Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 19 maja 2017

Od Aurelliah "Exept for..." cz. 1 (cd. chętny)

Uwaga, Aurelliah nie umie mówić po polsku!
Październik 2019 r.
Jak Biscuit to robił? - zastanawiałam się, stojąc nad na oko dwumetrowym dołem. Do drugiego brzegu dzieliło mnie mniej więcej tyle samo, jednak jakoś nie miałam chęci na poszukiwanie kłody dość długiej, by posłużyła mi za most. W końcu wysłali mnie na przeczesywanie terenów. Skąd o tym wiedziałam? Przywódczyni na mnie nakrzyczała, wskazując skromny tłum różnobarwnych psowatych (wciąż nieco mnie to dotykało - w końcu pomimo lekkiej niechęci do zwierząt od zawsze w moich oczach były one dzikimi i niezależnymi stworzeniami, a nie... nawet nie wiem, jak to nazwać), który dzielił się na pojedyncze postacie, z czego każda podążała w dowolnie przez siebie wybranym kierunku.
Teraz, siedząc tak na rowem, wracałam myślami do swojego życia w USA. Wszystko było czyste, poukładane... a teraz? Brud, wymaganie przesadnego wysiłku fizycznego i przede wszystkim totalny chaos. Nic tu już nie rozumiem. Nie chodzi już nawet o język, którym się posługują, a o panujące tutaj reguły. Właściwie, to chyba nawet nie chcę rozumieć. Zbyt boję się, że to zbyt bardzo namąci mi w głowie.
Najgorsze były jednak posiłki. Znosili truchło jakiejś sarny czy zająca na centralną łąkę, a wszyscy bez namysłu zabierali się do jedzenia. Ja zwykle stałam z boku i patrzyłam na puste spojrzenie Bogu winnemu zwierzęciu, walcząc z mdłościami. Do zjedzenia czegokolwiek przekonałam się dopiero po kilku dniach, kiedy, przymierając głodem, o mało nie straciłam przytomności. Wzięłam zajączka i odciągnęłam z dala od spojrzeń tych wścibskich istot. Tam, używając krzemienia często wykorzystywanego przez pozostałe (prawdopodobnie) wilki, rozpaliłam ognisko i upiekłam mięso. W końcu zdarzało mi się takowe jeść w luksusowych restauracjach... W końcu to prawie to samo, prawda?
Mimo tego, że jakoś powoli zaczynało się układać, czułam olbrzymią niechęć do swojego życia. Jedyne co mnie ratowało, był fakt, że czasem, towarzysząc Herbertowi w treningach sprawnościowych, dostrzegałam pewne, dość intrygujące szczegóły. Niekiedy sam mi o czymś mówił. Na przykład o sztuce przetrwania w trudnych warunkach. Słuchałam jednym uchem, a teraz tego żałuję. Wciąż miałam na łapie poparzenie przy pierwszej, dość nieudolnej próbie wzniecenia ognia. Biscuit, choć na takiego nie wyglądał, posiadał wielką wiedzę w zakresie radzenia sobie w tego typu sytuacjach. Również w samoobronie. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, szkolił się pod okiem doktora Kingdoma. Gdyby mi tego nie powiedział, prawdopodobnie nawet bym na to nie wpadła, że miał dość niestandardową pracę po godzinach. Fakt, miał dość imponującą sylwetkę, lecz...
Pokręciłam głową, starając się wyrwać z zasłony wspomnień. Świętej pamięci doktor Kingdom nie jest mi teraz do niczego potrzebny, ani tym bardziej jego zagadkowe życie. Po raz kolejny, mrużąc paskudne, wilcze ślepia, zlustrowałam okolicę. Byłam święcie przekonana, że Biscuit by to przeskoczył. Tak, z całą pewnością by to zrobił. Wziąłby rozbieg, odbił się od tej kłody i bez problemu wykonał jeden długi sus... Miałam tę sytuację przed oczami. Wyglądało dość łatwo, bym spróbowała tego samego.
Cofnęłam się, przygotowałam do startu... I ruszyłam. Kilka metrów i odbiłam się od kłody, jednak musiałam coś źle wymierzyć, bo nie dość, że się pośliznęłam, to jeszcze zahaczyłam łapą. To zadziało się szybko. Huk, szum i plusk świadczący o lądowaniu w błocie. Otwierając ślepia, uświadomiłam sobie to, że wpadłam do rowu i miałam zmiażdżoną jedną kończynę. Rozchodził się po niej niewyobrażalny ból. Mimo woli z mojego gardła wydało się żałosne wycie. Odpowiedziało mi jedynie echo. Byłam sama.
