, niemal dziecinny, dodatkowo odnosiłem wrażenie, że za mną nie przepada. Trudno mi powiedzieć czy z wzajemnością, ale zdecydowanie nie zaczęliśmy najlepiej.
Wkrótce się rozeszliśmy. Byłem co prawda zmęczony, ale nie miałem najmniejszej ochoty na odpoczynek. Po wizycie nad Wodospadem, udałem się do swojej jaskini.
Mając już przekroczyć "próg" swojego lokum, spojrzałem jeszcze w stronę zachodzącego słońca. Złociste promienie zabarwiły pierzaste chmury na miły dla oka, delikatny odcień różu. Pomarańczowe niebo powoli wygasało, ciągnąc za sobą usiany bladymi jeszcze gwiazdami, ciemny płaszcz. Szum wiatru, obijającego się o skały, powoli cichł, pozostawiając po sobie tylko mgliste wspomnienie.
Nie ruszyłem się z miejsca do momentu, w którym po ognistej kuli została tylko smuga na horyzoncie. Opuściłem wzrok i mrugnąłem kilka razy, by wyostrzyć obraz przed sobą. Moim oczom ukazała się flanca jarzębiny, wysoka na około pół metra. Roślina wypuściła już pierwsze liście.
Jak drzewo jej pokroju zdołało przyjąć się w takim miejscu, pozostaje dla mnie zagadką.

<Chętny?>

Uwagi: Brak.

sobota, 11 sierpnia 2018

Od Cess "Poranne wróble" cz. 1 (C.D. Valkoinen)

Lipiec 2021
Obudziłam się nagle, zdyszana i oszołomiona. Dudniło mi w uszach, a ja nadal się trzęsłam. Znów śniło mi się, że byłam w środku, tam razem z nimi, że to był już mój koniec. Walające się na mnie odłamy grubych ścian ruin jakiegoś zamku, czy innego budynku. Gdy jeden leciał prosto na mnie wybudziłam się, przez uczucie porównywalne do spadania. Niewiele trzeba, aby oszaleć. Bardzo niewiele.
Było mi niezbyt wygodnie, nawet nie pamiętałam, w jakim miejscu jestem. Podniosłam się ostrożnie, starając ustabilizować swój wariujący błędnik. Coś uwierało mnie w tylną łapę. Był to bandaż, brudny i niezmiernie niewygodny. Na zewnątrz było jeszcze ciemno i od wyjścia ciągnął przyjemny chłód. Od dwóch miesięcy tylko siedzę w tej jaskini i właściwie wyszłam tylko cztery razy, do spiżarni i nigdzie dalej. Wodę pozyskuje z deszczówki, która zatrzymuje się w wgłębieniu w skale, dość dużym i bardzo poręcznym. Przyjęta zostałam na niejaki okres próbny, cokolwiek to znaczy. Powinnam zacząć cokolwiek robić, bo mnie wywalą... Zdjęłam opatrunek z nogi i rzuciłam go w kąt jaskini. Nie chciałam go nosić, ponieważ już go nie potrzebuję. Przeszłam się w tą i z powrotem, poskakałam chwilę, porozciągałam się i nic mi nie jest! Przydałoby się trochę popływać. Nic przecież nie stało mi na przeszkodzie, aby ruszyć teraz w kierunku wodospadu. Chwilę jednak zawahałam się. Niby znałam drogę, ale podróż nocą wydawała się niebyt rozsądna. Postanowiłam więc poczekać do świtu. Położyłam się przy wyjściu, oddychając głęboko zamknęłam oczy. Odleciałam...
