Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 13 czerwca 2018

Od Gai "W poszukiwaniu schronienia" cz. 7

marzec 2021
Gdy w końcu dotarłam, słońce zaczynało już powoli wschodzić. Wędrówka trwała naprawdę długo i moje zmęczone od ciągłego biegu łapy zaczynały odmawiać posłuszeństwa. W końcu wycieńczona położyłam się za maskującym mnie krzakiem. "To chyba domy ludzi... W takim razie, na pewno trafiłam do miasta" pomyślałam. Gdy odpoczęłam chwilę, stwierdziłam, że nie było tu po co iść i już miałam zawrócić, gdy nagle... Usłyszałam rozpaczliwe szczekanie, piski i wycie. Te wszystkie odgłosy zaprowadziły mnie pod wielki, szary i dziwnie pachnący budynek. Przez moment myślałam, żeby uciekać, ale ciekawość zwyciężyła z przestrachem i spróbowałam otworzyć drzwi. Trochę logicznego myślenia... Trochę skakania... I udało się! Z triumfem weszłam do środka i skierowałam się ku dziwnym odgłosom.
Gdy czułam, że są tuż przede mną, Natknęłam się na... Kolejne drzwi! Wydałam z siebie dziwny dźwięk, przypominający szczeknięcie i zabrałam się do pracy. Gdy weszłam, aż podkuliłam ogon ze strachu... Wszędzie były równo poustawiane klatki ze smutnymi, szczęśliwymi, a nawet agresywnymi psami. Pomyślałam, że... Uwolnię choć parę psów. Lecz to zadanie nie było takie łatwe, jak się wydawało. Szarpałam, gryzłam, ale na nic to się zdawało i coraz bardzie traciłam nadzieję, że to kiedykolwiek się uda... Poddałam się. Bolały mnie zęby, łapy i wszystko to, czym próbowałam zniszczyć kratkę. Wtedy właśnie wszystkie psy z klatek zaczęły szaleńczo szczekać, a drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia otworzyły się na oścież. Pisnęłam rozpaczliwie. To człowiek! To on zamyka te wszystkie biedne psy w klatkach!
Niewiele myśląc zerwałam się ku otwartym jeszcze drzwiom, nie zważając na człowieka w nich stojących. "Byle by daleko od tego okropnego miejsca! Już nigdy nie zaufam ludziom! Czemu oni są tacy źli?!" pomyślałam z przestrachem i złością za razem biegnąc rozpaczliwie w drodze powrotnej do watahy. 
Mijałam wiele budynków i zdziwionych twarz przechodniów na mój widok. Nie zwracałam na to uwagi. Gdy ulica dobiegła końca poczułam się pewniej, ale została przede mną długa droga. Zmęczona przeżyciami zatrzymałam się przy pobliskim jeziorku i zaczęłam pić. W tej chwili przypomniałam sobie, że jestem bardzo głodna. Niestety, ale nigdzie nie było widać czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia, więc z pustym brzuchem ruszyłam w dalszą drogę. Gdy naprawdę czułam, że wataha jest blisko, zapadł zmrok. "Pewnie się o mnie martwią" pomyślałam i zawyłam, przypominając sobie o mojej mocy. Bardzo się cieszyłam z jej względu cieszyłam. No... Z reszta, jak każdy inny magiczny wilk, który właśnie odkrył swoją pierwszą moc, nawet tą najprostszą!
Po kilku minutach widziałam już obrzeża watahy. Zastanawiałam się tylko, czy... Puścić się biegiem na Bonę, czy raczej pobiec do nory, w której spędziłam poprzednią noc... Zdecydowałam się, na to drugie. Chciałam się jakoś odwdzięczyć Soharze, Aoki i Navri, która może i nie mówiła dobrze i dużo, ale nadal była jedną z nas. "Była magicznym wilkiem i miała takie same prawa, jak my wszyscy w Watasze Magicznych Wilków. To właśnie, jest w niej najpiękniejsze: wszyscy jesteśmy tu równi." pomyślałam i przyspieszyłam biegu.
Gdy byłam przed norą zawahałam się, lecz jednak weszłam. Wszyscy spali. No cóż... Położyłam się i ja.

Uwagi: Pamiętaj o akapitach! Zaczynaj je ilekroć pojawia się nowy temat, jakby nowa myśl. Źle się czyta ściany tekstu. "Niewiele" piszemy razem. Końcówka nie ma sensu - choćby dlatego, że Navri urodziła się w WMW, jest magicznym wilkiem, no i... jest waderą. "Wataha Magicznych Wilków" piszemy wielkimi literami.