Sapałam z bólu i zdenerwowania, próbując się wydostać, ale nic z tego. Z trudem powstrzymywałam piekące łzy. Cóż za żałosny koniec... - pomyślałam, po czym wpadłam na pomysł, by zamiast ciągnąć za zmiażdżoną łapę, spróbować zepchnąć kłodę. Udało się już po kilku wyjątkowo długich minutach. Drewno się stoczyło, z pluskiem wpadając do głębszego błota. Poczułam, że przez ten czas moje serce biło jak oszalałe. W końcu zwróciłam wzrok ku łapie. Byłam pielęgniarką - przeszło mi przez myśl - powinnam wiedzieć, co zrobić w takich wypadkach. Wzięłam wdech i wydech dla uspokojenia. Tak wiele czasu minęło od mojej ostatniej służby w przychodni...
Czułam, jak do łapy napływa krew. To już był dobry znak. Spróbowałam ją wyprostować... i udało się. Wydałam z siebie głośne westchnienie ulgi. Bolała, jednak nie wyglądała na złamaną ani nawet skręconą. Posiniaczona z całą pewnością, ale to nic poważnego. Powinnam co prawda udać się do lekarza, jednak czułam wstyd zbyt wielki, aby to zrobić. To zwykłe obicie - mówiłam w myślach. Powoli podniosłam się z ziemi, wciąż starając się porozciągać zbolałe mięśnie. Trochę drżały, ale rzeczywiście miałam ją sprawną.
Zerknęłam w górę. Musiałam się wdrapać na ścianę stromego rowu, aby przejść na drugą stronę. Wzdrygnęłam się, patrząc na brudną wodę zalegającą mi pod łapami. Była zimna, brudna i śmierdząca. Gdybym wiedziała, jak to się skończy, wolałabym już poszukać tego mostu.
Wdrapałam się na kłodę i otrzepałam się. Zrobiłam to dość niezgrabnie, gdyż wciąż nie przywykłam do tego życia. Wolałam już nawet nie myśleć o tym, co się stało z projektem mojego filmu. Szlag go pewnie trafił. Co z Biscuitem? Też nie wie, gdzie jestem. Prawdopodobnie jestem właśnie poszukiwana. Może policja zacznie przeszukiwać pobliskie lasy. I co ja wtedy zrobię? Przecież im nie pokażę, że jestem mną, jakkolwiek to dziwnie nie brzmi. Jak miałabym to niby ukazać?
Warknęłam pod nosem, starając się wyzbyć tych czarnych myśli. Powoli zaczęłam się wspinać po podmokłym gruncie. Może nigdy tu nie dotrą, ja jakoś wrócę do dawnej postaci i udam, że nic poważnego się nie stało, a ja chciałam uciec na chwilę od problemów. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Z "Astro" mogę się już pożegnać, ale...
Wtedy właśnie stanęłam na szczycie wzniesienia, dostrzegając coś, co wmurowało mnie w ziemię. Nieopodal stał równie fikuśny wilk, jak ja i wbijał we mnie rozbawione spojrzenie. Nie zauważyłam go? Zniżyłam głowę, starając się w ten sposób pokazać nieme powitanie i prędko minąć obserwatora, który możliwe, że widział moją naprawdę żałosną wpadkę. Wtedy jednak się odezwał:
- Hej.
Rozpoznałam ten wyraz. Brzmiał nieco dziwnie, bo akcent i intonacja ciut różniła się od tej doskonale mi znanej. Domyślając się, że jednak moje podejrzenia co do znaczenia owego słowa mogły być słuszne, odparłam:
- Hey.
I pospiesznie go wyminęłam. Nagle jednak usłyszałam niepokojący mnie dźwięk. Sama nie mogłam doprecyzować, cóż to takiego było. Dość cichy, jednakże czułe wilcze ucho wyłapało go w najmniejszym szczególe. Obróciłam się przez ramię, by dostrzec, iż psowaty, który chwilę temu był... no, psowatym, wstawał z klęczków, poruszając ramionami w okrężnych ruchach, widocznie starając się rozluźnić mięśnie. Był człowiekiem. Stuprocentowym człowiekiem. Czułam się tak, jakbym miała zaraz zemdleć. Wilkołaki? Nie, to wszystko jest już totalnie chore. Odwrócił twarz się w moją stronę z uśmiechem malującym się na całkowicie ludzkiej twarzy. Właściwie, to dopiero teraz zorientowałam się, iż była to kobieta. Fakt, moje umiejętności rozróżniania płci kończyły się zwykle niepowodzeniem. Choćby przez to, że nie chciałam każdemu zaglądać pod ogon.
Powiedziała coś, lecz nie miałam zielonego pojęcia, co. Miałam szeroko rozwarte oczy, nie wiedząc jak zareagować. Widząc, że czekała na reakcję, postanowiłam pospiesznie pokiwać głową. Zaśmiała się cicho. Powiedziałam coś nie tak? Czułam się w taki sposób, jakby łapy miały się pode mną zaraz zarwać.
Wtedy stała się kolejna rzecz, której nigdy bym się nie spodziewała. To przyprawiło mnie o kolejny zawrót głowy, tym razem tak silny, że aż się zatoczyłam. Ponad dłonią wilkołaczki (o ile istnieje takie określenie) unosiło się świecące coś, czego w żaden sposób nie mogłam konkretnie nazwać. Przypominało to magiczną moc, dokładnie taką, jaką prezentowano zwykle na wielkim ekranie. 
Miałam już urojenia? Nie, nie sądzę. Zaczęłam uciekać.

