Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 22 kwietnia 2018

Od Navri "Jestem młodsza, ale nie gorsza" cz. 10

Styczeń 2020 r.
Tym razem to Yuki się spóźniała, nie my. Właściwie to nie tylko Yuki, ale i również Aoki, Moone i Winteren - musieli się z nim zaprzyjaźnić i razem wagarować. Sądzę, że albo uznał, że już wszystko potrafi, a nasz poziom jest żałośnie niski, albo po prostu poddał się ich manipulacji, sądząc, że każdy ze szczeniaków w naszym stadzie postępuje tak jak one. Spodziewałam się w każdym razie po nim większej porządności. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, by się rozchorował i dlatego nie przybył na czas.
- I co o tym sądzicie? - odezwał się Shen, kiedy siedzieliśmy już nie wiadomo którą minutę w całkowitym milczeniu.
- O czym? - zapytała zdezorientowana Torance.
- O tym, że Yuki nie ma, rzecz jasna! - oznajmił triumfalnie.
- Może zaspała? Każdemu się to może zdarzyć. Ona też wilk - Wzruszyła ramionami.
- Też wilk? Czasem ma co do tego pewne wątpliwości - wymamrotał basior. Torance posłała mu karcące spojrzenie.
- Shen, to było niemiłe.
- Ona też jest niemiła! - zbuntował się.
- Ostatnio nie aż tak - dodałam jakby od niechcenia. Shen i Torance byli początkowo odrobinę zbici z tropu, choćby dlatego, że nie odzywam się nazbyt często. Na szczęście szybko się otrząsnęli.
- Obiecywała nam polowanie na potwory, a nadal go nie było - nie chciał ustąpić Shen.
- Czekałam na odpowiednią okazję - odezwał się doskonale nam znany głos w akompaniamencie szurania liśćmi. Gwałtownie się odwróciliśmy. Zza krzaków wyłaniała się nasza nauczycielka. Kątem oka widziałam, że Shen właśnie spalił się ze wstydu.
- A... co rozumie pani przez "odpowiednią okazję"? - zapytała zaintrygowana Torance.
Na pysku Yuki pojawił się paskudny uśmieszek.
- Brak Aoki i Moone. Mogłyby nam zepsuć atak.
Przyznała to. Naprawdę to przyznała. Nie lubi ich - myślałam, wbrew sobie bardzo zaskoczona z takiego toku wydarzeń. Torance była w głębokim szoku, Shen za to tradycyjnie był uradowany.
- Czyli pójdziemy teraz polować potwory? - ucieszył się basior. Nauczycielka potaknęła.
- Pójdziemy do Mrocznego Lasu, więc lepiej miejcie się na baczności. Gdy zauważycie coś niepokojącego, od razu mi powiedzcie.
Moi towarzysze pokiwali szybko łbami i ruszyli w ślad za Yuki, która już zdążyła odwrócić się i zacząć truchtać w wyznaczonym przez siebie kierunku. Jak zwykle żwawo wyciągała swoje długie łapy, zmuszając nas tym samym do biegu.
Dopiero po drodze uświadomiłam sobie, że w Mrocznym Lesie (jak mówi to sama nazwa) panuje mrok, czyli jest ciemno. Nie sądziłam, by był tam śnieg, który poprzez odbijanie od siebie słońca powodował, że widziałam dobrze. Słyszałam plotki, że jest tam zimno, ale śnieg nie zawsze się przedostaje. Inaczej mówiąc Mroczny Las stanowił dla nas odwieczną zagadkę. Zdawał się żyć własnym życiem.
- Musicie mieć oczy dookoła głowy, nie bójcie się samoobrony. To tylko bestie, nie mają dla was litości. W razie, jakbyście potrzebowali pomocy, natychmiast mnie wezwijcie. Możliwe jest, że nawet łącząc swoje siły nie podołacie wyzwaniu.
- Damy radę! - krzyknął Shen, na co Yuki pokręciła głową.
- Ty akurat powinieneś najbardziej uważać na to, co robisz.
Shenvedo wywrócił oczami, parodiując ją za plecami.
- Wszystko widzę - skomentowała. Ponownie się speszył i przyspieszył kroku.
Niedługo potem dotarliśmy na miejsce. Tak jak myślałam, ledwo co widziałam. Wszystko składało się z szarych i czarnych, rozmazanych zarysów. Mimowolnie poczułam lekki niepokój. Musiałam się lepiej pilnować niż ktokolwiek inny. W końcu oni widzieli zagrożenie, a ja nie. W najgorszym przypadku uciekną całkowicie bezszelestnie, a ja nawet tego nie zauważę. Zostanę sama na pastwę losu. Wzdrygnęłam się na samą myśl.
