Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 18 lipca 2018

Od Torance "Czarne chmury imigrują do nas jak uchodźcy" cz. 4

Listopad 2019r
Niedaleko od nas siedziała szczupła wilczyca. Nie, nie była szczupła, tylko chuda. Nie powala wzrostem – była raczej przeciętna. Jej sierść miała w większości czarną barwę. Wyjątek stanowiła pierś w kolorze takiego brudnego turkusu. Od czarnego futra oddzielał ją biały pas sierści. Poza tym wadera miała sporych rozmiarów grzywkę, która przysłaniała jej pysk. Była ona – o ile to możliwe – jeszcze bardziej czarna i matowa niż reszta ciała. Z grzywki wyłaniały się długie uszy uszy z jaskrawoniebieskim środkiem – takiego samego koloru był nos kończący szczupły pysk, który przecinały białe pasy. Wadera uśmiechała się do nas szeroko, więc bardzo dobrze widziałam jej ostre zęby. Wyglądała przerażająco, ale chyba gorszy był jeden fakt... Samica była tą, która nas zatrzymała wczorajszego wieczoru.
- N-Nie – wyjąkał Shen gapiąc się na przybyłą... Właśnie! Odkąd ona tutaj była i ile słyszała?
- To dobrze. Niczego nie można być pewnym – powiedziała przechylając łeb w zamyśleniu – W sumie nie jesteście tacy głupi, za jakich was miałam. Tak, jestem „od Kruków”.
Ostatnie słowa wysyczała z taką ilością jadu, że zaczęłam wyczekiwać, czy zmieni się w węża i nas ukąsi. Na szczęście nic podobnego się nie wydarzyło.
- Dobra, nie mamy czasu na takie gadki – odezwała się wilczyca po chwili pełnej napięcia ciszy – Muszę was zaprowadzić do Alf w sprawie waszego nieudanego morderstwa.
Na dźwięk ostatniego słowa zamurowało mnie.
- M-Morderstwa? Jakiego morderstwa? - zdołałam wyjąkać.
Czarna samica roześmiała się, jednak gdy się odezwała w jej głosie nie było ani trochę rozbawienia. Jej śmiech sprawił, że praktycznie straciłam głos ze strachu.
- A jak inaczej byś to nazwała? - nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, wilczyca kontynuowała z uśmiechem na pysku – Chodźcie.
Podniosła się z ziemi i od razu skierowała kroki w stronę jaskini. Natomiast ja ogromnym wysiłkiem woli zmusiłam się do ruszenia pyskiem i zerknięcia na pozostałe szczeniaki. Na pyskach moich znajomych widniało przerażenie, zdezorientowanie i skrywana wściekłość. „Jak ona może nas oskarżać o coś takiego?” - zdawali się myśleć jakąś częścią umysłu.
- Ruszajcie się.
Wilczyca stała teraz przy wejściu do jaskini i mierzyła nas zniecierpliwionym spojrzeniem. Całą trójką wstaliśmy. W oczach każdego z nas kryło się wiele emocji, ale zdecydowanie zwyciężał strach. Ta wadera mogła być nieobliczalna.
Szliśmy obok siebie, jakby mogło to nam pomóc uchronić się przed starszą samicą. Kiedy znaleźliśmy się obok niej, wilczyca wskazała łapą wyjście z jaskini. Cała sytuacja chyba zaczynała ją naprawdę bawić, bo widziałam na jej pysku szczery uśmiech. Co za...
Kiedy wyszliśmy na dwór, zauważyłam, że jednak nie było tak późno jak myślałam. Co prawda wstałam później niż zwykle, ale dalej mieliśmy trochę czasu przed pierwszą lekcją.
Dzisiaj pierwsza jest magia... – przypomniałam sobie.
Czarna wadera wyszła zaraz za nami.
- Idźcie przodem. Będę was pilnować, żeby żadne się po drodze nie zgubiło – mogłam się założyć, że ostatnie słowo nie było przejawem troski nad biednymi szczeniakami.
Nie mieliśmy innej opcji, niż posłuchać poleceń tej wadery. Ba, nieposłuszeństwo mogło jedynie pogorszyć naszą sytuację, która i tak już nie była dobra. Ta wilczyca sądziła, że chcieliśmy zabić Aoki, a kiedy nam się nie udało, przytargaliśmy ją do watahy wymawiając się tym, że sama spadła. Ale przecież to absurdalne! Czemu mielibyśmy w ogóle mieć zamiar zabić Aokigaharę? Fakt, wadera była czasem irytująca, ale przecież nie na tyle, żeby chcieć jej coś zrobić. A w każdym razie nie coś takiego. Zresztą, Moone była jej najlepszą przyjaciółką, zawsze broniła Aoki, więc skąd w ogóle pomysł, że ona mogłaby...
