Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
sobota, 29 lipca 2017
Od Lind "Spadłam z nieba, a właściwie ze szczytu góry" cz. 5
środa, 26 lipca 2017
Od Manahane "Czy ja jestem inny?" cz. 2 (CD. Desperado)
<Desperado?>
Uwagi: "Niedobrze" piszemy razem. W niektórych zdaniach było za dużo przecinków, a w innych z kolei za mało. W tym drugim przypadku wykładałaś się w tej samej sytuacji - gdy w jednym zdaniu mowa była o dwóch czynnościach. Przykład: Dalej nie ujawniając się, kroczyłam bezszelestnie za nim.
niedziela, 23 lipca 2017
Od Lind "Spadłam z nieba, a właściwie ze szczytu góry" cz. 4
Kwiecień 2020
Dzień upadku
Spałam bardzo niespokojnie, zrywałam się z miejsca na każdy najdrobniejszy dźwięk. Wrażliwy słuch jest przydatny, ale tej nocy miałam dość tego wyczulenia na każdą falę w powietrzu. Ilekroć zapadałam w płytki sen, szybko budził mnie byle szmer nóżek jaszczurki pośród kamieni. Chociaż w sumie... Nie wiem co jest gorsze, czy ryki gnolli w każdym śnie, czy gwałtowne wyrwanie do rzeczywistości. Tak to się wlokło całą noc, do czasu powrotu tarczy słonecznej na niebo. Nie byłam wcale przytomna, wszystkie mięśnie domagały się oszczędzania, do tego dochodziło szerokie ziewanie co pięć sekund. Zmuszona przemóc siebie samą, wstałam i zebrałam rzeczy do dalszej drogi. Nie mogłam się przyzwyczaić do samotności, było zbyt cicho. Brzmiało to jak cisza przed burzą. Kraczę jak wrona, pomyślałam i ruszyłam przed siebie szurając łapami. Od wczesnego popołudnia, kiedy ledwo skończyłam przeżuwać ostatnie kęsy mięsa z "obiadu", zaczął kropić deszcz. Zrobiło się szaro, z czasem przyszła prawdziwa ulewa. Parokrotnie próbowałam zerwać się do lotu, albo chociaż podskoczyć unosząc się na wietrze. Wciąż nic, idzie teraz przez góry taka przemoknięta wadera, pozbawiona mocy. Czułam się w tym deszczu, jakbym przegrała wszystko. Co sekundę odgarniałam mokre, skołtunione włosy sprzed oczu, łapy ślizgały mi się na błocie, ciało drżało z zimna i zmęczenia.
Miałam serdecznie dość.
Oberwanie chmur trwało niemalże do wieczora, a ja musiałam w tym brnąć dalej. To była prawdziwa walka z samą sobą, chociaż wybór był prosty. Mogę nie iść dalej i dać się zjeść, albo wlec przed siebie i w końcu dotrzeć do skalnego łuku. Po drodze myślałam sporo o Tingu. Przede wszystkim, miewałam wątpliwości, czy mogę mu ufać. Nie znam go zbyt długo, raptem kilka tygodni, czy mogę mieć pewność co do jego faktycznych zamiarów wobec mnie?
- Czemu nie możesz mi oddać naszyjnika?
- Musiałbym cię wtedy zabić.
Niby odpowiadał na większość moich pytań, jednak to wciąż niewiele. Za mało. Ile może mnie kosztować pewność?
W końcu, z ulgą stwierdziłam, że czas na króciutki postój. Usiadłam pod suchym drzewem i oparłam łapy o korzenie, roślina miała je wszystkie na wierzchu. Skaliste, twarde podłoże nie służy życiu. Przestało już padać, zza chmur wyłoniło się Słońce, ucieszyłam się tym widokiem jak nigdy. Chciałam dotknąć naszyjnika Babci, ale zapomniałam, że go od dawna nie mam. Łapa zetknęła się tylko z posklejanym futrem. Zatęskniłam za domem, w oczach stanęły mi łzy. Babcia od małego przytulała mnie do siebie w takich sytuacjach. Mówiła, że już dobrze, że jest tutaj. Wytarłam oczy i wstałam. Nie byłaby dumna z faktu, że się rozklejam. Otrzepałam się solidnie i ruszyłam dalej.
