Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 29 lipca 2017

Od Leah "W świecie mroku" cz. 6 (cd. Nergal)

Styczeń 2020 r.
- Nie dbam o to, że mnie znienawidzisz. Wciągnąłem cię w tą historię i obronię cię, choćbym miał zapłacić za to skórą. - Wysłuchałam z uwagą całej opowieści. Jednak to, jak ją zakończył, nieco zbiło mnie z tropu. Po chwili spojrzałam mu prosto w oczy.
- Nie mam za co cię znienawi... - Przerwałam, gdy usłyszałam znajomy ryk na zewnątrz. Niemożliwe... Co tu robi Gral?
Wybiegłam truchtem z jaskini. Podążając za rykiem, dotarłam na szczyt niedużego wzniesienia, tuż przed szczeliną. Nie myliłam się. Średniej wielkości, czerwony smok mojego brata znajdował się zaledwie dziesięć metrów ode mnie. Obok niego stał basior. Otaczały ich inne wilki, widocznie właśnie przerwali walkę. Nie mogłam uwierzyć. Przede mną stał Arsus.
Spojrzał nagle w moją stronę. Zauważając mnie, czerwono-czarny basior, z akcentami bieli uśmiechnął się. Zaczął coś do mnie wykrzykiwać, ale go nie słyszałam. Ciągle nie dowierzałam. Zamiast tego usłyszałam kroki za sobą... I ujrzałam Nergala. Od razu poczułam wyrzuty sumienia. Dźwięki znowu zaczęły docierać do moich uszu. Spojrzałam na brata i Grala. Ten nagle się odwrócił i warknął na wilki, stojące jakieś trzydzieści metrów od niego. Nie zauważyłam nawet kiedy zdążyły odbiec na bezpieczną odległość. Tak czy inaczej tym razem odbiegły. Ars biegł w moją stronę.
Pierwszy dobiegł smok. W końcu odzyskałam czucie w łapach i przywitałam go. Po chwili, dobiegł do mnie dobiegł truchtem towarzysz Grala. Wilk, na którym zawsze mogłam polegać. Wilk, który zawsze mi pomagał. Wilk, który był kimś ważniejszym niż tylko brat. Arsus.
- Leah... - powiedział. - W końcu cię znala... - Urwał. Stał w cieniu góry, więc dopiero po chwili zobaczyłam pochylający się nad nim cień. Cały się zatrząsł, jego wzrok stał się mglisty. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że po jego plecach spływa lśniąca struga krwi. Upadł na lewy bok.
- Nie! - Wyrwało mi się.
Zza jego ciała wyłonił się szarobiały basior.
- To nauczy cię szacunku - Syknął do mojego brata. Obok niego zaczęły pojawiać się inne wilki.
Otrząsnęłam się z odrętwienia. Spojrzałam odmienionym wzrokiem na Nergala.
- Idź do szczeliny. - Powiedziałam chłodno.
- Ale...
- Jazda, kretynie! - Praktycznie na niego wrzasnęłam. Po chwili wahania zrobił to. Skupiłam swój wzrok na zabójcy. Wiatr się nasilał. Czarne chmury skłębiły się nad nami. Gral w końcu zrozumiał co się stało. On rozpoczął atak.