<Jakaś chętna? Błagam, niech ktoś odpisze, bo jestem na próbnym, a jakoś nie idzie pisanie tych op. bo nikt nie odpowiada...>

poniedziałek, 15 maja 2017

Od Torance "Porzucona" cz. 3 (Cd. Zirael)

Sierpień 2019 r
Samica miała bardzo jasne, różowe futro. Jej grzbiet, podbrzusze i łapy były białe, a ogon fioletowy. Podobnie jak ja miała dłuższą sierść na głowie, jednak u niej była ona w tym samym kolorze co ogon. Wyglądałaby bardzo cukierkowo i słodko, jednak jej budowa ciała – tak różna od sylwetek psów! - mówiła, że jest lepsza w boju od niejednego kundla. A oczy... Jej oczy były czarne i zimne. Kryło się w nich coś takiego, coś co dobitnie ostrzegało, by z nią nie zadzierać. Było w nich jednak coś jeszcze, coś czego nie potrafiłam nazwać.
Żadna z nas się nie ruszyła. Jedna lustrowała wzrokiem drugą i próbowała porównać nasze wyglądy do czegoś co znamy, czegoś ze świata każdej z nas. I chyba żadna nie pasowała. Lub przynajmniej stojąca przede mną samica ani trochę nie pasowała do świata, w którym dotychczas żyłam.
- Lis? - zapytała trochę niepewnie. Przechyliłam łebek w zaskoczeniu. Ja? Lisem? Czy o czymś nie wiedziałam? Podobno byłam podobna do tych stworzeń, dużo ludzi tak mówiło, ale... Po prostu nie. Nie czułam się lisem, byłam psem. W końcu oprzytomniałam na tyle, by uświadomić sobie, że wypadałoby odpowiedź.
- N-nie...
- Pies?! - wykrzyknęła nagle wilczyca. Była widocznie z siebie bardzo zadowolona, że rozwiązała zagadkę mojego gatunku. Byłoby to trochę zabawne, gdyby nie... Och, chwila. Nie byłoby. Przynajmniej nie miałam już powodu czuć się dziwnie z tym, że nie wiedziałam na początku z jakiego gatunku jest moja rozmówczyni.
- Tak – odpowiedziałam, na co samica się uśmiechnęła, a jej oczy zalśniły cieplejszym blaskiem. Jest bardzo wesoła i miła. Czy wszystkie wilki są takie?
„Raczej nie.” - odpowiedziałam sama sobie.
- Zirael – przedstawiła się bladoróżowa wstając. Już myślałam, że poda mi łapę, jak robią to czasem na powitanie ludzie. - Wilk z Watahy Magicznych Wilków.
Zmarszczyłam brwi. Nie pomyliłam się, samica była z tego gatunku. Tylko... Skąd ja o tym wiedziałam? A wataha...? O! Chodzi o sforę! Mieliśmy takie na mieście, w ich skład wchodziły bezpańskie psy. Czyli... Ich, to znaczy magicznych wilków, musi być więcej! I to gdzieś niedaleko! Nie wiedziałam czy powinnam się z tego cieszyć czy też nie.
Wilczyca spojrzała na mnie wyczekująco. Kurcze, powinnam się w końcu przedstawić.
- Tori – powiedziałam trochę się wahając. Nie byłam pewna, czy nie powinnam używać pełnego imienia. Stwierdziłam jednak, że nie. Zdrobnienie też jest spoko.
Nagle Zirael podeszła do drzewa, do którego przymocowana była moja smycz. Wystraszona, ale jednocześnie bardzo zaciekawiona przyglądałam się jak samica przegryza smycz. Zrobiła to tak szybko, że było to aż niesamowite. Musiała mieć bardzo ostre zęby... Teraz samica obróciła się i skierowała swoje długi kroki w moją stronę. Co chciała zrobić, chyba nie...?
Spojrzałam w jej oczy, teraz takie ciepłe i przyjazne. Chyba chodziło o moją obrożę, ale nawet jeśli to niech się lepiej nie zbliża. Zresztą – nie chcę jej tracić. To tak jakbym wyrzekła się samej siebie.
- Nie, zostaw ją. Proszę.
- Jak chcesz – mruknęła Zirael wzruszając lekko ramionami. Pewnie nie rozumiała mojego zachowania, ale trudno. Ja sama nie zawsze je rozumiałam...
- Chcesz pójść ze mną do mojej watahy? - zapytała. Wyczuwałam od niej duże podekscytowanie. Zachowywała się tak przyjaźnie, była taka miła, a jednak coś mi nie dawało spokoju. No właśnie, znowu owe, tajemnicze „COŚ”. Czym ono było? Propozycja wisiała w powietrzu, czułam, że muszę się na nią zgodzić, więc to zrobiłam. Co prawda trochę niechętnie, ale się zgodziłam. Wiedziałam, że jakaś część mojej osobowości nie pozwoliłaby mi odmówić. Nie ma mowy.
Spojrzałam jeszcze w stronę, z której przyszłam. Gdzieś tam znikła Anna, gdzieś tam był mój dom, moje życie.