Słońce powoli wstawało i robiło się coraz jaśniej. Mlasnęłam głośno, starając się otworzyć oczy. Wygrzebałam się z jaskini i doczłapałam się do zejścia. Ruszyłam w stronę wodospadu, aby zamoczyć się w cudownej, chłodnej wodzie i w końcu popływać. Trzeba się kiedyś umyć... Niestety po tych dwóch miesiącach spędzonych w jaskini nie można pachnieć fiołkami. Wpakowałam swoje małe ciało do wody. Uśmiech zagościł na moim pysku podczas pływania. Wspaniałe uczucie. Zaczęłam podśpiewywać pod nosem. Położyłam się na plecach na wodzie i oglądałam kątem oka wschód słońca. Ptaki świergotały przyjemnie i dawały mi prywatny koncert. Nade mną przeleciał wróbel.
- Dzień dobry panu! - Zaśmiałam się, kierując te słowa do ptaka.
- Że jaki tam od razu pan? Aż tak stary nie jestem... - Powiedział niezadowolony, męski głos. Przez chwilę mnie wmurowało, ponieważ myślałam, że odpowiedział mi wróbel. Zdezorientowana, chciałam odepchnąć się i wstać, ale zapomniałam, że dryfuję na wodzie. Więc w ten sposób mało efektownie wpadłam do wody. Wynurzyłam się i w panice rozejrzałam. Na ścieżce stał śnieżnobiały basior, który wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem. Zaczął podchodzić powoli, a ja odruchowo cofnęłam się dalej w wodę. Przy okazji zafundowałam (przez przypadek) poranny prysznic wilkowi.
- Nie, no spoko. - Burknął, otrzepując się po chwili z wody. Zanurzyłam się do oczu, tak aby móc dokładnie widzieć ruchy basiora. - Może chociaż przeprosisz? - Uniósł jedną brew, nadal się na mnie gapiąc.
- Przepraszam... - Powiedziałam z pyskiem pod wodą, zapominając o tym. Jedyne co mógł zrozumieć to coś w stylu "burblugur" przy akompaniamencie bąbelków powietrza. Wynurzyłam się więc do szyi i mruknęłam niepewnie. - Przepraszam.
Nastała niezręczna cisza, a wraz z tą ciszą ptaki przestały śpiewać. No właśnie, ptaki!
- Ja to do wróbla mówiłam. - Powiedziałam, podpływając trochę do brzegu. - Nie zauważyłam cię.
- No wiesz, trudno mnie nie zauważyć. - Przewrócił oczyma, a ja położyłam uszy wzdłuż głowy. - Masz rogi? - Zdziwił się, a mnie miał już szlag trafić. Opanowałam jednak swoje emocje przyglądając się mu uważnie. Odważyłam się nawet wyjść z wody. Okrążyłam go i mogłam już stwierdzić, że jest albinosem. - Ale fajny! - Powiedział nagle strasząc mnie, odskoczyłam w tył i wpadłam w krzaki. "Niezdara..." pomyślałam, leżąc na plecach wśród zieleni. - Ale masz długi ogon! I co to jest? Płetwa? - Spojrzał na niego, a ja uniosłam mój ogon lekko do góry, dając sygnał, aby się nie zbliżał. - Jesteś nowa? Pierwszy raz ciebie tutaj widzę.
- Nie, nie jestem nowa. Jestem tu dwa miesiące... - Po tych słowach dopiero zrozumiałam, że przecież ja tutaj prawie nikogo nie znam. Siedziałam sama, bez kontaktu z nikim, w jaskini. Po chwili zastanowienia odrzekłam. - Jestem Cess, a ty? - Wygramoliłam się z krzaków, zmuszając się na miły uśmiech.
- Valkoinen, miło mi! - Skinął lekko łbem. - Widzę, że ty też lubisz pływać.

