Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 20 czerwca 2018

Od Lind "Festyn trwa, my pracujemy" cz. 1 (cd. chętny)

Opowiadanie festynowe: bonus x2 więcej pkt. umiejętności i doświadczenia, 2x więcej SG za op.

Kwiecień 2021
Kiedy Joel i Aurelliah zakończyli swój występ w pięknym stylu, a "głośniki" wydały z siebie ostatni, wysoki dźwięk, cała widownia (w tym i ja) zeskoczyła ze swoich miejsc i zaczęła klaskać. Zdyszani tancerze kłaniali się i nie zamierzali zejść ze sceny, dopóki nie pojawił się Kai. Ten basior miał podsumować ich występ i zapowiedzieć następny punkt programu na ten wieczór. 
- Co tak cicho, wilki? - odezwał się konferansjer do stojącego mikrofonu, dyskretnie sugerując tancerzom pozostanie na deskach amfiteatru jeszcze przez chwilę - Za taki występ naszym artystom należą się prawdziwe brawa. No dalej - machnął łapą na widownię. 
Wykonaliśmy jego polecenie, oklaski znów rozbrzmiały, ze zdwojoną siłą. Jo i Aurelliah z uśmiechem kłaniali się dalej, dopóki Kai nie zaakceptował naszej owacji i nie wypuścił ich ze sceny. Kiedy zajęliśmy znów miejsca, basior zaczął zapowiadać następny występ: 
- Już za chwilę stanie przed wami nie mniej wyczekiwany... - w tym momencie urwał, ponieważ zagłuszyło go wyjątkowo drażniące brzęczenie mikrofonu. Kiedy ten nieprzyjemny dźwięk wreszcie ustał, basior sprawdził, czy urządzenie nagłaśniające jeszcze się do czegoś przyda. 
- Raz, dwa. Raz, dwa, próba - powiedział, zbliżając pysk do mikrofonu, jednak prawdopodobnie już tylko ja go usłyszałam. Wtem zgasły również reflektory, oświetlające scenę. Widzowie siedzący razem ze mną zaczęli pomrukiwać niezadowoleni. Kai westchnął i podszedł do końca sceny, żeby oznajmić donośnym głosem: 
- Wystąpiły pewne problemy techniczne. Naprawa sprzętu może trochę potrwać. Koncert Brunatnych Lilii odbędzie się jutro.
Po tych słowach zszedł ze sceny, zapewne, żeby zaczepić jakiegoś technika. Okazało się jednak, że Joel już pędził w stronę amfiteatru w ludzkiej postaci, z drabiną w rękach. W międzyczasie wielu widzów zdążyło wstać. Kilku spośród siedzących w moim rzędzie, zbierało się do opuszczenia Wrzosowej Łąki, narzekając na głos. Przywołałam skrzydła z wiatru i przeleciałam nad tymi wilkami, żeby dostać się szybciej do Joela.
- Co się stało? - zapytałam, patrząc na "basiora" wspinającego się ku metalowemu rusztowaniu z reflektorami.
- Jeden z głównych przewodów się przepalił - odparł Jo, podwijając rękaw. - Unieruchomił cały obieg prądu. 
- Dasz radę to naprawić? - wylądowałam i podeszłam bliżej. 
- Raczej szkoda zachodu - namierzył wadliwy kabel. - Łatwiej będzie po prostu wymie... - mężczyzna zachwiał się i zaraz potem zaczął przechylać na bok razem z całą drabiną. 
Natychmiast użyłam swojej mocy, żeby złapać basiora w ludzkiej postaci. To, na czym stał, poleciało na trawę samo, bez niego.
