Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 25 marca 2017

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 4

Jesień 2018 r.
- Był tam! Przysięgam! - wykrzyknęłam zrozpaczonym głosem, choć z minuty na minutę traciłam wiarę w to, czego tak właściwie byłam świadkiem.
- Najpierw się uspokój, a następnie dokładnie nam wytłumacz, co i kogo tam widziałaś oraz czego chciał.
Wgapiałam się w niego tępym spojrzeniem. W mojej głowie cały czas słyszałam głos nieznajomego: "Potrzebujesz choć krzty zrozumienia i prawdy. Ja ci mogę je zaoferować.". Co miał wtedy na myśli? Czego ode mnie oczekuje? Im dłużej zastanawiałam się, jak ubrać w słowa to zdarzenie, tym większe poczucie miałam, że to jedna z rzeczy, które wolałabym zachować dla siebie. Jeśli okaże się, że jestem obłąkana i go sobie zmyśliłam, niech przynajmniej sama będę musiała sobie z tym radzić. Takie schorzenie mogłoby mi przeszkodzić w pełnieniu obowiązków na służbie... choć i tak już mnie wyrzucili.
- Wiesz co... chyba jednak faktycznie miałam zwidy - uśmiechnęłam się gorzko.
- Nawet jeśli to zwidy, może zdradzisz, co widziałaś? Poczujesz się wtedy lepiej - poradził Lary.
- Nie, dzięki. Nawet już dokładnie nie pamiętam. Może straciłam przytomność i mi się to przyśniło - skłamałam. Oni jednak wciąż na mnie patrzyli zmartwionymi spojrzeniami. Westchnęłam.
- Nic się nie dzieje, naprawdę - powiedziałam, jednak te słowa przeszły mi przez gardło z większym trudem, niż sądziłam. - Chyba pójdę do siebie.
Już chciałam wstawać, jednak Jayson zatrzymał mnie poprzez położenie swojej silnej ręki na moim ramieniu. Posłałam mu pytające spojrzenie.
- Nie ma mowy. Zostajesz tu na noc. Jeżeli naprawdę ktoś cię śledził lub atakował, a ty starasz się to przed nami ukryć, lepiej, jakbyś się tutaj zatrzymała. Rano osobiście cię zaprowadzę do domu, czy tam watahy.
Zadrżałam, wbijając paznokcie w swoje ramię. Jayson pozostawał do tej pory w słodkiej niewiedzy o moim miejscu zamieszkiwania. Zdawał sobie jedynie sprawę z tego, że większość czasu spędzam w postaci wilczej.
- A co jeśli Kołodziejczuk tutaj wpadnie i mnie zobaczy? - zapytałam, mając na myśli zastępcę szefa. Lubił nas kontrolować. Zaglądał do naszej bazy w najmniej oczekiwanych momentach.
- Zabiorę cię do mojej kajuty - oznajmił. Używaliśmy tego określenia do nazywania pokoi przydzielonych osobom należącym do WhyPaw-u. Spojrzałam na Lary'ego. Skinął głową na znak, że podziela zdanie Jaysona.
- Niech będzie - stwierdziłam zrezygnowana. Jayson wyciągnął rękę, bym mogła za jego pomocą wstać. Kiedy stanęłam na równe nogi, uśmiechnął się do mnie. Nie odpowiedziałam tym samym. Miałam mętlik w głowie. Czy to był zbieg okoliczności, że po takim czasie znowu objawił mi się ów nieznajomy? O co do cholery mu chodziło? Jaka prawda? Kim on w ogóle był i skąd mnie znał? Przyjaciel rodziców? Nie, na to mi nie wyglądało.
Nawet nie wiem kiedy Jayson doprowadził mnie do swojego tymczasowego mieszkania. Było nieznaczne: zawierało jedno wąskie łóżko o rozrzuconej w nieładzie kołdrze, metalowy stojak pełniący funkcję szafki nocnej i ciemną komodę zapewne wypełnioną odzieżą. Na niej leżało kilka zeszytów, jakieś zdjęcia, którym się nie przyglądałam przez chęć zachowania prywatności Jay'a, oraz typowy dla niego bałagan. Na podłodze leżało kilka plecaków, ubrań, czy komiksów.
- Jeśli chcesz, możesz się już położyć, ja muszę wracać na służbę. Musimy ogarnąć te papiery.
Skinęłam niemrawo głową, siadając na łóżku. Plecak położyłam w nogach. Nie było mi jakoś szczególnie wygodnie, jednak zawsze lepsze od kamiennej podłogi mojej jaskini. Przeszło mi przez myśl, by zmienić się w wilka i ułożyć na ziemi, jednak coś mi mówiło, że Jayson poleci mi i tak zająć jego łóżko. Zatrzymał się w drzwiach.
