Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Od Asgrima "Powrót do młodości" cz. 3

Lipiec 2021r
Znajdowałem się niedaleko jeziora i gdy tylko dostrzegłem jej niebieskozieloną taflę wśród drzew, ruszyłem do niej biegiem. Wbiegłem na średniej wielkości kamień i na wpół skoczyłem, na wpół ześlizgnąłem się z niego i wpadłem do wody. Masa ciekłej substancji schłodziła moje nagrzane ciało i zmyła z niego pot. Stłumiłem westchnięcie zadowolenia i powoli otworzyłem oczy. Jezioro nie należało do najczystszych, ale i tak mogłem z łatwością dostrzec spłoszone ryby, które uciekały jak najdalej ode mnie. Kamienie wyścielające dno były na wpół pokryte mułem.
Mógłbym jakiegoś zabrać – pomyślałem, uśmiechając się lekko. Już miałem popłynąć do nich, gdy poczułem, że zaczyna brakować mi powietrza – Ale najpierw do góry.
Skierowałem się w stronę letniego słońca, które prześwitywało najpierw przez rozłożyste drzewa, a teraz na dodatek przez wodę.
Po chwili mój pysk wynurzył się z wody. Zrobiłem dziwny ruch pyskiem, by pozbyć się choć odrobiny kropel, które spływały mi teraz do oczu. Moje płuca mnie nie paliły, tak jak było to podczas mojej pierwszej kąpieli w tej watasze. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, przypominając sobie, jak przez Tori omal nie zabrakło mi powietrza. Nie mogłem uwierzyć, że od tego czasu minęło już tyle czasu...
Rozejrzałem się wokół jeziora. Niedaleko od brzegu dostrzegłem wiele lian, z których mieli korzystać chętni do skorzystania z konkurencji. A gdyby tak...
Zacząłem płynąć do brzegu i już kilka chwil później, wyszedłem z wody. Nagle powietrze stwierdziło, że fajnie będzie, gdy zacznie dodatkowo ochładzać moją mokrą sierść i ciało. Powstrzymując się, żeby nie zacząć trząść się z zimna, podszedłem do najbliższej liany i złapałem ją w pysk. Odszedłem kawałek i dodatkowo podskoczyłem. Złapałem pęd na tyle wysoko, że gdy zwisałem, moje łapy znalazły się w powietrzu. Było to bardzo dziwne, ale ekscytujące uczucie.
Już miałem zacząć się huśtać, gdy usłyszałem trzask. Ziemia znalazła się odrobinę bliżej.
O nie... - pomyślałem, słysząc kolejny trzask. I nagle upadłem na ziemię. Nie był to zbyt spektakularny upadek – na pewno zaliczyłem już nie raz piękniejszy – jednak grzbiet, na który upadłem, chwilę pobolał. Postanowiłem się na tym nie skupiać i już po chwili wstałem, otrzepując się.
- Dasz radę, As. Musisz odnaleźć tylko jakąś mocniejszą – mruknąłem, przyglądając się innym lianom.
Po jakimś czasie wypatrzyłem taką, która wydawała się stosunkowo mocna. Podszedłem do niej zdecydowanym krokiem i złapałem ją zębami. Następnie na próbę pociągnąłem ją w dół. Nic się niepokojącego się nie wydarzyło, więc wyciągnąłem usta w uśmiechu i wykonałem podobne ruchy, co poprzednim razem.
Zawisłem nad ziemią i zacząłem się huśtać. Gdy usłyszałem cichy trzask, zamarłem. Czekałem chwilę przygotowując się do kolejnego cudownego upadku. Gdy nic takiego się nie wydarzyło, westchnąłem z ulgą i wróciłem do huśtania się.
Po jakimś czasie zaczęły boleć mnie zęby. Postanowiłem spróbować owinąć sobie lianę wokół łap. Było to trudne, bo cały czas się poruszałem, jednak niemal w ostatniej chwili, udało mi się. Zacząłem się jeszcze bardziej huśtać i gdy miałem wrażenie, że odpadną mi łapy, puściłem ją.
Leciałem niczym ptak! Byłem najlepszym lotnikiem wszech czasów! Mogłem dostać się wszędzie, gdzie tylko chciałem. Z pewnością byłem posiadaczem jakiegoś żywiołu związanego z powietrzem, nie było innej opcji.
Ach, a ten upadek wprost w krzaki był całkowicie zaplanowany.
Otrzepałem się z liści, pajęczyn i tylko Eydis wie czego, na co wpadłem w tych krzakach. Wszystko mnie bolało, ale nie zamierzałem się poddawać. Miałem zamiar się wyćwiczyć i pokazać Navri, jak jestem uzdolniony.