Ale ta wadera tego nie wie. Zresztą, mogę się założyć, że przedstawi swoją wersję wydarzeń Alfom w taki sposób, żeby przedstawić nas w jeszcze gorszym świetle...
Czułam jak moje serce bije jak szalone ze strachu. Bałam się, że Suzanna i Fermitate wywalą nas z watahy za coś takiego, że stracę mój dom...
Nagle przypomniałam sobie o czymś strasznym. Aoki! Przecież ona leżała tam tak długo, spadła z takiej wysokości... Co jeśli rzeczywiście umrze z takiego głupiego powodu? Nie, błagam nie... Ona nie może umrzeć...
Cała droga minęła mi na gorączkowym myśleniu o tej sytuacji. Szłam automatycznie zapominając o czymś tak przyziemnym jak na przykład zakwasy. Nie miałam czasu na takie głupoty. W związku z tym zanim się obejrzałam, znajdowaliśmy się tuż obok Jaskini Alf.
- Idę zobaczyć, czy ktoś jest w środku. Macie tutaj zostać, bo jak nie... - wilczyca zawiesiła głos. Zaczęłam wyobrażać sobie różne scenariusze końca tej groźby. Każdy kolejny gorszy od poprzedniego. Czekałam, aż ta skończy groźbę, ale wilczyca zamiast tego zmierzyła nas groźnym spojrzeniem i ruszyła do wejścia.
Kiedy się przy nim znalazła, wetknęła łeb do środka, co chyba nie było zbyt kulturalne.
- Dzień dobry, Fermitate – powiedziała głosem pełnym szacunku. Następnie chyba kogoś zauważyła, bo jej ciało się spięło, a głos zabrzmiał lekkim strachem – Suzanno. Przyprowadziłam te małe demony, o których wspominałam we wczorajszym raporcie.
- Dzień dobry, Foolishness. Wejdź, proszę – z wnętrza jaskini wydobył się męski głos. - Och, szczeniaki, wy też wejdźcie. Musimy porozmawiać.
Ostatnie zdanie wywołało u mnie jeszcze większe emocje, niż złowieszczy uśmiech wadery, do której Fermitate zwrócił się Foolishness. Jejku, jakie długie i dziwne imię... Też bym chodziła zawsze zirytowana, gdybym się tak nazywała...
Czarna wilczyca cofnęła się do miejsca, w którym staliśmy.
- Słyszeliście Alfę. Macie iść – oznajmiła i trąciła Shena nosem, żeby się ruszył. Nie był to jednak przyjacielski gest i szczeniak to wyczuł. Wzdrygnął się i spojrzał przerażony na mnie i Moone.
- Idziemy tuż za tobą – odezwałam się – Spokojnie, Shen.
Starałam się, żeby mój głos brzmiał pewnie i pokrzepiająco. Basior usłyszawszy moje słowa, skinął łbem. Następnie zamknął oczy i odetchnął głośno. Kiedy je otworzył, widziałam w nich prawdziwy spokój. Hm, dziwne. Czy kilka słów pocieszenia mogło wywołać taki spokój?
- Ruszajcie się. Alfy nie będą czekać całego dnia – wtrąciła się Foolishness. Shen w odpowiedzi przewrócił oczami i uśmiechnął się do mnie i Moone. Co on wyprawiał?
Nie miałam jednak czasu zastanowić się nad tym, bo samiec ruszył już ku jaskini, w której czekała nas konfrontacja z mrożącymi krew w żyłach zarzutami. Wilczyca widząc, że skrzydlaty basior w końcu się ruszył, popchnęła mnie i Moone. Może myślała, że to to pomogło Shenowi? W każdym razie, ruszyłyśmy za naszym kolegą, który wchodził właśnie do jaskini.
- Dzień dobry – przywitał się grzecznie. Dwa głosy niewątpliwie należące do naszych Alf odpowiedziały przywitaniem.
Po chwili i my dotarłyśmy do Jaskini Alf. Suzanna, drobna wilczyca o puszystej miedziano-brązowej sierści siedziała w pewnej odległości od swojego partnera, Fermiatete'a. Basior był posiadaczem szarej sierści, nie licząc czarnej grzywki i pasu futra tego samego koloru ciągnącego się przez cały grzbiet oraz ogon. Poza tym jego błyszczące, żółte oczy mocno kontrastowały z czarnymi tęczówkami Suzanny. Wyglądali obok siebie jak dwa przeciwieństwa, lód i ogień. Oczywiście Fermitate przypominał mi z wyglądu lód. Jednak z doświadczenia wiedziałam, że to jego partnerka była znacznie chłodniejsza w obyciu.