- Aha, jakbyś znalazła jakieś gazetki z ładnymi paniami bez ubrań, proszę, lepiej ich nie dotykaj - przestrzegł z uśmiechem na twarzy, po czym zniknął za drzwiami. Zamknął je na klucz. Odruchowo przeleciałam wzrokiem po leżących dookoła łóżka magazynach, jednak nigdzie nie znalazłam tych, o których wspomniał. Westchnęłam, zdjęłam okulary, po czym ułożyłam się na łóżku, zakrywając ręką oczy. Nabrałam ochoty na kolejnego papierosa, jednak nie chciałam zadymić partnerowi mieszkania... Właśnie, dotychczas byliśmy dla siebie partnerami po fachu. Czy teraz mogę go nazywać partnerem o znaczeniu miłosnym? Potrząsnęłam głową, pocierając oczy. Pocałunek nic nie znaczy. Skoro nawet już razem nie pracujemy, to chyba pozostaje nam mówić o sobie wyłącznie jako o przyjaciołach. Chyba jeszcze nigdy nie próbowałam zdefiniować tego, co tak naprawdę nas łączy.
Zdjęłam rękę z twarzy i ułożyłam ją wzdłuż ciała. Zaczęłam się wpatrywać w sufit. Był nieco niewyraźny przez brak okularów, ale jakoś nieszczególnie mi to przeszkadzało. Na nowo zaczęłam sobie zaprzątać głowę mężczyzną w masce. Analizowałam każde, nawet najmniejsze wspomnienie z nim związane, lecz wciąż nie dowiedziałam się niczego nowego.
"Moja droga, wiedz, że od więzów krwi nie uciekniesz... Prędzej czy później wszystko skończy się tragicznie. Tutaj nie ma już czegoś takiego jak "dom". To jest twoje miejsce. Potrzebujesz choć krzty zrozumienia i prawdy. Ja ci mogę je zaoferować.".
***
Musiałam przysnąć, bo ocknęłam się dopiero słysząc szczęk przekręcanego klucza w zamku. Oparłam się na łokciu i pospiesznie założyłam okulary. Do kajuty wszedł uśmiechnięty Jayson.
- I jak się spało? - zapytał, wodząc wzrokiem to po mojej twarzy.
- Która jest godzina? - zmieniłam temat. Wskazał na zegarek elektryczny stojący na komodzie. Było już grubo po północy. Zamknął na klucz drzwi.
- Możesz spokojnie spać dalej - oznajmił, zbierając komiksy porozrzucane obok łóżka. Kolejne były ubrania. Wszystko to odłożył gdzieś na bok. Ku mojemu zaskoczeniu, zmienił się w wilka i położył w miejscu, które przed chwilą doprowadził do jako takiego porządku. Jego futro było ciemniejsze od mojego, poprzetykane pojedynczymi siwymi włosami. Wyglądało na to, że na nim wiek również pozostawiał swoje piętno. Uszy były czarne, tak samo jak i jego łapy. Oczy błyskały złotem. Nie mogąc się powstrzymać, pogładziłam swoją ludzką ręką jego wilczy łeb. Spojrzał na mnie pytająco, jednakże nie doczekawszy się odpowiedzi, oddał się tej przyjemności. Czynność ta była na tyle monotonna, że prędko odpłynęłam.
***
Obudziło mnie zapalenie światła w pomieszczeniu. Odruchowo przewróciłam się na drugi bok, mrucząc z niezadowoleniem.
- Pobudka!
Sapnęłam jeszcze kilka razy, a następnie powoli się podniosłam z łóżka. Zbadałam spojrzeniem, dlaczego nie obudziły mnie nieśmiałe promienie słońca wdzierające się do jamy. Rozwiązanie było wyjątkowo proste. W kajutach nie było okien.
- Zbierajmy się już. Za niedługo powinienem się stawić na stanowisku, a Lary nie może mnie zbyt długo kryć.
- Może po prostu wrócę sama...? - zasugerowałam zachrypniętym głosem. Założyłam okulary.
- Nie ma mowy. Po prostu się ruszaj i idziemy.
Posłusznie wzięłam plecak, poprawiłam ubranie i wyszłam z pomieszczenia za Jaysonem. Wyjście z budynku okazało się być wyjątkowo proste - choć mijaliśmy kilku agentów, to nikt nie wiedząc, że zostałam dnia poprzedniego wyrzucona, nie zwrócił na mnie większej uwagi. Twierdzili zapewne, że udaję się z Jay'em pobiegać. Gorzej, jeśli zarząd sprawdzi monitoring. Wolałam nie wiedzieć, jaką karę by dali mojemu... byłemu partnerowi. Zawieszenie?