Od Asgrima "Utracone Wspomnienia" cz. 2 (Cd. Torance)

marzec 2021r
Po jakimś czasie, który ciągnął się w nieskończoność, dotarliśmy pod sporą jaskinię. Słońce, które zdążyło wzejść i wyłonić zza chmur, oświetlało teraz ziemię. Nie miałem jednak zbyt wiele czasu na cieszenie się pogodą, bo szary basior popchnął mnie w stronę jaskini.
- Dzień dobry – odezwał się, wchodząc za mną. Wykrzywiłem pysk w krzywym uśmiechu. Słowo daję, pan perfekcyjny i małomówny zaczynał mnie powoli irytować...
- Dzień dobry – odpowiedział kobiecy głos z głębi jaskini. Skierowałem wzrok w stronę, z której się wydobył i zobaczyłem dość ładną waderę. Choć niska i słabo zbudowana, samica miała w sobie to coś, coś przez co budziła autorytet. Miedzianobrązowa sierść przypominała mi swoim wyglądem puszek, w którym skrywają się pisklęta lub małe kotki. Wadera miała beżowy pas ciągnący się między innymi przez pierś. Musiałem przyznać, była ładna, ale coś w jej wyglądzie budziło we mnie niepokój. Odpowiedź uzyskałem, gdy wilczyca skierowała na mnie spojrzenie niesamowicie ciemnych oczu i ledwo powstrzymałem się żeby nie skulić się pod tym spojrzeniem. Ta wadera, choć drobna z budowy, mogła być bardzo niebezpieczna i prawdopodobnie była.
- Dzień dobry – przywitałem się patrząc prosto w oczy wilczycy. Chciałbym powiedzieć, że byłem przy tym bardzo szarmancki i niesamowity, ale prawda była taka, że mało co, a mój głos by zadrżał.
Alfa powoli skinęła głową przyglądając mi spod zmarszczonych brwi. Następnie – ku mojej uldze – zwróciła wzrok w stronę pana jestem-bardzo-poważny-i-poważnie-traktuję-swoje-obowiązki. Ten stał niewzruszony.
- Magnus, tak? - spytała basiora na co ten skinął głową – Kto to jest?
- Nie mam pojęcia. Byłem na patrolu w Górach i napotkałem się na niego, kiedy spał. Utrzymuje, że stracił pamięć i nie wie kim jest, oraz dziwny głos kazał mu iść w stronę naszej watahy w poszukiwaniu Tori.
Wadera znowu skinęła głową i przeniosła wzrok z powrotem na mnie.
- Dobra robota, Magnus. Wróć do swoich obowiązków.
Ciemnoszary wilk lekko się ukłonił i wyszedł z jaskini. Ledwo powstrzymałem parsknięcie na ten widok. Alfa zauważając moje hamowane rozbawienie, zmroziła mnie spojrzeniem.
- Opowiedz, co pamiętasz.
- Em... No to obudził mnie taki głos kobiecy, muszę przyznać, że taki przyjemny nawet, ale jego moc, o wilki. Kazał mi się kierować na południe, a ja musiałem to zrobić, więc ruszyłem. Poza tym jakoś tak wyszło, że dowiedziałem się, że nic nie pamiętam, zaczynając od tego gdzie byłem, przez własne imię jak i brzmienie własnego głosu. No i ruszyłem na poszukiwania tej całej Tori, bo chyba tylko ona zdoła mi pomóc z tą amnezją czy co to tam jest, brakiem pamięci, no. I jakoś tak się po drodze okazało, że mistrzem polowania to ja nie jestem, także dlatego tak wyglądam. Pierwszego dnia wyglądałem naprawdę w porządku, możesz mi, pani Alfo, wierzyć. No i po kilku dniach wędrówki, nie wiem po ilu, obudził mnie ten cały Magnus i przyprowadził tutaj – ledwo powstrzymałem się przed dodaniem na końcu „ta-dam”.
Wilczyca przyglądała mi się z niechęcią, kiedy opowiadałem. Nie wierzyła mi?
- Prawdziwy z ciebie mistrz opowieści.
- Wiem – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, na co ta przewróciła oczami i westchnęła.
- Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz? Może powinnam od razu przegonić cię z terenów mojej watahy, jak myślisz?
Drgnąłem przestraszony. Czułem jak moje oczy otwierają się szerzej. Ogon zadrżał nerwowo.
- Sam się wyniosę, ale błagam o pomoc. Niech mi Alfa powie, jest tutaj wadera o imieniu Tori? Jeśli tak, to mógłbym ją zobaczyć? Ona może za mną poświadczyć. Albo ktokolwiek czytający w myślach, jeśli to ci nie wystarczy, Alfo.
W moim głosie bez trudu można było usłyszeć strach i prośbę. Brzmiałem jak przestraszony szczeniak błagający o litość. I w sumie tak też się czułem.
Spojrzałem wprost w te nieruchome, ciemne oczy. Ignorując strach wpatrywałem się w nie czekając na odpowiedź. Przez mój umysł przepływało wiele myśli. Zaczynając od tak przyziemnych jak uroda wilczycy, przez strach i respekt w stosunku do niej, po błaganie o pomoc. Błagam, niech mnie od razu nie przegania.
- Powiedzmy, że ci wierzę. Owszem, należy do tej watahy wadera, do której zwracają się podobnie – w jej głosie wyczułem lekkie zawahanie. Czyżby miała problem w zapamiętywaniu imion?
- Mógłbym ją zobaczyć?
Samica skinęła głową.
- Powinna być właśnie na patrolu. Mój partner – drgnąłem zaskoczony. Przecież wyglądała tak młodo, a już miała partnera? Może spotkała miłość swojego życia bardzo wcześnie? Jednak jej beznamiętny ton jakoś nie pasował mi do tej wizji – powinien niedługo tędy przechodzić. Zaprowadzi cię.
Skinąłem na znak, że rozumiem i uśmiechnąłem się szeroko.
- Co mam robić w tym czasie?
- Siedzieć i postarać się mnie zanadto nie irytować. Mam nadzieję, że to zadanie cię nie przerośnie.
Odwróciłem pysk i przewróciłem oczami. Oczywiście, że mnie nie przerośnie. Jestem bardzo, ale to bardzo cierpliwy!
Wadera tymczasem wróciła do swoich zajęć. Początkowo się jej przyglądałem, ale szybko okazało się, że nawet uroda wilczycy nie jest wystarczającym powodem, by patrzeć tak długo jak siedzi pochylona nad jakąś książką w niemal całkowitym bezruchu. Moje pytanie co takiego czyta, skwitowała jedynie spojrzeniem o prostym przekazie. „Nie twoja sprawa”.