- Czekasz na kogoś? - zapytała znowu Zirael.
Miałam ochotę przytaknąć. Czekam. Czekam na Annę. Przyjdzie tutaj...
„A co jeśli nie?”
Postawiłam uszy, ktoś coś powiedział. Jakiś głos, słyszałam głos. Nie, wydawało mi się. Musiało mi się wydawać, w końcu w okolicy nikogo nie było. Jednak ten tajemniczy głos miał rację. Wiedziałam to, jednak bałam się do tego przyznać, bo to by oznaczało koniec. Koniec mojego życia, wszystkiego co znałam. Mój koniec. Ten, ten... Który nadszedł. Spuściłam łeb przytłoczona rzeczywistością w jakiej się znalazłam i pokręciłam głową. Nie czekam.
- No to w tę stronę - powiedziała z łagodnością i spokojem, o jaki bym ją nie osądzała. Skinęłam głową i się podniosłam. Zirael spojrzała na mnie przez ramię. Czekała. Ruszyłam w jej stronę, a kiedy się z nią zrównałam – ta zaczęła i w stronę, z której przybyła.
Szłyśmy przez las w całkowitej ciszy. Nie przeszkadzało mi to, a Zirael była całkowicie oddana swoim myślom. Tak więc, ciszę przerywały jedynie wspaniałe odgłosy otaczającego nas „Przeklętego Lasu”. Otaczało mnie pełno ciekawych zapachów, że ledwo się powstrzymywałam, by nie zostawić towarzyszki i nie pobiec za interesującą wonią.
„Nie jest tak źle, prawda? Fajnie by było tu zostać...”
Podskoczyłam ze strachu. Ten głos... Znowu ten głos. O psy i wilki! Pomocy! Co to ma być?! Nie możliwe, by mi się zdawało, to nie był głos moich myśli, więc... więc co to było? Głos nie brzmiał na kobiecy. Brzmiał jak chłopięcy, jednak również tak inaczej, niż każdy jaki słyszałam dotychczas. Coś w nim było innego. Może to to, że mówi w „moim” języku? Nie, chyba jednak to nie to.
- Wszystko w porządku? Co się stało? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Zirael. Samica przystanęła i teraz patrzyła na mnie z niepokojem. Powinnam powiedzieć jej prawdę?
- Słucham? Nie, nic. Wszystko jest ok - skłamałam. Zirael wzruszyła ramionami i się odwróciła. Wskazała mi gestem łapy, bym ruszyła lekko przed nią. Zrobiłam co mi kazała. W tej chwili złapało mnie poczucie winy. Nie powinnam tego robić. Wilczyca była w stosunku do mnie tak miła, nie znała mnie, a pomogła mi. Gdyby nie ona, prędzej czy później umarłabym pod tym drzewem, a tak? Mam nadzieję na nowe życie. A jak ty, idiotko się odwdzięczasz? Okłamujesz ją. Co prawda, zdaję sobie sprawę, dlaczego to zrobiłam boję się tego co może oznaczać to, że słyszę ten dziwaczny głos.
„Wszystkie działania mają swoje konsekwencje. Nawet najmniejszy szczegół może odmienić całe twoje życie.”
Tym razem nawet nie ruszyłam uchem, kiedy Głos się odezwał. Poczułam z tego powodu ogromną dumę, dopóki nie zdałam sobie sprawy z tego, co usłyszałam. W tym momencie cała radość ze mnie uleciała niczym powietrze z przekłutego balonika. Zastąpiły ją dwie gule, jedna w brzuchu, druga w gardle. Gule nie do przełknięcia, spowodowane nasilonym poczuciem winy i świadomością co zrobiłam. Otworzyłam oczy szerzej i stanęłam. Czułam jak moje ciało się napina, jakby w wyczekiwaniu. Nie miałam jednak w tej chwili nad nim władzy. Serce, które w ciągu ostatnich minut ciągle na zmianę to przystawało, to znowu biło szaleńczo, przeżyło kolejny zawał.
Próbowałam się ruszyć, odzyskać panowanie nad sobą, uspokoić się. Nie wychodziło mi to, nie potrafiłam nic zrobić, mogłam tylko stać i czuć jak serce mi wali. Czy to ma być kara za moje kłamstwo? W głowie zabrzmiało echo ostatnich dwóch zdań wypowiedzianych przez Głos. Zdań, które nie wiedzieć czemu wywołały u mnie tak dziwaczną reakcję.
- Tori! Hej, mała! Co ci jest? Tori?! - słyszałam jakby z daleka starszą samicę. Jej głos był zdenerwowany, martwiła się. Martwiła się o coś, ale już zapomniałam o co. Chyba o mnie, ale nie mam pewności. Nic już nie wiem.
„Wszystkie działania mają swoje konsekwencje. Nawet najmniejszy szczegół może odmienić całe twoje życie.”
Tylko te dwa zdania bez przerwy krążyły po mojej głowie. Poza nimi nie było nic innego. Tylko one...