- Navri, idziemy! - pogoniła Yuki. Musieli już ruszyć, a ja tego nie zauważyłam. Nie wróżyło to niczego dobrego. Pogalopowałam w kierunku głosu.
- Co jeśli nic się nie pojawi? - zapytał Shen.
- Nie tak głośno... - syknęła Yuki - To my mamy być łowcami, nie te mutanty.
- Jasne, cisza i spokój - wyszeptał basior.
- Zawsze coś tutaj jest - oznajmiła równie cicho nauczycielka, wracając do tematu pierwotnego - Prędzej czy później się na to natkniemy. Macie szczęście, że przez lata ciężkich treningów jestem w stanie was uratować. Nie każdy wilk byłby w stanie to zrobić.
- Wow - wymsknęło się Torance.
- Pamiętajcie, jak będziecie potrzebować pomocy, natychmiast mi o tym powiedzcie - przypomniała Yuki. Nie spotkała się z żadną odpowiedzią.
Szliśmy dość długo. Po ociężałych krokach reszty kompanii poznałam, że są już dość zmęczeni. Nauczycielka polowań wydała nakaz odpoczynku, więc zatrzymaliśmy się i usiedliśmy. Ja sama lekko dziwiłam się moim rówieśnikom, bo mnie akurat łapy nieszczególnie bolały. Nie skomentowałam tego jednak, całkowicie skupiona na wyłapywaniu dźwięków.
Niespodziewanie do mych uszu doszedł jakiś ryk, jednakże cichy i bardzo odległy. Zastrzygłam uszami niespokojnie. Yuki się nie myliła: tutaj zdecydowanie coś mieszka.
- Słyszeliście to? - zapytała nauczycielka polowań po dłuższej chwili. Skinęłam głową, jednak reszta zaprzeczyła krótkim "nie". Co jak co, ale miałam największe uszy z nich wszystkich. Docierało do mnie najwięcej dźwięków.
- Co mieliśmy słyszeć? - dopytał Shen.
- Cicho, słuchajcie - syknęła Yuki.
Siedzieliśmy w napięciu kilka minut, aż w końcu dźwięk się nie powtórzył. Tym razem był bliższy. Zamarłam.
- Na wilki... Słyszałam! - wyszeptała Torance - Co to jest?
- Podejrzewam, że demoniczne zwierzę lub wrath. Mam szczerą nadzieję na to pierwsze - wymamrotała nauczycielka.
Po raz kolejny ciszę przeszył jeszcze bliższy ryk.
- Tak, to na pewno demoniczne zwierzę. Poradzicie sobie z nim - wyszeptała. W tej samej chwili poczułam lekki podmuch wiatru, świadczący o tym, że się czym prędzej oddaliła.
- Proszę pani...! - powiedziała cicho przestraszona Torance.
- Nie bądź trzęsiportkiem, Tor! - oznajmił uradowany Shen - W końcu dzieje się coś ciekawego!
Wtedy usłyszałam zbliżający się w zastraszającym tempie... tętent kopyt. Przybrałam pozycję świadczącą o pełni gotowości do ataku. Miałam nadzieję, że to, że niczego nie widzę nie spowoduje, iż zostanę kaleką do końca życia.
- Jaki dziwny renifer! - krzyknął Shen. Nim jego zdanie dobiegło końca, zawtórował mu ryk zwierzęcia. Czułam, że może być kilkanaście metrów od nas. Adrenalina mi skoczyła. Czułam, jak przechodzi mi aż po czubek pyska. Wyrwał mi się cichy warkot. Przyjęłam wyzwanie.
Zatrzymał się tylko na ułamek sekundy, a później czułam, że jego kroki się do nas zbliżają. Odruchowo wykonałam skok podobny do tego, co na polowaniach. Wylądowałam na czymś szorstkim, brudnym, ale dość ciepłym. Zbyt chłodnym jak na typowego jelenia, ale zdecydowanie żywym. Mięśnie miało niepokojące twarde. Może to i lepiej, że go nie widziałam.
Torance zaczęła wrzeszczeć, a mną ów "renifer" miotał we wszystkie strony. Wbiłam mu najpierw pazury w grzbiet, na który musiałam wskoczyć, a później zacisnęłam zęby na karku.
- Zostaw moją Navri! - wrzasnął bojowo Shen, a wtedy poczułam, że bestia zaczyna tracić równowagę, ale nie przewracała się. - Fuj, ohydztwo!
Stwierdziłam w myślach, że Shen musiał go ugryźć. Yuki na jednej z lekcji wspominała nam kiedyś, że demoniczne zwierzęta mają trującą krew i mięso... Musieliśmy tym bardziej uważać.
Niespodziewanie poczułam mocne szarpnięcie, przez które puściłam się jedną łapą, a później i drugą. Szczęka sama obluzowała uścisk na karku potwora. Przeleciałam spory kawałek w powietrzu, a później z impetem upadłam na twardą ziemię. Po okolicach mojej czaszki rozszedł się kolosalny ból.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

