Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 12 kwietnia 2017

Od Yuki "Nie tak bardzo pozbawione sensu" cz. 1

Lipiec 2019 r.
Ciemno. Zimno. Mrok. Szelest. Cisza. Idę. Znów. Odwracam się. Strach. Adrenalina. Postać. Zagrożenie. Ból. Bezgłos. Spokój. Nicość.
****
Spojrzałam na niego gniewnie. Warknęłam i odepchnęłam go od siebie. Przeleciał przez połowę Areny i spadł na ostry kamień, który przebił mu kręgosłup. Wydał z siebie krzyk, a z grzbietu zaczęła lecieć mu krew. Spadł z głazu odsłaniając dużą ranę, która jakby nigdy nic goiła się. Zaczęłam iść w jego stronę. Gdy byłam już blisko niego usłyszałam jego zachrypły głos.
- Litości...
- Żartujesz! - Zaśmiałam się.
- Nie udzieliłaś pomocy potrzebującym - powiedział zwykłym głosem co mnie zdziwiło - TRZEBA CIĘ UKARAĆ! - Krzyknął. Jego grzbiet zagoił się całkowicie. Skoczył na mnie, tym samym mnie przewracając. Zamachnął się łapą i przejechał mi po pysku. Centymetr wyżej i po wzroku. Pisnęłam i przewróciłam go na bok. Teraz to ja byłam u góry. W szale drapałam go po klatce piersiowej, jednak on nie dał za wygraną. Przeturlał się i znów zaczął atakować.
****
Spojrzałam na niego. Jego biała sierść emitowała światłem. Nie czułam się przy nim bezpiecznie.
- A po co mam wybierać?! - Warknęłam.
- Musisz - rzekł stanowczo.
- Nie mam zamiaru.
- Zginiesz.
- I co z tego? Już raz zginęłam.
- Teraz na wieki.
- Bo uwierzę - prychnęłam - Jestem Nieśmiertelna
- Pozornie - na jego pysku zagościł szyderczy uśmieszek. - Więc jakim cudem partner Kiiyuko, Rafael zginął, chociaż był nieśmiertelny?
****
Nie chciałam tam iść. Przeczuwałam złe wydarzenia. Obejrzałam się. Tak. Już wiem co zrobię.
****
Obnażyłam kły i zaczęłam warczeć. On się tylko uśmiechnął. Nienawidziłam jego złotych oczu. Chciałam go ich pozbawić. Wydrapać, wygryźć, wydłubać, wyrzuć i zgnieść. Jak najohydniejszego pająka.
- Więc, chcesz rozstrzygnąć to bitwą?
- Chcę - zaczęłam - cię - zrobiłam pauzę - ZABIĆ! - Krzyknęłam po czym rzuciłam się na niego, jednak coś mnie odrzuciło.
- Głupiaś - zaśmiał się - Mnie się nie da zabić.
- Powiadasz?
- Tak powiadam
- Przypomnij sobie co mi dzień temu mówiłeś - uśmiechnęłam się szyderczo, a on tylko prychnął.
- Nie bądź taka pewna siebie, Nero cię zabije w osiemdziesiąt sekund.
- Chcę to zobaczyć
- Obawiam się że to będzie niemożliwe - z groty wyszedł brązowo-kremowo-szaro-biało-czarny basior - pierwszy mój ruch to będzie wydrapanie ci oczu.
- Dziękuje za wiadomość, teraz wiem jak się przygotować
****
I przyszedł ten czas. Czas Bitwy. Nie mogłam się poddać. Nie mogłam tego zepsuć. Spojrzałam w tafle wody. Nie wyglądałam zbyt dobrze. Nie karmili mnie dobrze. Zbyt mało jadłam. Jak mam walczyć z silnym basiorem, którego pewnie brali przez te dni na ostre treningi, dawali mu dużo jedzenia, jak na dzień dostawałam jednego chudego, małego królika?
****
Nie pozwolę. Nie dam się. Muszę się przeciwstawić. Ale... Nie mogę. Jestem zbyt słaba. Nie poradzę sobie. Nie umiem. Jestem beznadziejna. 
 