Nie do końca pamiętam, co wtedy się stało. Chyba rzuciłam się na jednego z wilków. Dalej już tylko szamotanina, splamione krwią skały, a potem cisza, zmącona tylko odległym stukotem łap.
- To jeszcze nie koniec! - Doszedł do moich uszu chrapliwy głos zabójcy, wzmocniony wszechobecnym echem. Spojrzałam w dół. U moich łap leżały dwa martwe ciała.
***
Przez chwilę obserwowałam tępo Grala. Smok gonił wilki, ale jeden z nich trafił raził go piorunem. Oszołomiona bestia upadła po chwili, zaraz jednak znowu się zrywając. Za moimi plecami rozległ się huk spadających skał. Odwróciłam się błyskawicznie. Po tym jak upewniłam się, że nie spadły na szczelinę, zawróciłam. Zamiast jednak zobaczyć Arsa, przywitała mnie pustka. Z oddali dobiegał żałosny ryk smoka, który prawdopodobnie zabrał gdzieś swojego pana. Albo jego zwłoki... Przełknęłam ślinę.
W miejscu gdzie się znajdował, leżał nóż. Był cały we krwi. To pewnie nim dokonano morderstwa. Wzięłam narzędzie ze sobą.
***
Nie chciałam okazać dla Nergala swojej rozpaczy, więc jeszcze starałam się nie płakać. Zajrzałam do szczeliny. Spał. Wyglądał w końcu normalnie. Jego pysk nie wyrażał już takich emocji jak podejrzliwość czy obojętność... Podczas snu nie był mordercą. Podczas snu był sobą. W przeciwieństwie do mnie...
Upolowałam w jakimś górskim potoku cztery ryby - mam nadzieję, że taka rekompensata wystarczy. Zaraz... Czy wystarczy? Jasne, że nie! Zostawiłam go tam, a on pewnie zwijał się z bólu. Mam nadzieję, że mi wybaczy... Położyłam zdobycz przed jaskinią.
Emocje opadły. Poziom adrenaliny we krwi drastycznie spadł. Nagły atak bólu z licznych ran, zadanych przez wilki teraz dopiero dał mi się we znaki. Teraz, gdy nikt nie patrzył, rozpłakałam się na dobre. Zwinęłam się w kłębek i zerknęłam na swoje odbicie w potoku. Zamiast ujrzeć siebie, zobaczyłam białego wilka z czerwonymi i błękitnymi wzorami na sierści. Krew moja i moich wrogów. Przednie łapy obmyły się podczas łowienia ryb, a pół pyska rozmazało się przez łzy.
Gdy zdałam sobie sprawę z tego, że zabiłam dwa wilki, mój płacz przestał być tylko płaczem. Stał się po prostu czystą rozpaczą.
***
Zabrakło mi łez. Nawet jeślibym chciała, nie mogłabym już płakać. Zamiast tego, zaczęłam cicho śpiewać. Dobrze znana mi piosenka, działała kojąco na zszarpane nerwy. Ból stał się mniej dokuczliwy, oddech spokojniejszy. Melodia jest trudna, pomyliłam się trzy razy, ale potem szło mi całkiem dobrze. Mój głos przestał być płaczliwy. Uspokoiłam się.