sobota, 21 kwietnia 2018

Od Joela "Pierwsza próba" cz. 1 (cd. Stella)

Październik 2020 r.
Przydzielono mnie do ekipy tancerzów i drużyn polowań. O ile to pierwsze mi w żadnym stopniu nie przeszkadzało, bo chadzałem w latach studenckich na różnorakie domówki i odrobinę ruszać się umiem, a poczucie rytmu posiadam, tak jeśli chodzi o polowania to z moim brakiem wyczucia i instynktu w formie wilczej mogą się pojawiać się problemy. Póki co na szczęście nikt nie miał większych pretensji, gdyż starałem się niewiele robić i pilnie słuchać wskazówek, dzięki czemu zepsułem tylko trzy pierwsze i dwa późniejsze łowy. Jeśli chodzi o taniec w formie wilczej, co może się okazać rzeczą obowiązkową, choćby z racji, iż jednak mieszkamy w watasze, to z góry wiem, że nie idzie mi to zbyt dobrze. Sądzę, że bez przygotowania może się zakończyć wprost tragicznie.
Prócz mnie w zespole tanecznym była jeszcze znacznie starsza samica, która nie chciała z nami z jakiegoś powodu rozmawiać, oraz Stella, uśmiechnięta wadera o różowym futrze. Zebranie ich do kupy stanowiło dość zajmujące zadanie, gdyż jak zdołałem się zorientować - próby oficjalnie nigdy się nie odbyły, chociażby ze wzgląd na mocno wybrakowany skład. Najmłodsza członkini ekipy dołączyła do nas niewiele wcześniej niż ja, a Aurelliah (jak określiła to działanie Alfa) prawdopodobnie wybrała to stanowisko dla świętego spokoju.
Ostatecznie zebraliśmy się po południu. Dopiero wtedy nikt nie miał żadnej innej pracy. W szukaniu każdej z wader pomogli mi inni członkowie stada, znacznie lepiej zorientowani w grafikach każdego z wilków.
Pierwsza do Parku przybyła Aurelliah. Usiadła w kompletnej ciszy pod najbliższe drzewo. Ignorowała mnie, patrząc nieobecnym wzrokiem w kierunku nieco sfatygowanej już ławki. Od wielu lat nikt nie dbał o spróchniałe już drewno. Aż żal było patrzeć na zmarniały mebel. Przeszło mi przez myśl, że kiedyś z kuzynostwem zajmowaliśmy się naprawą takich staroci i być może byłbym w stanie wszystko tutaj naprawić... Jednakże póki co czułem się zbyt mało przywiązany do stada, by poświęcić na coś tak mało istotnego dla wszystkich innych naście godzin swojego czasu wolnego.
- Paskudna pogoda, prawda? - zagaiłem. Park jako, że był usytuowany wyżej od znacznej części terytoriów, to nie został zalany tak bardzo deszczówką. Było co prawda błotnisto, ale i tak określiłem to jako najbardziej sprzyjające warunki. Zawsze mieliśmy do dyspozycji jeszcze Klif Wschodni oraz Góry, ale na to pierwsze trudno się dostać, a drugie nie ma wystarczająco dużo prostych powierzchni do prawidłowego sporządzenia układu tanecznego. Do tego akurat w tym miejscu dźwięk powinien mieć niewielki pogłos.
- Całe szczęście, że akurat nie pada - dodałem, nie słysząc od niej żadnej odpowiedzi. Wciąż nic. Westchnąłem z rozczarowaniem.
Na szczęście akurat pojawiła się Stella. Pojawiła, bo wynurzyła się spod powierzchni wody, która stała nieopodal naszego wzniesienia. Wyglądała na bardzo zadowoloną z faktu, że zobaczyłem tę scenę i się zaśmiałem. Wygląda jak mop podłogowy, albo jak... mokry pies, pomyślałem, ale po chwili uświadomiłem sobie, że jest to raczej marnym porównaniem.
Po drodze, brodząc już tylko po łokcie, otrzepała się, a gdy wchodziła po schodkach prowadzących do Parku, zrobiła to ponownie. Dopiero wtedy mogła mnie usłyszeć.
- Cześć, Stella! - krzyknąłem do niej.
- Hej! - odkrzyknęła. Sprawnie pokonała dystans dzielących nas schodków. - Co będziemy robić? - dopytała z zainteresowaniem.
- Sądzę, że możemy spróbować zrobić układ do... Hm, I am the last Jacoba Kinnleya chyba się nadaje. Spokojne, bardziej pod jazz, no i rytmiczne. Można z tego zrobić coś ciekawego.