- Uf... Dzięki, Lind - westchnął Joel, opadając powoli na ziemię. - Czemu nie wzięliśmy podwójnej drabiny? 
- Bo te mieli tylko niższe, Dan o tym coś wspominał - mruknęłam.
- A, już pamiętam - stanął na wlasnych dwóch, długich nogach. - Trzeba podłączyć nowy kabel. 
- Który można wziąć? - skierowałam się za scenę, gdzie zostawiliśmy tydzień temu zapasowe części do elektrycznego sprzętu i podobne śmieci z miasta. Brązowowłosy mężczyzna dołączył do mnie i kucnął nad plątaniną kabli.
- Ten się nada - opowiedział po kilku minutach szperania i przyglądania się końcówkom "przedłużaczy".
Pokiwałam głową i poszłam po leżącą w trawie drabinę. Pomagając sobie wiatrem, ustawiłam ją znów pod metalowym rusztowaniem. Pozostający w ludzkiej postaci basior przewiesił sobie przez ramię kabel i po raz kolejny wspiął się na górę. Tym razem asekurowany przeze mnie, mógł spokojnie zająć się przełączaniem sprzętu. Wkrótce było po wszystkim, a wadliwy kabel, będący powodem zmiany grafiku, zastąpił nowy. W połowie drogi na ziemię, Joel zmienił formę z powrotem na wilczą i zeskoczył na ziemię. Reflektory znów działały.
- No to jak, mamy chwilę wolnego? - zapytałam z uśmiechem.
- Liczyłbym to w minutach - odparł basior z przekorą. - Non stop ktoś potrzebuje technika o tej porze. 
Wtem usłyszałam miarowe uderzenia łap o ziemię. Ktoś biegł w naszą stronę.
- Możesz mieć rację... - odwróciłam się, żeby spojrzeć na część Zielonego Lasu, gdzie mieściła się restauracja. Pędził stamtąd Magnus. Zwolnił dopiero będąc kilka metrów od nas. 
- Coś się stało, prawda? - zapytałam.
- Tak - wysapał basior o grafitowym futrze. - W re... stau... racji... mięso... jelenie ukradli...
- Co? - zapytaliśmy z Jo niemal jednocześnie.
- Ktoś wykradł zapas jeleniego mięsa z restauracji - wydusił Magnus. - Cały.
- Jak to w ogóle możliwe? - zdziwiłam się.
- Pewnie to było coś dużego, choćby zabłąkany wyvern - westchnął Joel. - Musiał zwęszyć łatwy łup. 
- A miało to wystarczyć do końca tygodnia - pokręciłam głową.
- Miało. Teraz tajemnicze coś rozkazało nam zapolować jeszcze raz - podsumował basior o jasnym futrze. 
Słysząc te słowa, Magnus westchnął dosyć głośno. Na chwilę zawiesiłam na nim wzrok.
- Wygląda na to, że musimy poradzić sobie we trójkę - pomyślałam na głos. Od rana nikt z nas nie widział Danny'ego. - Do rzeczy; proponuję tradycyjny atak na zwierzynę, gdzie ja będę goniącym, ty Magnus atakującym, a Joel zostanie zabijającym. Ktoś ma inne propozycje? - popatrzyłam po kolegach z pracy.
- W tym składzie lepiej zastosować plan podwójnego natarcia - odezwał się właściciel grafitowego futra. - Jeden goniący i dwóch zabijających. Atakują z ukrycia jedną ofiarę. Z dwóch stron - opisał pokrótce manewr. 