<Valkoinen?>

Uwagi: Stawiasz zbyt wiele przecinków. Zapomniałaś dopisać imię Valkoinena na końcu opowiadania, by je dokończył.

piątek, 10 sierpnia 2018

Od Leah "Wędrowiec" cz. 1

Kwiecień 2021 r.
Wzięcie udział w loterii okazało się strzałem w dziesiątkę. Karnet, czy jak to cudo się nazywało, otwierał mi możliwość dłuższego zabawienia w restauracji, a także baru, co było dość ciekawą opcją. Tak jak przypuszczałam, Arkan odrzucił moją propozycję udania się tam, czy gdziekolwiek indziej, jeśli ma mieć to związek z "tą idiotyczną imprezą". Podejrzewam, że ponownie spotkam go za jakiś tydzień.
Dodatkową motywacją, jeśli można tak to nazwać, był fakt, że mniej więcej o tej porze roku obchodzę urodziny. Osobiście uważam ludzki zwyczaj ich hucznego obchodzenia za całkiem zabawny, stwierdziłam jednak, że podobna okazja szybko się nie trafi i można by, chociażby dla śmiechu, uczcić tę rocznicę.
Po zakończeniu pracy w roli sprzedawcy i krótkiej wizycie w swojej jaskini, ponownie ruszyłam - w ludzkiej postaci - na teren bezpośrednio zajmowany przez festyn. W dłoni ściskałam świstek papieru, na którym zostało zapisane potwierdzenie mojej wygranej. Biegłam truchtem, w rytm jednej z ludzkich piosenek, ostatnio zasłyszanych w radiu podczas pracy. Swoją drogą, ciągle używam określenia "ludzki". Ludzkie piosenki, ludzka praca, ludzkie mieszkanie... Są wilkołaki utożsamiające się z tą rasą bardziej niż z wilkami, kilka takich nawet jest w watasze. Karou i Aurelliah, czy chociażby tych dwóch nowych, przybyłych jeszcze jesienią... Ciekawe jak to jest...
Będąc już w pobliżu restauracji, usłyszałam żywe rozmowy. Wśród traw zaznaczało się kilka mniej lub bardziej wyraźnych, wydeptanych ścieżek, zapach smażonego mięsa i kawy wyraźnie odcinał się na tle wilgotnego, wiosennego powietrza. Pośród drzew, na pokaźnych rozmiarów polance, dojrzałam niewielkie zabudowania.
Usiadłam przy pierwszym lepszym stoliku. Przyjrzałam się kwiatom w wazonie, stojącym na samym jego środku. Rozpoznałam ranniki zimowe i krokusy, obok których umieszczono kilka nieznanych mi roślin o gęstym, groniastym kwiatostanie, w miłej dla oka, szafirowej barwie. Pociągnęłam nosem, lekko zbliżając twarz do kwiatów. Ten ludzki węch jest taki niepraktyczny...
- Co podać? - usłyszałam.
Zaskoczona odwróciłam głowę od wazonu i spojrzałam na, jak się okazało, Yuki, patrzącą na mnie obojętnym, nieco zmęczonym wzrokiem. Dostrzegłam menu po swojej lewej, przekartkowałam je, uśmiechając się przepraszająco do wadery.
- Poproszę sałatkę... - jeszcze raz spojrzałam na książeczkę - z owoców leśnych.
Yuki niemal niezauważalnie kiwnęła głową i podeszła do kolejnego klienta. W oczekiwaniu na jej powrót, rozejrzałam się. Oprócz mnie przy stolikach wykonanych z pniaków drzew, siedziało kilkoro wilków, także z Watahy Czarnego Kruka, niektórzy w formie ludzkiej, większość jako wilki. Rozpoznałam tylko kilka twarzy bądź pysków, w tym Hitama. Skrzydlaty basior oddalał się właśnie w kierunku Amfiteatru.
Po jakimś czasie Yuki wróciła z niemal pustą tacką, na której stała już tylko moja sałatka i leczo z warzyw i mięsa. Wilczyca postawiła przede mną drewnianą miseczkę.
- Należą się cztery srebrne gwiazdki - powiedziała głosem równie znudzonym co jej spojrzenie.
- Mam to - sięgnęłam po karteczkę i położyłam ją przed waderą.
Wystarczyło jej kilka sekund na zaznajomienie się z treścią. Kiwnęła głową, poszperała w trzymanej przy boku, podniszczonej torbie i wyjęła z niej długopis. Coś zapisała na kartce, po czym schowała pióro, podniosła tackę i oddaliła się.
Sałatka składała się na malin, poziomek i borówek. Po ich nieco przygaszonym smaku wywnioskowałam, że prawdopodobnie zostały sprowadzone z Miasta, do którego importowano je z jeszcze innego miejsca. Klimat zapewne podobny do tutejszego... Ciekawe jak tam jest.