<Zirael?>

Uwagi: Prosiłabym o używanie pełnego imienia do tytułów op.

sobota, 6 maja 2017

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 5

Wrzesień 2019 r.
Nadchodziła jesień. Po upalnym lecie czułam wyraźnie różnicę. Przez te wszystkie miesiące - które już się złożyły na przeszło rok - wciąż nie całkowicie ochłonęłam. Nadal nie mogłam przemówić sobie do rozsądku, że wcale nie jestem obserwowana, że w Watasze Magicznych Wilków jestem bezpieczna. W końcu, będąc opiekunką młodych, wymagało się ode mnie zapewnienia szczeniakom tego poczucia, którego sama nie posiadałam. Jak więc mogłam w pełni sprawować swą funkcję? Niby w oczach innych wilków byłam osobą pracowitą i godną zaufania, jednakże wewnętrzny strach nie dawał mi normalnie żyć.
Wszystko przez tę pieprzoną chatę.
Tego dnia byłam zwolniona ze stanowiska. Szczeniaki popędziły na lekcje, a ja zostałam całkowicie sama na Szczenięcej Polanie. Łeb miałam położony na łapach, a chłodny wiatr dął mi w uszy. Tak, zdecydowanie zbliżała się jesień. Tak właściwie, to z jakiegoś powodu, w przeciwieństwie do większości wilków, darzyłam tę porę roku całkowicie nieuzasadnioną sympatią. Lubiłam patrzeć na kolorowe liście. No i aż tak nie lubiłam palącego gorąca. To chyba tyle z mojej listy walorów najulubieńszej pory roku.
Moje myśli pogalopowały ku Navri. Niezwykle ciekawiło mnie, jak sobie radziła, szczególnie na tle znacznie starszych uczniów, ale od odejścia Astrid ciężko było mi podejść do Dana i normalnie z nim porozmawiać. Jego oczy wyrażały inteligencję, którą albo przez te lata ignorowałam, albo która objawiła się stosunkowo niedawno. Do tego ta aura zrozumienia bijąca od niego, którą dało się wyczuć już z pewnej odległości. Na pewno wydoroślał, zmądrzał i zmężniał... Wstyd przyznać, ale przerażało mnie to. Tak właściwie, to żyłam z ciągłym wrażeniem, że moje życie wywróciło się do góry nogami już od tego feralnego dnia, w którym zawitałam w przeklętym, podstarzałym domu. Zatrzymanie się tam było błędem. Teraz akceptowanie jakichkolwiek zmian było dla mnie niezwykle trudne. Dlaczego, tego już uzasadnić nie mogłam. Wszystko jakby pędziło, a ja nie mogłam za tym nadążyć.
W moich dalszych rozmyślaniach przeszkodził mi szelest w pobliskich krzakach. Bezszelestnie zerwałam się z miejsca, a kiedy hałasy nie ustały, ostrożnie zbliżyłam się do celu. W porządku. To był tylko łaciaty królik. Stwierdziwszy, że tak właściwie, to jestem całkiem głodna, zaczaiłam się na niczego nieświadomego gryzonia. Jednakże mój fart nie trwał wcale aż tak długo, gdyż na ułamek sekundy przed atakiem, musiał mnie jakimś cudem dostrzec. Zaczął uciekać. No nic, nawet najlepszym się to zdarza - przez myśl, gdy rozpoczęłam za nim pościg. Przebierając tymi swoimi małymi, puchatymi łapkami, leciał sprintem przez Zielony Las.