Skierowałem, więc wzrok na swoje łapy i starając się powstrzymać chęć uderzania nimi o ziemię, siedziałem nudząc się przeokrutnie. Na Eydis, kiedy przyjdzie ta druga Alfa?
Chwila... Eydis?! Kim była Eydis? - niemal wykrzyczałem. Dosłownie w ostatniej chwili się powstrzymałem i skończyło się na cichym, nieartykułowanym odgłosie. Alfa słysząc go, zmroziła mnie spojrzeniem.
- W gardle mi zaschło – usprawiedliwiłem się w pierwszy sposób jaki przyszedł mi do głowy. Wadera burknęła coś cicho i wróciła do lektury.
Wracając... Czułem, że Eydis to był ktoś ważny w moim życiu. Ktoś komu należy się szacunek. Postać mityczna. Bogini. Musiałem być jej wyznawcą, nie ma innej opcji.
Czułem jak wypełnia mnie szczęście. Przypomniałem sobie coś! Dzięki ci, Eydis! Dziękuję ci, pani za to! Miałem ochotę odtańczyć taniec szczęścia, ale to chyba nie spodobałoby się siedzącej niedaleko waderze. A wolałbym jej bardziej nie podpadać.
- Magnus jest na patrolu – moje przemyślenia przerwał czyiś męski głos. W progu jaskini stał czarny basior. Jego żółto-pomarańczowe oczy badawczo lustrowały jaskinię, a przy tym i moją sylwetkę.
- Wiem – wadera podniosła wzrok znad książki i spojrzała na, jak przypuszczałem, swojego partnera – Znalazł tego wilka.
- Kim jest?
- Utrzymuje, że nie pamięta. Prosi również, by go zaprowadzić do Torance. Z tego co pamiętam, wadera ma teraz patrol. Zaprowadź go do niej. Zobaczymy, czy ta kojarzy tego osobnika.
- Halo, ja tutaj jestem – mruknąłem cicho, tak by para Alf mnie nie usłyszała.
Basior skinął głową. Następnie skierował wzrok na mnie i pokazał gestem łapy, że mam podążyć za nim. Zerwałem się z miejsca jak oparzony i podbiegłem truchtem do wilka, który czekał na mnie z lekkim uśmiechem na pysku. Totalnie inne przywitanie niż w wypadku jego partnerki.
- Rzeczywiście nic nie pamiętasz? - spytał samiec, kiedy oddaliliśmy się od jaskini Alf.
- Niestety. Totalna pustka... No może kilka pajęczyn się znajdzie – uśmiechnąłem się krzywo – A tak serio, to obudziłem się z wymazaną pamięcią w jakimś lesie. Jakiś głos kazał mi iść w stronę tej watahy i odnaleźć niejaką Tori. No to poszedłem, bo co miałem innego zrobić? Potem znalazł mnie pan idealny, znaczy się, Magnus. Nawet sobie nie wyobrażasz jakie to straszne uczucie, kiedy budzisz się i nie wiesz nic. Gdzie jesteś, kim jesteś. Nie pamiętasz nawet własnego głosu.
Czułem, że mój głos, w którymś momencie zaczął drżeć, jednak nie przejąłem się tym zbytnio. Opowiadałem tę historię już trzeci raz, a dopiero teraz dotarło do mnie, co opowiadam. Wcześniej trzymałem to wszystko na dystans, ale w tym samcu było coś takiego, że mu ufałem. Może to dlatego, że jako jedyny z wilków, które spotkałem po utracie pamięci nie zdawał traktować mnie z góry, traktował mnie po prostu normalnie.
- Rozumiem... Sądzisz, że Torance jest osobą, której szukasz?
- Mam nadzieję.
Przez chwilę szliśmy w ciszy. Każdy z nas zatopiony we własnych myślach, takich, które nie były raczej przeznaczone dla tego drugiego. Co jakiś czas mijaliśmy jakieś wilki, które zajmowały się swoimi sprawami, jednak gdy Alfa ich mijał, zawsze chociaż skinęły głową. Na mnie spoglądali z obojętnością lub zaciekawieniem. Odpowiadałem im uśmiechem i zaciekawionym spojrzeniem. Już na pierwszy rzut oka było widać, że coś się szykuje. Niektóre wilki biegały w różne strony nosząc w pyskach jakieś przedmioty. Ciekawe, ciekawe...
- Alfo? - zapytałem przerywając ciszę.
Zaskoczony basior skierował na mnie wzrok.
- Możesz mi mówić po imieniu.
- Spoko, tylko jest taki mały problem... Jak masz na imię?
- Nie powiedziałem ci? - zapytał zdziwiony. Pokręciłem głową. - Przepraszam. Jestem Hitam.
- Dobra... W takim razie, Hitam, co się tutaj dzieje?
- Co masz na myśli? - zmarszczył brwi.
- Widać, że coś organizujecie, że coś się dzieje.
- Ach, to. Owszem, organizujemy festyn. Różne konkurencje, loterie, sklepiki, restauracja czy bar - takie sprawy. Myślę, że idzie nam nieźle i niedługo rozpocznie się on oficjalnie – wyjaśnił czarny basior.
Skinąłem głową.
- To zdecydowanie ciekawe przedsięwzięcie.
- Tak, raczej tak...
Znowu pogrążyliśmy się w ciszy. Tym razem jeszcze baczniej przyglądałem się poczynaniom wilków z watahy. Festyn to naprawdę coś, a widząc zaangażowanie członków wyjdzie świetnie. Fajnie byłoby zobaczyć go, kiedy będzie w pełni... czynny? Niestety, ale wątpię, że mógłbym tutaj zostać. Chociaż gdyby ta Tori była moją Tori, to czemu nie?
- Hitam? - basior skierował wzrok na mnie. Miałem nadzieję, że nie zdążyłem go już zirytować. - Mógłbym dołączyć do twojej watahy?
W oczach wilka pojawił się jakiś blask, którego nie wiedziałem jak zinterpretować. Następnie samiec zmarszczył brwi i zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią.
- Ale najpierw muszę odnaleźć Tori – zaznaczyłem. - No wiesz... Chciałbym najpierw poznać chociaż własne imię.
- Jasne. Myślę, że nie ma problemu. W Watasze Magicznego Kruka przyjmujemy nowych najpierw na okres próbny, więc jeśli chcesz, mógłbyś spróbować.
- Dzięki. Bardzo chcę – uśmiechnąłem się szeroko. Czyżbym miał znaleźć dom? - Tylko jest mały problem... Nie umiem zbytnio polować.
Hitam starał się nie okazać zdziwienia, ale widziałem, że był zaskoczony. Nie spodziewał się tego, a ja nie spodziewałem się po sobie, że mu to od razu powiem. Nie lubiłem przyznawać się do słabości, ale z dwojga złego wolałem powiedzieć to jemu niż pewnej ładnej wilczycy o przerażających oczach. A im szybciej, tym lepiej, nie?
- Nie martw się. Nauczysz się.
- Oby...