Wynurzyłem pysk z wody zadowolony. Przesiedziałem nad jeziorem cały dzień. Łapy bolały mnie od ściskania liany, a reszta ciało od niezliczonej ilości upadków. Byłem wykończony, a przede mną był jeszcze wieczorny patrol. Nie ma szans, żebym jeszcze dzisiaj zrobił coś oprócz niego, zjedzenia czegoś i położenia się spać. Byłem jednak przygotowany na jutrzejszy poranek, podczas którego miałem zamiar spróbować swoich sił w tej durnej konkurencji. Kto wymyślił, żebyśmy mieli coś takiego robić?
Już miałem płynąć do brzegu, gdy coś mi się przypomniało. Chciałem zabrać jakiś kamień. Westchnąłem cicho i zanurkowałem. Słońce – choć dalej obecne – nie oświetlało już tak dobrze dna, więc nie mogłem wybrać żadnego wspaniałego. Bez namysłu złapałem najbliższy i czym prędzej popłynąłem do góry.
Gdy wyszedłem z wody, odłożyłem swoje znalezisko. Natrafiłem na w gruncie rzeczy ładny, niebieskawy kamień o nieregularnym kształcie. Był podłużny i jakby ucięty w wielu różnych miejscach. Wyglądało to całkiem interesująco.
- Czas iść – powiedziałem cicho, biorąc do pyska moją zdobycz. Idąc w stronę Szczenięcej Polany, minąłem skupisko lian. Widząc je, uśmiechnąłem się delikatnie – Do jutra, moje kochane.

- Navri, cześć! - zawołałem, biegnąc do białej wilczycy. Wadera zwróciła w moją stronę pysk. Jej spojrzenie było równie obojętne, co zwykle. Powoli skinęła łbem na przywitanie – Przyszedłem wziąć udział w drugiej konkurencji.
Navri ponownie skinęła łbem i wskazała ruchem ogona, żebym podążył za nią. Zrobiłem to z uśmiechem na pysku.
- Należysz do naszej części watahy, prawda? - spytałem po chwili. Wilczyca krótko przytaknęła. Była strasznie małomówna... - Czym się zajmujesz?
- Jestem jeszcze uczennicą – wyjaśniła krótko.
Słysząc jej słowa, otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia. Była tak dojrzała i wcale nie wyglądała aż tak młodo. Może właśnie kończyła szkołę?
Navri zmierzyła mnie chłodnym krokiem i przytaknęła. Czyżbym powiedział to na głos?
As, ty debilu – zrugałem się w myślach.
Szliśmy przez dłuższy czas w ciszy. Gdy mijaliśmy, usłyszałem szczenięce głosy na polanie. Wiedziałem, że to tam odbywają się lekcje, więc trochę mnie to zmyliło.
- Nie powinnaś się... uczyć?
Wadera pokręciła łbem i posłała mi chłodne spojrzenie. Westchnąłem. Widocznie samica nie miała ochoty na bliższe zapoznanie się. A szkoda. Mogłaby być ciekawą znajomą. Na partnerkę była moim zdaniem zdecydowanie zbyt sztywna. Wilczyca ogółem była zimna niczym śnieg... Uśmiechnąłem się krzywo, zdając sobie sprawę z ciekawego porównania, które mogło odnosić się również do jej białej sierści.
Nawiasem mówiąc, ta część watahy to był jeden wielki zbiór wilków o jasnej sierści. Valky, Lind, Navri i może ktoś jeszcze, ale w tej chwili nie potrafiłem sobie przypomnieć kto.
Navri odezwała się, dopiero gdy doszliśmy nad Jezioro. Wyjaśniła mi, że powinienem się rozbujać z pomocą liany i spróbować wskoczyć do jeziora. Kiwałem głową, udając czyste zafascynowanie. Wiedziałem, że pójdzie mi dobrze. W końcu ćwiczyłem tak wiele!
Z nonszalancją złapałem jedną z lian i odszedłem kawałek. W końcu owinąłem ją wokół swoich łap i podskoczyłem, łapiąc dodatkowy skrawek w pysk. Następnie odepchnąłem się z pomocą tylnych łap i zacząłem huśtać. Szło mi idealnie. Oczami wyobraźni widziałem, jak wpadam pięknie do wody, a Navri krzyczy zdumiona.
No i gdy tylko o tym pomyślałem, wszystko zaczęło się sypać. Liana zatrzeszczała, a ja całkiem wystraszony zacisnąłem mocno zęby. Udało mi się ją mocno podgryźć i już po chwili rozerwała się w moim pysku. Zszokowany, wypuściłem ją, co okazało się kolejnym błędem. Liana została podzielona na dwie części. Na szczęście od zawsze byłem bardzo uzdolniony i upadłem idealnie... na białej samicy, która pisnęła zaskoczona.
- Przepraszam! – zawołałem, odskakując – Nie wiem, jak to się stało!
Navri prychnęła cicho i machnęła łapą. Następnie wskazała na inną lianę. Przekaz był prosty. „Próbujesz jeszcze raz?”.
Nie odpowiedziałem, tylko podszedłem do innej. Wybrałem na tyle mocną, by mogłaby ona utrzymać nawet szanownego Valky'ego. Uważnie wykonałem te same ruchy, co wcześniej. Tym razem jednak udało się bez przygód i już kilka chwil później wpadłem do wody. Wynurzyłem się z szerokim uśmiechem na pysku.
- Kto jest najlepszy?! - zawołałem ze śmiechem.
Navri spojrzała na mnie obojętnie, co spowodowało u mnie jeszcze większy napad wesołości. Sam nie wiedziałem dlaczego. Czułem się świetnie. Udało mi się pokonać tę siłę nieczystą zwaną konkurencją. Wygrałem karty.
No i czeka cię jeszcze dzisiaj smaczna kolacja – powiedziałem do siebie w myślach, przypominając sobie o spotkaniu z moją przyjaciółką. Nie mogłem się już doczekać – Ale najpierw karty...
Byłem ciekawy, jakie tym razem udało mi się zdobyć. Miałem nadzieję na coś z kompletów, z których udało mi się wygrać coś wcześniej. Bardzo chciałem cokolwiek wygrać.