<C.D.N>

Uwagi: Akapity i wypowiedzi to też zdania, więc należy je również kończyć kropką!

sobota, 8 kwietnia 2017

Od Navri "Pożyteczne rzeczy" cz. 1 (cd. Shiryu)

 Czerwiec 2019 r.
Chciałabym się już uczyć. Na razie moja ciotka, Sohara, po prostu leżąc z boku Szczenięcej Polany i obserwując mnie uważnie, pozwalała się bawić. Ja jednak nie chciałam się bawić. Zabawa jest idiotyczna i w zasadzie niczemu nie służy. Mogłabym przez ten czas zrobić tyle pożytecznych rzeczy. Nawet nie miałam z kim spędzać w ten sposób czas. Wszyscy moi rówieśnicy te godziny przesiadywali w szkole, uważając ją za największą głupotę. Ja jednak byłam całkowicie przeciwnego zdania. Tak wiele bym dała, aby być na ich miejscu.
- Nad czym tak myślisz? - zapytała ciocia nieco zmęczonym głosem. Odwróciłam w jej stronę pyszczek. Słońce świeciło wprost idealnie. Widziałam ją na tyle wyraźnie, by dostrzec jej podkrążone oczy. Znowu dzisiaj nie spała. Słyszałam, jak tata wiele razy pytał ją o to, co się dzieje, jednak nigdy nie odpowiadała. Ja również chciałam o to pytać, jednak co taki szczeniak mógł? Byłam jeszcze tylko dzieckiem, a moje przemyślenia zapewne były wprost idiotyczne.
W odpowiedzi tylko potrząsnęłam pyszczkiem i odwróciłam go w stronę, z której świeciło słońce. Zamknęłam ślepia i grzałam się we wczesnopopołudniowych promieniach. Ptaki ćwierkały nieśmiało, wiatr prawie niewyczuwalnie poruszał mym coraz to dłuższym futerkiem, a słodkie zapachy... drażniły mój nos. Kichnęłam. Ciocia się zaśmiała.
- A cóż to? Katarek?
Spojrzałam na nią spod przymrużonych powiek. Chciałam odpowiedzieć, że nie ma racji, jednak zbyt obawiałam się rozmów. Cały czas brzmiałam strasznie i mało kto prócz najbliższej rodziny rozumiał moje seplenienie. Reszta się tylko podśmiewała. Najgorsi byli ci, którzy chcieli się ze mną bawić. "Urocze Maleństwo" - tak na mnie wołali, próbując łaskotać lub proponując zabawę w chowanego. Ja jednak tego szczerze nienawidziłam. Szczególnie, że były to dla mnie wilki całkowicie obce, a traktowały mnie jak koleżankę. Dodatkowo nikt nie brał mnie całkowicie poważnie.
- Co chciałabyś porobić? - zagadywała dalej ciocia. Odwróciłam w jej stronę pyszczek z niezmienioną miną. Musiała widocznie wyglądać dość komicznie, bo wadera się roześmiała. Nie zareagowałam w żaden sposób. - Nie patrz tak, tylko odpowiedz.
- Chcee sie uszyc - wymamrotałam. Przez chwilę zastanawiała się, o co mi chodzi, po czym odparła:
- Masz rację. Możemy właściwie potrenować twoją mowę.
Sapnęłam z niezadowoleniem.
- Nie wzdychaj tak, sama przecież słyszysz, jak ci idzie. Jeśli się nauczysz mówić poprawnie, będzie ci dużo łatwiej.
- Cosi inego - upierałam się.