W końcu niemal wpadliśmy na małą wilczycę. Pierwsze co zauważyłem, to długie rude futro i niesamowicie drobna sylwetka – wadera sięgała mi do szyi. Na śnieżnobiałej piersi wadery odznaczał się czarny krawat z sierści. Musiałem przyznać, że chociaż nie powalała wzrostem, samica była nawet ładna. Kiedy ją zobaczyłem, poczułem jak coś skręca mnie w żołądku, a po głowie zaczęło chodzić wrażenie deja vu.
- Dzień dobry, Hitam – powiedziała kiwając w stronę samca głową. - Nic nowego się nie wydarzyło.
Basior w odpowiedzi skinął głową. Następnie zerknął na mnie. Wilczyca skierowała wzrok na mnie i otworzyła szeroko oczy. Jej pysk lekko się otworzył. Ja natomiast stałem zamurowany patrząc w lodowoniebieskie oczy wadery czując jak moje serce podchodzi do gardła i bije coraz szybciej.
- As? Co ty tutaj robisz? - zapytała moja przyjaciółka.

<Torance?>

Uwagi: "Słońce, które zdążyło wzejść i wyłonić z chmur, za którymi się wcześniej kryło, oświetlało teraz ziemie." - to zdanie wygląda na bardzo niezdarne i są aż trzy błędy - nie "z", a bardziej "zza", "ziemię", a nie "ziemie", oraz powtórzenie "który". By tego uniknąć, mogłabyś wyciąć po prostu "za którymi się wcześniej kryło". "Góry" w WMW to nazwa miejsca, więc pisze się ją wielką literą. Pogubiłaś kilka przecinków.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Od Bony "Nauka wcale nie jest nudna"

Opowiadanie festynowe: bonus x2 więcej pkt. umiejętności i doświadczenia, 2x więcej SG za op.