C.D.N.

Wygrane karty: brązowe: Sarny, Jelenie; srebrne: Smok, Kirin.

Uwagi: Przez taki upadek na innego wilka mógł mu zrobić poważną krzywdę. Nie wiem jednak jaka dokładnie była to wysokość, więc nie jest to stricte błąd.

sobota, 4 sierpnia 2018

Od Valkoinen "Mów mi mistrzuniu" cz. 1

Wrzesień 2021
Waliłem się głową o ścianę. Już nie wiedziałem, czy donośne łupanie było słychać tylko w mojej głowie, czy również poza nią. Ty ułomie, gamoniu, matole. Zawarczałem na siebie. Musisz się uspokoić - pomyślałem. Zapomniałem miesiąc temu pójść na zajęcia z liczenia! I co najgorsze w całej tej sytuacji – miałem luki w pamięci i nie pamiętałem wszystkiego. Nie pamiętałem liczby nic! Chyba wypadałoby upomnieć się o te lekcje dzisiaj, tak to byłoby dobre, przecież jestem matołem i nic nie umiem!
Oderwałem się od walenia w ścianę i spojrzałem na miejsce, które zostało pobite. Nie różniło się niczym od wcześniejszego stanu. To dobrze, przydałoby się jednak zachować to pomieszczenie w dobrym stanie. Co jak co to była moja grota, a o to, co moje muszę dbać. Odsapnąłem moment i spojrzałem na ścianę, ale teraz już z innego punktu widzenia. Naprawdę nic się jej nie stało. Napawało mnie to ogromnym zdziwieniem. Stanąłem po przeciwnej stronie i nadal nic. Zadowolony ruszyłem z groty. Wyszczerz wszedł mi na pysk. Pora było się udać na zajęcia z liczenia.
W trakcie drogi w poszukiwaniu Alfy humor mi szybko zlazł. Przypomniałem sobie to i owo z zajęć. Szczególnie trud liczenia. Jedynie mocniej zacisnąłem zęby i szedłem dalej. Trudno było przywrócić uśmiech. Zahaczyłem o Wrzosową Łąkę. Nadal trwał festyn, na który raz przychodziłem, a raz zapominałem. Chyba mogę sobie dzisiaj odpuścić lekcję z liczenia, prawda? Przecież nic się nie stanie. Poza tym i tak musiałbym wcześniej wrócić, po obiedzie mam występy w amfiteatrze, a wieczorem mam polowanie i jeszcze trening wojska. Cieszyłem się jak dzieciak, dawno nie polowałem.
Jednak czekało mnie coś jeszcze, chciałem zdobyć kilka tych kart, co prawda nadal ten festyn był dla mnie dziwną sprawą i wszystkiego nie ogarniałem. Jednak chcę zobaczyć co to takiego te całe karty. W szczególności, że niektóre wilki szaleją z tym zbieraniem kart i cieszą się jak nienormalne. Też muszę się w końcu zabawić jak dziecko, nie mogę wiecznie udawać starca. Wiedziałem, że muszę znajdywać poszczególne wilki, które zajmują się jakąś konkurencją i wykonać to, co będę miał od nich zadane. Tylko nie chcę znowu śmierdzieć. Dopiero od niedawna udało powstrzymać mi się ten straszny smród. Jakbym znowu miał śmierdzieć, to bym się chyba zakopał pod ziemię.
Zauważyłem basiora, który zdawało mi się, że sprawował jakieś stanowisko. Jak na mój gust wyglądał dziwacznie i śmiesznie. Nie, żeby coś, wolę wadery, a w szczególności taką jedną. Kimkolwiek on nie był spojrzał się na mnie, a ja udawałem, że nie wiem, o co mu chodzi i szybko uciekłem wzrokiem. Chyba nawet nie musiałem udawać. Przypuszczenie miałem. Stał nad wodą i zapraszał mnie do jakieś konkurencji. Jeżeli jest pływanie, to nawet mogę pójść. Niech zna moją łaskę. Podchodziłem coraz bliżej, przyglądając się jemu dokładniej. Grzywę miał mocno okląpniętą na jedno oko, przez co bez wątpienia był piratem. Widać było po nim, że zasłania mu widok. Jego sierść była dziwnego koloru i to bardzo, a że na kolorach się nie znam, to nie powiem jakiego. Nie był to ani żółty, ani pomarańczowy, ot coś pomiędzy. Był trochę, jakby to nazwać... naprawdę energiczny. W mojej pierwszej myśli nie brzmiało to aż tak milusio. To były jedyne dziwne rzeczy, które zauważyłem, reszta wydawała się normalna. Wzrost jak każdy, a przynajmniej zdecydowana większość, i co tu więcej mówić? Wyglądał raczej na zwinnego. Podszedłem jeszcze bliżej i dostrzegłem jego łapy, może nawet za długo się w nie wpatrywałem.
- Też uważam, że są piękne – zagadnął basior. O mało co nie powstrzymałem się od przewrócenia oczami, kogoś mi on zaczął przypominać.
- Co to za stanowisko? - Rzuciłem okiem na miejsce wokół niego. Drzewo jak każde, woda to samo, tylko lina. Nie pasowała mi jakoś.
- Wilk może chwycić za tę linę, później rozhuśtać się i wpaść do wody. Możesz dostać za to kilka kart. - Pokiwałem głową. W sumie to czemu nie. Wydawało mi się to bardzo proste.
- I na tym polega całe zadanie? - spytałem dla pewności. Coś mi tu śmierdziało. O dziwo nie byłem to ja. To chyba za proste. Wilk tylko przytaknął głową.
- To jak? Bierzesz udział?
- Biorę – odparłem z uśmiechem.
- Tylko uważaj – zaczął, a ja chyba wyczułem, gdzie będzie ten haczyk. Nic nie może być nigdy za proste. - Nie spadnij przed wpadnięciem do wody.