Kiedy stalowe drzwi prowadzące wprost na zewnątrz z misternej sieci podziemnych korytarzy WhyPaw-u się przed nami otworzyły, a my stanęliśmy już wśród jesiennej scenerii natury, odważyłam się zapytać:
- Nie boisz się, że cię wyrzucą za przemycanie mnie?
Przez chwilę milczał. To, co powiedział za chwilę, przyprawiło mnie o przyspieszenie pulsu:
- Jesteś dla mnie ważniejsza niż praca. Pamiętaj, nigdy cię nie opuszczę. Prędzej czy później nasze drogi znowu się spotkają.
Unikając mojego spojrzenia, ruszył przez las. Zrobiłam to samo. Widziałam, że uważnie obserwował każde drzewo, jakby za nimi czaił się mój napastnik.
- Kocham cię, Haro - oznajmił po jakimś czasie.
Przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć, po czym przypomniałam sobie te wszystkie momenty razem spędzone. Nie tylko misje, ale i również tak błahe i bezsensowne sytuacje, jak głaskanie jego wilczej wersji po ciepłym futrze. Do oczu pocisnęły mi się łzy, ale szybkim mruganiem powiekami udało mi się je powstrzymać. Nie chciałam się stać beksą.
- Ja ciebie też, Jay.
Sięgnął po moją dłoń. Teraz szliśmy do Watahy Magicznych Wilków, trzymając się za ręce. Czułam się trochę nieswojo, ale mimo wszystko obecność Jaysona była dla mnie dziwnie kojąca. Uspokajała mnie. Czułam się bezpieczna. W końcu.
Spojrzał na mnie.
- Soharo, czy zostaniesz oficjalnie moją dziewczyną?
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Oczywiście, Jaysonie.
Szliśmy dalej. Czułam, że często na mnie ukradkowo zerkał, jednakże udawałam, że tego nie dostrzegam. Miał w końcu do tego pełne prawo. Nie chciałam go tak zostawiać. Związki na odległość są do niczego. Chciałam z nim porobić coś więcej, prócz chodzenia.
- Jestem głodna - stwierdziłam, widząc poroże jelenia ukrytego w dali za krzakami. Jay patrząc w tym kierunku co ja, trochę zmarkotniał.
- Dawno nie polowałem...
- To ci przypomnę, co i jak.
Niechętnie przystał na tę propozycję. Zmieniliśmy się w wilki i snując się za krzakami, zbliżaliśmy się do zwierzęcia. Miało połamane rogi, przy tym było nieco podstarzałe. Kulało na jedno kopyto, a jedno oko było porządnie załzawione. Stado musiało zostawić tego słabeusza. Nic nie stało na przeszkodzie, by go unicestwić. Skoczyłam jako pierwsza. Był kompletnie na to nieprzygotowany. Przywarłam do jego grzbietu, starając się drapać i gryźć najmocniej, jak tylko potrafiłam. Jednocześnie uważałam na zranioną rękę, czy może już teraz łapę. Jayson kłapał szczękami przy jego nogach.
Po jakimś czasie spędzonym na walce, jeleń padł na ziemię. Zabraliśmy się za jedzenie. Mięso okazało się być niekoniecznie tak smaczne, jak byśmy tego oczekiwali, więc udaliśmy się na poszukiwania kolejnych potencjalnych ofiar. Łącznie upolowaliśmy trzy jelenie. Zostało mi wiele mięsa do zatrzymania na później w jaskini. Na dworze było dość chłodno, by się nie zepsuło przez kilka dni. Nim spostrzegliśmy, było już po południu.
- Niech to... wygląda na to, że dostanę ochrzan - stwierdził Jay, patrząc na wysokość słońca. Byliśmy raptem kilka, może kilkanaście kilometrów od Watahy Magicznych Wilków, więc oświadczyłam:
- Możesz już wracać. Było miło, ale nie chcę, by cię wyrzucili już na dobre.
- Niech ci będzie. Ale najpierw... - Przyciągnął mnie do siebie i namiętnie pocałował. O mało nie utraciłam równowagi, więc oparłam się o konar drzewa. Kiedy już powoli zaczynało nam brakować powietrza, niechętnie wypuścił mnie z ramion.
- Pamiętaj, jeśli chcesz się ze mną spotkać, przychodź... w to miejsce - mówiąc to, rozejrzał się po okolicy. Obok leżał niebieskawy kamień. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego nietypowy kolor. - Obok tej skały. Możemy się widywać co dziesięć dni w południe. Co ty na to?
- Zgoda.
Uśmiechnął się smutno i odszedł. Pozostałam sama.