Kiedy podałem tytuł piosenki, z zaskoczeniem zauważyłem, że Aurelliah zastrzygła uszami i w końcu na nas spojrzała. Co prawda trochę podejrzliwie, ale jednak był to jakiś krok na przód.
- Ajm de lust? - powtórzyła Stella, przechylając nieco głowę.
- Jestem ostatnim, a nie pożądaniem - wymamrotała Aurelliah, marszcząc z niesmakiem nos. Ku mojemu olbrzymiemu zdumieniu powiedziała to po angielsku. Czystym, amerykańskim akcentem, może z brytyjską naleciałością. Z wrażenia aż otworzyłem pysk, patrząc to na Aurelliah, to na Stellę. Nie wiedziałem której odpowiedzieć najpierw. Różowa wadera patrzyła na mnie wyczekująco. Zignorowała kompletnie wtrącenie widocznie starszej z nas.
- I'm the last to piosenka z... Miasta. Z świata ludzi. Stamtąd pochodzę - powiedziałem ostrożnie. Tym razem to ona wyglądała na zdumioną.
- Och, naprawdę? Ja dopiero od niedawna zmieniam się w człowieka...
- Ja urodziłem się jako człowiek - Uśmiechnąłem się nieśmiało, zerkając tym razem w kierunku Aurelliah. - Nie umiesz mówić po polsku, prawda?
Drgnęła tak, jakby ktoś ją uderzył. Futro na jej karku nieznacznie się zjeżyło.
- Zgadza się - oznajmiła niezbyt przyjemnym tonem.
- Spokojnie, to nic złego... Tylko od razu przepraszam za moje ubogie słownictwo. Postaram się mówić do ciebie po angielsku - Uśmiechnąłem się delikatnie.
Patrzyła na mnie dalej niezbyt przekonana, ale nie protestowała.
- O co chodzi? - wtrąciła zdezorientowana Stella.
- Nic, nic... - Zrobiłem pauzę na chwilę namysłu - Jako, że nie mamy żadnego odtwarzacza muzyki, chyba jestem zmuszony wam to zaśpiewać - Roześmiałem się.
- Przepraszam z góry za wszystkie przejęzyczenia - Dodałem po chwili, tym razem bardziej pod adresem Aurelliah. Skinęła głową.
- Poprawię cię - zaoferowała, na co chętnie przystałem.
- Jak będziemy tańczyć to też będziesz śpiewać? - zapytała Stella z rozbawieniem.
- Czemu nie? Możemy być zawsze grupą taneczno-wokalną. Co prawda to niezły wysiłek, by jakoś brzmiało, ale na pewno robi wrażenie.
- Tylko, że... nie umiem śpiewać - powiedziała niechętnie Stella.
- A ty, Aurelliah? Umiesz śpiewać?
- Nie.
Westchnąłem z rezygnacją.
- Póki co ja będę to robić, a co z tym dalej to już pomyślimy. No i tak w ogóle, to nie umiem zbyt dobrze tańczyć - Zrobiłem przerwę, po czym pospiesznie dodałem: - Na pocieszenie powiem, że znam się na muzyce ogólnie pojętnej i powinienem się szybko nauczyć co i jak...
- Ja mogę robić układ - zaproponowała Stella.
- Świetnie. W takim razie... Chyba powinienem wam to zanucić - Zaśmiałem się, dopiero czując lekki stres. Rzadko kiedy miewałem tremę.
Na szczęście wiedziałem jak ją zwalczyć i będąc już przy drugiej linijce tekstu piosenki mój głos się całkowicie wyrównał, wyciągając maksimum czystości i mocy wokalu. Dla lepszego wczucia się w tekst zamknąłem oczy.
Opowiadała w końcu o klęsce żywiołowej i prawdopodobnie ostatnim człowieku na ziemi. Jak na ironię, ową klęską żywiołową była powódź. Bardzo lubiłem ten utwór. Można było świetnie bawić się emocjami, dźwiękiem. Nagłe przerwy w wokalu, liczne przejścia z piano do forte... Kochałem takie utwory. Czysta klasyka gatunku, którą poznałem czysto przypadkowo, bo w internecie, w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego do pisania magisterki. Miałem z nią (mimo ilości łez wylanych w trakcie pisania) dobre wspomnienia.
Dopiero kiedy skończyłem, otworzyłem oczy. Aurelliah patrzyła na mnie z podziwem.
- Zaśpiewałeś bezbłędnie - skomentowała - Podoba mi się twoja interpretacja.
Spojrzałem na drugą z wader, czekając za jej werdyktem. Miałem również nadzieję, że nadaje się do jakiegoś układu.