Komu ty to mówisz, pomyślałem. Mów mi mistrzuniu. Wziąłem kilka głębokich haustów powietrza i zmierzyłem oczami wodę. Policzymy się zaraz młoda. Uśmiechnąłem się sam do siebie. To będzie proste! Wszedłem na linę i zamknąłem ją w szczelnym uścisku moich łap. Teraz tylko najtrudniejsze, rozhuśtać ją. No i tutaj zaczęły się schodki. Jak wszedłem była tylko lekko rozhuśtana. Teraz musiałem zrobić to ja, świetnie się zapowiadało. W szczególności, że nie wiedziałem jak mam to zrobić. Zacząłem się wiercić, jakbym miał pchły na tyłku. Nieważne jak głupio to wyglądało, przynajmniej poskutkowało. Raz w życiu moje pomysły chyba nie były aż tak głupie.
Kiedy wybiłem się w powietrze, czułem się jak władca wichrów. Szybowałem w bezkresnych przestworzach wiatru. Dopóki nie spotkałem się z wodą. O mało co nie jęknąłem. Co prawda jesień się dopiero zaczęła, ale to było straszne! Nie spodziewałem się takiego zimna, przecież nadal jest ciepło. W ostatnim momencie powstrzymałem się, żeby nie otworzyć buzi, musiałem przecież jakoś nurkować. Nieumiejętnie wpadłem do wody. Na dnie uderzyłem o jakąś gałąź. Szybko wypłynąłem z wody, żeby nie jęknąć z bólu pod nią. Oparłem się przednimi łapami o ziemię i podciągnąłem się w górę. Moja mina nie była ciekawa, przez co wilk szybko mnie zapytał:
- W porządku? - Pokiwałem jedynie głową od niechcenia.
- Chyba mam coś w łapię, mógłbyś to sprawdzić? - Wilk skierował się do mojej łapy i rzucił na nią okiem. Z jego miny odczytałem, że nie za ciekawie.
Zapomniałem o jednej rzeczy, którą mogę zrobić. Wyszedłem z ciała i stanąłem obok... No dobra, chyba się sobie nie przedstawiliśmy. Ku mojemu zdziwieniu przez moment udało mi się pozostać obydwoma ciałami aktywny. Jednak przypomniałem sobie, w jakim celu tak właściwie użyłem mocy. Oglądnąłem łapę, znajdował się tam tylko kawałek małego patyczka. Wróciłem do pierwotnego ciała.
- To tylko drzazga – odparł tonem, który dla mnie brzmiał mniej więcej: tylko straciłeś łapę, ale masz trzy pozostałe, ciesz się życiem!.
- Czyli że co? Możesz to normalnie wyciągnąć?
- Zdaje mi się, że tak – odetchnąłem głęboko. W głębi siebie cieszyłem się, że będę miał wszystkie łapy, a nie tylko trzy (jak dobrze, że chociaż ta sytuacja przypomniała mi liczbę). - Tylko uważaj, może naprawdę zaboleć.
- Zaczynaj – powiedziałem i zacisnąłem mocniej kły.
Po chwili jęczenia było już po wszystkim, a ja mogłem mu podziękować, że tak dobrze wyciągnął patyk. Mogłem już pójść, jednak została jeszcze jedna sprawa.
- Mam pytanie – powiedziałem, a wilk odwrócił się do mnie z pytającym wzrokiem - jak masz na imię?
- Naprawdę ci się nie przedstawiłem? - Pokiwałem głową – Najmocniej przepraszam, Joel jestem lub po prostu Jo.
- Zapamiętam, Jo. Jestem Valk – odrzekłem – Miło było, nie licząc jednej sprawy. - Puściłem oczko w jego stronę. Chyba muszę już lecieć, za niedługo mam próbę, a później występ w amfiteatrze. Jak chcesz, to przychodź.
Ruszyłem przed siebie truchtem, żeby sprawdzić, czy naprawdę wszystko w porządku z nogą. Jednak nie było powodu do niepokoju. Działała sprawnie jak zawsze, bez najmniejszego zarzutu. Do amfiteatru wcale nie było tak daleko, jednak szybko byłem zmęczony i nadal przesiąknięty wodą.
Obok mnie już stała Gaja i trenowała swój występ. Za każdym razem jego widok wprawiał mnie w ogromne zdumienie. Zacząłem ćwiczyć swoje i muszę przyznać, wychodziło mi to coraz lepiej. Na samym początku nie czułem się oddany występowi. Potrzebowałem swobody i wprawy, która w końcu nadeszła. Wcześniej trochę obawiałem się występów przed sporą publiką. Później zobaczyłem, że tutaj wcale nie przychodzi dużo wilków. Najwięcej osób, które przyszło, nie przekraczało rzekomej liczby dziesięć, ale było to więcej od pięć. Poddaje się z liczeniem. Jednak zazwyczaj było ich trzy. Największy ruch był w piątki. Większość wilków w ten dzień się zabawiała, jednak amfiteatr i tak nie był jakąś wielką frajdą. Znaczna część osób, która lubiła się bawić, wolała chodzić do baru. Tam to dopiero była zabawa. Każdy mógł tańczyć w swoim stylu i nie tylko oglądać czyjeś występy. Swoją drogą, muszę przestać być spłukany, chciałbym w końcu coś kupić w barze. Uśmiech od naprawdę wielu minut nie schodził mi z pyska. Jaki był tego powód? Byłem bardzo szczęśliwy, że nareszcie pokażę mój trzeci układ. Jak na razie występowałem tylko dwoma. Jednak wczoraj w nocy stwierdziłem, że przydałoby się wymyślić coś nowego. Zaczęło ich chyba nudzić to samo. Po tym układzie będę musiał stworzyć dwa kolejne. Tymczasem Gaja schodziła już ze sceny. Teraz nadeszła moja kolej.
<C.D.N.>