Zorientowałam się, że coś jest nie tak dopiero, kiedy znajome zapachy stopniowo zanikały, a oczy zaczynały mnie kompletnie bez powodu piec. Zwolniłam kroku, szybko mrugając. Szczypanie stopniowo zanikało. Dopiero wówczas zauważyłam, że łaciate futerko króliczka robiło się coraz jaśniejsze, a wręcz przejrzyste. Z przerażeniem pomieszanym z podziwem patrzyłam, jak znika w tumanie błękitnego pyłu, który zdawał się jaśnieć własnym światłem. Zatrzymałam się, kompletnie osłupiała.
- Witaj, Soharo - usłyszałam znajomy, niski głos. Usunęłam się w bok, z dala od jego właściciela, jednak obracając pysk w jego kierunku. Wszyscy, tylko nie on - pomyślałam z narastającą paniką. Pierwsze, co zobaczyłam, to lśniący medalion, który za pomocą lewitacji nie tylko się zamknął, ale również sam zawiesił się na szyi dość wysokiego basiora. Widząc go w pełni okazałości, zawróciło mi się w głowie. Czyli jednak również zmienia się w wilka - pomyślałam. Jego białe futro było poprzecinane ciemnymi wzorami, a sylwetka wskazywała na doskonałą formę. Koszmarnie przypominał mi wujka Alexandra, jednakże miał w sobie coś... obcego. Dzikiego. Groźnego. Efekt potęgowały jego tajemnicze i cholernie bystre oczy koloru orzechu, które znałam aż zanadto dobrze. Ilekroć widziałam je w snach, nigdy nie zwiastowały niczego dobrego. Były dla mnie od tych kilku miesięcy zwiastunem pecha.
- Niezła sztuczka, prawda? - przemówił, uśmiechając się delikatnie. Zupełnie, jakby uważał, że zaraz się spłoszę i ucieknę. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie czułam się ani trochę lepiej, wiedząc już teraz, jak wygląda bez maski i w dodatku w wilczej formie. Przybierając tę postać uzmysłowił mi pewną rzecz, której raczej wolałam nie wiedzieć. Przez ten cały czas odrzucałam nawet tę możliwość, gdyż wydawała mi się zbyt nierealna, by była prawdziwa. Może przekonywałam się do nieprawdziwości owej teorii, chociażby dlatego, że nie chciałam, by okazała się być prawdziwa.
Ledwo trzymając nerwy na wodzy, zapytałam:
- Czego ode mnie chcesz?
- Niczego szczególnego. Tylko się zapoznać, porozmawiać... - mówił, powoli obchodząc mnie dookoła. Było w nim coś bardzo drapieżnego. Coś, co zdecydowanie mi się nie podobało.
- To przez ciebie mam te wszystkie problemy, prawda?
Mlasnął z niezadowoleniem.
- Poniekąd tak, choć wiele zależy od tego, jak się na to spojrzy. Chciałem ci tylko uzmysłowić, że nie jesteś doceniana tak, jak doceniana być powinnaś. Drzemie w tobie wielka siła woli, która dotychczas się marnowała. Ma dużo więcej, dużo pożyteczniejszych zastosowań, niż by się tobie zdawało. Wszyscy cię oszukiwali co do twojej zwyczajności. Tak jest zawsze. Rujnują marzenia, starając się wpoić regułkę na idealne życie - mówił coraz szybciej, a ja widziałam, że w jego oczach płonie ogień żądny zemsty - Regułkę, która sprawia, że świat nie idzie w tym kierunku, co powinien. Pokolenie nijakości, które niczego nie dokonuje, sądząc, że albo to idzie na nic, albo że jest to niemożliwe. Nic nie jest niemożliwe. Szczególnie dla ciebie. Płynie w tobie niezwykła krew, a o tym najwidoczniej nikt cię nie nie uświadomił.