Moone ukłoniła się lekko, kiedy zwracała się z powitaniem do Alf. Ja natomiast przez chwilę stałam nie wiedząc, co powinnam zrobić. W końcu postanowiłam naśladować czarną samicę. Suzanna i Fermitate ponownie powtórzyli słowa przywitania. To ich jeszcze nie znudziło?
Zapanowała pełna napięcia cisza. Para Alfa przyglądała nam się w sposób, który nie potrafiłam odczytać. Moone usiadła na ziemi obok Shena i odwzajemniała spojrzenie dorosłych wilków. Ukryła emocje gdzieś głęboko w sobie i teraz cierpliwie czekała na rozwój wydarzeń i chwilę, kiedy będzie bronić własnej godności. Shen natomiast siedział zaskakująco spokojnie jak na niego i wpatrywał się w swoje łapy, jakby te były najbardziej interesujące na świecie. A ja oczywiście przyglądałam się innym nie wiedząc, co mogłabym zrobić.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

wtorek, 17 lipca 2018

Od Asgrima "Utracone Wspomnienia" cz. 4

marzec 2021r.
Kiedy zobaczyłem Tori, poczułem się jakby ktoś przejeżdżał pazurami w środku mojego łba. Jakby wspomnienia dotyczące tej małej wadery były gdzieś tam szczelnie zamknięte, a teraz wyły i uderzały o ściany swojej celi, czekając aż je odnajdę. A ja nawet nie wiedziałem, gdzie powinienem szukać.
A jednak rozpoznałem ją. Czułem, że ta wilczyca jest tą, której poszukiwałem. Mało tego! Wiedziałem, po prostu wiedziałem, że była dla mnie kimś bliskim. Może nawet była moją najbliższą przyjaciółką? Hm, to byłoby całkiem możliwe.
Rozmowa z nią była czymś niesamowitym. Ta wadera przedstawiała historię naszej znajomości tak spokojnie, jakby było to dla niej coś oczywistego.
Może dlatego, że było? Gościu, to że ty nic nie wiesz, nie oznacza, że i ona zapomniała – myślałem.
W każdym razie nie mogłem pohamować zainteresowania i szoku, kiedy słuchałem słów samicy. A kiedy nadeszła chwila, w której musiałem jej wszystko opowiedzieć... To było okropne. Widziałem, że Tor była załamana, przez co czułem się jeszcze gorzej. Wcześniej tak miłe chwile przywitania, wydały się nagle czymś odległym i... Nienaturalnym.
W końcu stwierdziłem, że najlepsze co mogłem zrobić, to odwrócić jej uwagę. Gadanie na temat magii oraz mojej wrodzonej wspaniałości szybko okazało się świetnym pomysłem. Wilczyca skupiła się na czymś innym, a na jej pysk na powrót wstąpił uśmiech. Dzięki niech będą Eydis za to, że jestem tak cudowny i rozmowa o mnie jest tak fascynująca!
Patrolowaliśmy tereny przydzielone mojej przyjaciółce rozmawiając na całkowitym luzie. Tori wtrącała czasem coś o miejscu, w którym akurat się znajdowaliśmy. Nie powiem, tereny tej watahy były całkiem ładne, ale chyba najbardziej podobały mi się Góry, w których odnalazł mnie ten cały Magnus.
- Mogę już spróbować? - zapytałem w końcu. Nie mogłem się doczekać chwili, w której dostanę się do umysłu przyjaciółki. Wilczyca jednak niezbyt chciała, żebym widział jej myśli, co sprawiało, że byłem jeszcze bardziej ciekawy. Chciała przede mną coś ukryć?
- Dobra, dawaj – westchnęła Tori.
Wydałem z siebie krótki okrzyk radości, na co samica ponownie westchnęła i pokręciła głową mrucząc coś pod nosem. Czyżby mnie wychwalała? Ach, nieważne. Musiałem się skupić na czymś innym.
Zamknąłem oczy i odetchnąłem kilka razy próbując odgonić myśl o wpadnięciu na drzewo. Nie byłoby to zbyt... Przyjemne i budzące podziw. Chociaż prawdopodobnie nawet to zrobił w taki sposób, że...
Przestań – nakazałem sobie w myślach i ponownie skupiłem się na oddychaniu. Już po chwili byłem idealnie wyciszony.
- Usiądźmy, dobrze?
Nie czekałem na odpowiedź Tori, tylko od razu usiadłem w miejscu, w którym przed chwilą stałem. Moje wyczulone w tym momencie zmysły zarejestrowały, że po chwili samica również usiadła. Uśmiechnąłem się nie wiedząc do końca z jakiego powodu. Może to miał być wyraz stłumionej ekscytacji?
- Postaram się, żebyś usłyszała mnie w swoim umyśle. Słuchaj uważnie – poleciłem.