Uwagi: W WMW "Alfa" piszemy wielką literą. "Nienormalne" piszemy razem.

Zdobyte karty: brązowe: Wrzosowa Łąka, Medalion Rosnącej Potęgi; srebrne: Powietrze, Elektryczność

piątek, 3 sierpnia 2018

Podsumowanie lipca

Lipiec okazał się być całkiem produktywnym miesiącem. Może i loteria straciła nieco na zainteresowaniu, co w pewnym sensie jest dobre - mamy mniej spamowych postów, a więcej z samymi opowiadaniami. Jestem dumna z kilku osób z czołówki pod względem wyniku ilości opowiadań i liczę na to, że dotrwacie do końca swojego maratonu, o którym mi wspominałyście.
Generalnie festyn nadal trwa i (nie wiem czy mówiłam to już wcześniej) zakończy się prawdopodobnie na przełomie sierpnia i września. Jako kolejny zawita do nas kolejny event, ale nie przedstawię póki co szczegółów. Niektórzy może już wiedzą o co chodzi. Jeśli pokażecie zaangażowanie (mimo nieuchronnie zbliżającej się szkoły i nauki) w to wydarzenie, mogę ich organizować nieco więcej, starając się o to, by były możliwie jak najciekawsze.
Nadciągają wielkie zmiany w WMW, więc w związku z zapowiedzianą przeprowadzką stada prosiłabym o stopniowo kończenie swoich wątków fabularnych związanych z tym konkretnie położeniem watahy. W innym wypadku będziecie musieli pisać w czasie przeszłym, bądź całkowicie z nich zrezygnować.
Jeżeli chodzi o ten miesiąc, mianowicie sierpień, to przepraszam za brak wstawionych opowiadań, jednak jak już mówiłam na discordzie - byłam na różnego rodzaju wyjazdach, co można zobaczyć w tabelce. Moje postacie mają w tych terminach wpisane nieobecności. Postaram się stopniowo nadrabiać opóźnienia we wstawianiu Waszych tekstów, jednak prosiłabym o odrobinę wyrozumiałości. Bywam dość leniwym człekiem... Z moją własną aktywnością też chcę się podciągnąć, szczególnie jeśli chodzi o Joela. Pewnie nie wszyscy jeszcze wiedzą, że mam zamiar sprawić mu 6 lub więcej szczeniąt. Samych chłopców.
Po co właściwie to piszę, skoro połowa to wie, a drugiej połowy pewnie to nie obchodzi? Odpowiedź jest prosta: Thor i Val uparły się, że podsumowanie ma być długie, a ja nie mam pojęcia o czym pisać. Wybaczcie mi za to lanie wody, ale chyba inaczej się nie da. No, powiedzcie mi: co ja mam innego pisać?
Jakby ktoś chciał dołączyć (nie zaniedbując jednocześnie WMW, rzecz jasna), może dołączyć do Klanów Kotów Magicznego Kryształu. Mamy zamiar za niedługo go przywrócić do życia. (Ja mam pod opieką Klan Deszczu, więc tam najbardziej zapraszam, hehe.) O, i do mojego blogu cyberpunkowego też baaardzo serdecznie zapraszam. Mamy mało ludzi, a przydałyby się nowe postacie. Linki do wszystkich blogów znajdują się poniżej.
Zachęcam do brania udziału w loterii. Na coś musicie wyrzucać te SG, no nie?
Ach, i po przewidzianej wielkiej przeprowadzce mają nastąpić pewne zmiany, pewne aktualizacje w niektórych systemach. Przewiduję pojawienie się zwiadowców, a także w końcu dokończę system własnoręcznego wykonywania eliksirów. Muszę się też poważnie zastanowić nad statystyką zdrowia, bo może nie każdy zauważył, że ta dość kuleje.
Pożywienie zaś nie kuleje (no chyba, że ktoś ugryzie sarnę. Wtedy może trochę kuleć). Po raz kolejny przypominam o konieczności karmienia wilków! Jeszcze trochę i wszyscy zmienimy się w jedno wielkie stado anorektyków. Nawet mam pomysł na nową nazwę: "Wataha Anorektycznych Wilków". Nawet ta Kiiyuko na nagłówku nam pasuje.
Okej, mam już ponad 3 tys. znaków. Chyba wystarczy. Mam nadzieję, Val mi nie przywali i że Thor co ma loki mnie nie zabije swoim młotem. Jejku, mam jakieś dziwne poczucie humoru dzisiaj. Może to po przeczytaniu tych moich starych opowiadań.
Do zobaczenia w kolejnym podsumowaniu!
Pozdrawiam, Suzanna/Hitam/Kai/Joel