<C.D.N.>

Uwagi: Jak już wcześniej pisałam - prosiłabym o częstsze wysyłanie opowiadań od tej postaci!

środa, 15 marca 2017

Od Navri "Biały lisek" cz. 1 (cd. chętny szczeniak)

Kwiecień 2019 r.
Udało mi się uciec od tatusia. Sądziłam, że to będzie doskonały pomysł, a ja przeżyję wspaniałą przygodę i będę miała co wspominać. Każdy dzień o schemacie wstać, jeść, leżeć, znowu jeść, sprawiać wrażenie, że coś robię, a następnie pójść spać, był nużący. Rutyna mi nieszczególnie co prawda przeszkadzała, jednakże czegoś wciąż było mi brak. Zaśmiałam się w duchu sama do siebie. Mam zaledwie trzy miesiące, a już rozważam sens istnienia.
Już od dłuższego czasu leżałam na kamieniu i wpatrywałam się we własne odbicie we wodzie. Nie całkiem wiedziałam, jak nazywa się to miejsce. W każdym razie często przychodziłam tutaj z tatą, aby się napić. Przymknęłam ślepka, próbując się skupić na tym, co widziałam. Wciąż mój własny wygląd pozostawał dla mnie zagadką. Wiadome mi jest tylko, że jestem zaskakująco niewielka nawet jak na szczeniaka i mam jasne futerko. Na pozostałe szczegóły nie pozwala mi słaby wzrok. Wszystko widzę jak przez mgłę, barwy są wyblakłe, a w najmniejszym cieniu jestem w stanie kompletnie oślepnąć. Westchnęłam cicho, otulając się swoim puszystym, śnieżnobiałym ogonem. Chciałabym być już duża. Może wtedy widziałabym wszystko, jak należy...
- Co to? - usłyszałam przyciszony głos - Jakiś mały, biały lisek?
- Nie, to jest...
- Cześć, lisku! - wrzasnął jakiś szczeniak. Gwałtownie się odwróciłam, jednak była dla mnie tylko rudawą, zamazaną plamą. Jako, że musiała biec w moim kierunku, a ja się odsunęłam, poślizgnęła się i wpadła do wody. Zaczęła głośno piszczeć.
- Aoki, trzymaj się! Już lecę! - odkrzyknęła odrobinę większa, czarna wadera. Wzięła rozbieg i zgrabnie wskoczyła do stawku. Z pewnej odległości obserwowałam, jak łapie mniejszą od siebie koleżankę i ciągnie do brzegu. Kaszlała, więc musiała się zachłysnąć wodą. Cofnęłam się o kilka kroków. Nie lubiłam obecności innych.
Już prawie zdołałam zniknąć za krzakami, kiedy dobiegł do moich uszu śmiech jednej i drugiej wadery. Śmiały się z własnej głupoty?
- Navri! - drgnęłam, słysząc moje imię. Skąd mnie znała? - W końcu możesz się z nami bawić, prawda? - zapytała czarna wadera, wyłaniając się zza kamienia. Widziałam ją niewyraźnie, bo stałam akurat w cieniu. Nie wiedziałam kompletnie, co odpowiedzieć. Drugi ze szczeniaków niezdarnie się wychylił. Prawdopodobnie też się uśmiechała.
- Ten lisek ma na imię Navri?
- Nie, Aoki. To jest mały wilczek - poprawiła ją czarna wadera.
- Wilk? Przecież ma takie strasznie długie uszy. Może jest tak naprawdę króliczkiem?
- Navri, to ja, Moone - zwróciła się do mnie czarna wadera, ignorując teorie koleżanki - Widziałam cię jak byłaś jeszcze taka... maleńka - mówiąc to, pokazała łapą najbliżej leżący kamyk. Zmarszczyłam nos. Aż taka mała to ja na pewno nie byłam.