Wadera potaknęła i zamilkła pozwalając mi jeszcze bardziej się skupić. Oczywiście skorzystałem z okazji i zacisnąłem mocniej powieki starając się myśleć jedynie o umyśle mojej przyjaciółki. Niestety, choć czułem aurę myśli otaczającą sylwetkę samicy, to nie potrafiłem jej naruszyć. Zdawała się być zbyt odległa dla mojego głupiutkiego umysłu.
Po dłuższej chwili nieudanych prób, otworzyłem oczy. Światło słoneczne oślepiło mnie na jeden krótki moment i dopiero, kiedy ten minął mogłem odnaleźć wlepione we mnie spojrzenie Tori.
- Nie było cię tam – stwierdziła, na co pokiwałem głową. Wspaniałemu Asowi – rany, jak dziwnie znowu znać swoje imię... - się nie udało.
- Nie poczułaś nic, prawda?
- Przykro mi, As.
Pokręciłem głową i uśmiechnąłem się. Starałem się ukryć smutek i poczucie porażki. Chyba nie szło mi za dobrze, bo Tori ciągle przyglądała mi się z czymś w rodzaju troski, przez co czułem się jeszcze gorzej.
- Hm, no nic. Jeszcze się nauczę. Będę Panem Umysłu z prawdziwego zdarzenia, zobaczysz! - uśmiechnąłem się szeroko mając nadzieję, że brzmiałem przekonująco.
- Nie wątpię – parsknęła wilczyca. Ton jej głosu zdawał się przeczyć słowom i już chciałem to jakoś skomentować, ale nagle ogarnąłem, że to chyba było specjalnie... A przynajmniej taką miałem nadzieję.
Odchrząknąłem nie wiedząc zbytnio, co jeszcze mógłbym powiedzieć. Między nami zapanowała cisza, a ja totalnie nie wiedziałem jak ją przerwać. Miło było rozmawiać o niczym. Czułem się wtedy sobą. Natomiast cisza i pozostawienie siebie na kaprysy własnych myśli, które kotłowały się ciągle wokół durnego braku pamięci... Nie, to nie było fajne.
Przestań. Będziesz miał jeszcze sporo czasu na użalanie się nad sobą – pomyślałem, kręcąc głową, żeby się jakoś otrząsnąć.
- Em... Mała? - zacząłem całkowicie nie wiedząc, co chciałem powiedzieć.
Wilczyca na dźwięk mojego głosu podskoczyła. Widziałem jak jej niebieskie oczy otwierają się szeroko. Jej spojrzenie wyrażało zszokowanie, smutek i całą gamę emocji, których nawet nie potrafiłem nazwać.
- Coś nie tak?
- Co? Nie, wszystko w porządku – pokręciła łbem – Po prostu...
Kiedy wypowiadała dwa ostatnie słowa, jej głos się załamał. Pewnie było to ogromnie nietaktowne, ale nie mogłem powstrzymać ciekawości. Co takiego chciała powiedzieć?
- Po prostu?
- Nieważne – odpowiedziała przekrzywiając pysk w jedną stronę. Chciała dać mi do zrozumienia, że to nic ciekawego, ale nie dałem się nabrać. Wadera czując na sobie moje wyczekujące spojrzenie, westchnęła i kontynuowała. - Mówiłeś tak na mnie odkąd pamiętam. Chociaż nie widzieliśmy się od bardzo dawna, lubiłeś się przechwalać się, że jesteś wyższy – uśmiechnęła się przypominając coś sobie – I starszy.
Z mojego gardła wydobyło się krótkie „och”. Nie spodziewałem się, że używałem tego zwrotu już wcześniej. A tego, że byłem starszy to już całkowicie.
- Jestem starszy? - zapytałem upewniając się.
Tori słysząc moje pytanie jęknęła.
- Mogłam ci nie mówić... Znowu się zacznie... - starała się mówić dramatycznym tonem, ale uśmiech wkradający się na jej pysk ją zdradził.
- O ile?
- Miesiąc. Masz... - zerknęła na swoje pazury. – Trzy lata z kawałkiem. Jakoś zimą skończysz cztery.
Skinąłem głową przyjmując do wiadomości te rewelacje. Nie wpadło mi wcześniej do głowy zapytać, ile miałem lat. Wiedziałem, że jestem dorosły i to mi wystarczało. A gdy poznałem bardziej dokładną liczbę, nawet nie byłem specjalnie zaskoczony. Właśnie na tyle się czułem.
- Coś jeszcze powinienem o sobie wiedzieć?
Tor zamyśliła się. Hm, chyba nie umiałem myśleć o tej małej samicy jako Torance. Pełna wersja wydawała się być zbyt... dorosła jak dla tej drobnej wadery. Jestem pewien, że gdyby nas postawić obok siebie, byłoby widać, kto jest starszy. Wilczyca ogólnie wyglądała dość dziecinnie... Aż dziwne, że sam nie domyśliłem się, że to ja byłem tym starszym. Tak, podobało mi się to, że górowałem nad nią zarówno wzrostem jak i wiekiem...