- Pozbawiłeś mnie przyjaciela...
- Chciałaś chyba powiedzieć "chłopaka" - Zaśmiał się cicho - Zrobiłaś to całkowicie sama.
Serce mi łomotało jak oszalałe. Miał rację. Miał pieprzoną rację. Aż po prostu trudno mi było w to uwierzyć.
- Jak się wdarłeś do moich snów?
Uśmiechnął się tajemniczo.
- Znam pewne sztuczki... Niby niczemu większemu nie służą, a jednak są niezwykle przydatne.
Wzięłam głęboki wdech. Już od początku wiedziałam, że ta rozmowa nie będzie należeć do najprostszych. Cały czas umysł krzyczał "uciekaj!", lecz serce nakazywało dalej stać i słuchać, cóż miał mi do powiedzenia. Poczułam się wręcz zaintrygowana.
- W takim razie... Czego takiego miałam się dowiedzieć?
- Dysponuję naprawdę olbrzymią wiedzą w rozległych tematach, a to niewłaściwy czas i miejsce do takich rozmów.
- Nigdzie się stąd nie ruszam - syknęłam, wyczuwając ukrytą prośbę o przemieszczenie się gdzieś, najpewniej z dala od Watahy Magicznych Wilków - A ten dom? To też twoja sprawka?
- Niecałkowicie - mruknął - Choć przyznam, że poruszanie zwłokami za pomocą czaru do najprostszych sztuk nie należało.
Zawróciło mi się w głowie. A jednak. Słusznie obarczałam go winą za ten cały dzień, który zapadnie mi w pamięci na naprawdę długo.
- Kto to był? - zapytałam półgłosem. Robiło mi się słabo na samo wspomnienie zgniłych, brutalnie ukatowanych zwłok, które miast oczu miały dwie czarne perły. Basior aż przystanął, spuszczając smutny wzrok. Czyli jednak to nie była żadna atrapa, lalka czy ucharakteryzowany mechanizm. Jego postawa tylko utwardziła mnie w przeczuciu, że mam rację. Że cokolwiek stało się tej kobiecie, nie było to wyłącznie moim urojeniem, a to wydarzyło się naprawdę.
On jednak nadal stał w bezruchu, dziwnie zadumany. Choć miałam pewne podejrzenia, odnośnie tego, kim mógł dla mnie być, teraz uzmysłowiłam sobie, że wyglądał na góra pięć czy sześć lat... Coś mi tu nie pasowało. Co jeśli umiał zmieniać postać i się pod kogoś podszywa, tylko po to, by zyskać moje zaufanie? A może już po prostu popadam w paranoję?
- Kto to był? - powtórzyłam, czując coraz większe nerwy. Intuicja głośno mówiła mi, że ta wiedza wcale mi się nie spodoba.
Gdy w końcu podniósł na mnie wzrok, lustrując mnie uważnie swoimi czujnymi, orzechowymi oczyma, przeszły mnie dreszcze.
- Valixy Purpura, twoja matka.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