Zupełnie zapomniałam, że Magnus jako jedyny z naszej trójki jest z grupy polowań i z definicji zna się na rzeczy lepiej niż my.  
- Hm, brzmi to... znacznie lepiej - przyznałam. Tak czy inaczej, na pewno ciekawiej.
Spojrzałam na Joela, czekając na jego reakcję. 
- Więc teraz musimy tylko wytropić jakieś stadko i przygotować zasadzkę - oznajmił muzyk. - Chodźcie - ruszył w kierunku Zielonego Lasu. 
*** 
- Spróbuję zagonić chociaż kilka łani od tej strony - wskazałam kierunek. - Jeśli nie będą chciały współpracować, dam wam sygnał. 
- Wszystko jasne - przytaknął Jo. - Skok na pierwsze zwierzę, atakujemy nogi i gardło. 
- Jak się uda, ja też wam pomogę - zapewniłam. - Nie powinno być więcej problemów, niż ostatnio.
Po tych słowach, podążyłam za znalezionym wcześniej tropem stada. Kiedy wyraźnie poczułam zwierzynę, przyspieszyłam do biegu. Wkrótce zatoczyłam koło wokół parzystokopytnych pasących się miedzy drzewami. Ustawiłam się od przeciwnej strony i wskoczyłam pomiędzy niczego nie spodziewające się łanie. Zwierzyna rzuciła się do ucieczki, a ja podążyłam za nimi, żeby nadzorować ich dotarcie do celu. W pewnym momencie udało mi się znaleźć bardzo blisko parzystokopytnych smakołyków. Zdałam sobie wówczas sprawę, że gdybym chciała, dałabym radę sama złapać którąś z nich. 
Samice nie miały pojęcia, że biegną akurat tam, gdzie chciałam żeby biegły. Szybko dotarły do miejsca zasadzki. Pierwsza z nich trafiła prosto pod kły Magnusa i Joela. Jak na wilki, które wolą formę ludzką, poradzili sobie świetnie. 
Tymczasem ja skoczyłam na kolejne zwierzę i bez problemu powaliłam je na ziemię. Reszta stada zniknęła pomiędzy gęsta roślinnością Lasu. 
- Dobra robota - pochwaliłam kolegów. 
- Dwie w cenie jednej, nieźle - powiedział Joel. 
Nadszedł czas, żeby wziąć się za transport tych przysmaków do restauracji. Pierwsze zwierzę ciągnęłam sama, pomagając sobie wiatrem, a moi koledzy z pracy postanowili wykorzystać swoje ludzkie formy i ich chwytne "dłonie" przy przenoszeniu drugiego. 
W kuchni nieopodal restauracji zastaliśmy tylko Karou. Zapewne Sohara w międzyczasie serwowała napoje przy barze. Wadera o czarnym futrze przejęła od nas mięso z wyraźną ulgą. Wydawała się być zdenerwowana nagłym brakami.
Po zostawieniu pierwszej zwierzyny w kuchni, zawróciliśmy, żeby wrócić do części Lasu niezagospodarowanej w ramach festynu i upolować coś jeszcze. 
- Lind, wzięłaś już udział w jakiejś konkurencji festynowej? - zapytał mnie po drodze Jo.
- Jeszcze nie. Jakoś nie zastanawiałam się nad tym - odparłam. - Co to w ogóle daje?
- Za wykonanie konkretnego zadania otrzymujesz kilka kart - wyciągnął na chwilę jedną z kieszeni. - Kompletne kolekcje można wymienić na nagrody.
- Karty mówisz? - przejrzałam się tej należącej do niego. Była srebrna. - Wygrałam kilka w losowaniu...