Po skończonym posiłku wybrałam się na polowanie, bardziej w celach rozrywkowych niż dla zaspokojenia głodu. Napewno znajdzie się ktoś chętny na świeżą zdobycz. Za cel obrałam niewielkie stado zajęcy, nieźle przetrzepione przez grupę polowań. Zanim udało mi się wytropić gryzonie, zdążył zapaść zmrok. Musiałam minąć Jezioro, bo przez pewien czas słyszałam rechot żab. Monotonne cykanie świerszczy zlewało się z ciszą, jakby każąc o sobie stopniowo zapominać. Gdzieś w oddali, od strony Miasta, rozbrzmiało żałosne wycie.
W końcu moim oczom ukazały się zające. Szaraki leniwie przeżuwały młode pędy rośliny, której zapachu nie rozpoznałam. Lekko stawiając łapy, zbliżałam się do niczego nie podejrzewających stworzeń na odległość pięciu wilków. Z mojego gardła dobyło się warczenie, którego nawet nie próbowałam powstrzymywać. Nie miały szans.
Gryzonie wystrzeliły z miejsc, kniaziąc zawzięcie. Rzuciłam się pogoń, pozwalając spiętym mięśniom wyciągnąć się do coraz to szybszego biegu. Wiatr huczał mi w uszach, ziemia znikała spod łap w takim pędzie, że przez chwilę myślałam, że lecę. Na mój pysk wkradł się uśmiech.
Dopadłam jedno ze zwierząt i zatopiłam kły w jego karku. Poczułam na języku metaliczny posmak krwi, dosłyszałam trzask. Gryzoń pisnął po raz ostatni i zamilkł.
Zaśmiałam się. Brakowało mi tego.
***
W ciągu następnej godziny schwytałam jeszcze trzy szaraki. Niosąc w pysku ostatniego z nich do miejsca, w którym schowałam pozostałe, wyczułam w pobliżu woń dymu i bliżej nieokreślony, świeży zapach, oba charakterystyczne dla mojego towarzysza. Przystanęłam na chwilę. Delikatnie odłożyłam swój łup na ziemię i powęszyłam jeszcze chwilę. Ponownie złapałam martwego zająca za kark i ruszyłam za tropem towarzysza.
Tak jak podejrzewałam, siedział na ziemi, patrząc na niezbyt starannie ukryte pod warstwą starej ściółki kocice*. Ogon owinął wokół łap, a skrzydłami zapewnił sobie podporę. Nie odwrócił wzroku, ale wiedziałam, że mnie usłyszał. Jakoś specjalnie nie zależało mi na zaskoczeniu go, a znając życie i tak natrafiłabym na jakąś doskonale znaną z książek, zagubioną gałązkę.
- Śpieszyło ci się? - parsknął.
- Można tak powiedzieć - przewróciłam oczami - Co tu robisz?
- Siedzę.
- Może konkretniej?
- Czekam na ciebie.
- Doczekałeś się. Co dalej? - z trudem powstrzymałam śmiech.
- Ty mi to powiedz.
Rozłożył skrzydła i wstał, jakby szykując się do odlotu. Zastygł bez ruchu, nasłuchując. Wrócił na ziemię i zaczął węszyć.
- O co chodzi?
- Słyszysz? Coś się tam nieźle obija. - kiwnął głową, wskazując kierunek.
Zastrzygłam uszami. Rzeczywiście, coś, a raczej ktoś, względnie niedaleko od nas głośno warczał i pokrzykiwał. Rozróżniłam głosy dwóch obcych.
- Wilki? - mimowolnie się zjeżyłam.
- Wilkołaki. Albo magiczne. - ostrożnie ruszył w kierunku, z którego dochodziły dźwięki.
- A jest jakaś...?
- Cicho... - przerwał mi, znikając w ciemności.
- Nie! Stój!
Arkan tylko machnął ogonem, powoli zbliżając się do źródła harmidru. Chwilę się wahałam, było pewne, że jeśli zbliżę się za bardzo, zobaczą mnie. Truchtem ruszyłam za towarzyszem, nie przejmując się hałasem. Zdenerwuje się i zawróci. Na pewno.
Gdy go dogoniłam, za wielkim krzewem głogu buchnął płomień, oświetlając skąpaną w blasku księżyca polanę. Odskoczyłam, zduszając narastający w gardle okrzyk.
- To nie ja - mruknął półgłosem mój towarzysz, trochę z tyłu. Odskoczył? Zdążyłam się już zaznajomić z jego irytująco cichym sposobem poruszania, kompletnie nieadekwatnym do jego wielkości, więc wiedziałam, że byłby do tego zdolny. Ale czy mógł wystraszyć ognia? I skąd, do diaska, ten ogień?
Warczenie nieznanego wilka przerodziło się w ryk. Z nieznanych mi powodów, zakręciło mi się w głowie, a przed oczami pojawiły się mroczki. Ledwie trzymając się na łapach, wyjrzałam przez przerwę między gałęziami krzaku.
Na polanie, gdzieniegdzie usianej pięknym, szafirowym kwieciem, stały dwa wilki. Jeden o smolistym futrze, zgarbiony, z gardłowym warkotem obserwujący przeciwnika. Drugi, rdzawy, stojący w płomieniach.
<C.D.N.>