- Nie, nie, Navri. Masz się najpierw nauczyć tej podstawowej rzeczy, dopiero później możemy się zabierać za bardziej skomplikowane rzeczy. Na razie nie możesz się nawet porozumiewać z innymi, a co dopiero wyciągać jakąś wiedzę.
Czy ona mi właśnie zasugerowała, że nie wyciągam żadnej wiedzy? Oczywiście. Bo jestem tylko durnym szczeniakiem, który nie wie, co to kompromis i jak działa świat.
- Więc na początek powtarzaj za mną te słowa: wataha, jaskinia, wilk.
- Fataha, jaaskińia, wiiiil - powiedziałam po chwili ociągania się. Słysząc, jak tragicznie mi poszło, aż futro zjeżyło mi się na karku.
- Wataha - nalegała Sohara.
- Faataaa... - zająknęłam się. Ciocia patrzyła na mnie cierpliwymi ślepiami. Zamknęłam oczy i powiedziałam: - Fataha.
- Wataha.
- Fataaha.
Otworzyłam oczy. Nieznacznie drgnęły jej mięśnie pyska. Fakt, wypowiedziane przeze mnie słowo wciąż nie brzmiało tak, jak powinno.
- Wytknij język.
Spojrzałam na nią jak na głupią, lecz jej nieuległy wyraz wskazywał na to, że mam mimo wszystko wykonać polecenie. Wywróciłam oczami i wytknęłam język.
- Zruluj tak, jak ja.
Zrobiła z języka rulonik. Aż cofnęłam pysk zdumiona. Jak ona...? Spróbowałam powtórzyć, ale tylko go nieznacznie wyginałam na boki. Po kilku próbach furknęłam ze zdenerwowania. Nie lubiłam tego, że nie umiem zbyt dobrze mówić, a jeszcze bardziej udowadniania mi tego lub zmuszania do odzywania się. Szczególnie, kiedy okazywało się, że czegoś nie umiem.
- Nie denerwuj się tak. Potrenujesz trochę i raz dwa się nauczysz - pocieszała ciotka, jednak ja cały czas byłam do niej odwrócona plecami. Już wolałam tak leżeć w bezruchu, niż ponownie wystawić na pośmiewisko.
- Nie chcesz już?
Cisza. Zamierzałam ją teraz ignorować.
- Navri, jeśli tak będziesz podchodzić do każdej klęski tak samo, w życiu się niczego nie nauczysz. Musisz próbować. To, co robisz teraz jest po prostu niezdrowe - powiedziała z powagą. Ponownie prychnęłam. Oj, nauczę się, zobaczy. Tylko to głupstwo mi wyjątkowo nie wychodziło. Zawsze znajdzie się sposób, jak porozumiewać się z innymi bez pomocy słów. Szczególnie, że jakoś nie chciało mi się wierzyć w to, abym kiedykolwiek zdołała się nauczyć mówić wyraźnie.
Wolałam uczyć się magii, logiki, historii... no, wszystkiego, co tylko było w szkole. Brakowało mi jednak jeszcze kilku miesięcy, by móc udać się na zajęcia. Może dam radę jakoś naciągnąć zasady? Pytanie cisnęło mi się na usta, jednak przecież przyrzekłam sobie ignorować ciocię. Pewnie rzuciłaby w odpowiedzi hasło pokroju "najpierw naucz się mówić", więc do czego by to doprowadziło? Jednak jak to mówią: "kto pyta, ten nie błądzi", a próbować zawsze warto, ale z drugiej strony to może być droga do nikąd. Ignorowaniem jej na siłę zachowuję się tym bardziej jak dzieciak. Próbując udowodnić swoją dorosłość, to chyba zły krok.