<chętny?>


Uwagi: Literówki. Joel nie umie zbyt dobrze polować, Magnus zapewne podobnie, choćby przez jego niezdarność w formie wilczej.

Od Crane'a "Historia bezimiennego szczenięcia"


Kwiecień 2021

- Siedź tu i nie ruszaj się. Powiem ci, kiedy będziesz mógł wyjść. Dobrze? - wilk wlepił wzrok w swoje najmłodsze szczenię.
- Dobrze - przytaknął młody. Chciał być dobrym synem, więc posłuchał.  Jednocześnie ufał, że tata wie co robi i wróci po niego. Postanowił czekać w ciemnej jamie. Przysłuchiwał się szelestom kroków oddalających się bliskich. Czekał. 
Najpierw minuty, później godziny, w końcu dni. Dwa dni. Nie wiedział, co się dzieje, jak i dlaczego ryki i wycia, które pojawiły się nagle, stopniowo cichną. Zabroniono mu ruszać się z miejsca, więc nie wychylał się z nory.
Młody wilk nie miał pojęcia, że ten cały chaos, to niebezpieczeństwo, zaczęło się od tego jednego, "zmęczonego podróżą" wilka.
Spotkał go tydzień wcześniej.
Tajemniczny basior podszedł do szczenięcia, siedzącego na uboczu, zajmującego się płoszeniem ryb w strumieniu. Mały wilk uderzał miarowo w taflę wody białą łapą. Przerwał dopiero zauważywszy cień nieznajomego. Szczeniak spojrzał w górę, ledwo mógł objąć wzrokiem wysoką sylwetkę. 
- Sam tu jesteś, młody? - zapytał nieznajomy basior.
- Tutaj tak - odparło spokojnie szczenię.
- A gdzie są twoi rodzice?
- Są wyżej w górach. Nad wodospadami.
- Są tam inne wilki? 
- Tak, dużo innych wilków - wyjaśnił puszysty maluch.
- Jak tam dotrzeć? Powiesz mi? Szukam schronienia na chociaż jedną noc. 
- Szlakiem idzie się cały dzień - szczeniak wstał. - Ale jest jeszcze przejście ukrytym tunelem - spojrzał między skały u podnóża góry. 
- Pokaż mi, którędy mam iść.
Po dwóch dniach bez wody, jedzenia, młody wilk bardzo chciał wyjść na powierzchnię. Był pełen wątpliwości, zwłaszcza, że od dawna nie czuł już nawet zapachu swoich bliskich. Czyżby mieli już nie wrócić? 
Szczeniaka zewsząd otaczała cisza i pustka. Wyglądało na to, że został całkiem sam. Postanowił złamać nakaz rodzica i wydostał się z jamy. Nogi pokierowały go najpierw nad strumień, gdzie mógł ugasić palące przełyk pragnienie. 
Kiedy wyciągnął pysk z wody, zaczął wypatrywać jakiegoś znaku życia. Pomiędzy krzewami, pod drzewami, na skałach, a także na łące, było pusto. Ani wilka znajomego, ani obcego. Ani członka rodziny, ani innego podwładnego Alfy. Żadnych psowatych, żadnych parzystokopytnych. Żadnych smoków, żadnych ludzi. 
Wtedy nosa młodego wilka dobiegł zapach padliny, a jego żołądek przypomniał boleśnie o zaległościach w zapasach. Szczeniak znów odłożył wszystko na dalszy plan i podążył wyłapanym w powietrzu śladem. Ledwo starczyło mu sił na dotarcie do zajęcy, których nie dokończyły lisy. Po marnym posiłku, młody wilk przez chwilę nie ruszył się z miejsca. Zaczął się zastanawiać, co powinien teraz zrobić. Został sam. Oznaczało to, że dawne zagrożenie zniknęło. Jednak teraz zrobiło się miejsce na nowe. Przecież ten szczeniak wciąż nie wiedział, jak sie bronić, jak polować, jak walczyć. Podjął decyzję, że wróci na razie do jamy. Co przyniosą kolejne dni, jeszcze się zobaczy. 
- Sam tu jesteś? 
- Teraz już tak.
Szczenię zwinęło się w kłębek na dnie nory. Zbyt zimna noc przyszła zbyt szybko. 
Mały wilk nie bał się, czuł się tylko zagubiony i samotny.
Był zbyt młody, żeby wszystko zrozumieć.
*** 
Wyszedłem z jaskini. Osobnik z drugiej watahy, do którego należała, jeszcze nie wrócił. Nic tu po mnie, pomyślałem.  
Skierowałem wzrok ku północy. Nad Zielonym Lasem poruszały się snopy światła reflektorów. Festyn trwał w najlepsze. Przypomniałem sobie, że dziś wieczorem jest występ grupy tancerzy z Watahy Magicznych Wilków. Może warto by było się tam udać? Choćby żeby bić brawo z innymi i przyjrzeć się jeszcze raz nowym członkom stada.