Zakończyłam. Błękitna aura, którą roztaczałam wokół siebie, stała się nieco wyraźniejsza. Nie rozumiem dlaczego. Wiem, że podniosła mnie to na duchu. Muszę dokończyć co zaczęłam. Nie mogę pogrążyć się w świecie mroku.
Usłyszałam cichy oddech za sobą. Odwróciłam się i ujrzałam Nergala. Zerwałam się na równe nogi. Był tu od początku? Ach... I wszystko słyszał...
Znowu uspokoiłam się. Odetchnęłam i do niego podeszłam.
- Teraz to też moja sprawa. - Powiedziałam, kierując się do szczeliny.

<Nergal?>

Uwagi: "Nie dowierzałam" piszemy osobno. "Ach" piszemy przez "ch".

Od Lind "Spadłam z nieba, a właściwie ze szczytu góry" cz. 5

Kwiecień 2020
Nieznajoma, różowawa wadera prowadziła mnie ścieżką przez wielkie wrzosowiska. Nie ukrywam, byłam zachwycona widokami. Wręcz machałam pyskiem na wszystkie strony w podekscytowaniu. Od czasu opuszczenia kanionu, oglądałam tylko łyse góry, dzień po dniu takie same. Jedynym wyjątkiem była polanka, ale ile to przy prawdziwej otwartej przestrzeni? 
Chociaż dalej bolały mięśnie i widziałam wszystko trochę jak miłośnik alkoholu, wstępowało we mnie życie. Szalałam na widok kwiatów, roślin, normalnych drzew. Byłam prawie zahipnotyzowana tym wszystkim, jakbym oglądała piękny świat po raz pierwszy. Oplecione słońcem, kolorowe pola, rozciągnięte niemalże po horyzont, do tego prawdziwe, niebieskie niebo, nie szare chmury i mgła. Byłam jak ptak wypuszczony z klatki. Zorientowałam się, że prawdopodobnie moje odczucia przypominają reakcje Tinga - stworzenia wyciągniętego, za moją sprawą, z czterech ścian ognistego, nie oszukujmy się, więzienia. Sposób, w jaki on patrzy na gwiazdy, ważki, czy nawet te górskie pejzaże, świadczy o jego zachwycie. Zrozumiałam, że mnie dotyka właśnie takie samo oczarowanie, chociaż ja wiem od małego jak wygląda świat. 
Czyli to prawda, trzeba coś stracić, żeby to docenić. 
Nad moją głową przemknął słowik, nucący radosną pieśń. Gdyby nie fakt, że już pewnie sprawiałam dziwne wrażenie swoim szczenięcym zachwytem, przyłączyłabym się do śpiewu. Próbując wreszcie uspokoić rozpierane energią ciało, zerkałam na nieznajomą, ciekawa, co sobie myśli o moim wariactwie.  Wilczyca o lśniącym, pudrowo-różowym futrze, nie wyglądała jakby się przejęła wspomnianym zachowaniem. Może założyła, że mam tak zawsze, albo kazali jej nie komentować. Jednak nie była całkiem nieobecna, widać było w niej gotowość złapania mnie, gdybym źle postawiła uszkodzoną łapę. Odetchnęłam świeżym, wiosennym powietrzem i zaczęłam rozmowę:
- Idziemy do prywatnego lokum Alfy?
- Nie - pokręciła głową wilczyca. - O tej porze jej tam nie będzie.
- Więc gdzie może być?
- Przy Pomarańczowym Drzewie - odparła sucho.
- Co w nim takiego szczególnego, że akurat tam? - dopytywałam dalej.
- To miejsce zebrań i tak dalej... - mruknęła różowa.
- Zawsze zbieracie się przy tym konkretnym drzewie?
- Zadajesz dużo pytań, Lind - popatrzyła na mnie z podejrzliwością.
Już nic więcej nie powiedziałam. Pewnie uznała, że celowo zbieram informacje. Poczułam się źle z tym faktem. Ech, powinnam się przyzwyczaić, że trochę czasu będą wobec mnie nieufni. Ewentualnie cały mój pobyt tutaj będzie tak, a nie inaczej. Opuściłam uszy, resztę drogi spędziłyśmy w milczeniu. Nie trwało to długo z resztą, spora część trasy do Pomarańczowego Drzewa była już za nami.
Zdziwiłam się zobaczywszy Alfę. Nie wyglądała na typową, potężną przywódczynię na pierwszy rzut oka. Ot drobna, niska, puszysta wadera, ale jednak jakimś cudem czuć, że to osoba z autorytetem. 
- W końcu jesteście - powiedziała na przywitanie.