- Mogee iś do szzzkoły wsześniejj?
- Mogę spróbować porozmawiać z Alfą, ale dopiero jak nauczysz się poprawnie mówić.
Wiedziałam, że tak będzie. Wzięłam głęboki wdech i czując dziwną, napierającą na moją pierś energię przemówiłam:
- Wwwataha.
Ciocia uniosła brwi zdumiona.
- Brawo! Teraz jaskinia.
- Jaskińia. Jaskińia. Jaskińia - poprawiałam się - Jaaaskiiiinia.
- Już lepiej! Wilk.
- Fiil.
- Wilk.
- Fiiiilllk - wymawiając ostatnią literę trochę się poplułam.
- Trochę lepiej. Spróbuj jeszcze raz.
- Filk.
- Wilk - powtórzyła, kładąc nacisk na pierwszą literę.
- Wwwil.
- Znowu ci uciekła ostatnia literka.
- Wwilk - powiedziałam. Uśmiechnęła się z zadowoleniem.
- I co? Sama widzisz, że już robisz postępy. Kilka tygodni i możemy iść na rozmowę do Alfy. Może nauczyciele zezwolą na młodszą uczennicę, szczególnie, że jak twierdzisz, masz chęci.
Spojrzałam na nią z powagą. Może i miała odrobinę racji, jednak odniesiony przeze mnie sukces nie był dość duży, bym była z niego bardzo zadowolona. Ponownie ułożyłam łepek na łapkach i wpatrywałam się w błękitne niebo. Ciocia jeszcze kilka razy próbowała mnie nauczyć prawidłowo wymawiać pewne słowa, jednak każda próba kończyła się raczej średnio.
Po jakimś czasie zerwała się gwałtownie z wysokiej trawy, wyraźnie czegoś węsząc. Uniosłam głowę i popatrzyłam na nią, wypatrując tego, czego nie mogłam wyczuć przez swój mały i nie całkowicie sprawny przez młody wiek nosek. Nagle znieruchomiała, wpatrując się w punkt za kłodą, w której lubiła się ukrywać Moone. Podążyłam za jej wzrokiem. Musiałam aż wstać, gdyż byłam za niska, by przez nią zajrzeć na leżąco. Wypatrzyłam zbliżającą się szybkim krokiem sylwetkę chudego, beżowego wilka. Miał na głowie coś w rodzaju kaptura w białe groszki. Dziwny widok.
- Soharo! - wykrzyknął z pewnej odległości.
- Stało się coś?! - odkrzyknęła. Im bliżej był, tym więcej wątpliwości miałam, jakiej jest płci. Początkowo sądziłam, że to samica, ale zapach mówił co innego...
- Alfa cię wzywa!
Wypuściła powietrze.
- Shiryu, zajmiesz się moją bratanicą? Nie mogę zostawić jej samej.
Dopiero teraz zwrócił na mnie wzrok. Faktycznie, stojąc za kłodą niezbyt rzucałam się w oczy. Patrząc na niego, przymrużyłam powieki, oddalając się o kilka kroków. To rzeczywiście był basior. Jedyny samiec, jakiego lubiłam, był moim tatą. Żadnego innego nie tolerowałam i tolerować nie zamierzałam.
- Pewnie - odpowiedział, przeskakując przez kłodę niczym sarenka.
- Możesz poćwiczyć z nią mówienie. Ma z nim problem. To ja idę! - rzuciła ciocia, jednak mimo swojego zapewnienia, zamiast iść, pobiegła. Nigdy nie rozumiałam takich zapewnień. Mówi się jedno, robi się drugie.
Spojrzałam na basiora o imieniu Shiryu. Nie miałam najmniejszego zamiaru się z nim uczyć.