Uwagi: Łatwo można się pogubić, co się w ogóle dzieje.

wtorek, 19 czerwca 2018

Loteria do 24.06

Loteria będzie się odbywać regularnie co 5 dni (wtedy również pojawią się wyniki z poprzedniego losowania), a losy można zakupić zwyczajnie informując mnie o tym. Nie istnieje limit, ile kto może ich zakupić, jednak ograniczająca może być dostępna ilość.
Startowo jest to 6 małych, 4 średnie i 2 duże, jednak kolejne można odblokować pisząc opowiadania na festyn. Nie ważne kto, grunt, byleby ktoś. 1 op. = +3 małe, +2 średnie i +1 duży do zakupu możliwego dla każdego z członków stada.
Nie ma pustych losów, a wygrać można naprawdę wiele rzeczy: nie tylko SG, towarzyszów, punkty doświadczenia, pożywienia czy magiczne przedmioty, ale także całkowicie nowe obiekty, których nie można normalnie zdobyć. Zawartość losów przewyższa koszt losu.
Nie musicie się martwić o oszustwo z mojej strony, bo numerki przeznaczane wszystkim postaciom losuję, a listę nagród stworzyłam już wcześniej. Co prawda wyniki znam prędzej, ale oczywiste jest, że nie zdradzę - ot, tajemnica zawodowa.

Wyniki poprzedniej loterii

Joel
1x średni los: 3x srebrna karta: Dolina Cudów i Marzeń, Odmieniec, Elektryczność
1x mały los: Róża Sprawiedliwości

Navri
1x duży los: 70 SG

Dante
1x średni los: 50 SG

Sohara
1x mały los: Eliksir Poziomu

Aktualne losowanie
Małe losy (10 SG)
Numerek 19: wolny
Numerek 20: wolny
Numerek 22: wolny
Numerek 23: wolny
Numerek 24: wolny