- Gdyby nie ten jej uraz przedniej łapy, przyszłybyśmy szybciej - wyjaśniła różowa.
- Oczywiście - Alfa zmierzyła mnie wzrokiem. - Lind, powiesz mi gdzie zmierzałaś, zanim przypadkiem trafiłaś tutaj? Zrozum, że musimy wiedzieć co i jak. 
- No tak, oczywiście. Hm... - podrapałam się po głowie. - Zdaje się, że podążałam na północny zachód. 
- Chodzi mi o cel - sprecyzowała przywódczyni watahy.
- Cel? - zawahałam się. - Znaczy... chyba nie ma żadnego konkretnego. 
- Szłaś po prostu przed siebie? 
- Nie, nie! Już pamiętam - Trudno mi zbierać myśli. Jednak otępienie średnio ustąpiło - Chciałam, że tak powiem, znaleźć swoje miejsce na świecie. 
- Szukałaś czegoś jak wataha?
- No...prawdopodobne. 
Chwilę wszyscy milczeli, otrzymałam moment, żeby się zdecydować. Pewnie obie wilczyce przewidziały następujące pytanie:
- Byłaby możliwość, żebym dołączyła na jakiś czas tutaj?
- Być może - odparła chłodno Alfa. 
- Oczywiście, jak tylko wyzdrowieję, wracam w góry - powiedziałam pewna, że niekoniecznie potrzebują tu więcej gęb do wykarmienia. 
-  To raczej nie będzie konieczne - podsumowała rozmówczyni. - Zirael, zaprowadź Lind do jaskini. 
- Dziękuję - powiedziałam do Alfy, nie znajdując lepszych słów.
- Idźcie już, mam dzisiaj jeszcze dużo pracy - odprawiła nas.
Chyba lepiej nie nadużywać cierpliwości nowej przywódczyni. Opuściłyśmy okolicę Pomarańczowego Drzewa i wróciłyśmy na Wrzosową Łąkę. Po drodze do mojego nowego lokum, minęłyśmy szpital i siedziby kilku innych wilków. 
- To tutaj - Zirael zatrzymała się przed niedużą, ale wyglądającą dość przytulnie jaskinią. - Będziesz musiała mieć przydzieloną konkretną funkcję, nic za darmo - zaznaczyła. 
- Oczywiste - rozejrzałam się. - Trzeba będzie trochę urządzić - pomyślałam głośno.
- To dzisiaj sobie pomyślisz nad wszystkim i zdecydujesz jakie stanowisko chcesz objąć. - powiedziała wadera jakby od niechcenia.  
Pokiwałam głową, że rozumiem, więc Zirael zostawiła mnie samą. Położyłam się na posłaniu i wyciągnęłam z mojej torby wyszywaną chustę, którą zaczęłam jeszcze w domu Babci. Na obrazku był koliber podlatujący do niedokończonego kwiatu. Chwilę wpatrywałam się w ten haft, po czym przytuliłam go do siebie. 
Przyszła tęsknota, a wraz z nią zwątpienie. Co ja tu w ogóle robię? Powinnam być przy Skalnym Łuku. W c z o r a j ! Kto wie czy te wilki w ogóle mnie uznają za swoją, a teraz jestem zdana na ich łaskę dopóki nie wyzdrowieję i nie wrócą moje moce. 
Obróciłam się na bok. W głowie nagle wybrzmiały mi słowa Babci:
Nic się nie dzieje przypadkowo. Tam, gdzie jesteś TERAZ, miałaś być od zawsze.
Pociągnęłam nosem. Oby miała rację.
Wstałam i wydobyłam spośród moich rzeczy igłę z nitką. Zajęłam się dokańczaniem wyszytej scenki. Haftowanie zawsze mnie uspokajało, ale jakoś nie pamiętałam o tym fakcie tam, w górach. Odgoniłam stres i zajmowanie się jutrem, wspominając dodatkowo pierwszy tydzień po opuszczeniu Kanionu Magmy. Miał miejsce wtedy taki moment, który zapamiętam sobie na długo.
Wiszę nad przepaścią, w łapach ściskam słoik z płomyczkiem, aka Wichurę Płomieni.  Kawałek wyżej, na skraju urwiska stoi Ting, trzymając mnie za ogon. 
- Nie wiem jak to robisz Pierzasta, masz najwięcej szczęścia ze wszystkich wilków, jakie spotkałem.
- Za dużo to ich nie było podobno. Wciągnij mnie już!
- Wszyscy dotarli do Komnaty, tak jak ty - wysłuchał "prośby". - To o czymś świadczy. 
Zjadłam kilka jagód i przełożyłam igłę przez materiał ostatni raz. Chyba już wiem co to za kwiat. To lilia.
Uwagi: Cudzysłowie kończ przed numerem części, a nie po. Wilki nie mogą się drapać po głowie.