Godzinami słyszałam tylko swoje kroki, miarowy oddech i bicie serca. Często dochodził do tego szum górskiego wiatru. Dalej bolało mnie niemiłosiernie ilekroć przypominałam sobie, że nie mogę na nim pofrunąć. Kiedy odzyskam moce, wrócę tu i wybiję wszystkie gnolle, co do jednego. Zapłacą mi za to, co zrobiły.
Zatrzymałam się dostrzegłszy z daleka znajomą, grubą sylwetkę. Co się dzieje, czy ja go przywołałam myślami?!. Natychmiast zawróciłam, żeby nie pozwolić śmierdzącej bestii na wychwycenie mnie wzrokiem. Spokojnie Lind, na pewno cię nie zauważył. Lada chwila znajdziesz inne zejście w tamtą stronę. Na północny zachód, do skalistego łuku.
Alternatywna droga, okazała się prowadzić wyżej, ku szczytom. Nie zraziłoby mnie to, gdybym była w stanie latać. Pierwszy raz w życiu bałam się być wysoko. Jak się później okazało, nie było to bezpodstawne.
Szłam ostrożnie, jednak żwawym krokiem. Na początku oglądałam się na wszystkie strony, później stwierdziłam, że pewnie nie ma tu żywego ducha. Po co ktoś pchałby się na te łyse czubki gór, zwłaszcza, kiedy jest tu tak zimno? Dobrze, że nie mam jeszcze zupełnie letniego futra, niewątpliwie zamarzłabym. Minęło trochę czasu, było bardzo spokojnie, więc poczułam się znacznie pewniej. Przestałam myśleć o tym co się złego może stać, zajęłam głowę tym, co teraz na pewno się uda. Optymizm wdarł się we mnie i przejął całkowicie. Nie było mi z tym źle.
Szkoda, że wszystko uleciało na dźwięk pazurów wbijanych w skalne ściany. Dołączone było do tego szuranie masywnych łap i ciężki oddech. Wszystko zawiązane dzwonieniem blach prymitywnego pancerzu ozdobionego kośćmi wilków. Teraz, znikąd pomocy, donikąd uciec, akompaniament jakby dochodził z każdej strony. Serce podeszło mi do gardła, wiedziałam co nadchodzi. Zaczęłam desperacko przeszukiwać torbę, może jednak coś się ostało. Niestety wpadły mi w łapy tylko jagody, resztki mięsa, moja niedokończona robótka, kilka kartek i rysik z węgla. Nic przydatnego.
Wkrótce zobaczyłam grupę siedmiu gnolli. Rozpoznałam jednego, którego spotkaliśmy wcześniej, miał na pysku ślad po młocie. On pierwszy ryknął zadowolony, że jestem zupełnie sama. Bezbronna? Spróbowałam z całych sił użyć mocy. Nie stało się nic.
Bezbronna.
Jednak nie byłam szczelnie otoczona, rzuciłam się w pustą przestrzeń, nie zważając na cokolwiek. Próbowałam uciekać w dół, gnałam na łeb, na szyję. Luźne kamienie osuwały mi się spod łap, przez zapadający zmrok widziałam coraz mniej. Słyszałam ciężkie uderzenia pazurów za sobą, byłam ścigana. Zamiast się ukryć, zboczyć z oczywistej trasy, bez pomyślunku biegłam prosto, pozostawałam widoczna jak na dłoni. Nie myślałam logicznie, byłam przerażona. Próbowałam prześcignąć urodzonych łowców, właściwie nie szło mi najgorzej, ale w końcu to się skończyło, tak jak powinno. Dostałam w głowę kamieniem rzuconym przez jednego z tych potworów. Chwilowo ogłoszona, straciłam orientację, potknęłam się i przewróciłam. Trafiłam prosto na stos luźnych skał, poleciałam w dół przepaści razem z nimi.