- Czekałyśmy, aż będziemy mogły się pobawić! - dorzuciła Aoki, machając radośnie ogonem. Zmierzyłam je tylko chłodnym spojrzeniem, unosząc wysoko pysk. - Będzie super, zobaczysz!
Odwróciłam wzrok. Nie miałam żadnych przyjaciół, a jednak odczuwałam chęć uwolnienia się z tego towarzystwa. Nie robiły niczego złego, ale były naprawdę natrętne...
- Navri, proszę! Będziemy się świetnie bawić! - prosiła dalej Aoki. Zachowywała się gorzej, niż ja, choć wyglądała na starszą. Westchnęłam.
- Dobszze - powiedziałam, przeciągając wyraz w miejscu, gdzie chyba powinna się znajdować inna litera. Młode wadery popatrzyły na mnie w zdumieniu. Uniosłam łuk brwiowy.
- Ale śmiesznie mówisz - stwierdziła ruda. Przymrużyłam oczy. Nienawidziłam, kiedy wypominali mi to rodzice. Kiedy powiedział o tym ktokolwiek inny, poczułam jeszcze większe poirytowanie, jednak zdołałam to w miarę dobrze zamaskować.
- To w co się bawimy? Berek? Chowanego? - zaproponowała Moone. Za chwilę jej oczy zrobiły się okrągłe, gdyż musiała doznać olśnienia:
- A może pobawimy się w odkrywców lub poszukiwaczy skarbów?
- Odkrywców?! - emocjonowała się Aoki - A na czym to będzie polegać?
- Będziemy chodzić po terenach watahy... i szukać jakichś ciekawych rzeczy! - mówiąc to, zerknęła w moim kierunku. Cały czas się uśmiechała, jednak ja pozostawałam całkowicie niewzruszona.
- Chodźmy, chodźmy!
- Navri, może być? - zapytała Moone. Skinęłam beznamiętnie głową i zaczęłam iść w losowym kierunku. Nie wspomniałam im ani słowem o tym, że uciekłam tacie. W końcu co może się stać?
- Możemy zbierać trawę? - zadała pytanie Aoki.
- Nie, mówiłam, żeby były to ciekawe rzeczy - zaśmiała się Moone - Coś błyszczącego, ładnego... coś, co wygląda nietypowo.
Rozmawiały razem dalej, jednak ja już ich nie słuchałam. Próbowałam nie wpadać na drzewa. Tata zawsze powtarzał, że to nie ja na nie wchodzę, tylko one na mnie. Wiedziałam, że żartował, jednak on chyba o tym nie wiedział. Znałam prawdę. Naprawdę miałam słaby wzrok, a te drzewa w rzeczywistości stały w miejscu.
W końcu potknęłam się o korzeń, którego zwyczajnie nie zauważyłam. Zaryłam pyszczkiem w ziemię. Poczułam w ustach piasek.
- Navri! - krzyknęła Aoki. Usłyszałam, że galopuje w moim kierunku. Powoli podniosłam się na równe łapy.
- Zdarłaś sobie kolana - stwierdziła zmartwiona Moone. Spuściłam pyszczek. Długo mrużyłam oczy, żeby cokolwiek zobaczyć. Dopiero kiedy gorąca, czerwona ciecz zaczęła się rozprzestrzeniać po moim białym futerku, zwróciłam uwagę na to, że coś się dzieje. Piekło. Nie bolało, ale piekło.
- Krew! - pisnęła Aoki.
- Nie jest wcale tego aż tak wiele - powiedziała niepewnie Moone - To tylko otarcie, ale Navri jest jeszcze malutka. Chyba musimy to oczyścić i wstrzymać się z zabawą, póki krew trochę nie zakrzepnie.
- Racja! - potwierdziła Aoki - Mówili o tym w szkole.