środa, 26 lipca 2017

Od Manahane "Czy ja jestem inny?" cz. 2 (CD. Desperado)

kwiecień 2020
Leżąc przy wejściu mojej jaskini, spoglądałam na rozgwieżdżone niebo. Ostatnie gwiazdy próbowały błyszczeć mocniej od innych, aby patrzeć na nie aż do wschodu. Nad horyzontem widać było już jasne promienie słońca. Nie spałam całą noc, ponieważ moje posłanie było strasznie niewygodne. Powinnam coś z nim zrobić, jednak nie teraz, teraz podziwiałam wschód słońca. Może był zachwycający, lecz nawet w małym stopniu nie dorównywał temu na prerii... w domu... Czasem nawet tęsknię za tą niekończącą się wysoką trawą, wśród której bez problemu można się schować. Przez tą idiotkę zostałam wygnana. Nie moja wina, że zasłużyła na śmierć...
Wyszłam z jaskini, ponieważ dalsze próby zaśnięcia były skazane na niepowodzenie. Wszyscy jeszcze spali. Przez chwilę miałam chęć obudzenia Leah, lecz co byśmy miały robić? Włóczyć się bez sensu w tą i z powrotem, tak jak ja zaraz będę robić? Ale nie jestem pewna, aby ją to zaciekawiło.
Chodząc po lesie, dość blisko przy mieście, zastanawiałam się, co będę dzisiaj robić. Zapowiadał się naprawdę bardzo nudny dzień. Ciepłe wiosenne promienie opatuliły mój mały pyszczek. Przyjemne uczucie. Szkoda tylko, że Leah nie lubi ciepła, bo ja wręcz kocham. Cieszę się, że zima odeszła.
Usłyszałam jak ktoś biegnie. Szybko schowałam się w krzaki, które znajdowały się obok mnie. Jakiś człowiek pędził głęboko w las, więc postanowiłam zacząć go śledzić, i tak nie miałam lepszego zajęcia. Biegł dość szybko i trochę nie nadążałam. Po chwili jednak stanął w miejscu i rozejrzał się, jakby myślał, że ktoś za nim idzie...
Niespodziewanie zamienił się w basiora o złotych oczach i niesfornych włosach. Najwyraźniej poczuł wielką ulgę. Dalej nie ujawniając się, kroczyłam bezszelestnie za nim. Po lesie poruszał się, jakby znał te tereny od dawna, choć nie widziałam go wcześniej. Pachniał także inaczej niż my. Jego mocny zapach czuć z odległości kilku metrów. Ostatnio Leah opisywała mi podobną woń. Mówiła, że ludzie, a przynajmniej większość, pije codziennie rano kawę. Robiło mi się niedobrze... Dotarliśmy do Wodopoju. Poczułam zapach Tori i Shena, i już wiedziałam co się szykuje. Spojrzałam się w ich stronę, mieli niemile zaskoczone mordki.
- Co tutaj robisz?! - pisnęła Torance, aż obcy basior podskoczył.
- Wędruję. - powiedział spokojnie, lecz widać było, że nie jest zadowolony.
- Nie masz wstępy na te tereny, tu jest wataha! - warknął Shen.
- Phi, jaka niby? Jakoś tu nie widzę stada, które mnie otacza... - rzekł oschle.
- Magicznych Wilków.
- Super nazwa. - prychnął.
- Masz coś do tego? - Shen podszedł do niego bliżej.
- Nie, bo mój ojciec do niej należał. - po grzbiecie przeszły mi ciarki.
- Naaz, ale chyba jesteś zbyt smarkaty aby wiedzieć kto to. - uniósł łeb.
- Możemy to sprawdzić.
- Proszę bardzo. - nadal utrzymywał oschły ton. Ruszyli z Wodopoju w stronę jaskiń, a ja truptałam za nimi z pewnej odległości. Po chwili warknął:
- Mogę wiedzieć chociaż jak was zwą?
- Torance i Shen, tyle powinno ci wystarczyć, a jak cię zwą?
- Desperado - wycedził przez białe zęby.