 Marzec 2021
Po moich ostatnich przygodach potrzebowałam odpoczynku. Stwierdziłam, że to czas na naukę. I tak jest jeszcze chłodno, więc co mi szkodzi. Wiele nocy rozmyślałam nad tym wszystkim.
Nie mogłam się skupić i ciągle byłam zamyślona. Któregoś dnia wstałam i jak najszybciej poszłam do Suzanny. Kiedy tam doszłam, zastałam ją czytającą coś.
- Witaj, Suzanno.
- Witaj. Czy czegoś potrzebujesz?
- Nie. Chciałam się nauczyć czytać.
- Dobrze. Zaraz dam ci jakąś książkę - na chwile odeszła. Wróciła z książką - Proszę. Możesz zacząć czytać.
Książka była gruba. Miała chyba z pięćset stron. Była oprawiona w brązową skórę. Otworzyłam ją i zaczęłam czytać. Literka po literce. Litery zaczęły się ze sobą łączyć i to wszystko zaczęło nabierać sens.
Komu to się chciało pisać?! Po jakimś czasie było coraz łatwiej. Suzanna powiedziała, abym przyszła za jakiś czas. Wróciłam do jaskini bo na dworze było strasznie zimno. Aż naszła mnie ochota na wyjście na miasto.
Szybko wstałam i wybiegłam na zewnątrz. Gdy zaszłam na skraj lasu szybko zmieniłam się w człowieka. Pomyślałam, że pójdę do jakiejś kawiarni. Zadzwoniłam po taksówkę i powiedziałam, że chce jechać do najlepszej kawiarni.
Wyszłam szybko z taksówki. Zapłaciłam kierowcy i weszłam do kawiarenki. Usiadłam przy oknie. Kawiarnia była cała w bieli. Było tu pięknie. Marmurowy blat błyszczał w świetle lamp. Za oknem było już ciemno chociaż była dopiero dziewiętnasta.
Podeszła do mnie kelnerka i zapytała na co mam ochotę. Zamówiłam kawę i sernik z bezami. Po dwudziestu minutach kelnerka przyniosła moje zamówienie. Gdy skończyłam jeść zapłaciłam i wyszłam. Tym razem wróciłam na piechotę.
Gdy weszłam do lasu, znów zmieniłam się w wilka. Wróciłam do jaskini i poszłam spać. Gdy wstałam usłyszałam hałasy. Okazało się, że spałam do południa, a te odgłosy to były wilki bawiące się na festynie. Podeszłam do nich i spytałam gdzie jest bar. One wskazały łapą w stronę głębi lasu.
- Hej, Sohara. Poproszę o wilcze wino.
- Już ci nalewam. Należy się pięć srebrnych gwiazdek.
Położyłam na ladę pięć srebrnych gwiazdek, wzięłam wino i zaczęłam pić. Miało lekko gorzkawy smak. Gdy już je wypiłam odeszłam od baru. Miałam ochotę na stek lub ciasteczka, więc poszłam do restauracji i zamówiłam ciastka.
Ugryzłam jedno. Było czekoladowe. Zjadłam wszystkie i poszłam odpocząć. Wróciłam do jaskini, bo było już późno. Nie za długo musiałam czekać na sen.

Uwagi: W ogóle nie praktykujesz przecinków!  Cały czas pomijasz w wyrazach "ę". Niekoniecznie tak można nauczyć się czytać. Rozwijaj skróty - zamiast SG pisz "srebrne gwiazdki".

Od Lind "Festyn i organizacje" cz. 3 (cd. któryś z techników)

Opowiadanie festynowe: bonus x2 więcej pkt. umiejętności i doświadczenia, 2x więcej SG za op.