<Stella?>

piątek, 20 kwietnia 2018

Od Magnusa "We mgle" cz. 1

Październik 2020 r.
Wzdrygnąłem się, poczuwszy jak lodowate strugi deszczu zaczynają siec mnie po twarzy. Nałożyłem kaptur na głowę i przyspieszyłem kroku. Rozejrzałem się po znajomej ulicy i wypatrzyłem blok numer dziewięć. Skierowałem swoje kroki w jego stronę. W duchu odetchnąłem z ulgą – ta część miasta znajdowała się na tyle wysoko, że nie została całkowicie zalana. Szybko przekroczyłem ulicę, którą można było porównać do potoku, pędzącego na niższe tereny i prawie zaliczyłem wywrotkę, potykając się o krawężnik. W ostatniej chwili złapałem równowagę i ruszyłem dalej.
Zatrzymałem się przed klatką schodową. Ciemność spowijała wszystko wokół, a ściana bezustannie spadającej z nieba wody przysłaniała mi widok. Latarnie stanowiły jedyne źródło światła w najbliższej okolicy, nie licząc błyskających świateł przejeżdżających po drodze aut. Desperacja i upartość niektórych ludzi jest wręcz niepojęta.
Zmrużyłem oczy i, po chwili zastanowienia, niemal bezwiednie wpisałem na domofonie znajomy kod. Mechanizm w drzwiach zabrzęczał, a ja wszedłem do środka.
Będąc na trzecim piętrze, zajrzałem pod wycieraczkę, i, uważnie nasłuchując, czy nikt się nie zbliża, wyjąłem schowany pod nią klucz. Już po chwili znajdowałem się w swoim mieszkaniu, dziękując w duchu rodzicom, za to, że podali mi dokładny adres mojego poprzedniego miejsca zamieszkania.
Nie miałem czasu na dokładniejsze poszukiwania, więc odszukałem to po co przyszedłem i zawróciłem, zostawiając wszystko w takim stanie, w jakim je zastałem, przy okazji narzucając na siebie znaleziony w mieszkaniu płaszcz.
Drzwi zamknęły się za mną. Chłodny wiatr nieprzyjemnie zaświszczał mi w uszach. Poprawiłem w dłoni wypełnioną po brzegi, płócienną torbę, w której niosłem swoje znaleziska i obrałem kierunek na wspólny dom.
Dotarłszy na miejsce, wygrzebałem z kieszeni bluzy klucz i otworzyłem drzwi. Jak się okazało, byłem sam. Zdjąłem buty i odwiesiłem płaszcz na wieszak. Wszedłem do kuchni i położyłem torbę na stole, z zamiarem dokładniejszych oględzin zabranych z mieszkania przedmiotów.
Na blacie wylądował brązowy koc, apteczka, zatęchły, zwinięty w rulon, niewielki dywan, cztery książki, zegar naścienny, skrzynka z narzędziami, kilka bardziej lub mniej przydatnych drobiazgów, oraz szara torba medyczna. Nie miałem pewności, czy kiedykolwiek skorzystam z niej w sposób, do którego została przeznaczona, ale uznałem, że i tak może mi się przydać.
Zadowolony ze swoich "łowów", z powrotem schowałem znaleziska do torby. Zerknąłem na zegar i stwierdziłem, że jeśli się nie pospieszę, spóźnię się do pracy. Wróciłem do przedpokoju, narzuciłem na plecy płaszcz i wyszedłem na zewnątrz.
Po około piętnastominutowym marszu przez niezbyt często uczęszczane uliczki, dotarłem do swojego miejsca pracy. Supermarket nie należał do największych, a uwagę przykuwały głównie krzykliwe i ekstrawaganckie ogłoszenia o przecenach. Skrzywiłem się na ten widok.
Skierowałem się do wejścia dla personelu. Wszedłem do środka, zdjąłem płaszcz i od razu skierowałem się do magazynu. Dwójka współpracowników, obsługujących wózki widłowe, rzuciło w moją stronę krótkie spojrzenia i się przywitało. Odpowiedziałem im i podszedłem do stosu pudeł z napojami. Ktoś wcześniej już sporządził listę towarów do uzupełnienia. Szybko przebiegłem po niej wzrokiem i zacząłem szukać odpowiedniego towaru. Ktoś włączył radio, co spotkało się z cichym pomrukiem aprobaty innych pracowników. Po chwili rozpoczęły się też pierwsze rozmowy. Odnalazłem karton z wodą mineralną i z trudem go podniosłem.
 – Ej, zielony!
Podskoczyłem, prawie upuszczając przy tym trzymany przedmiot.
– Co? – zmierzyłem delikwenta wzrokiem.
Facet miał jasne włosy, ścięte na jeża i piwne oczy. Był ode mnie wyższy o jakieś dwadzieścia centymetrów, mógł też poszczycić się potężną sylwetką. Miał całkiem sympatyczną twarz, był mniej więcej w moim wieku. W oczy rzucały się duże, spracowane dłonie.  
– Zapomniałeś tego – rzucił mi kamizelkę odblaskową.
Czy to naprawdę konieczne?, chciałem powiedzieć, ale w porę ugryzłem się w język.
– Dzięki – odłożyłem na chwilę karton, by podnieść i włożyć niechciany element ubioru.
– Pomóc ci z tym? Chłopaki zgarnęli wszystkie wózki i nie mam co z sobą począć – powiedział.
Nie miałem najmniejszej ochoty na zawieranie znajomości z tymi ludźmi, ale było to niestety nieuniknione.
– Wyglądasz... - zaczął niepewnie. – jak ten gość co zwiał z psychiatryka.
Zagotowało się we mnie ze złości, gdy usłyszałem to określenie. 
– To mój brat – wymyśliłem na poczekaniu.
Mariusz zmarszczył brwi.
– Mógłbym przysiąc, że też nazywa się Magnus. – odezwał się w końcu.
Odczułem przemożną chęć zignorowania natręta, ale nie mogłem pozwolić, by prawda wyszła na jaw.
– To pomyłka. – głos lekko mi się zachwiał.
– Jak nie chcesz o tym mówić, to nie ma problemu – podniósł ręce w obronnym geście.
Westchnąłem z ulgą i wróciłem do pracy.
***
Skończyłem pracę o trzeciej nad ranem. Mając jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia patrolu, wróciłem do watahy. Po drodze zahaczyłem o wspólny dom i zabrałem z niego wcześniej przygotowaną torbę. Droga zajęła mi około dwóch godzin. Gdy dotarłem na miejsce, nawet nie czekając aż moje futro wyschnie, położyłem się na przygotowanym jakieś dwa tygodnie wcześniej posłaniu z pożółkłych traw i wilgotnego mchu. Po około dziesięciu minutach, odpłynąłem.
Znowu stałem na środku szpitalnego korytarza. Krople bębniły w okna, a ciszę co jakiś czas rozrywał grzmot. Otoczenie spowite było szarą mgłą.
Po raz kolejny zza zakrętu wybiegła kobieta. Jej włosy były nieznacznie dłuższe niż poprzednio, tym razem miała na sobie prostą, zieloną tunikę. Bez przerwy się uśmiechała. Gdy spojrzała w moją stronę, roześmiała się serdecznie.
Popędziłem za nią, i tak jak poprzednim razem, nie mogłem jej dogonić. Zatrzymałem się, by złapać oddech. Sceneria zmieniła się. Stałem na łące, po brzegi wypełnionej różnokolorowym kwieciem. Zza wzgórza przede mną wyłoniło się wschodzące słońce, a wraz z nim pojawiła się kobieta. Siedziała wśród traw, wpatrując się bezchmurne niebo.
I znowu byłem w szpitalu. Stałem przed drzwiami prowadzącymi do wyjścia. Otworzyłem je. Przed oczami jeszcze raz mignęła mi łąka i roześmiana twarz nieznajomej.
Otworzyłem oczy, próbując cokolwiek zrozumieć ze snu. W głowie kołatały mi się pytania bez odpowiedzi. Jedno z nich przyćmiewało całą resztę, nie dając mi spokoju.
Kim ona jest?
<C.D.N.>
Uwagi: Czcionka...