***
Po pewnym czasie znaleźliśmy się na miejscu, a Desperado odbył rozmowę z Suzanną. Zapewne o dołączeniu i o tym Naaz czy jak mu tam było. Po paru minutach skończyli, a basior zaczął krążyć bez celu - jak ja dziś rano. Wspięłam się na jedno z drzew, mając nadzieję, że nie spadnę na zadek jak ostatnim razem... Wilk kilka razy wracał w to samo miejsce. Niczego nieświadomy zaczął się rozglądać. Ja próbowałam wspiąć się wyżej, tak aby na pewno mnie nie zauważył. Niestety, zbyt przeceniłam swoją "umiejętność" wspinaczki. Spadłam na ścieżkę. Desperado nie spostrzegł mojego nagłego pojawienia się i dopiero po chwili spojrzał się na mnie. Byłam trochę zdziwiona i przerażona, że stoimy oko w oko, choć po upadku nadal siedzę na ziemi.
- Cześć - powiedział pewnym siebie głosem. Spojrzałam na niego pytająco, nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Na ogół z bliska wydawał się wyższy. - Szczeniaki nie umieją mówić, czy co? - zapytał z pogardą.
- Nie jestem szczeniakiem. - warknęłam, próbując zabić go wzrokiem - Po prostu jestem niższa od innych, okej?
- Haha, bardzo śmieszne. - zaśmiał się ironicznie - Z taką wymówką nie kupisz w sklepie alkoholu.
- Czekaj... Co? - zdziwiły mnie jego słowa. - Czym niby jest alkohol, co?
- Piciu, przeznaczone dla DOROSŁYCH, szczeniaczku. - przedrzeźniał mnie. Co on sobie myśli?! Że jak jestem niższa to szczeniak?! Posłałam mu nienawistne spojrzenie. - Nie próbuj mnie zabić wzrokiem, nie uda ci się, lecz jeśli mnie bardzo wkurzysz... - naśmiewał się ze mnie. Musiałam coś zrobić...
- Drogi Desperado'sie, - rzekłam oschle - jeśli umiesz zabijać wzrokiem - okej, jak sobie chcesz. Lecz nie będziesz bezkarnie nazywał mnie szczeniakiem. Dla twojej wiadomości mam ponad dwa i pół roku. - posłałam mu ironiczny uśmiech.
- Skąd wiesz jak mam na imię? A z resztą... - fuknął - Jak ty się nazywasz?
- Manahane - odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę Wrzosowej Łąki - Jesteś głodny?
- Chyba - powiedział obojętnie, a ja spojrzałam na niego z wyrzutem.
- Jak nie to masz problem, ponieważ ja jestem. Umiesz polować?
- Raczej - odpowiedział a ja miałam go już dość. Czemu go tu nie zostawić? No dobra, nie będę taka...
Gdy dotarliśmy do Wrzosowej Łąki, zobaczyłam wilki przygotowane do zbiórki. Gwałtownie zawróciłam, a Desperado spojrzał się na mnie.
- Co ty robisz? Przecież chciałaś coś upolować.
- Widzisz tamte wilki? - przystanęłam i spojrzałam się w tamta stronę, a basior przytaknął - Szykują się na zbiórkę, na której powinnam być, lecz mi się nie chce. Jestem ogólnie wojowniczką. Najwyżej na trening pójdę wieczorem albo jutro.
- A co z jedzeniem? - zapytał, jakby zgłodniał. - Nie będziemy polować?
- Pójdziemy do spiżarni, po jakiegoś zająca... - przewróciłam oczami.
Szliśmy w milczeniu. Nawet nie zmierzałam na niego patrzeć. Do milutkich nie należał i działał mi na nerwy. Wyprowadził mnie nawet z równowagi!
- Jak tu trafiłaś? - spytał się mnie niespodziewanie. Zrobiłam wielkie oczy. - Okej, rozumiem. Tajemnica wagi państwowej. 
- Po pierwsze, nie rozumiem większości rzeczy jakie powiedziałeś. A po drugie trafiłam przypadkiem. 
- Przypadkiem, powiadasz? - Spojrzał na mnie jakby umiał wykrywać kłamstwo, ale chyba tak nie jest, prawda?
- Czemu pytasz? - zapytałam się grzecznie, jak na mnie...