Średnie losy (25 SG)
Numerek 14: wolny
Numerek 15: Yuki
Numerek 16: wolny

Duże losy (50 SG)
Numerek 8: Yuki

sobota, 16 czerwca 2018

Od Navri "Jestem młodsza, ale nie gorsza" cz. 12

Luty 2020
- O co chodzi z tym byciem zdrajcą? - zapytała Alfa, zerkając na Torance. Nieznacznie się skuliła.
- No... zaprzyjaźniłam się z Navri i Shenem, a nie z nimi.
- Navri wcześniej była odludkiem, podobnie jak Shen, czyż nie? - Westchnęła - Aoki, to, że Torance woli towarzystwo innych wilków wynika nie z bycia zdrajcą.
- A z czego? - Futro jej się zjeżyło - Nie można tak przeskakiwać od osoby do osoby.
- Powiem niedyskretnie: zaobserwowałam już kiedyś, że nie traktowałyście Tori tak jak swoją przyjaciółkę, a bardziej jak popychadło. To nie jest w porządku. Gdyby to ona była przywódczynią tej grupy i sama spotkałabyś się z takim traktowaniem, również chciałabyś się jak najszybciej ulotnić. To całkiem naturalne. Szukała kogoś, kto by ją tolerował taką, jaka jest i traktował jak równą sobie. Bycie dręczonym nie jest ani przyjemne, ani zdrowe.
Aoki spuściła głowę, ale Suzanna, mimo zrobienia krótkiej przerwy, jeszcze nie skończyła:
- Skoro ma się z kimś przyjaźnić, to sądzę, że powinno to polegać na miłym spędzaniu czasu, a nie ciągłym pozbawianiu własnego zdania. Skoro miała możliwość przyjaźni z kim innym, kto zdawał się jej być wyrozumialszy, to ją wybrała. Sakura sama przyznała, w czym problem. Winterenowi nie sprawia to kłopotu pewnie dlatego, że jest basiorem...
- Nie zauważyłem żadnego znęcania - oznajmił jedyny samiec w towarzystwie. Nim nauczycielka logiki coś odpowiedziała, ja wtrąciłam głosem zimnym jak lód:
- A ja tak. Nad Shenem.
Ich wzroki skupiły się na mnie. Jakby dopiero chwilę później zrozumiały w czym rzecz.
- No bo Shen... No, jest dziwny - mruknęła Moone.
- Uzasadnij - rzekła poważnie Suzanna.
- Straszny z niego podrywacz, i w ogóle. Poza tym jest głupi.
- Jakby trafił nam się wilk z upośledzeniem umysłowym, też byś go szykanowała dla przyjemności, bo nie dorównuje ci intelektualnie?
Moone spuściła głowę. Wciąż obserwowałam je prawdopodobnie nieczułym spojrzeniem. Sama nie wiem czemu to wtrąciłam. Być może poczułam, że warto o nim wspomnieć. Zapewne znajdował się w najgorszej sytuacji z nas wszystkich.
- Jak się zjawi, możemy dokończyć tę rozmowę. Wtedy dokładniej sobie wszystko wyjaśnicie. Nie warto go obmawiać za jego plecami, może ma całkiem inne stanowisko w tej sprawie. Powiecie mu to prosto w pysk, innej opcji nie ma.
Zrobiło się cicho. Dopiero po upływie kilku dłuższych chwil, Alfa powiedziała jeszcze:
- Nie wymagam od was, byście się wszyscy przyjaźnili, bo to chyba niewykonalne. Chciałabym tylko wzajemnej współpracy, tolerowania się nawzajem. Nie ma niczego gorszego od konfliktu w zespole, chyba sami rozumiecie. Prędzej czy później może się to skończyć tragicznie. Pomyślcie tylko, że takie głupoty mogą doprowadzić do rozpadu stada, a przecież w grupie siła. Wszystko musi działać jak w zegarku - Zrobiła kolejną pauzę, podczas której przesunęła wzrokiem po nas wszystkich, każdym po kolei - Mam nadzieję, że to dobra lekcja dla was i czegoś się w końcu nauczycie. To na tyle z dzisiaj, a udając się na przerwę chyba warto przemyśleć raz jeszcze moje słowa. Odrobinę obiektywnego spojrzenia na obie strony barykady, chłodnej kalkulacji czy dystansu do sprawy nigdy nie zaszkodzi.
***
Do końca wszystkich lekcji panował spokój. Byliśmy trochę cichsi, spokojniejsi... Faktycznie wszyscy zdawali się rozważać to, co przekazała nam Suzanna. Ja z nikim nie miałam oczywistego problemu, a to, co sobie myślę jest wyłącznie moją sprawą, bo doskonale wiem, że pewnych rzeczy zwyczajnie lepiej nie mówić na głos. Niektórzy jednak mieli nadal z problem z rozpoznaniem, co powinni, a czego nie.