piątek, 13 kwietnia 2018

Od Torance "Związki miedzywilkowe" cz.1 (Cd.Kai)

wrzesień 2020 roku
Siedziałam przy wyjściu swojej jaskini i obserwowałam rośliny uginające się pod wpływem silnego wiatru. Rano pogoda zapowiadała się tak pięknie – świeciło słońce, było ciepło w porównaniu do ostatnich kilku dni – a teraz? Z nieba skapywało multum kropli deszczu. Nie musiałam wychodzić, żeby wiedzieć, że były przeraźliwie zimne – na samą myśl miałam dreszcze. Ach, jeszcze ten wiatr przypominający bardziej zbliżający się huragan, niż mój wymarzony lekki, letni wiaterek. Strach było wychodzić z jaskini, żeby „nie odlecieć”. Nawiasem mówiąc, według skrzydlatych wilków latanie podczas takiej pogody wymaga sporych umiejętności – wiatr ma znosić ich w różne strony. Ja tam nie wiem – zawsze trzymam się bezpiecznie ziemi i jakoś nie tęskno mi do lotów w przestworzach.
Także siedziałam tuż przy wejściu z jaskini, w miejscu, w którym nie dosięgały mnie deszczowe krople i delikatnie mówiąc – nudziłam się. Jak codziennie miałam wolne popołudnie podczas którego zwykle spałam. Dzisiaj jednak nie miałam na to ochoty. Pomimo nocki spędzonej na patrolowaniu terenów i porannego polowania nie czułam zmęczenia. A przynajmniej nie na tyle, żeby zasnąć. Z tego powodu siedziałam jakby wpół śnie i obserwowałam mini walkę żywiołów, która rozgrywała się na dworze. Co jakiś czas zerkałam na słońce, żeby określić, kiedy będę musiała wyjść na kolejne polowanie.
Jak na razie miałam przed sobą jeszcze kilka godzin wolności i prawdopodobnej nudy. Westchnęłam ciężko i wstałam. Skierowałam kroki ku miejscu, w którym zwykle spałam i po chwili się w nim ułożyłam. Postanowiłam jednak spróbować się zdrzemnąć.