 Marzec 2021 r.
Nie muszę? W porządku, niech będzie, ale... ech.
Nie miałam dotąd pojęcia ile Danny naprawdę mógłby mieć lat, ani tym bardziej nie spodziewałam się, że jest ode mnie aż... cztery razy starszy? Nie, chwila.. dwa? Zerknęłam ukradkiem na pazury swojej łapy. Ile to by było...
Tak czy inaczej, po poznaniu wieku Dana, odniosłam wrażenie, że raczej nie powinnam była odnosić się do niego w ten sam sposób, jak dotychczas. Wyuczony od małego, obowiązkowy szacunek do starszych wilków, podpowiadał mi zachowywać dystans. Wtedy przypomniałam sobie jednak, że wcześniej nie było żadnych problemów, kiedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Ba, może nawet Danny nie chciałby być traktowany inaczej.  Po namyśle doszłam też do wniosku, iż zachowanie basiora czasem trochę nijak pasowało do jego faktycznego wieku.
- Dobra, zostanę przy nazewnictwie po staremu - odparłam w końcu. - Jak wszyscy - dodałam w miarę luźniej.
Basior skinął głową z uśmiechem. Tymczasem ja zrezygnowałam z kontynuowania wypowiedzi, którą wcześniej tak niezdarnie zaczęłam. Do tego momentu już zupełnie wyleciało mi z głowy, co chciałam.
Zapadła więc ponownie cisza, która pozostała naszym wiernym towarzyszem, aż do momentu spotkania z Hitamem. Samiec Alfa przywitał nas spokojnym głosem:
- Witajcie, czegoś potrzebujecie? - popatrzył po naszej dwójce.
- Chodzi o wyposażenie restauracji - zaczął Dan. - Nie mamy jeszcze krzeseł, ani stolików i nasuwa się pytanie: czy te z poprzedniego festynu są gdzieś przechowane?
- I co ważniejsze, gdzie moglibyśmy je znaleźć? - uzupełniłam szybko wypowiedź niebieskiego basiora.
- Krzesła... Krzesła... - zastanowił się Hitam. - Wydaje mi się, że gdzieś w Parku było miejsce, gdzie mogliśmy to schować... Nie mam teraz pewności, czy akurat tam je odłożono, ale na pewno nikt się ich nie pozbywał. Jeśli tego sprzętu nie będzie w Parku, sprawdźcie jeszcze Wschodni Klif. O ile pamięć mnie nie myli, w tamtej okolicy też było kilka miejsc w sam raz na rupieciarnię. Może znajdziecie tam jeszcze inne przydatne rzeczy.
- Park i Wschodni Klif. Jasne - potwierdziłam, że zapamiętałam.
- Coś jeszcze potrzebujecie wiedzieć? - upewnił się Hitam.
- Nie, raczej nie - mruknęłam w pierwszej chwili, jednak zaraz potem zwróciłam oczy na Dana. Niebieski wilk pokręcił przecząco głową.
Pożegnaliśmy więc Hitama i wyruszyliśmy nieco na zachód - do pierwszego wskazanego przez Alfę miejsca.
W pierwszej chwili, odruchowo chciałam przywołać skrzydła wiatru i skorzystać z drogi powietrznej, jednak w porę przypomniało mi się, że Danny nie potrafi latać. W tej sytuacji byłoby to trochę niegrzeczne z mojej strony. Na szczęście trasa i tak nie ciągnęła się zbyt długo, ponieważ mogliśmy skorzystać ze skrótu biegnącego prosto przez Żółty Las.
O tej porze roku mogłoby się wydawać, że taka nazwa nie pasuje do tego terenu. Mijane przez nas drzewa dopiero zaczynały przygotowania do wypuszczenia pięknych złotych liści, z których słynęło to miejsce. Podczas marszu, zauważyłam na ziemi resztki śniegu, pozostałego po zimie. Wkrótce znikną zupełnie...
Zamyśliłam się nieco na ten widok. Pomyślałam, że w moich rodzinnych stronach zima nigdy nie trwałaby tak krótko. Podobno nieraz ciągnęła się od października aż do końca kwietnia. Zupełnie inny klimat.
***
Dotarliśmy wreszcie do Parku. Wyglądał trochę inaczej, niż przy okazji moich ostatnich odwiedzin tutaj. Gałęzie żywopłotów, wąskie alejki i szara fontanna pozostały na swoich miejscach, jednak całość urozmaicały teraz kolorowe, wczesnowiosenne kwiaty. Nadały temu miejscu jakby przyjaźniejszy wygląd. Od zawsze miałam wrażenie, że to na ogół dość melancholijny teren, odwiedzany najczęściej przez wilki poszukujące spokoju i chwili oddechu. Chyba, że to tylko moje wrażenie, sama tu często nie bywałam.
- To poszukajmy tej skrytki - oznajmiłam, przypomniawszy sobie cel naszej wizyty.
- Nie powinno to zająć długo - stwierdził Dan. - Nasz Park nigdy nie należał do największych.
- Szczęście. Zaoszczędzimy trochę czasu na resztę przygotowań - odparłam. Po tej wymianie zdań, rozdzieliliśmy się, żeby zacząć poszukiwania. 
Postanowiłam na początek przyjrzeć się okolicom kamiennego wzniesienia. Wydało mi się być ono najbardziej prawdopodobnym miejscem na ukryty magazyn.