Szkoła. Trochę im zazdrościłam tego, że już mogły do niej uczęszczać. Ja byłam jeszcze na to za młoda. Chciałabym się już uczyć. Nawet, jeśli większość szczeniaków podobno notorycznie wagarowała. Wspominała o tym ciocia Sohara.
Niespodziewanie poczułam napływające do oczu łzy. To odruch bezwarunkowy? Chyba tak.
- Nie płacz - powiedziała zmartwiona Aoki.
- Chyba pójdę po kogoś dorosłego - wymamrotała Moone. Nie czekając na naszą reakcję, oddaliła się. Zapanowało milczenie. Aoki w końcu się do mnie przytuliła, powtarzając, żebym nie płakała. Przecież nie płakałam. To łzy same poleciały. Nie czułam za grosz bólu czy żalu o przewrócenie się.
- Navri? - usłyszałam znajomy głos. Gwałtownie odwróciłam pyszczek w tamtym kierunku. Po niewyraźnym zarysie sylwetki poznałam, z kim mam do czynienia. Podszedł tak cicho, że nawet go nie usłyszałam. Za nim szła Moone, jednak ona robiła dużo więcej hałasu.
- T-tato? - powiedziałam, czując się dopiero teraz bardzo głupio.
- Szukałem cię od rana! - stwierdził z żalem w głosie. Nie był zły. Tego akurat byłam pewna. - Dziecko, coś ty zrobiła sobie w łapki?
Zbliżył się do mnie, by przyjrzeć się zadrapaniom. Wyglądał na bardzo zatroskanego.
- Przewróciła się - powiedziała Aoki, gdy tata nie doczekał się ode mnie odpowiedzi. - O korzeń.
Pokiwał w zamyśleniu głową.
- Chodźmy nad wodę. Trzeba to umyć. Na szczęście na służbie zawsze mam przy sobie apteczkę z Miasta, jednak chyba nie mam w zestawie wody utlenionej - mówił, jednak chyba żadna z nas całkowicie nie miała świadomości, o czym dokładnie.
Gdy doszliśmy na miejsce, tata najpierw obmył ranę, a następnie założył opatrunki. Nad stawkiem świeciło słońce, więc teraz widziałam w miarę wyraźnie. Uważnie go obserwowałam, chłonąc każdy ruch. Chciałam się też nauczyć, jak pomagać innym. W ogóle chciałabym posiąść jak największą wiedzę. Spojrzałam na Moone i Aoki. Większą wiedzę, niż tą posiadaną przez nie. Chcę być lepsza.
- I jak? - zapytała Moone.
- Lepjjej - odparłam. Po raz kolejny język mi się zaplątał. Czarna wadera nie wytrzymała i prychnęła śmiechem. Tata na nią spojrzał karcącym spojrzeniem. Doskonale wiedział o moich problemach z mówieniem. Zerknął na mnie, by sprawdzić, jak na to zareagowałam, jednak mój pyszczek pozostawał niewzruszony. Obserwowałam szczeniaki spokojnymi oczyma. Tata westchnął i zwrócił się do mnie:
- Navri, proszę, jeśli chcesz iść się spotykać z koleżankami, najpierw mi o tym mów, dobrze? Nie chcę się znowu denerwować, że coś ci się stało.
W zamyśleniu skinęłam głową.
- Możemy już iść się dalej bawić? - zaproponowała nieśmiało Moone.
- Idźcie - odpowiedział z uśmiechem tata. Wstał z trawy. - Ja muszę wrócić do poszukiwania Suzanny. Znowu się gdzieś zapodziała. Bawcie się dobrze!
Powoli odszedł. Długo jeszcze patrzyłam w kierunku, w którym po raz ostatni go widziałam.