<Shiryu?>

Uwagi: Brak.

Od Dante "(Bez)celowa bitwa" cz. 2 (cd. Kai)

Jesień 2018 r.
Minęło już kilka miesięcy od ostatniej rundy. Zdążyłem pozbyć się wszystkich poparzeń zadanych przez Mizuki i wrócić do pełni sił. Niemalże zapomniałem o tych całych zawodach, póki nie odwiedziła mojej jaskini sama Alfa. Początkowo sądziłem, że chodzi o to, że omyłkowo zapomniałem o jakimś ważnym spotkaniu z nią lub stało się coś złego podczas mojej przerwy na służbie, jednak ona z pełną powagą malującą się na jej drobnym pysku, oznajmiła:
- Bitwa o zwycięstwo. Za trzy dni. Zbiórka w samo południe pod Pomarańczowym Drzewem.
Krótko i na temat. Zostawiła mnie oniemiałego w jaskini. Dopiero po chwili zrozumiałem, o co jej mogło chodzić, jednak całe to podniecenie walką sprzed kilku miesięcy zwyczajnie wyparowało. Teraz zostały tylko nerwy. W końcu z miesiąca na miesiąc stawałem się coraz słabszy i co za tym idzie moja forma również ulegała pogorszeniu. Właśnie z taką świadomością te trzy dni spędziłem na różnorakich treningach, nie wiedząc, co zgotuje dla mnie los, czy też może zarządzenie Alf. Szczególnie, że już nawet nie pamiętałem, kto przeszedł do kolejnej rundy. Kogokolwiek nie pytałem, albo spoglądali na mnie nic nie rozumiejącymi pyskami, albo wzruszali ramionami, albo posyłali mi kpiące uśmieszki.
- Haro, a ty wiesz może, kto przeszedł do drugiej rundy? - zapytałem któregoś razu swoją siostrę.
- To ty nie wiesz? - odezwała się z powagą, nie przerywając podrzucania kością nad pyskiem i łapania go delikatnie między zęby.
- No właśnie nie bardzo.
- W takim razie trzeba było bardziej uważać na wynikach - odparła takim tonem, jakby to była największa na świecie oczywistość. Warknąłem cicho, po czym wyszedłem z jaskini. Nic tu po mnie.
I tak mi niczego nie powiedzieli i tak. Muszę się przygotować nawet na najgorsze scenariusze. Podczas treningów próbowałem chyba wszystkiego. Biegałem wzdłuż i wszerz terenów, stawiałem się na wszystkich możliwych zbiórkach, skakałem po skałach, wybierałem się trudnymi szlakami w Górach, ćwiczyłem zwinność i sztuki walki oraz obrony z innymi, dużo polowałem... Bardzo chciałem zająć jakieś przyzwoite miejsce. To byłaby dla mnie chyba najlepsza nagroda. Zwyższenie poczucia własnej wartości.
Drugiego dnia po południu, czując dość duży głód spowodowany zaniedbaniem wilków dyżurujących przy polowaniach, postanowiłem upolować coś samodzielnie. Skryłem się w krzakach i zaatakowałem samotną, podstarzałą sarnę. Okazało się jednak, nie zdołam jej zjeść sam, więc początkowo chcąc ją zanieść dla pozostałych, przyszło mi do głowy udanie się na nieco większe łowy. W końcu podział takiego świstku mięsa nie byłby sprawiedliwy nawet mimo moich największych chęci. Dodatkowo mieliśmy jesień, więc zrobienie zapasów było jak najbardziej wskazane.
Nim słońce zaszło, miałem już w mojej skrytce w Zielonym Lesie trzy martwe sarny, jednego jelenia, pół tuzina zająców i trzy razy tyle ryb. Byłem naprawdę nieźle zmachany, ledwo trzymałem się na łapach. Jednak byłem ze swojego dokonania niezwykle dumny. Na dobre zakończenie dnia zmieniając się w ludzką formę, rozpaliłem ognisko i zjadłem dwie rybki. Resztę udało mi się dotaszczyć do spiżarni stada. Była już wtedy północ, więc kiedy tylko przekroczyłem próg jaskini, po prostu padłem.
Obudziłem się kolejnego poranka. W pierwszej chwili sądząc, że przegapiłem szczytowanie słońca, wybiegłem jak porażony prądem z jaskini, jednak złoty okrąg wciąż był zbyt nisko, jak na południe. Niebo było nieźle zachmurzone burymi, jesiennymi chmurami. Zadrżałem lekko i chcąc przeprowadzić rozgrzewkę, udałem się na bieg po terenach watahy. Mięśnie po wczorajszym wysiłku wciąż były dość drętwe, ale nie mogłem przecież w ten sposób zawalić sprawy. Nie wolno było mi przecież wyjść z formy przez taką bzdurę.
Kiedy tylko nastało południe, skierowałem się do miejsca zbiórki, którym, o ile dobrze zapamiętałem, było Pomarańczowe Drzewo. Jednak nie przybyłem jako pierwszy. Siedział tam już nie kto inny, jak tylko moja siostra. Miała zamknięte ślepia, a pysk spuszczony, ukryty za zasłoną brązowych włosów. Pomimo tejże "kryjówki" widziałem jej smętność. Ostrożnie podszedłem bliżej, starając się nie wydzielać zbyt wiele hałasu.