Obudziłam się niemal podskakując. Miałam przeczucie, że spałam dzisiaj zbyt długo i mam niewiele czasu do rozpoczęcia polowania. Szybkie spojrzenie na to, że zrobiło się ciemniej utwierdziło mnie w przekonaniu, że zaczyna się wieczór i mam bardzo mało czasu.
Czym prędzej wstałam i wybiegłam z jaskini. Miesiące wychowywania się w watasze dały swoje i teraz biegałam znacznie szybciej niż gdy mieszkałam z ludźmi.
Może to dlatego, że wtedy byłam szczeniakiem? - pomyślałam, ale niemal od razu zrugałam się – Nie, gdybyś dorastała w mieście to byłabyś o wiele wolniejsza niż teraz. Nie chodzi o czas, ale o miejsce. Dzicz hartuje.
Już po chwili znalazłam się przy Wodopoju. Czekało mnie sporo biegania, więc przydałoby się zawczasu trochę napić. Pochyliłam się nad taflą wody i zanurzyłam język w zimnej wodzie. Chłeptałam ją w miarę szybko, ale nie na tyle, żeby się zakrztusić. Gdy zaspokoiłam pragnienie zerwałam się i pobiegłam do Zielonego Lasu, gdzie była zbiórka. Mieliśmy tego wieczoru polować na sarny. Przywitał mnie tam widok znacznie starszego niebieskiego basiora.
- Dobry wieczór – przywitałam się grzecznie. Dante skinął mi głową na powitanie.
Wysoki samiec siedział pod jednym z drzew, prawie dotykając głową jednej z niższych gałęzi. Usiadłam koło niego, starając się zwracać uwagi na to, że ledwo sięgałam mu do barków. Jejku, jaki on był wysoki!
- Hm, ten... Co u ciebie? - zapytałam przerywając ciszę. Basior potrząsnął lekko pyskiem i spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Nie rozmawiałam z nim zbyt wiele razy. Po prostu nie wiedziałam o czym mogłabym rozmawiać z ojcem mojej szkolnej koleżanki. Fakt, może Dante nie był najdojrzalszą dorosłą osobą jaką znałam, ale jednak górował nade mną wiekiem. I siłą. Matko, jakie on miał mięśnie! Gdyby chciał położyłby mnie w jednej chwili.
Nie zachwycaj się nim tak. Jest dla ciebie za stary – mruknął As w moim umyśle. Przesłałam mu w odpowiedzi obraz siebie przewracającej oczami.
Może jest starszy, ale to mu tylko dodaje uroku. Nie sądzisz, że starsze samce są bardziej atrakcyjne? - zapytałam udając zachwyt.
Nie – uciął samiec zimnym głosem. Cudem powstrzymałam śmiech na to oświadczenie.
- Ach, nic ciekawego. Jakoś lecą te kolejne lata. Navri – jak zapewne wiesz – świetnie radzi sobie w szkole. Jednak u mnie? Nic interesującego – odpowiedział nieświadomy odbywającej się rozmowy o jego aparycji Dante. Odpowiedziałam uśmiechem. - A co u ciebie?
- Zimno, wietrznie i deszczowo.
- Fakt, w tym roku pogoda nie jest zbyt piękna. Nie pamiętam roku, w którym ta była tak kapryśna, a kilka lat już na tym świecie przeżyłem.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem. Basior chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnował. Temat się urwał – żadne z nas nie wiedziało o czym możemy porozmawiać. Siedzieliśmy więc w niezręcznej ciszy do chwili przybycia Karou.
- Hej, sorki za spóźnienie – przywitała nas, gdy tylko znalazła się w odległości kilku metrów. W odpowiedzi skinęłam jej głową z uśmiechem.
- Witaj, nic się nie stało – powiedział basior i wstał lekko się otrzepując. - Bierzmy się za polowanie. Poszukajcie jakichś tropów.
- Się robi.
Schyliłam nos do ziemi i zaczęłam węszyć. Uszy instynktownie się wyprostowały i zaczęły wysłuchiwać najmniejszych szmerów. Mój nos wychwytywał przeróżne wonie jednak skupiłam się na tych zostawionych przez niedawno przechodzącą zwierzynę. Mój wzrok się wyostrzył i oczy skanowały teren wyszukując śladów zostawionych przez nasze przyszłe ofiary. Kochałam ten moment, gdy moje zmysły się wyostrzały. Uwielbiałam tropić, szukać, podążać za zwierzyną. Może stanowisko goniącej nie był to szczyt kariery - od tego stanowisk zaczynały nowe wilki, a ja byłam w watasze od jakiegoś roku – jednak dla mnie była to praca wymarzona, idealna. Łączyła to co najbardziej kochałam – bieganie i tropienie.
- Mam! - „zawołała” szeptem Karou. Podniosłam łeb i zwróciłam się w kierunku koleżanki. - To zając, przechodził tędy kilkanaście minut przed naszym przyjściem.
- To nie sarna, ale każde mięso się nadaje. Karou, prowadź – rozkazał Dante. Aktualnie nie mieliśmy przywódcy polowań, grupy ogólnie kulały. Kilka starszych stażem i wiekiem wilków zajęło na zastępstwo stanowiska łowieckie. Yuki – moja była opiekunka, będący tutaj Dante i jego siostra Sohara. Jako starsi i bardziej doświadczenie łowcy, po części byli również naszymi przywódcami.
Samica poprowadziła nas przez gąszcz roślin. Czułam jak mokre gałęzie i liście dotykają mojego jeszcze bardziej mokrego futra. Nie lubiłam deszczu. Nie chciałam jednak skupiać się na ułożeniu swojej sierści – za bardzo przypominało mi to moją szkolną byłą przyjaciółkę – Aoki. Pochyliłam głowę i zaczęłam węszyć za zającem. Karou miała rację, przechodziło tędy – sądząc po śladach raczej niespiesznie – rzeczone zwierzę i to naprawdę niedawno.
Szliśmy tym tropem cicho, jednak szybkim tempem. Zaledwie kilka chwil po znalezieniu zapachu, Karou zatrzymała się i wskazała ogonem pewne miejsce. Skierowałam tam wzrok i zauważyłam tłuste zwierzątko. Nie wiem, co to spowodowało, może przeczucie, ale zając spojrzał przestraszony w naszą stronę i odkicał w miarę szybkim tempem.
- Tori, leć – syknęła Karou.
Nie potrzebowałam zachęty, czym prędzej zerwałam się do biegu i zaczęłam zataczać koło wokół zwierzątka. Miałam zamiar zmusić go do zrobienia koła i wbiegnięcia wprost na moich znajomych z grupy. Robiłam duże susy, żeby jak najszybciej dogonić zwierzątko. Gdy się z nim zrównałam, zaczęłam napierać na niego od prawej strony. Jeszcze bardziej przestraszony zając przyspieszył i zaczął trochę skręcać. Nie przestawałam, a zwierzę zataczało coraz większy łuk. W końcu gnało prawie wprost na Karou, która już szykowała się do skoku.
Zwolniłam, żeby wadera nie wpadła na mnie. Zając obawiając się zagrożenia z mojej strony uciekał dalej. Nie zauważył jeszcze przygotowującej się do skoku wilczycy. Roześmiałam się cicho, kiedy zwierzę spostrzegło, że prawdziwe zagrożenie nadchodzi z drugiej strony. Zając się na chwilę zawahało, w którą stronę uciekać. I to zawahanie przypieczętowało jego los. Karou skoczyła i zatopiła kły w tylnej łapie zwierzęcia. Na jej miejsce skoczył Dante, który jednym zdecydowanym kłapnięciem zębów pozbawił zwierzę życia. Nogi przerażonego zająca drgały jeszcze w ostatnich spazmach. O tak, kochałam polowania.