Kiedy ja w myślach szczyciłem się nową wiedzą, Młoda – ha, jak fajnie, że mogłem tak o niej myśleć! - chyba się namyśliła.
- Naprawdę masz na na imię Asgrim. Nigdy ci się specjalnie nie podobało.
Skrzywiłem się słysząc te słowa. Tak, nie dziwiłem się sobie z przeszłości, że wolałem krótkie „As”. Moje prawdziwe imię było bardzo dziwne i no... Niezbyt piękne.
- Hm... - odezwała się ruda. - A teraz ci się ono podoba, Asgrimie?
Parsknąłem słysząc jak zaakcentowała moje imię.
- Zdecydowanie nie. Chodźmy dalej, co? - zaproponowałem licząc na zmianę tematu.
Moja przyjaciółka wyszczerzyła zęby w uśmiechu i wstała.
- Jak wolisz, staruszku.
Kiedy tylko podniosłem się z ziemi, podszedłem do samicy i szturchnąłem ją. Na mój pysk znowu wkradł się wesoły uśmiech. Naprawdę podobały mi się nasze relacje.
- Nie podskakuj, szczeniaku.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Od Bony "Nauka wcale nie jest nudna" cz. 2

Marzec 2021 r.
- Czemu wszystko, co dobre tak szybko się kończy?! - westchnęłam, a Leah spojrzała na mnie ze złością. Ja tylko wyszczerzyłam zęby w sztuczny sposób.
- Och, nie narzekaj, tylko wstawaj! - krzyknęła do mnie Leah. Wstałam z grymasem i się otrzepałam, a ona się uśmiechnęła.
- A po co przyszłaś mnie obudzić? - spytałam wadery. Ona tylko na mnie spojrzała.
- No co ty? Nie pamiętasz, że dzisiaj musimy na coś zapolować. A przyszłam cię obudzić, bo wiem, że kochasz spać. - odparła. Ja ziewnęłam i przeciągnęłam. Lee kazała mi iść za nią. Po chwili byłyśmy na polanie gdzie były inne wilki. Yuko spojrzała na mnie.
- Witajcie. Czemu się spóźniłyście? - spytała. - Mam nadzieje, że to będzie ostatni raz.
Szybko odpowiedziałam, że nie mogłam znaleźć tej polany i się zgubiłam. Uwierzyła mi. Kazała gońcom schować się w krzakach pomiędzy drzewami. Gdy pojawiła się zwierzyna, zaczęłyśmy gonić jelenia w stronę wilków zabijających zwierzęta.
Po udanych łowach wróciłam do jaskini, aby odpocząć i "poczytać" pamiętnik mamy. Kiedy go otwierałam przeszyły mnie dreszcze. Lekko potrząsnęłam głową i zaczęłam czytać. Patrzyłam na piękne rysunki wilków i ludzi. Też chciałam się nauczyć tak rysować. Potem poszłam do Suzanny, by pouczyć się czytać. Dzisiaj uczyłam się alfabetu, czytania małego druku i dwuznaków. Trochę się namęczyłam ucząc się na pamięć alfabetu.
Potem znów poszłam do restauracji, ale tym razem po to, by z kimś porozmawiać. Spotkałam Gaję i Torance.
- Hej, Gaja. Jak się czujesz?
- Super. A ty? - spytała się młoda wadera. Tori była cicha jak myszka.
- Mogło być lepiej, ale nie jest najgorzej. - odparłam z lekkim uśmiechem. - Trochę boli mnie głowa. Pójdę do Alvarlega.
- Dobry pomysł - wreszcie odpowiedziała Torance. Ja tylko odwróciłam się i odeszłam. Szybko trafiłam do Alvarlega. Spojrzał na mnie i prychnął.
- Czy coś się stało? - spytał.
- Tak, boli mnie głowa. - powiedziałam albo bardziej syknęłam. Basior sięgną po jakąś buteleczkę, ale nic tam nie było.
- Chodź. Idziemy do Kai'a. On ma ten lek. - poszłam za nim. Szliśmy gdy nagle usłyszałam szelest. Odwróciłam się i zdałam sobie sprawę, że coś za mną stoi. Był to wielki basior, który szczerzył kły.
Był czarno-brązowy. Patrzył na mnie wściekłym wzrokiem.
- Gdzie jest twoja siostra!? - wysyczał ze wściekłością - Gadaj!
- N-nie wiem... - jąkałam się przez łzy - Nie wiem! Zostaw mnie!