- Nie skradaj się, debilu. Wiem, że tu jesteś - wychrypiała.
Westchnąłem i już swobodniejszym krokiem się do niej zbliżyłem.
- Ty też?
- Jak widać - odparła, otwierając oczy i podnosząc na mnie wzrok turkusowych ślepi, lśniących niczym wypolerowane do perfekcji odłamki barwionego szkła.
- Mam nadzieję, że nie padnie na ciebie - zaśmiałem się - Nie chcę ci spuścić łomotu.
- Ty? Prędzej ja bym to zrobiła.
Już miałem coś odpowiedzieć, kiedy wyczułem woń innego wilka. Wilka, którego dobrze znałem. Odwróciłem się w jego kierunku.
- Oj, dzieci, dzieci - skomentował szaro-czerwony basior. Na jego szyi dzwonił srebrny nieśmiertelnik. Wyglądał jednak na rozbawionego.
- Dzień do... Cześć - poprawiłem się.
- Już miałem ci wytknąć, że jesteś zbyt oficjalny - odparł, siadając tuż obok mnie - Czyli co? Razem czekamy, aż nasza spóźnialska Alfa łaskawie przybędzie?
- Mhm - mruknęła Haro, obserwując wyłaniającą się zza krzaków ciemną, chuderlawą waderę. Jej oczy nie wyglądały zbyt przyjaźnie bez względu na to, czy tylko rozmawialiśmy, czy się kłóciliśmy. Właśnie dlatego zwykłem jej unikać. Podobno miała na imię Yuki i uczyła szczeniaki. Trochę im z tego powodu współczułem. Moje wizje na jej temat opierały się chyba wyłącznie na torturach i znęcaniu się. Z drugiej jednak strony na to Suzanna akurat by w życiu nie pozwoliła.
- Idzie - syknęła Haro. Stanęliśmy w równym rządku, widząc zbliżającą się Alfę. Za nią szła drobna grupka wilków, które zadeklarowały robienie jako widownię. Nim zdołałem otworzyć pysk, by powiedzieć cokolwiek, oślepiło nas światło. Nie było ono jednak tak brutalne, jak to wysyłające nas na arenę, więc jak się okazało, po prostu teleportowaliśmy się w dokładnie to samo miejsce, co ostatnio. Do Centrum Podziemnego, a przynajmniej tak je sobie nazwałem. Nikt nie wiedział w ogóle o istnieniu tego miejsca, aż do czasu Bitwy. Właściwie, to Suzanna nic nawet na ten temat nie wyjaśniała, ani tym bardziej tego, jak tu dotrzeć bez jej pomocy lub zaklęcia.
- Spotykamy się na drugiej rundzie "Bitwy o zwycięstwo"! Spośród ośmiu zgłoszonych wytrwało tylko czterech! Kto wygra? To się okaże już niebawem! - Po tych słowach zwróciła się do nas. - Jesteście gotowi do rozpoczęcia starcia?
Nagle wszelakie więzi między nami zniknęły, wszystkie żarciki, powiązania, przyjaźnie. Każdy z nas miał oczy zimne jak lód. Potaknęliśmy. Następny był ten blask i paraliżujący ból, jednakże tym razem byłem już na to bardziej przygotowany, więc pozbierałem się znacznie szybciej.
Kiedy niepewnie rozchyliłem powieki, zobaczyłem... ciemność. No, może nie całkowitą, ale z całą pewnością był to półmrok, do którego po zaklęciu Suzanny ciężko było przywyknąć. Odczytując coraz więcej kształtów, zdołałem się zorientować, że to po raz kolejny coś w rodzaju pustyni. Tu jednak było raczej chłodno, piasek był wprost zimny i lepki. Gdzieniegdzie znajdowały się większe głazy o różnorakich kształtach i gabarytach. Obejrzałem się za siebie, gdyż nigdzie nie widziałem sylwetki wilka, z którym miałbym odbyć walkę, kiedy tuż przede mną spadła różowofioletowa kometa. Siła jej uderzenia odrzuciła mnie o kilka metrów i ogłuszyła. Leżałem tak przez dobrą chwilę, nie mogąc się podnieść, kiedy dostrzegłem kolejny zbliżający się głaz kosmiczny. Wbrew protestom mojego ciała rzuciłem się do ucieczki. Udało mi się zbiec.
Czyli co? Trafiliśmy na jakieś pustkowie z deszczem meteorytów? Zadarłem pysk do góry. Niebo było zasianie niepokojącą ilością gwiazd. Wiele z nich zostawiało na czarnym tle kolorowe smugi, świadczące o tym, że niebawem wylądują na ziemi. Co najgorsze, wszystkie zbliżały się tak prędko, że zaczynały płonąć na srebrzysto. Całe dziesiątki. Wiele z nich spadnie lada moment. Postąpiłem kilka kroków w tył. Musiałem uciekać. Jak postanowiłem, tak też zrobiłem. Biegłem na oślep, aż się za mną kurzyło. Użycie żywiołu ziemi nieco przyspieszało osiąganą przeze mnie prędkość, jednak nie uchroniło całkowicie przed drobniejszymi, płonącymi odłamkami. Srebrny ogień co prawda nie parzył tak bardzo oraz nie rozprzestrzeniał się, jak ten zwyczajny, pomarańczowy, jednakże i tak nie było to zbyt przyjemne doświadczenie.
Moją próbę ratunku skóry przeszkodził nie kto inny, jak jeden z moich autorytetów z dzieciństwa.