Tego wieczoru upolowaliśmy jeszcze jednego, trochę mniejszego zająca i średniej wielkości sarnę. Pomimo nieprzyjaznej pogody zwierzęta kręciły się po lesie i żal było nie skorzystać. Warto byłoby zacząć robić zapasy, głównie ze względu na zbliżającą się zimę – po pogodzie można było stwierdzić, że w tym roku przyjdzie do nas raczej wcześnie.
- Dobra, to raczej koniec na dzisiaj. Bierzcie zwierzaki i niesiemy je do watahy – polecił Dante.
Skinęłyśmy głowami na zgodę i wzięłyśmy w pyski nasze dzisiejsze ofiary. Teraz trzeba je zanieść, potem mogłam się ogarnąć i miałam jeszcze trochę czasu do nocnego patrolu. Ech, czasem mam wrażenie, że te obowiązki mnie przygniatają i nie dam rady...

Wybrałam z kupki zwierzyny upolowanego niedawno mniejszego zająca i zabrałam w jakiś kąt. Byłam głodna, bardzo głodna. Na jedzenie praktycznie się rzuciłam. Dobre wychowanie i wyrafinowane jedzenie? Ach, po co? Na co to komu? Nie jadłam jak totalny niechluj, jednak też nie w sposób, który szlachta mogłaby zaakceptować – w końcu nie robiłam tego długo, powoli, aż mięso straci smak.
Zając był smaczny, wręcz przepyszny. Chociaż w sumie nie spotkałam się z niedobrym jedzeniem odkąd trafiłam do watahy. Tak, psia karma nigdy temu nie dorówna, nie ma szans. Fuj, na samo wspomnienie o niej robi mi się niedobrze. Ohyda.
Rozejrzałam się wokół. Było nadal jasno, więc miałam jeszcze czas, by pójść do Wodopoju i może nawet zanurzyć się w ciepłych wodach Wodospadu. Potrzebowałam kąpieli innej niż tej za sprawą deszczu. Poza tym byłam już trochę zziębnięta.

Zawsze zapominałam jak bardzo pływanie jest niesamowite. Dopiero gdy zanurzałam się w wodzie, przypominałam sobie o tej radości związanej z nurkowaniem i pływaniem. Właśnie kończyłam kąpiel, gdy zobaczyłam zbliżającą się postać. Najszybciej jak umiałam wyskoczyłam z wody i otrzepałam się z niej.
- Kai! - zawołałam do przechodzącego basiora. Wilk zastrzygł uszami i zwrócił pysk w moją stronę.
Biegłam wprost na swojego mentora. Nie widziałam go od zakończenia szkoły. Stęskniłam się za nim. Kai był dla mnie jak ojciec, którego nie miałam. Bliższy od kogokolwiek na tym świecie.
Kogokolwiek? Jesteś pewna, Tor? - zapytał jakiś głos we mnie. I wyjątkowo nie był to As, tylko mój głos. Zignorowałam go.
- Tori, he... - przerwałam samcowi przywitanie prawie na niego wpadając i opatulając go łapami. Nie wiedziałam, czemu to zrobiłam. Bałam się reakcji starszego samca. Ale tak bardzo się stęskniłam za nim, że...Ach, czy to ważne? Po prostu tęskniłam...
Poczułam jak samiec opatula mnie swoimi łapami. Byliśmy tak przytuleni.
Jak córka z ojcem... - pomyślałam mając łzy w oczach – Chciałabym mieć prawdziwą rodzinę...
O nie, Kai pewnie przeczytał to w moich myślach. Sarenki, co sobie pomyśli? - myślałam gorączkowo puszczając samca. Odsunęłam się na kilka kroków od niego.
- Kai, jeśli to słyszałeś, to to jakoś skomentuj. Jakkolwiek. Błagam cię – zwróciłam się do szarobiałego basiora.
Wilk zmierzył mnie wzrokiem pod którym się skuliłam. Czekałam na jego słowa jak na werdykt.
Kai, błagam cię, błagam, błagam, błagam... - prosiłam w myślach.

<Kai?>

Uwagi: Brak.