Basior rzucił się na mnie. Alvarleg nie wiedział co zrobić. Wrzeszczałam i wyrywałam się próbując uciec. Starałam się go ugryźć i odepchnąć, ale był za silny. Po chwili szarpaniny dostałam czymś w głowę i chyba straciłam przytomność...

Uwagi: Brak daty! Cały czas dajesz wiele zbędnych Enterów. Brak niektórych przecinków. Alvarleg to nie Alvaro. Przeinaczyłaś jego charakter. Chodź nie znaczy tego samego co choć.

niedziela, 15 lipca 2018

Od Lind "Konkurencje festynowe" cz. 3

Kwiecień 2021
Kiedy skończyłam wstępnie osuszać swoje futro po zimnej kąpieli w Jeziorze, skierowałam się z powrotem na polanę w Zielonym Lesie. Stwierdziłam, że czekanie, aż będę zupełnie sucha, nie ma sensu. Najpierw minęłam stanowisko Joela. Basior oczywiście zwrócił uwagę na moją wciąż wilgotną sierść.
- Skok widzę udany? - zapytał.
- Chyba nie wątpiłeś w moje umiejętności, co? - odparłam zadziornie, przystając.
- Co ty, nie śmiałbym - animator wyprostował się, kręcąc przecząco głową.
- No ja myślę - mruknęłam, po raz kolejny odgarniając sprzed oczu posklejane kosmyki włosów.
Przez wspólną pracę od początku festynu, udało mi się nawiązać bliższy kontakt z technikami. Coraz rzadziej stroniłam przy nich od żartów i udawanego dogryzania. Stali się moimi dobrymi znajomymi. Nawet tego wiecznie niechętnego do rozmów Magnusa mogłabym tak nazwać... Chyba. Hm... ciekawe, czy on też nie ograniczył się do tylko jednego stanowiska festynowego, zastanowiłam się.
Odnalazłam wzrokiem Dantego. Siedział przy swoim stanowisku, spoglądając w moją stronę. Zapewne czekał, aż dam mu znać, iż jestem gotowa do rozpoczęcia następnej konkurencji. W końcu pamięć miał dobrą, a ja zapowiedziałam wcześniej, co zamierzam.
- Już mogę biec - poinformowałam, podchodząc bliżej. Niebieski basior kiwnął głową, że rozumie.
- Na potwierdzenie, że dotarłaś do celu, musisz przynieść mi jedną z flag zawieszonych koło kuchni - wyjaśnił.
- Jasne - ustawiłam się w odpowiednim kierunku. - Do kuchni i z powrotem... - przypomniałam samej sobie na głos.
- Start!
Wystrzeliłam z miejsca z maksymalną prędkością. Zamruczałam mimowolnie, zdając sobie sprawę, iż utrzymująca się jeszcze na moim futrze wilgoć zapewni mi nieprzyjemne zimno podczas biegu. Może jednak lepiej było zacząć od tego zadania, nie od skoku do Jeziora..., pomyślałam.
Wymijałam sprawnie przeszkody w postaci krzewów, rowów i pni powalonych drzew. Podążając dalej przed siebie, bez trudu rozpoznawałam poszczególne odcinki trasy. Dzięki pracy w tej okolicy, znałam już ją lepiej, niż własną jaskinię. Chociaż wyjątkowo nie użyłam mocy, moje kolejne susy były długie i szybkie. Miałam wrażenie, że płynę w powietrzu, te kilka mikrometrów nad ziemią.
W mig dotarłam do niewielkiej jaskini, w której jakiś czas temu urządziliśmy kuchnię. O tej porze nie było tam nikogo. Wszystkie garnki, sztućce i inne akcesoria leżały poukładane z boku, a palenisko starannie zasypano. Zahamowałam i natychmiast zauważyłam kilka flag kołyszących się nad wejściem na kawałku sznurka. Złapałam jedną z nich zębami i zerwałam. Z tym dowodem pokonania trasy, zawróciłam i pobiegłam z powrotem do stanowiska Danny'ego. Zdołałam utrzymać niezłą prędkość, jednak z czasem słyszałam coraz wyraźniej mocniejsze bicie serca. Zostałam także zmuszona do przyśpieszenia oddechu. W końcu wróciłam na polanę, z której wyruszyłam i przekazałam flagę animatorowi odpowiedzialnemu za to konkretne zadanie.
- Nieźle, kolejne zadanie festynowe za tobą - pokiwał głową basior. - Kończysz już na dziś? - zapytał, wręczając mi karty.
- Chyba tak. - odparłam, próbując uspokoić nieco oddech po sprincie. - Muszę jeszcze zająć się kilkoma rzeczami. Na pewno wrócę tu jutro.
Po tych słowach, pożegnałam obu samców, odpowiadających za wydawanie kart i opuściłam polanę. Następną wizytę muszę zaplanować na późniejszą godzinę, żeby złapać także Navri, pomyślałam. Chętnie bym się dowiedziała, na jakie konkurencje można się zapisać u niej.