Zapraszam na moje trzy inne blogi:
(o ile oczywiście ktoś ma sporo czasu i będzie nadal aktywny i tu, i tam)
Cyberpunk: Jeden z moich najnowszych i za razem aktywny blog w klimacie cyberpunk. Ma dość aktywną fabułę, gdyż prowadzę ją niemal nieustannie, więc sądzę, że jest to dość ciekawe jeśli chodzi o strony tego typu. Każda nowa osoba odgrywa bardzo ważną rolę w akcji. PILNIE POSZUKIWANI NOWI CZŁONKOWIE!
Klany Kotów Magicznego Kryształu: Cztery kocie klany w klimatach książek Erin Hunter pt. "Wojownicy". Niezwykle klimatyczne miejsce. Blog nie całkiem mój, bo jestem tam wyłącznie moderatorem oraz przywódcą Klanu Deszczu. PILNIE POSZUKIWANI CHĘTNI DO DOŁĄCZENIA!
Wataha Purpurowej Róży: Choć blog jeszcze nie jest ukończony, poszukujemy chętnych do dołączenia. Może to zmotywuje nas do kończenia tej strony, która swoją drogą prezentuje się dość obiecująco. Blog powiązany fabularnie z WMW. POSZUKIWANI CHĘTNI DO DOŁĄCZENIA!

Ponadto zapraszam do korzystania z zapoznania oraz innych przygód. Przypominam również o konkursach.

*****************************
Leniwe Alfy:
Suzanna: 0
Hitam: 0
---------------------------------------------
Navri: 6 (+3 = 9) <-- Beta
Lind: 2 (+7 = 9) <--- Gamma
Asgrim: 6 (+2 = 8) <--- Delta
Gaja: 0 (+8 = 8)
Torance: 5 (+1 = 6)
Valkoinen: 4
Bona Caeli: 1 (+2 = 3)
Joel Treunis: 1 (+1 = 2)
Cess: 1
Dante: 0 (+1 = 1)
Magnus Arvid Eriksen: 0 (+1 = 1)
Aokigahara: 0 (+0 = 0)
Leah: 0 (+0 = 0)
Karou: 0 (+0 = 0)
Yuki: 0 (+0 = 0)
Kai: 0 (+0 = 0)
Sohara: 0 (+0 = 0)
Za zostanie Betą dostaje się 15 SG i 40 pkt., Gammą 10 SG i 30 pkt., a Deltą 5 SG i 20 pkt.

Okres próbny ukończyli:
Magnus: 0 (3) (masz czas do 26.08 na napisanie 2 op.!)
Asgrim: 6 (8)
**********
Cess: 1
Valkoinen: 4

Skreślone są te, które nie przeszły. Wilki, które napisały poniżej 4 op. i są dość długo na watasze zostają wyrzucone, a te mające powyżej 4 op. są już pełnoprawnymi członkami. Zaznaczone na fioletowo mają drugą szansę.
Tak, ilość napisanych op. podczas okresu próbnego też ma znaczenie! 

Dodaję po 6 pkt. umiejętności i 3 pkt. mocy każdemu wilkowi (jak to zawsze czynię po podsumowaniu) za kolejny miesiąc członkostwa. 