*Kocica - gwara myśliwska; samica zająca

Uwagi: Brak.

czwartek, 9 sierpnia 2018

Od Valkoinen "Karaluch"

Wrzesień 2021
Od godziny nie mogłem normalnie ustać na łapach. Krążyłem w jedną i drugą, na zmianę przebierając kończynami. Zazwyczaj byłem bardzo cierpliwy. Dzisiaj też dawało mi się to we znaki, no powiedzmy. Nie mogłem doczekać się mojego pierwszego polowania na tej watasze. Cały ten czas do dzisiejszego dnia piekielnie mi się dłużył. Na zmianę na mój pysk wchodził szczęśliwy wyraz twarzy wraz z przestraszonym. Taki niezmiernie cierpliwy byłem przez naprawdę długi czas.
Wczoraj dowiedziałem się, że nareszcie będę mógł polować. Oczy mi się zaświeciły ze szczęścia i pysk stał się dumnie uśmiechnięty. Oczywiście wykonuję funkcję zabijającego. Dam głowę, że do innej kompletnie bym się nie nadał. Trzeba być szybkim i bardzo zwinnym, czego mi z pewnością brakuje. Jednak siły potrzebnej akurat do tego stanowiska mam wystarczająco. Jednak czy ja wiem, czy inteligencji wystarczająco.
Byłem już w trakcie drogi do Zielonego Lasu, to właśnie tam odbywały się wszystkie polowania. Rozpierało mnie przeogromne szczęście, że trafiłem właśnie do grupy polowań wieczornych. Okropnie nie mogę zasnąć w nocy, więc jakiś wysiłek przed snem powinien wyjść mi na dobre. Przynajmniej chociaż trochę się zmęczę.
Przez większość czasu, jakiego tu spędziłem, nie robiłem za dużo. Rano i wieczorem trenowałem, po południu zazwyczaj błąkałem się po terenach watahy. Nie miałem za dużo do zrobienia, każdy dzień był tak samo dłużący i monotonny. Czasem zdarzyło mi się pójść na festyn i oczywiście codzienne występy w amfiteatrze. Jednak to wszystko zaczęło robić się nudną codziennością, od której czasem trzeba się wyrwać.
Dotarłem już do miejsca, w którym miały odbywać się polowania. Położyłem się na ziemi i wyczekiwałem pozostałych wilków. Przyszedłem na pewno za szybko. Nie musiałem znać się nawet na godzinach. Zerknąłem okiem na okolicę. Było tu całkiem przyjaźnie, jednak wcześniej nie przykułem zbyt dużej uwagi do tego miejsca. Teraz wszystkie tereny były okropnie przesuszone. Dziwiłem się, jak to jeszcze tutaj rośnie. Dobrze, że nadchodzi jesień. Wszystko, mimo że zacznie brązowieć, to jednak nie będzie sprawiało takiego wrażenia jak teraz.
Na miejsce zdążyła już przyjść czarna wadera. Nie wiedziałem jeszcze kim była, ale kilkukrotnie ją widziałem. Była jak cień. Gdyby nie żółte znaki na sierści, z pewnością nigdy bym nie zwrócił na nią uwagi. Mogłem się założyć, że jej szczupła sylwetka pozwalała jej na szybkie przemieszczanie się. Nie było widać u niej muskułów, jednak na pewno nie były jej potrzebne. Zawsze zadziwiała mnie szybkość, ponieważ nigdy jakoś tak szybko nie biegałem. Jednak jest to bardzo potrzebna umiejętność. Nie ucieknę przed roślejszym przeciwnikiem.
Chciałem położyć się na łapach, kiedy zauważyłem, jak wadera podchodzi do mnie. Spojrzałem na nią ponownie. Wydawała się naprawdę dziwaczna. Po prostu usiadła bliżej, nic nie mówiąc. Nie wiedziałem, czy mam coś zrobić. Czy ja powinienem coś zrobić? Zapytałem samego siebie. Miałem dwie możliwości. Mogłem ją zostawić w spokoju. Skoro i tak będzie na mnie skazana podczas polowania, niech lepiej sobie odpocznie. Również miałem do wyboru odezwać się i udawać bardzo, ale to aż za bardzo miłego i otwartego wilka. Nie, tak nie mogę. Jednak z drugiej strony, strasznie mi się nudziło.
- Cześć – powiedziałem, wgapiając się w ziemię. Nawet nie wiedziałem, czy usłyszała, jak się do niej odezwałem. Z mojego punktu widzenia nie dało się nic zauważyć – Valk jestem. Dobrze się poznać, razem polujemy, no nie?