Poszłam głębiej w Zielony Las. Mój plan na resztę dnia wyglądał następująco: najpierw polowanie, później wizyta w Bibliotece, a na koniec ćwiczenia na pierwszy występ festynowy. Chodziło o ten z ogniem. Nie mogłam się już go doczekać.
Zbliżyłam nos do ziemi i zaczęłam węszyć. Nieważne jakiego przysmaku trop znajdę, pójdę za nim - tak postanowiłam. Te wszystkie zadania nagradzane kartami sprawiły, że zgłodniałam nie na żarty. Jakiś czas wyczuwałam jedynie ślad wilków, ewentualnie zbyt stary ślad zwierzyny, jednak w końcu natrafiłam na świeży zapach samotnie wędrującego, dorosłego jelenia. Wydało mi się to nieco dziwne; podobno osobniki tego gatunku nigdy nie odłączają się od stada.
Zgodnie ze złożoną sobie wcześniej obietnicą, podążyłam za tropem. W ten sposób dosyć szybko znalazłam parzystokopytnego. Dostrzegłszy z daleka jego sylwetkę, zwolniłam i zaczęłam się skradać, ukrywając za wyższą roślinnością. Dostrzegłam, że ten skubiący trawę samiec, dopiero co pozbył się poroża. Uśmiechnęłam się pod nosem. Atak będzie dzięki temu jeszcze prostszy.
Kiedy uznałam, że nie zdołam już podejść bliżej bez ujawniania się zwierzynie, wyskoczyłam z ukrycia i spróbowałam zaatakować. Niestety, jeleń w porę zareagował. Odskoczył, po czym rzucił się do ucieczki. Ruszyłam natychmiast za nim i wkrótce użyłam swoich kłów jeszcze raz. Zadowolona z w miarę szybkiej akcji, zabrałam się za upragniony posiłek.
Przy jednym z kęsów soczystego mięsa, poczułam na swoim (już na szczęście suchym) futrze podmuch lodowatego wiatru. Podniosłam głowę i zmrużyłam oczy. Coś za gęsto rosnącymi drzewami Lasu odbijało światło słoneczne. Zamrugałam. Śnieg.
Okazało się, że szukając pożywienia, dotarłam aż pod Śnieżny Las. Dokończyłam szybko posiłek i zostawiając resztę mięsa za sobą, poszłam w stronę lśniącej bieli. Zdałam sobie sprawę, że już dawno nie odwiedzałam tego miejsca, chociaż obecnie mieszka tu moja serdeczna przyjaciółka Leah. Ciekawe, czy akurat jest w pobliżu...
Wkrótce moje łapy zetknęły się ze zbrylonymi płatkami śniegu. Biały puch zaskrzypiał. Na tym terenie, było bez porównania zimniej, jednak jakoś nie przeszkadzało mi to specjalnie. Ruszyłam dalej przed siebie. Przypomniałam sobie, że teoretycznie jest już wiosna, a ja chodzę sobie po warstwie kruchego śniegu. Heh... Zupełnie, jak w domu.
Podskoczyłam, żeby zatopić się cała w zimnej zaspie. Otoczona przez biały puch, położyłam się i obróciłam na grzbiet. Spojrzałam stamtąd na gałęzie drzew iglastych, uginające się pod ciężarem błyszczących w słońcu sopli.
Od zawsze lubiłam zabawy w śniegu, jednak będąc tutaj przez ostatni rok... jakbym o tym zapomniała. Zajmowałam się masą innych rzeczy, mniej lub bardziej związanych z życiem całej watahy. Usiadłam i spojrzałam z zamyśleniem na taflę zamarzniętego jeziora. Chwilę tak trwałam w jednej pozycji, zatopiona we własnym morzu wspomnień i refleksji, dopóki pewien dźwięk w okolicy nie zwrócił mojej uwagi. Był to szmer dwóch łap zatapiających się w śniegu. Ktoś próbował coś wykopać spod mroźnej pokrywy. Hm... Może to Leah?
Wstałam i ruszyłam za wyłapanym, powtarzającym się odgłosem. Dotarłam do jego źródła, jednak okazał się to być zupełnie nieznany mi wilk. Miał puszyste futro w kolorach od jasnego brązu, po ciemny szary. Poczułam od niego zapach charakterystyczny dla członków Watahy Czarnego Kruka. Basior nie zauważył mojej obecności, nadal był zajęty kopaniem, więc postanowiłam się odezwać:
- Dzień dobry.