<Desperado?>

Uwagi: "Niedobrze" piszemy razem. W niektórych zdaniach było za dużo przecinków, a w innych z kolei za mało. W tym drugim przypadku wykładałaś się w tej samej sytuacji - gdy w jednym zdaniu mowa była o dwóch czynnościach. Przykład: Dalej nie ujawniając się, kroczyłam bezszelestnie za nim.

niedziela, 23 lipca 2017

Od Lind "Spadłam z nieba, a właściwie ze szczytu góry" cz. 4

Kwiecień 2020

Dzień upadku

Spałam bardzo niespokojnie, zrywałam się z miejsca na każdy najdrobniejszy dźwięk. Wrażliwy słuch jest przydatny, ale tej nocy miałam dość tego wyczulenia na każdą falę w powietrzu. Ilekroć zapadałam w płytki sen, szybko budził mnie byle szmer nóżek jaszczurki pośród kamieni. Chociaż w sumie... Nie wiem co jest gorsze, czy ryki gnolli w każdym śnie, czy gwałtowne wyrwanie do rzeczywistości. Tak to się wlokło całą noc, do czasu powrotu tarczy słonecznej na niebo. Nie byłam wcale przytomna, wszystkie mięśnie domagały się oszczędzania, do tego dochodziło szerokie ziewanie co pięć sekund. Zmuszona przemóc siebie samą, wstałam i zebrałam rzeczy do dalszej drogi. Nie mogłam się przyzwyczaić do samotności, było zbyt cicho. Brzmiało to jak cisza przed burzą. Kraczę jak wrona, pomyślałam i ruszyłam przed siebie szurając łapami. Od wczesnego popołudnia, kiedy ledwo skończyłam przeżuwać ostatnie kęsy mięsa z "obiadu", zaczął kropić deszcz. Zrobiło się szaro, z czasem przyszła prawdziwa ulewa. Parokrotnie próbowałam zerwać się do lotu, albo chociaż podskoczyć unosząc się na wietrze. Wciąż nic, idzie teraz przez góry taka przemoknięta wadera, pozbawiona mocy. Czułam się w tym deszczu, jakbym przegrała wszystko. Co sekundę odgarniałam mokre, skołtunione włosy sprzed oczu, łapy ślizgały mi się na błocie, ciało drżało z zimna i zmęczenia.
Miałam serdecznie dość.
Oberwanie chmur trwało niemalże do wieczora, a ja musiałam w tym brnąć dalej. To była prawdziwa walka z samą sobą, chociaż wybór był prosty. Mogę nie iść dalej i dać się zjeść, albo wlec przed siebie i w końcu dotrzeć do skalnego łuku. Po drodze myślałam sporo o Tingu. Przede wszystkim, miewałam wątpliwości, czy mogę mu ufać. Nie znam go zbyt długo, raptem kilka tygodni, czy mogę mieć pewność co do jego faktycznych zamiarów wobec mnie?

- Czemu nie możesz mi oddać naszyjnika?
- Musiałbym cię wtedy zabić.