<Kai?>

Uwagi: Brak.

piątek, 7 kwietnia 2017

Od Aokigahary "Lekcja Polowania" cz. 2

Maj 2019 r.
- Em... Co? - Zapytałam rozkojarzona.
- Nie zrozumiałaś? - Spojrzała na mnie jak na głupią. - Powtórzyć?
- Yhym - przytaknęłam - ale mów normalnie.
- Ty siedzisz w krzakach, ja zaganiam zająca, kiedy będzie w twoim zasięgu łap, napadnij go i zabij.
- Trzeba było tak od razu - prychnęłam. Zaczęłyśmy tropić ofiarę. Po paru nudnych minutach Moone natrafiła na trop królika. Rozejrzeliśmy się po polanie i ujrzałyśmy szarą kulkę ukrytą wśród zielonych traw. Moon pokazała mi bym się ukryła w krzakach po zupełnie przeciwnej stronie. Nie rozumiałam jej, ale bez sprzeciwu skryłam się w krzewach. Zaburczało mi w brzuchu. Przegryzłam wargę, próbując jakoś odwrócić uwagę od bólu brzucha. Tak mocno ją nadgryzłam, że po chwili poczułam krew. Oczywiście. Przepięknie. Nagle coś we mnie uderzyło. Spadłam na grzbiet i pisnęłam. Nie wiedziałam co się dzieje. Zostałam walnięta w brzuch, co spowodowało ogromne bóle.
- Aoki! - Usłyszałam głos Moone. To coś mnie zostawiło. Otworzyłam oczy. Pierwsze co zobaczyłam to uciekającego zająca.
- Gdzie ty byłaś?! - Zapytała wściekła Moon dysząc.
- Ja... - Zaczęłam. Ujrzałam srogi wzrok nauczycielki.
- Następnym razem nie śpij - powiedziała surowo i dała znać, że mam iść za nią. Z trudem podniosłam się. Obolały brzuch dawał o sobie znać.
Jestem skupiona. Patrzę na ofiarę. Nie mogę się rozkojarzyć. Nie chcę znów zobaczyć tego wzroku... Zając biegnie w moją stronę. Zaraz tu będzie. Nie mogę mu odpuścić. Zaraz będę musiała
zaatakować. Teraz się uda. Czuję to. Jest tak blisko. Odbiłam się od ziemi. Rozszerzyłam szczęki.
Obnażyłam kły. Wbiłam się w jego krtań. Szamotanina. Piski. I nastała ta chwila. Przestał się szarpać. Ja... Ja to zrobiłam. Upolowałam żywe stworzenie. Ja je zabiłam.
- W końcu - powiedziała Moone podchodząc do mnie - to teraz Ty gonisz, ja zabijam? - Zapytała.
- No dobra... - zgodziłam się - a co z nim? - Pokazałam na zdobycz.
- Zakop ją - odpowiedziała bez najmniejszego zainteresowania.
- Ale, ubrudzi się
- Weź nie bądź taka wybredna, lepiej zacznij kopać
- Pod krzakiem? - Zapytałam
- Byle gdzie, pamiętaj tylko gdzie to zakopałaś - przyłożyłam nos do ziemi, szukając miejsca w którym zakopie zdobycz - ja poszukam następnej ofiary - odeszła. Po chwili znalazłam punkt, pod krzewem. Zaczęłam kopać. Nienawidzę ziemi. Po chwili miałam już wykopany dołek. Płytki, ale jakiś. Chwyciłam zdobycz. Poczułam chęć zabrania jej dla siebie. Taki pyszny kąsek. Moone nie zobaczy. Mogę ją zabrać. Nie... Nie mogę. Obejrzałam się. Nauczycielka akurat patrzała na mnie. Jak poparzona wyprostowałam głowę. Włożyłam królika do wgłębienia i go "zakopałam". Kiedy patrzałam jak pod jego futerko wchodziły ciemne grudki ziemi robiło mi się żal. A mogłabym go zjeść. Odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę Moone. Najwyraźniej znalazła już zdobycz. Była schowana w krzaku. Podeszłam do niej kłusem.
- Tam - wskazała łapą na biało-czarną kulkę. Opadłam na łapy, wyrównując ciężar ciała. Zaczęłam się zakradać do zająca. Byłam już tak blisko, gdy przed oczyma przemknął mi mały biały kształt. Przestraszyłam się, nie wiedząc co to jest. Chmura kurzu uniosła się w powietrzu. Kiedy opadł zobaczyłam waderę w wieku szczenięcym. W pysku trzymała martwego zająca.
- Ej! - Oburzyłam się. - Ja byłam pierwsza! - Ona tylko prychnęła i poszła w stronę lasu.
- Oddaj to! - Piszczałam jej obok ucha. Tylko się uśmiechnęła.
- No weź! Nie zachowuj się jak idiotka! - Krzyknęłam. W pewnym momencie się położyła i zaczęła jeść na moich oczach zająca.

C.D.N

Uwagi: Przed "że" stawiamy przecinek.