- Hej – odparła pewnie wadera. A ja podniosłem wzrok z ziemi na nią. Spoglądała wprost na mnie tak, jak na porządnego rozmówce przystało. Jestem ostatnim matołem. - Karou.
- Masz bardzo... - Przez moment nie wiedziałem nawet jak to nazwać, więc urwałem. - Ciekawe imię – Dziwnie mi się kojarzy.
- Karuch? - Wadera prawie się zaśmiała, a jednak na usta wdarł się tylko niewinny uśmiech, który nie pasował do jej wyglądu.
- No nie wiem, chyba to nie to – powiedziałem prawie roześmiany, co starałem się ukryć – to raczej karaluch.
Wadera chyba nie chciała gadać i odwróciła łeb w drugą stronę. Spojrzała wzrokiem, na nadciągającą zza krzaków wilczycę. Miała bardzo jasne futro z brązowymi plamami i pasami. Kolejna sztywna na polowaniu, świetnie. Aż nie mogłem się doczekać.
Nie minęło dużo czasu, od którego zaczęliśmy polować. Ten fakt jakoś mnie cieszył. Bardzo mi tego brakowało. Nasza ekipa była podzielona na trzy fazy. Kiedy dostrzegliśmy ofiarę, którą była sarna, Sohara szybkim sprintem rzuciła się za nią biegiem. To dopiero był prawdziwy cień! Pokonała kilkanaście metrów z taką szybkością, mogłem przyrzec, że na pewno nie widziałem kilku momentów. Chyba nawet się nie dało. Ona nie biegła, szybowała w powietrzu. Ledwo zauważałem momenty, w których musiała odbijać się od ziemi. Na pewno musiała. Była naprawdę niesamowita. Nikt jeszcze nie zdołał zrobić na mnie takiego wrażenia. Przyrzekam, że to musi być najszybszy wilk, to wszystko było tak niemożliwe.
Po momencie sarna znajdywała się w miejscu, obok którego schowana była wilczyca, której imienia nie mogłem sobie przypomnieć. W moich myślach była po prostu karaluchem. Oczy łani krzyczały o pomoc, jednak ona sama nadal nie wydawała za dużo dźwięków. Zaczynała już łapać, że nie będzie miała żadnego ratunku, jednak uciekała dalej. Nie do końca wiedziała, co się dzieje. Coraz bardziej się do mnie zbliżały. Kiedy wadera zaczęła kaleczyć nasz cel, wybiegłem z kryjówki. Miałem nadzieję, że to dobra pora. Karaluchowata dziewczyna wbiła się w nogę sarny z taką szybkością, że ta upadła na ziemie. Była rządna krwi.
Teraz był mój moment. Leżała z zakrwawioną nogą na ziemi. Jej oczy krzyczały do mnie, żebym jak najszybciej to skończył. Nie było nawet czego tutaj przedłużać. Biegłem coraz to szybciej z każdym momentem. Ze wszystkich rzeczy, na które miałem ochotę, właśnie to wygrywało. Został mi do niej krok, kiedy odbiłem się od jedynego miejsca, w którym znajdywało się błoto. Nawet nie wiedziałem jakim cudem, ale raczej mało mnie to obchodziło. Były rzeczy, którymi interesowałem się o wiele bardziej. Może nawet nie rzeczy, a jedno istnienie, któremu właśnie wgryzłem się w szyję, kończąc jej cierpienia. Prawie dokładnie wycelowałem w tętnice, jednak to wystarczyło.
Przedzieliliśmy łupy, żeby jakoś zabrać się w stronę naszego centrum. Wiedziałem, że zrobiliśmy naprawdę dobrą robotę. Wszyscy złożyliśmy sobie długie gratulacje i podziękowania. Byłem naprawdę zadowolony. Nawet rozmawialiśmy. Co do nich mi zupełnie nie pasowało. Zadziwiało mnie to, że one potrafią tyle rozmawiać. Nie zdawały się teraz takie dzikie jak wcześniej. Były nawet towarzyskie. Przynajmniej jak na nie bardzo towarzyskie. Odbyliśmy co prawda tylko luźną, niezobowiązującą rozmowę, naprawdę nic wielkiego. Jednak zdawały się miłe. Co ja mówię, przecież to krwiobójcze jednostki, które wgryzą ci się w kark. Nie, to ja jestem od wgryzania się w kark. One są takie szybkie, że nawet jakbym chciał, to nie mógłbym uciec. Co prawda mógłbym walczyć, ale z nimi to nic nie wiadomo. Tutaj ze wszystkimi nic nie wiadomo. Myślisz, że masz z kimś szanse, a tu kicha. Dodatkowo jeszcze ma silną moc. Jak tu walczyć?

Uwagi: Literówki, problemy ze składnią.