piątek, 5 maja 2017

Od Zirael "Wśród traw i krzewów" cz. 1 (cd. chętny)

Wrzesień 2019 r.
Powoli widać było pierwsze oznaki jesieni, choć słońce nadal przygrzewało. Zwierzyny w lesie nie brakowało, tylko chęci, by ją upolować były znikome. Przeciągnęłam się, by za chwilę pobiec w głąb cienistego lasu i rzucić się na najbliższą zdobycz. Była nią sarna. Została już wcześniej zraniona, nie była w stanie umknąć. Zaciągnęłam ją do jaskini, w której chowaliśmy nasze zapasy - przywitała mnie zimna pustka - i pobiegłam po więcej. Niedawno zostałam wybrana do grupy polowań, a że ostatnio nikt nie polował, chciałam zebrać trochę zapasów. Zmarszczyłam brwi, widząc wylegujące się wadery niedaleko spiżarni.
- Hej! Jak nie macie co robić, to może pomożecie z zapasami? - zapytałam uśmiechając się przyjaźnie. Chciałam zrobić dobre wrażenie, żeby dały się przekonać, jednak po chwili odbiegły chichocząc.
- Nie to nie! - krzyknęłam i rzuciłam się pędem na polanę. Ile już wilki głodują? Nikt mi nie wmówi, że nie musi jeść. Za tydzień może dwa ktoś padnie jak nic. Nie zmieniało to jednak nastawienia wilków, które teoretycznie nie były przydzielone do tej profesji - ale czy to znaczy, że nie mogą pomóc?
Odetchnęłam głęboko omiatając wzrokiem polanę. Liście nadal mieniły się zielenią, a trawa pozostawała żyzna. Położyłam się na brzuchu i czekałam. Wdychałam wciąż świeże powietrze czekając na ruch. Zmrużyłam oczy. W końcu po chwili zauważyłam jelenia. Skrzywiłam się. Nie pamiętam żebym na nie polowała od wypadku. No cóż - z brzuchem przy ziemi powoli i bezszelestnie zbliżałam się do mojej ofiary. Wyprężyłam się i skoczyłam na grzbiet. Wgryzłam się, a zwierzę zawyło z bólu. Jeleń jeszcze przez chwilę próbowała mnie zrzucić, kiedy się przewrócił. Dobrałam się do jego szyi i jego jęki ucichły. Dumnie stałam i spoglądałam na martwe oczy zwierzęcia. Jeszcze nigdy polowanie nie sprawiło mi takiej przyjemności. Aczkolwiek zaciągnięcie go do spiżarni nie było już takie przyjemne.
Było mi mało. Dawno nie miałam świeżej krwi w pysku, nie chciałam przestać. Wybrałam się na łąkę gdzie odszukałam kotlinki. Bardzo powoli poruszałam się w ich pobliżu aż natrafiłam na dwa zające. Wyczaiłam się. Wiedziałam, że wyczuwają ruch, choć wzrok mają słaby. Zbliżałam się bardzo powoli, prawie wcale. W końcu skoczyłam miażdżąc jednego pod łapami a drugiego raniąc kłami. Skręciłam pierwszemu kark i rzuciłam się za drugim. Dogoniłam go po paru metrach i wróciłam z obiema zdobyczami do jaskini. Byłam wyczerpana całym uganianiem się za zwierzyną, zwłaszcza że dawno tego nie robiłam. Skierowałam swe kroki do jaskini.
Na skraju lasu zobaczyłam wilka.
- Nocne polowanie, co? - rzuciłam i zmęczona weszłam do chłodnej jaskini.

<Do kogokolwiek z grupy polowań kto lubi polować nocą :)>

Uwagi: Nieprawidłowo zapisujesz tytuł op.: brakowało aż kilku elementów. Ponadto istnieje dokładny podział, kto jaką funkcję w polowaniach pełni, więc o ile Zirael faktycznie przypada dyżur wieczorny, tak niezbyt mi pasuje do Sierry i Suzanny lekceważenie swoich nowych obowiązków. Dodam jeszcze, że bonus w postaci dodatkowych SG czy ogólnie przyjętym po 5 pkt. pożywienia dla wszystkich aktualny jest wyłącznie w wypadku opisania WSPÓLNEGO polowania grupy polowań (czyli musisz opowiedzieć o tym, jak dany wilk wypełnił swoje zadanie na danym dyżurze). Tak czy inaczej zebrałaś łącznie 60 pkt., co daje po 4 pkt. dla każdego. Niby różnica niewielka, jednakże tak na przyszłość przestrzegam.