<Aoki? Moone?>

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 13 marca 2017

Od Shiryu "Czyżby Zapomniany" Cz. 7 (CD Zirael)

Styczeń 2019
- Gdzie ja do jasnej jestem ? - rozległ się głos wadery w ciemności.
Płynęliśmy na chyboczącej tratwie wzdłuż jakiejś rzeki. Im się zbliżaliśmy szum wydawał się coraz bardziej głośny.
Problem był w tym, że byliśmy ciasno związani bardzo silnymi linami, jeżeli linami można to nazwać.
W oddali było widać zarys sylwetki znanego basiora spoglądającemu spokojnie w naszą stronę.
Tylko księżyc lekko oświetlał wodę na której sunęliśmy coraz szybciej.
- Jaki ja byłem głupi! Mogłem się domyślić, że ten niedorozwinięty basior przyjdzie po nas. Dlaczego nie posłuchałem się ciebie i nie zgłosiliśmy tego Alfie! - Byłem wściekły na siebie za moją lekkomyślność.
- Spróbuj w tej chwili się nad sobą nie użalać, tylko wymyśl albo zrób coś byśmy się z tej tratwy się uwolnili - Odpowiedziała wadera dość stanowczym głosem, dodając po chwili - Radzę ci się pośpieszyć, bo z czego co słyszę to jesteśmy blisko wodospadu.
- Mam pomysł, lecz chyba nie jest on... A dobra, i tak mamy zaraz zginąć, więc nic lepszego nie wymyślę w ciągu czterech minut - Miałem to już gdzieś. Byłem na tyle spanikowany i zdesperowany, że nawet mój logiczny tryb myślenia nic tu nie zdziała - Niedaleko nas jest bardzo duży wystający korzeń, złapiesz go jak będzie koło nas. Ja muszę się zmienić w lwa by liny przerwały. Potem ciebie trzeba odwiązać.
- Dobra, nie wiem ile ja to utrzymam, ale spróbuje jak najdłużej - Odgarnęła Lea
Po chwili pojawiła się gałąź. Krzyknąłem do Ariz, by chwyciła korzeń.
Zmieniłem się w lwa. Liny zerwały się gdy odwiązywałem waderę nie wytrzymała. Puściła korzeń.
Z kilka sekund później lecieliśmy w dół. Gdy spadaliśmy, całe życie przeleciało mi przed oczami. Czułem, że w coś uderzyłem. Zanurzając się głębiej i głębiej. Bez mojej woli zamieniłem swą normalną postać. Uświadomiłem sobie coś. Nie mogę tak opuścić tego świata utopić się przerzednąć. Za dużo rzeczy mnie tu trzyma. Dobra wataha, kochana Zirael, marudliwa Alfa, przygody z Miniru, i jeszcze ślady po ugryzieniu. Resztką sił i powietrza wypłynąłem na powierzchnie. Nagle przypomniała mi się Zirael. Nabrałem powietrze w płuca. Zanurzyłem się. Wziąłem szybko waderę na grzbiet. Płynąłem resztką sił do brzegu. Stając na stałym lądzie uświadomiłem sobie, że mam złamaną  tylną łapę. Odłożyłem delikatnie Ariz na piasku. I sam padłem na ziemie ze zmęczenia. Obudził mnie ptak. Pewnie chciał sprawdzić czy żyję.
Wstałem obolały na cztery łapy. Zimny, lecz orzeźwiający poranek postawił mnie na nogi. Wadera spała. Złowiłem cztery ryby. Byłem na tyle głody, że wpałaszowałem nie mało się dławiąc. Postanowiłem się rozejrzeć po okolicy. Nie przypominało to watahy. Lecz coś na stylu tej opuszczonej jaskini. Ujrzałem coś niebywałego. Ten sam kwiat którego widziałem w jaskini. Pudrowy róż z mocnym odcieniem granatu w środku. Przypomniała mi się Ariz. Ona tam spała, a trzeba wrócić. Lecz coś mnie zatrzymało. Coś naprawdę niezwykłego. Osłupiałem. Nie mogłem oderwać od tego oczu. Było to połączenie konia z orłem. Coś naprawdę niezwykłego. Jego piękna kruczoczarna sierść, a jednocześnie pióra odbijały się w blasku słońca. Koński ogon był jednak bardziej wyblakły, lecz z zielonym pasemkiem. Patrzyłem na niego niczym zahipnotyzowany. On również wykazywał zainteresowanie. Skrzywił lekko łepek w bok. Potruchtał do mnie. Przypatrzył się i odleciał, niedaleko  po prostu zatrzymał się w powietrzu. Rzuciłem mu jeszcze rybę i wyruszyłem w stronę Zirael.

<Zirael?>

Uwagi: Już w przypadku op. Zirael pisałam, co z tymi datami - wpisujesz datę, o której toczy się akcja opowiadania, a nie aktualny miesiąc i rok na stronie! Zapomniałaś o imieniu Zirael na końcu opowiadania, a ono również jest ważne. Chyba Ci zjadło wszystkie myślniki. Po kropkach stawia się Spację! Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie! Przy niektórych zdaniach pomylił Ci się szyk lub rzeczy typu stopniowanie (np. zamiast bardziej głośny powinniśmy mówić głośniejszy). Radzę poczytać co nieco o przecinkach. Kompletnie nie rozumiem następującego zdania: "Nie mogę tak opuścić tego świata utopić się przerzednąć.". Najpierw była mowa, że złowił cztery ryby, a później wszystkie zjadł, a następnie rzucił kolejną hipogryfowi (?). Skąd ta piąta ryba, skoro jej nie wyławiał?
I ekhem, pragnę przypomnieć, że Shiryu ma złamaną łapę, a później nagle sobie chodził bez problemu... Nigdzie nie było wzmiance o bólu. Poza tym w momencie złamania powinien o tym wiedzieć, a nie uświadomić sobie dopiero po wypłynięciu na brzeg.

czwartek, 9 marca 2017

Od Moone „Kiedy zaśpiewa słowik” cz. 2 (c.d. Dante)