Niby odpowiadał na większość moich pytań, jednak to wciąż niewiele. Za mało. Ile może mnie kosztować pewność?
W końcu, z ulgą stwierdziłam, że czas na króciutki postój. Usiadłam pod suchym drzewem i oparłam łapy o korzenie, roślina miała je wszystkie na wierzchu. Skaliste, twarde podłoże nie służy życiu. Przestało już padać, zza chmur wyłoniło się Słońce, ucieszyłam się tym widokiem jak nigdy. Chciałam dotknąć naszyjnika Babci, ale zapomniałam, że go od dawna nie mam. Łapa zetknęła się tylko z posklejanym futrem. Zatęskniłam za domem, w oczach stanęły mi łzy. Babcia od małego przytulała mnie do siebie w takich sytuacjach. Mówiła, że już dobrze, że jest tutaj. Wytarłam oczy i wstałam. Nie byłaby dumna z faktu, że się rozklejam. Otrzepałam się solidnie i ruszyłam dalej.
Godzinami słyszałam tylko swoje kroki, miarowy oddech i bicie serca. Często dochodził do tego szum górskiego wiatru. Dalej bolało mnie niemiłosiernie ilekroć przypominałam sobie, że nie mogę na nim pofrunąć. Kiedy odzyskam moce, wrócę tu i wybiję wszystkie gnolle, co do jednego. Zapłacą mi za to, co zrobiły.
Zatrzymałam się dostrzegłszy z daleka znajomą, grubą sylwetkę. Co się dzieje, czy ja go przywołałam myślami?!. Natychmiast zawróciłam, żeby nie pozwolić śmierdzącej bestii na wychwycenie mnie wzrokiem. Spokojnie Lind, na pewno cię nie zauważył. Lada chwila znajdziesz inne zejście w tamtą stronę. Na północny zachód, do skalistego łuku.
Alternatywna droga, okazała się prowadzić wyżej, ku szczytom. Nie zraziłoby mnie to, gdybym była w stanie latać. Pierwszy raz w życiu bałam się być wysoko. Jak się później okazało, nie było to bezpodstawne.
Szłam ostrożnie, jednak żwawym krokiem. Na początku oglądałam się na wszystkie strony, później stwierdziłam, że pewnie nie ma tu żywego ducha. Po co ktoś pchałby się na te łyse czubki gór, zwłaszcza, kiedy jest tu tak zimno? Dobrze, że nie mam jeszcze zupełnie letniego futra, niewątpliwie zamarzłabym. Minęło trochę czasu, było bardzo spokojnie, więc poczułam się znacznie pewniej. Przestałam myśleć o tym co się złego może stać, zajęłam głowę tym, co teraz na pewno się uda. Optymizm wdarł się we mnie i przejął całkowicie. Nie było mi z tym źle.
Szkoda, że wszystko uleciało na dźwięk pazurów wbijanych w skalne ściany. Dołączone było do tego szuranie masywnych łap i ciężki oddech. Wszystko zawiązane dzwonieniem blach prymitywnego pancerzu ozdobionego kośćmi wilków. Teraz, znikąd pomocy, donikąd uciec, akompaniament jakby dochodził z każdej strony. Serce podeszło mi do gardła, wiedziałam co nadchodzi. Zaczęłam desperacko przeszukiwać torbę, może jednak coś się ostało. Niestety wpadły mi w łapy tylko jagody, resztki mięsa, moja niedokończona robótka, kilka kartek i rysik z węgla. Nic przydatnego.
Wkrótce zobaczyłam grupę siedmiu gnolli. Rozpoznałam jednego, którego spotkaliśmy wcześniej, miał na pysku ślad po młocie. On pierwszy ryknął zadowolony, że jestem zupełnie sama. Bezbronna? Spróbowałam z całych sił użyć mocy. Nie stało się nic.
Bezbronna.
Jednak nie byłam szczelnie otoczona, rzuciłam się w pustą przestrzeń, nie zważając na cokolwiek. Próbowałam uciekać w dół, gnałam na łeb, na szyję. Luźne kamienie osuwały mi się spod łap, przez zapadający zmrok widziałam coraz mniej. Słyszałam ciężkie uderzenia pazurów za sobą, byłam ścigana. Zamiast się ukryć, zboczyć z oczywistej trasy, bez pomyślunku biegłam prosto, pozostawałam widoczna jak na dłoni. Nie myślałam logicznie, byłam przerażona. Próbowałam prześcignąć urodzonych łowców, właściwie nie szło mi najgorzej, ale w końcu to się skończyło, tak jak powinno. Dostałam w głowę kamieniem rzuconym przez jednego z tych potworów. Chwilowo ogłoszona, straciłam orientację, potknęłam się i przewróciłam. Trafiłam prosto na stos luźnych skał, poleciałam w dół przepaści razem z nimi.

Reszta jest historią.