Skręciłam przy jednym z pomników jakiejś zasłużonej ludzkiej osobistości i okrążyłam pierwszą alejkę. Zanim jednak zdążyłam pokonać chociaż skrawek długości kolejnej, poczułam coś pod łapą. Cofnęłam się i nachyliłam nad niedużym przedmiotem, na który nastąpiłam. 
To był jakiś naszyjnik. Uniosłam go ostrożnie za pomocą wiatru i odczyściłam łapą z kurzu i błota, którym był oblepiony. Zawieszka miała owalny kształt. Cały jej brzeg ozdobiono metalowymi wzorami, a w centrum znajdowała się ilustracja przedstawiająca domostwo w otoczeniu drzew i śniegu.
Chociaż przedmiot był dość interesujący, zrezygnowałam z dłuższej kontemplacji nad nim, kiedy podnosząc wzrok, dostrzegłam przed sobą zasłonę bluszczu.
Podrzuciłam zawieszkę i otworzyłam torbę, żeby moje znalezisko mogło tam wpaść, po czym podeszłam do zielonych pnączy. Zbyt mocno reagowały na ruch powietrza, jak na coś przytwierdzonego do kamiennej ściany. Posłałam w nie trochę mocniejszy wiatr. Nie myliłam się, rośliny wisiały luźno, zasłaniając wejście do jakiejś groty. Baz namysłu odgarnęłam bluszcz łapą i zajrzałam do środka. Leżały tam stosy większych i mniejszych pniaków, ewidentnie zabezpieczonych przez spróchnieniem. W mig zrozumiałam, że właśnie tego szukaliśmy - prostych mebli wykonanych przez wilki.
- Dan! - zawołałam ucieszona. - Znalazłam!
Nie zdążyłam nawet mrugnąć okiem, zanim basior dołączył do mnie przed ukrytym wejściem do groty.
- Teraz pozostaje to tylko przetransportować - powiedziałam do obrońcy Alf.  
- To już możesz zostawić mnie - uśmiechnął się Danny.
Nim skończył mówić, proste, drewniane wyposażenie zaczęło wytaczać się ze skrytki, w ten sam sposób, w jaki wcześniej zrobił to pień dębu. Usunęłam się z drogi, teraz już wiedząc, dlaczego to się dzieje.
Kiedy już wszystkie bloki drewna opuściły prowizoryczny magazyn, zajrzałam ostatni raz za zasłonę z bluszczu, dla pewności, że nie ma tu nic innego, co może być nam potrzebne do organizacji festynu.  Okazało się, że do ukrytej groty wrzucono tylko te pniaki, nic więcej.
Odwróciłam się więc, żeby podążyć za Danem. Niebieski wilk, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, balansował teraz na jednym z toczących się "stolików". Jego pysk zdobił szeroki uśmiech i wręcz szczenięce rozbawienie. Kiedy tak obserwowałam starszego basiora, ten przeskoczył na inny pień i zwrócił oczy na mnie.
- Idziesz?
- Idę - mruknęłam w odpowiedzi, ze zmieszaniem w głosie.
Wróciliśmy do ustalonego miejsca w Zielonym Lesie w rekordowym czasie. Jako iż Dan znów nadzorował z bliska szybki transport, ja mogłam spokojnie użyć skrzydeł wiatru. W sumie może nawet było to wskazane, ze względów bezpieczeństwa. Na szczęście tym razem na drodze nie stało dużo wilków, dzięki czemu wyposażenie restauracji szybko i bez przeszkód znalazło się u celu. Odpowiednie rozplanowanie ustawienia stolików i krzeseł było już teraz tylko formalnością, która nie trwała długo.
- Brakuje jeszcze świetlików, wazonów i właściwej zastawy - mruknęłam. - Czy na ostatnim festynie mieli w restauracji to samo, co mamy przygotować tym razem? Wiesz, te miski, kubki...
- Wszystko było, myślę - odpowiedział basior. - A nawet jeśli czegoś zabraknie, zawsze można wysłać kogoś do Miasta w celu zakupu - Po tych słowach na chwilę zamilkł. - Tylko tak teraz sobie przypomniałem, że nie mamy jeszcze ławek do amfiteatru... - spojrzał na niebo, w celu ocenienia, ile nam zostało do zachodu.
- To może się rozdzielimy? Mogłabym polecieć sama nad Wschodni Klif i rozejrzeć się, czy nie odstawili tam jakiejś zastawy, lub innych potrzebnych naczyń.
- Niech będzie. Wtedy ja się zajmę chociaż znalezieniem dobrego materiału na ławki, zanim przyjdzie czas spotkania z chłopakami przy scenie - powiedział Danny.
- To powodzenia. Spotkamy się wieczorem przy amfiteatrze.
Znów oderwałam się od ziemi i poszybowałam, tym razem na wschód.  Wzbiłam się bardzo wysoko, żeby mieć pewność, że zmierzam w dobrą stronę. Na górze powietrze było jeszcze zimniejsze, jednak nie przeszkadzało mi to specjalnie. Wciąż miałam na sobie dużą część zimowego futra.