czwartek, 2 sierpnia 2018

Od Joela "Deszczowy przybysz" cz. 3

Wrzesień 2020 r.
Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp – czy raczej łap – do głów. Analizowała każdy detal. Ostatecznie chyba uznała moją sztuczkę za autentyk. Wciąż jednak nie była zbyt przyjaźnie nastawiona.
– Co ty tutaj robisz, hę?
– Z-zwiedzam – odpowiedziałem, tym razem wstając z siadu i odsuwając się o kilka kroków. Czułem, jak moje wilcze ciało intuicyjnie reaguje na lęk: zacząłem się kulić. Ta samica mnie przerażała. Im dłużej stała nieopodal mnie, tym więcej detali, choćby mięśni, widziałem. Sprawiała wrażenie silniejszej ode mnie i zdecydowanie bezwzględniejszej. Ja nie byłbym w stanie zabić żadnej w pełni świadomej istoty, ona pewnie nie miałaby żadnych skrupułów...
– Nie powinno cię tu być – warknęła. Zrobiłem jeszcze jeden krok w tył.
– D-dlaczego? – wydukałem. Dopiero zwróciłem uwagę na trzęsący się głos. Dodatkowo ulizane przez deszcz futro powinno potęgować żałosny efekt. Niemal sobie współczułem.
– Jesteś na terenie Watahy Magicznych Wilków. Lepiej by Suzanna nie dowiedziała się o twojej obecności – oznajmiła lodowatym tonem. Nieznacznie uniosła podbródek. Miałem wrażenie, że patrzy na mnie z nienawiścią, może obrzydzeniem.
– W takim razie wrócę i nie będę tutaj przechodził... – Wymamrotałem, chyląc jeszcze bardziej głowy. Nie przestawałem na nią patrzeć, oczekując na jakąkolwiek reakcję. Wciąż miałem cichą nadzieję, że pozwoli mi tu zostać.
– Tylko żartowałam – Oznajmiła po chwili milczenia, nadal patrząc na mnie tym bezwzględnym wzrokiem. Wypuściłem powietrze, ale nadal coś mi nie dawało spokoju:
– Z czym żartowałaś?
– Z Suzanną – bąknęła i obróciła się do mnie tyłem. Zamiotła mokrym ogonem równie mokrą ziemię i zaczęła iść przed siebie, zapewne albo załatwiać swoje sprawy, albo schronić się pod jakimś drzewem, jaskini, czy gdzie tam jeszcze wilki by się mogły chować...
– Czyli mogę tutaj zostać?! – krzyknąłem, wciąż nie będąc zorientowanym do końca w tej wyjątkowo nieszczęsnej sytuacji. Dopiero wtedy moja poza nieco się rozluźniła. Już nie byłem zbitym wilczkiem.
– Tak, zostawaj sobie na ile chcesz, lecz nie ręczę za to, co inni z tobą zrobią.
Ta wiadomość trochę mnie przygnębiła. Czyli lepiej jakbym się stąd wynosił...? Niespodziewanie dokończyła moją myśl, przekrzykując nadal bębniący o liście drzew deszcz:
– Dlatego lepiej byś trzymał się kogoś z tych stron!
Obróciła w moją stronę głowę. Jej oczy zdawały się złowieszczo świecić nawet w ciemnościach. Może ona nie była aż taka zła? Nigdy nie wiadomo kim jest ta cała Suzanna i jakie ma podejście do nowych... Podobnie sprawa się ma z całą resztą stada. Nie brzmiało to obiecująco, a ja miałem dalej do domu niż do prawdopodobnego schronu.
– Mógłbym iść z tobą? – zapytałem z nikłą nadzieją.
– Jeżeli chcesz – odrzekła obojętnie, wciąż idąc leniwie przed siebie. Poderwałem się z miejsca i do niej podbiegłem. Nie wyglądała jednak na skorą do rozmowy, toteż milczeliśmy. Postanowiłem wsłuchiwać się w deszcz. Czasem to on przynosił najlepszą inspirację.
Niekiedy zdarzało się, że zasłuchany potykałem się o jakiś korzeń, którego nie zauważyłem. Yuki komentowała to cichym prychnięciem lub zwyczajnie ignorowała.
– Tak w ogóle, dokąd właściwie idziemy? – zapytałem, gdy już ułożyłem w głowie do końca nową piosenkę. Byłem pewien, że ją zapamiętam. Spiszę ją zaraz po powrocie do domu...
– Do mojej jaskini – odparła wciąż tym zimnym i nieprzyjemnym tonem. Przełknąłem ślinę. Raz się żyje.
– Nie przeszkadzałoby ci gdybym poszedł razem z tobą?
– Rób co chcesz – rzekła po raz kolejny równie obojętnie. Jeszcze chwilę przyglądałem się jej badawczo, a później, potyknąwszy się o kolejny kamyk, skupiłem się na drodze.
Jak się okazało, wieloma leśnymi ścieżkami płynęły cienkie strumyki wody. Miałem także wrażenie, że wchodzimy coraz wyżej i wyżej... Z czasem okazało się, że rzeczywiście mam rację, bo strumyki przybierały na sile, a nasza wspinaczka robiła się coraz trudniejsza i bardziej niebezpieczna. Waderze szło to znacznie lepiej. Zazdrościłem jej kondycji. Sprawnie przeskakiwała z kamienia na kamień, a mnie łapy się non stop ślizgały.
Z czasem drzewa nad nami zaczęły się przerzedzać, aż w końcu całkiem nie zniknęły. Wtedy ujrzałem szczyt jakiejś góry. Jak to możliwe, że mieszkając w Mieście nigdy jej nie dostrzegłem? Może to jakieś czary...? Właściwie, to miałoby sens... Chwila, to stado zostało nazwane Watahą Magicznych Wilków. Czy to by oznaczało, że nie jestem jedyny łączący wilkołactwo z czarami? Przelotnie zerknąłem na dzwoniący cicho medalion samicy. Może on również miał jakieś zdolności?