Nikt jednak nikogo nie przeprosił, a temat nie był kontynuowany. Może rzeczywiście coś więcej się stanie dopiero po powrocie Shena?, pomyślałam, kiedy już po zakończeniu zajęć w moim kierunku zmierzała Torance. Niedaleko za nią truchtała Sakura. Pamiętając o tym, że miałyśmy iść w odwiedziny do naszego towarzysza, czekałam cierpliwie.
- To co, idziemy? - Uśmiechnęła się lekko Torance, kiedy tylko była blisko. Skinęłam głową, a Sakura zamerdała potakująco ogonem. Ruszyłyśmy w kierunku jaskini sierot, w którym, jak dowiedziałam się po drodze, zamieszkiwała również Sakura. Jakby nie patrzeć łatwo można było się tego domyślić. Niemal każdy wilk, który dołącza do naszego stada opuścił rodzinę, albo to ona jego. Sakura mówiła najwięcej z nas, opowiadała o swoim życiu... Słuchałam tylko jednym uchem, zajęta tym, by o nic się nie potknąć. Słońce zniknęło za chmurami, zanosiło się na śnieżycę, więc widziałam znacznie gorzej.
Kiedy dotarłyśmy do celu, przywitała nas moja ciocia. Miała rozczochrane futro i dość dzikie spojrzenie. Ostatnio nie zachowywała się tak, jak zawsze. Nikt nie wiedział do końca, co jej dolegało, bo nie chciała o tym mówić, więc prędzej czy później zostawiliśmy ją w spokoju. Jedynie tata od czasu do czasu ją odwiedzał, ale nie wiedziałam o czym rozmawiali.
- Cześć, dzieciaki... Przyszłyście po Shena, tak? - Zapytała - Niedawno wyszedł. Źle się czuł. Mam nadzieję, że szybko wróci, bo zanosi się na śnieg... Zaczyna już porządnie wiać.
- Raczej wróci - oznajmiła spokojnie Torance - Poczekamy tu na niego.
I czekałyśmy. Wrócił na krótko przed tym, jak usłyszałam już niepokojące świsty mroźnego powietrza. Nienawidziłam zimy. Moje futerko wciąż zdawało się być nieprzystosowane do takiej pogody. Miałam nadzieję, że z wiekiem zacznie rosnąć tak, jak powinno.
- O, hejka - Usłyszałam jego głos. Jego wzrok musiał się zatrzymać na mnie, bo wydał z siebie zdławiony, piskliwy dźwięk i podbiegł - Wyszłaś ze szpitala!
Torance się zaśmiała, więc Sakura zrobiła dokładnie to samo. Najwyraźniej wciąż nie całkiem przystosowała się do naszego towarzystwa. Czuła się nieswojo, dlatego naśladowała waderę, z którą spędzała najwięcej czasu.
Wtedy Shen się do mnie przytulił. Zamarłam. Oddychał niespokojnie. Był najwidoczniej bardzo poruszony moim powrotem. Poklepałam go łapą, starając się dodać otuchy.
- No, twoja żona wyzdrowiała. Możesz już wrócić do szkoły - Zaśmiała się Torance.
- Jaka żona? Jeszcze jej nawet pierścionka zaręczynowego nie dałem! - Ociął się Shen, odsuwając się ode mnie - Ale jeszcze to zrobię, zobaczycie. I powie tak.
- Nie mogę się już doczekać - Śmiała się dalej. Nieznacznie zmarszczyłam brwi. Podobałam mu się, czy to również było żartem? Przecież byłam znacznie od niego młodsza. Fizycznie, przynajmniej. Co do mentalności, to miałabym dość spore wątpliwości.
- Śmiesz wątpić w moje możliwości?!
- Sakura, zakład, że nie będą nigdy parą? - zapytała Torance. Shen parsknął, oburzony.
- Zakład - odrzekła dość wrednym tonem Sakura.
- Jesteście okropne! Zobaczycie, przegracie ten zakład, a ja będę chodził z Navri! - Pieklił się dalej Shen.
Nawet nie wiedziałam jak na to zareagować, więc dalej siedziałam w kompletnej ciszy. Prawdę powiedziawszy, Shen miał u mnie niewielkie szanse. Nawet mi się nie podobał. Miałam raczej... nieco inny gust. Przynajmniej tak mi się zdawało.
Wciąż błądząc myślami i nie skupiając się na przekomarzankach reszty, obserwowałam coraz to mocniej szalejącą śnieżycę. Niewiele wpadało do środka, bo wiatr wiał wzdłuż wejścia, ale nie do środka. Było dość wąskie, by odbijać w odpowiedni sposób fale powietrza.
- Wygląda na to, że jesteście tu na kilka godzin uwięzieni... - powiedziała w którymś momencie Sohara, również komentując aktualną pogodę.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.