Reszta jest historią.
sobota, 22 lipca 2017
Od Winterena "Szkoła innej watahy" cz. 1
Luty 2020
Będąc w watasze musiałem spełniać pewne warunki, między innymi chodzić do szkoły. Muszę zdążyć się wszystkiego nauczyć, póki nie stanę się dorosły, a może to się stać lada chwila.
Tego dnia odbywały się lekcje polowania. Był to mój pierwszy przedmiot w tej watasze. W poprzedniej radziłem sobie całkiem nieźle. Nie wiedziałem dokąd mam iść. Nie pamiętałem też wszytkich miejsc. Poszłem nad Wodospad, może tam ktoś będzie. Będąc już tam niezauważyłem nikogo, prócz uciekającego zwierzęcia. Byłem zaciekawiony, przed czym uciekał. Poskradałem się w pobliskie drzewa i wyczekiwałem na dalszy rozwój wydarzeń. Po chwili usłyszałem czyjeś głosy. Nastawiłem uszu, żeby przynajmniej zlokalizować dźwięki.
- Wii? - powiedziała jakaś wadera. Obejrzałem się za siebie i ujrzałem rudą waderkę.
- Cześć Aoki! - wykrzyknąłem. - Czy wiesz, gdzie odbywają się lekcje polowania?
- Tutaj w Zielonym Lesie. - odparła wadera.
Podziękowałem, po czym poszedłem za nią. Po drodze opowiedziała mi, dlaczego biegł tamtędy zając:
- Ustawiłyśmy się na wskazane miejsca, po czym nauczycielka wytropiła zwierzę i kazała mi za nim biec. Kiedy Moone powinna wyskoczyć to zamyśliła się, a jak się kapła, to było za późno i biegłam jeszcze za zającem, ale nie udało mi się go złapać. To wszystko przez nią!
Najwyraźniej nie była zachwycona. Będąc na lekcjach wypatrywałem tej waderki, o której myślę każdego dnia, ale nie widziałem jej. Gdzie ona mogła być?
- No więc dziś spróbujemy jeszcze raz, ale bez Moone. Pewnie poszła płakać w lesie. - nauczycielka kontynuowała lekcję.
Nie podobało mi się jej zachowanie, ale skarżyć się nie będę bo nie jestem taki. Yuko przypominała mi pewnego nauczyciela z eliksirów. Oczywiście z mojej dawnej szkoły. Tym razem ja się na coś przydałem. Byłem atakującym, bo zastąpiłem Monne. Ustawiliśmy się na konkretnych pozycjach, jedynie Aoki musiała wyszukać jakiejś zwierzyny. Pomagał jej w tym Shen.
- Ten kto pierwszy znajdzie ofiarę, ten jest goniącym! - wykrzyknął basior, po czym pobiegł w głąb lasu.
Czekałem skulony na jakiś znak czy coś. Długo nikogo nie było słychać. Po długim czekaniu w końcu usłyszałem szelest. Kiedy biegli oni coraz bliżej to tym bardziej szykowałem się do wyskoku. Wyskoczyłem zza krzaków i rzuciłem się na zająca. Drapiąc go "magiczną", oznaczoną łapą, zamroziłem go od środka i tak natychmiastowo zamarł. Yuko podeszła do mnie i szturchnęła truchło.
- To powiedz, jak teraz go zjemy. - wypowiedziała to przerzucając wzrok na zwierzaka.
- No nie wiem. Jak wy lodu nie lubicie to ja moję się nim zająć. - wypowiedziałem to z uśmiechem na pysku.
Nie zareagowali na to, co zrobiło mi się smutno, bo nie lubię być ignorowany. Gdy każdy zajął się czymś innym to ja zabrałem zwłoki i zacząłem je sobie chrupać.
- Najwyraźniej już kończy się lekcja. - powiedział Shen widząc odchodzącą nauczycielkę, zaś ona przytaknęła i poszła dalej bez pożegnania.
- No to ja też się zbieram, do widzenia! - odpowiedziałem po czym odwróciłem się i poszedłem gdzieś.
Natrafiłem na jakieś wzgórze, dlatego zatrzymałem się tam na noc.
Kładąc się pomyślałem o dalszych przedmiotach szkolnych. Chciałbym głównie chodzić na te, które pomogą mi zdobyć konkretne stanowisko.