Przyspieszyłam i wkrótce mogłam już obniżyć lotu, żeby wylądować na surowych skałach otaczających Wschodni Klif. Rozpoczęłam poszukiwania kolejnej skrytki. Po paru minutach bezowocnego krążenia pośród nagich skał, wleciałam wyżej, przez co przypadkiem znalazłam się parę metrów od samicy gryfa. Chyba żadna z nas nie spodziewała się tego spotkania, ale na moje szczęście hybryda orła i lwicy nie chciała mnie atakować. Uderzyła parę razy skrzydłami i już jej nie było.  Odetchnęłam z ulgą. Dobrze, że jest jeszcze przed ich okresem godowym, gdyby miała gdzieś tu w okolicy młode, takie spotkanie mogłoby się okazać dla mnie bardzo niebezpiecznym.
 Teraz już jedynie powtórzyła się sytuacja z Parku: krążyłam po okolicy, aż natrafiłam na miejsce ukrycia potrzebnych rzeczy. Tym razem do skrytki prowadziło krótkie przejście pod ziemią. Niestety z taką lokalizacją wiązał się pewien problem, a mianowicie brak oświetlenia. Byłam zmuszona poruszać się po omacku, bardzo powoli i ostrożnie, żeby niczego przypadkiem nie zniszczyć. Znalazłam wazony na kwiaty i słoiki na świetliki. Niestety, nie natrafiłam na żadne miski, talerze, czy chociaż kubki. Ani szklane, ani drewniane.  No cóż, mówi się trudno.
Postanowiłam zabrać ze skrytki tylko wazony. Co do słoików, być może nie będziemy w ogóle łapać świetlików akurat tej nocy, pewnie wszyscy będą chcieli odpocząć po tak intensywnym dniu. Sama zaczynałam mieć na to ochotę.
Spakowałam ostrożnie wszystkie wazony do torby i wynurzyłam się znów na powierzchnię. Odzyskując pełną orientację w terenie, przywołałam skrzydła, rozpędziłam się i poderwałam do lotu. Wystrzeliłam w powietrze z taką samą prędkością, jak zwykle, jednak wtem zarzucił mną solidny podmuch wiatru, wiecznie hulającego wokół Klifu. W ostatnim momencie uniknęłam zderzenia ze skałami, co wcale nie było takie proste z większym balastem w torbie. Jednakże, przez ten nagły zwrot, jeden szklany wazon wypadł z wypchanej torby i roztrzaskał się na ziemi w drobny mak. Zaklęłam pod nosem. I po komplecie, brawo Lind. Poprawiłam torbę, zapobiegając wysunięciu się kolejnych. Powinnaś być ostrożniejsza, przenosząc akcesoria z tego materiału - skarciłam samą siebie.
Kiedy zleciałam niżej, nagle ujrzałam znajomą sylwetkę. Był to jedyny znany mi odmieniec rasy Et Magicae.    
- Ting! Dobrze, że cię widzę! - zawołałam, ucieszona. - Przydasz się na coś - wylądowałam przed nim.
- Ugh, jakbyś nie wiedziała, że nie po to cię szukałem... - odparł, opuszczając ramiona z zażenowaniem.
- Jak już tu jesteś, to pomożesz - powiedziałam. - Właśnie... Jak mnie znalazłeś?
- Nie było specjalnie trudno wypatrzeć latającego wilka o kolorowych piórach - odparł strażnik Wichury.
- A... Jasne. Co do zadania specjalnego dla ciebie, chciałabym, żebyś nałapał świetlików.
- Ja? Po co? - Odmieniec podniósł nieznacznie łapy w pytającym geście.
- Do restauracji na festynie, to ma być forma oświetlenia - wyjaśniłam.
- Aha - pokiwał głową. - Nie mam wcale ochoty tego robić.
- Przecież lubisz łapać owady - mruknęłam.
- Tylko, że tych raczej nie pozwolicie mi zjeść - odburknął.
- No weź, Ting - powiedziałam błagalnym głosem. - Nikt się nie nada do tego zadania lepiej od ciebie.
Odpowiedziała mi cisza. Westchnęłam.
- Proszę - wydusiłam.
- Dobra, niech ci już będzie - rzucił Odmieniec po chwili. - Tylko ten jeden, jedyny raz. Strasznie mnie wykorzystujesz z okazji tego waszego całego festynu.
- Okazja to okazja, wiesz...
- Ty sama się zapisałaś na technika i akrobatę. Nie wiem czemu ja w ogóle zgadzam się ci pomagać - burknął Ting, jakby do siebie.
Odłożyłam torbę na ziemię i wróciłam się szybko do podziemnej groty, żeby przynieść mojemu towarzyszowi chociaż jeden słoik, do którego ma nałapać świetliki.
- Tylko pamiętaj, potrzebujemy żywych - dodałam na odchodnym, postawiwszy przed Odmieńcem naczynie.
Zabrałam torbę i skierowałam się drogą powietrzną do Zielonego Lasu. W połowie drogi zmęczenie znów o sobie przypomniało, ale zdołałam je jakoś zignorować. Latanie i tak jest mniej męczące od marszu.
Zostawiłam pozostałe wazony pod barem i udałam się piechotą na Wrzosową Łąkę. Kiedy tam dotarłam, Magnus i Joel zbierali już nieużyte deski na jedno miejsce. Muszę przyznać, wykończona scena prezentowała się przepięknie.
Zanim zdążyłam podejść do wilków pozostających w ludzkiej formie, mojego nosa dobiegł zapach świeżego mięsa. Grupa z polowań dotrzymała słowa. 
<Technicy?>

Uwagi: Brak.