Wilk podskoczył, słysząc mój głos. Przerwał swoje dotychczasowe zajęcie i stanął na baczność, spoglądając w moją stronę. Dostrzegłam w jego wizerunku interesujący szczegół - niebieską plamę na brązowej tęczówce prawego oka. Nieznajomy odetchnął z ulgą, rozpoznawszy we mnie członka Watahy Magicznych Wilków, a nie wroga.
- Dobrze się skradasz w tym śniegu - mruknął, marszcząc na chwilę nos. - Lind, prawda? - nagle uśmiechnął się przyjaźnie.
- Tak, zgadza się - odwzajemniłam uśmiech. - A pan to...?
- Crane - ukłonił się grzecznie. - I proszę bez żadnych "pan". Nie lubię takich oficjalnych zwrotów. Moglibyśmy mówić sobie na "ty"? - zapytał.
- Pewnie - skinęłam głową. - Więc, Crane, co tutaj robisz?
- A, nic szczególnego - odparł. - Coś ostatnio zgubiłem. Liczyłem, że może to się stało gdzieś tutaj - westchnął. - Wiesz, często tutaj przebywam.
- O, ciekawe. Nie jest ci zimno? - spojrzałam na jego sierść.
- Nie tylko ty późno tracisz zimowe futro - wyjaśnił.
Chwilę nie wiedziałam co odpowiedzieć. Skąd ten basior o tym wiedział? Czy ja w ogóle komukolwiek o tym mówiłam? Być może, ale jego raczej przy tym nie widziałam...
- Skąd o tym wiesz, Crane? - odezwałam się w końcu, starając nie przybierać poważniejszego tonu.
- Wydawało mi się, że ktoś coś o tym wspominał.
A może jednak przypadkiem przechodził obok...? Nie, nadal wyglądało mi to nieco podejrzanie.
Podjęłam jednak w myślach decyzję, że na razie nie będę go brać na spytki. Może to naprawdę czysty przypadek, a ja mówię zbyt dużo, żeby o tym wszystkim później pamiętać.
- Co tak konkretnie zgubiłeś? - zapytałam, żeby zmienić temat.
- To nic ważnego. To taki mały wisiorek, czy tam jak kto woli, medalion...
- Jeśli chcesz, mogę ci pomóc w poszukiwaniach - zaoferowałam.
- Nie, nie musisz - zapewnił Crane. - Dam sobie radę. Szkoda twojej fatygi, poważnie. Pewnie masz inne rzeczy do roboty.
- Nie wiem, w sumie chyba mogłyby poczekać, skoro... - przypomniałam sobie o przygotowaniach do występu na festynie i wizycie w bibliotece. Prawda, cenny czas uciekał, ale....
Skierowałam wzrok z powrotem na brązowego basiora. Czekał aż dokończę swoją myśl. Wywnioskowałam z jego wyrazu pyska, że naprawdę nie lubił się narzucać i zawracać innym głowy. Pewnie wolałby zająć się sam swoją sprawą. Może w takiej sytuacji lepiej nie nalegać.
- Jeśli jednak będziesz potrzebował mojej pomocy, będę w okolicy jaskiń - przywołałam wiatr.
- Raczej nie, ale dziękuję, Lind - skinął głową.
Uderzyłam utworzonymi z żywiołu skrzydłami i odleciałam, spoglądając ostatni raz na nowo poznanego basiora. Ciekawe, kiedy znajdzie swój medalion. Nie widziałam już jego pyska, znów zanurzył się po uszy w zmrożonej zaspie. Dlaczego szukał tego tak głęboko pod śniegiem..?
Przekręciłam nieco głowę w zamyśleniu, po czym kazałam skrzydłom ponieść mnie prosto do Biblioteki.
***
O... Obrona... Odwrót... Ograniczenia... Oregano... Origami! Jest!
Wyciągnęłam oprawione w twardą okładkę tomisko z dotychczasowego miejsca. Przetrzymując je w powietrzu swoją mocą, zaczęłam przewracać strony. Tak, właśnie tego szukałam - objaśnień podstaw krok po kroku. Oceniając przydatność wydania jeszcze przez chwilę, odkryłam, że opisano tam także, jak robić ruchome figurki. Świetnie! 
Zapakowałam książkę do torby. Miejmy nadzieję, że ta jedna mi wystarczy. Wtem przypomniałam sobie o jeszcze jednym szczególe. Miałam stanowczo za mało papieru, żeby przygotować to, co planowałam. Czyli muszę dopisać do listy jeszcze jeden element - znalezienie kogoś, kto zgodzi się wybrać do Miasta po kartki dla mnie.
Westchnęłam. Co rusz znajduję nowe przeszkody, a nie wystąpiłam jeszcze przed wilkami na festynie ani razu. Chyba nie przemyślałam tego wszystkiego wystarczająco...

Wygrane karty: brązowe: Bransoletka Życzeń, Sarny; srebrne: Ziemia, Beta.