Ostatecznie wadera zatrzymała się przed jedną ze szczelin w skale. Bez problemu weszła do środka. Ja jednak musiałem wciągnąć brzuch, ale na szczęście okazałem się dość szczupły, by nie musieć się przeciskać. Zacząłem wodzić wzrokiem po wnętrzu. Nie było zbyt wytwornie, bo była to zwykła, szara jaskinia z jakimiś porostami. W zasadzie nie było tam żadnego większego wystroju. Zresztą... czego ja się spodziewałem? Kryształowych sal?
Z zadumy wyrwało mnie ochlapanie drobnymi drobinkami wody. To wadera otrzepywała się z deszczówki. Naszła mnie myśl, że ja również powinienem. Szkopuł w tym, że nie umiałem. Samica ułożyła się na czymś, co mogło być jej posłaniem, bo składało się w dużej mierze z mchu. Ja ten moment wykorzystałem na własną próbę wysuszenia się. Szło mi to jednak delikatnie mówiąc słabo. Prawdopodobnie z boku wyglądało to jak jakiś dziwny taniec, bądź też skurcz. Nie miałem bladego pojęcia jak psy to robią.
– Co ty niby masz zamiar osiągnąć? – Skomentowała wadera. Zamarłem i obróciłem w jej stronę łeb. Poczułem się jak dziecko przyłapane na jakiejś głupocie.
– Próbuję wytrząsnąć wodę...? – chciałem oznajmić, ale zabrzmiało to raczej jak pytanie. Roześmiała się.
– Jeżeli chcesz się tak wytrzepać to chętnie popatrzę – powiedziała równie ironicznie. Uśmiechała się w sposób idealnie pasujący do jej tonu głosu. Wpatrywałem się w nią jeszcze przez chwilę. Nie było sensu by dalej się ośmieszać. Smętnie poczłapałem pod ścianę jaskini, z której miałem widok na ulewę. Było w niej coś dziwnie hipnotyzującego. Ponownie w mojej głowie zabrzęczała melodia, którą ułożyłem po drodze. Umiałem sobie wyobrazić, jak przebiegam palcami po strunach gitary, jak dźwięk by brzmiał, jakbym grał we własnej sypialni...
– Jak ci na imię? – zapytałem z nostalgią w głosie. Nadal miałem w głowie cały akompaniament. Przydałby się też jakiś tekst...
– A co cię to obchodzi? – warknęła.
– Jeśli już mamy spędzić ze sobą jakieś kilka godzin, to chyba warto poznać choćby własne imiona.
– Niedoczekanie – mruknęła i prawdopodobnie przekręciła się na drugi bok. Wciąż wpatrzony w deszcz, zmrużyłem oczy. Może by tak zaśpiewać o dziewczynie, która nie chce wyjawiać swojego imienia?
– Hm... Powiedz mi... Co robi twój wisiorek?
– Nie twój interes.
"Nie mój interes" też brzmiało jak dobra linijka tekstu piosenki, pomyślałem. Zawahałem się przed ostatnim pytaniem. Ostatecznie stwierdziłem, że jednak wolałbym się upewnić.
– Skoro to Wataha Magicznych Wilków, to wszyscy z was są wilkołakami i umieją czarować, tak?
– Co ty taki ciekawski? – zapytała ironicznie, obracając w moją stronę głowę, co zarejestrowałem kątem oka.
– Intryguje mnie to. Nigdy nie byłem w żadnym stadzie... – Przy drugim zdaniu zwiesiłem nieco głowę.
– Samotnik? Czy może mieszczuch? – zakpiła.
– Mieszczuch, jeśli masz na myśli mieszkańca Miasta... – mruknąłem pod nosem. Coś o byciu samotnikiem czy też samotnym też by mogło być..., myślałem dalej.
– Wychowany wśród ludzi... żałosne – wypowiedziała to tak jadowitym tonem, jakby chciała splunąć. Aż na usta cisnęła mi się uwaga, że ludzie są rasą jednak wyższą intelektualnie od jakichś wilków, ale stwierdziłem, że jednak lepiej trzymać nerwy na wodzy. Z tą waderą nigdy nic nie wiadomo.
Znowu jedyne, co słyszałem, to jedynie głuchy deszcz. Drobniutkie kropelki, które rozprysły się przy wejściu do jej jaskini delikatnie zraszały moje futro. Było to uczucie nawet przyjemne. Rzadko kiedy miałem okazję siedzieć tak blisko deszczu. Nadal myślałem nad piosenką i układałem logicznie brzmiący tekst. Chciałem, by opowiadał o dziewczynie, która nie chce wyjawić zbyt wielu rzeczy o sobie i regularnie powtarza zainteresowanemu nią chłopakowi, że to nie jego interes. Ona zaś o nim wie wszystko i naśmiewa się z jego szarej codzienności, lecz to jemu nie przeszkadza szczególnie. Sądzi, że znoszenie tego to droga do lepszego poznania tej dziewczyny... Ostatecznie na końcu wyjawia mu swoje imię i jest to początek co najmniej przyjaźni.
Z tą wiedzą i połowicznie ułożonymi linijkami poczułem się nieznacznie lepiej w towarzystwie niczego nieświadomej wadery.
– Wiesz, twoja obecność jest inspirująca. Pomogłaś mi napisać tekst piosenki – oznajmiłem w końcu. Nabierając nieco pewności siebie, postanowiłem na nią spojrzeć. Gwałtownie obróciła się w moją stronę.
– Co?
– Jestem muzykiem. Czasem piszę piosenki.
– W jakim sensie pomogłam? – zapytała, marszcząc w niezrozumieniu brwi.
– Wspomogłem się niektórymi twoimi wypowiedziami, co ciekawszymi ich fragmentami... Jak wrócę do domu, postaram się zapisać i stworzyć coś sensowniejszego. Melodię ułożyłem już po drodze.
– Jakie to romantyczne – Wywróciła oczami i znowu położyła głowę na łapach.
– Wcale nie chciałem, by było romantyczne – Znowu popatrzyłem na ulewę. Zdawała się nie słabnąć. – Inspiracji trzeba szukać wszędzie – Zrobiłem pauzę. Dalszą część zdania wypowiedziałem już bardzo cicho: – Choć chciałbym kiedyś układać piosenki specjalnie dla swojej miłości życia...

<Yuki?>