Zima 2018
Któregoś dnia spóźniałam się na lekcje logiki. Biegłam nie patrząc czy ktoś idzie i nagle w połowie drogi usłyszałam przewracające się książki. Odwróciłam się i zauważyłam jak jakiś wilk próbuje podnieść stertę książek. Podeszłam do niego,
- Mogę pomóc? - spytałam się.
Gdy pomogłam mu pozbierać książki to zamienił on się w inne stworzenie. Na początku nie wiedziałam o co chodzi, ale później zorientowałam się, że to ta sama osoba. Przedstawił się, nazywał się Dante. Dowiedziałam się, że książki nie były dla niego, lecz dla jego partnerki. Z moim nowym przyjacielem poszłam do jego domu odwiedzić jego partnerkę, która była w ciąży. Bardzo chciałam zobaczyć małego szczeniaczka, chociaż widziałam już noworodka, ale już tego za bardzo nie pamiętam, gdyż urodził się dzień później od moich narodzin. Chciałabym, żeby to była dziewczynka. Mogłabym być jej przyjaciółką. Będąc już tam w jaskini zauważyłam wilczycę, przy której leżało małe, białe stworzonko. Dante podbiegł do niej i zauważył, że jego partnerka urodziła szczeniaka-albinosa. Przez chwilę rozmyślał nad czymś, a ja podbiegłam zobaczyć wilczątko.
- Mogę się z nią pobawić? - wypytywałam podekscytowana.
Jednak uciszali mnie, żebym nie obudziła maleństwa. Położyłam się obok niego i przypatrywałam się. Jednak nie robił nic innego jak spał i oddychał. Dante położył się obok partnerki. Wszyscy usnęliśmy. W nocy obudziłam się. Porozglądałam się jeszcze po jaskini i wyszłam z niej. Poszłam do lasu. Nie chciałam aby oni się dowiedzieli, że co noc nawiedza mnie demon. Tej nocy jednak Sagope do mnie nie przyszedł. Kolejnego ranka wróciłam do nich. Wskakując do ich jaskini witałam się. Obudziłam tym wszystkich. Malucha też.
- Czemu przychodzisz tak wcześnie? - spytała się mama szczeniaka.
- Przecież nie jest już rano! Pora wstawać! - wykrzyknęłam – Chciałam się coś jeszcze spytać.
- Tak?
- A jak będzie się nazywać moja nowa koleżanka?
- Najprawdopodobniej Narvi.
W głowie powtarzałam sobie ciągle te imię, żeby nie zapomnieć. Niestety, mam troszkę słabą pamięć do imion. W ich jaskini zachowywałam się jak bym była w swojej. Trochę nieładnie.
- A czy przypadkiem nie miałaś iść do szkoły? - wtrącił Dante.
Tak, właśnie. Znowu zapomniałam o szkole. Dlatego pożegnałam się i pobiegłam w stronę jaskini, gdzie miały odbywać się lekcje wilczej historii. Na szczęście zdążyłam, chociaż było już tam kilka wilków. Usiadłam sobie na kamieniu. Po chwili przyszedł nauczyciel, Kai.
- Dzień dobry, witajcie na kolejnych lekcjach. Dziś opowiemy sobie o powstaniu magicznego wilka. - odparł Kai.
Pomyślałam sobie, że my nie będziemy musieli opowiadać, tylko on, ale okazało się, że nie. My też musimy. Trochę mnie to przeraziło, przecież jestem nieukiem i nigdy nie opowiadałam czegoś. Basior rozdał nam książki przyniesione z biblioteki i mieliśmy otworzyć na stronie, gdzie są obrazki z różnymi zwierzętami i wilkiem z inną łapą. Nauczyciel wskazał na mnie, żebym opowiedziała jak mogło wyglądać stworzenie magicznego wilka.
- Pewnego dnia... eee... - jąkałam się a wszyscy się na mnie patrzyli - … był sobie wilk, który urodził się ze skrzydłem zamiast łapy. Koniec.
Po chwili podszedł do mnie Kai. Spytał się, czemu tak krótko. Nic nie odpowiedziałam. Kontynuował lekcję.
- Jedną z legend jest o stworzeniu magicznego wilka jest to, że gdy bóg stwarzał różne zwierzęta to przy stwarzaniu trzeciego wilka popełnił mały błąd. Zamiast lewej przedniej łapy miał skrzydło nietoperza. Inne zwierzęta go omijały, gdyż bały się go. Jednak miał on partnerkę nie zwierzę, lecz nimfę. Wtedy urodziły się wilczki z magicznymi mocami. Jednak one ukrywały się przed ludźmi.
Przynajmniej czegoś się dowiedziałam. Ale myślałam też, co robi Narvi. Kiedy się w końcu ze mną pobawi...

<Dante...?>

Uwagi: Jak już wcześniej ustaliłyśmy - przydałoby Ci się robienie dokładniejszego riserczu podawanych prze siebie informacji. Ponadto komentarz "odparł" używany jest w takim samym wypadku jak "odpowiedział", czyli ktoś musiał już wcześniej skierować do danej osoby wypowiedź. Kwestia zaczynająca dialog nigdy nie może być komentowana jako "odparł", bo nie miał na co. To trochę jak odpierać nieistniejący atak.