Tego ranka z niewyjaśnionych przyczyn obudziłam się bardzo wcześnie.
Było na pewno przed piątą. Nieważne jak bardzo starałam się zasnąć, to
wyszło z tego wielkie zero. Biorąc pod uwagę, że poszłam, spać o
trzeciej każdy mięsień mojego ciała odmawiał mi posłuszeństwa. Czułam
ból dosłownie w każdym mięśniu. Przez te wszystkie wydarzenia nie mogę
spać.
"Albo budzę się gdzieś w środku lasu, albo budzę się tuż po zaśnięciu. Po prostu cudownie!" - Pomyślałam.
Z wielkim bólem podniosłam się na równe łapy. Powoli wyszłam przed
jaskinie. Moje mięśnie w łapach zaczęły drżeć. Postanowiłam, pójść do Wodopoju by woda ukoiła ból. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wiedziałam,
jednak że z tym bólem trochę to zajmie. W pewnym momencie drogi
potknęłam się i sturlałam się jakieś trzysta metrów w dół. Syknęłam z
bólu. Jednak był jeden plus - Wodopój miałam już tylko kilka metrów przed
sobą. Powolnym krokiem skierowałam się do niego. Gdy wreszcie tam
dotarłam, ujrzałam wilka bawiącego się wodą. To musiałam, jej przyznać
miała talent. Sama nie wiem, dlaczego, ale w pewnym momencie się
odezwałam:
- Nie powiem, ładnie Ci to wyszło - Powiedziałam, po czym od razu położyłam łapę na moim pysku.
Głupia ja znowu odezwałam się w najmniej odpowiednim momencie. Wilczyca
spojrzała na mnie. Odwróciłam wzrok i kulejąc, na lewą przednią łapę
zanurzyłam się w wodzie. Nie chciało mi się nawiązywać rozmowy. Wzięłam
głęboki wdech i zanurkowałam.
"O tak! To właśnie tego potrzebowały moje mięśnie" - Pomyślałam.
Kompletnie zapomniałam, że nie mogę oddychać pod wodą i zaczęłam się
topić. W ostatniej sekundzie udało mi się dopłynąć na powierzchnię.
Zaczęłam kaszleć i pluć wodą. Co więcej, przez tę wodę zaczęła mnie
przeraźliwie boleć łapa.
- Wszystko w porządku? - Zapytała wilczyca.
- W jak najlepszym. - Powiedziałam, posyłając jej mordercze spojrzenie.
Zapadła długa i niezręczna cisza. Postanowiłam ją wykorzystać i się
ulotnić. Wyszłam z wody, otrzepałam się i kiedy już miałam, odchodzić
usłyszałam głos wilczycy.
- Zaczekaj...
- Czego chcesz - Zapytałam i spojrzałam jej w oczy moim beznamiętnym spojrzeniem.
- Twoja łapa... cieknie z niej krew
- Nie przejmuj się tym, to tylko draśnięcie.
- Ale... trzeba to opatrzyć, bo inaczej się wykr... - Przerwała zdanie, gdy zobaczyła, jak zlizałam całą krew z łapy.
- Zadowolona!? A teraz proszę nie denerwuj mnie jeszcze bardziej, bo mogę
Ci zrobić krzywdę - Powiedziałam i wytknęłam język, z którego skapnęła
kropla krwi.
(Sarah? Co będzie dalej? )
Uwagi: Powtórzenia. Nieprawidłowy zapis wypowiedzi. W WMW "Wodopój" jest nazwą konkretnego miejsca, więc powinno się ją zapisywać z wielkiej litery. Poza tym zaczęłam się teraz zastanawiać, dlaczego one taplały się w miejscu, w którym wszyscy piją... i równie dziwi mnie to, że Mizuki zaczęła się topić na głębokości 50 cm. Poza tym turlając się przez 300 m mogła się poważnie poturbować, a nawet umrzeć (wiadomo - drzewa, krzewy, kamienie itd.), a nie tylko mieć jedno zadrapanie na łapie i poza tym być w nienagannym stanie.
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
niedziela, 16 października 2016
Od Mizuki "Chwile załamania" cz. 2
Po krótkiej rozmowie oboje rozeszliśmy się w swoje strony. Nie
zadawaliśmy pytań, w końcu i tak żadne z nas nie znało na nie
odpowiedzi. Wróciłam na tereny watahy. Spojrzałam w górę. Całe niebo
przykryte było ciemnoszarymi chmurami. Z drzew pospadały już wszystkie
liście, a na gałęziach siedziały stada wron. Pod łapami wyczuwałam
ohydną breję zwaną błotem. Nienawidziłam go. Jednak teraz mi nie
przeszkadzało. Nagle coś przykuło moją uwagę. Nie było to coś wielkiego
jednak na pewno było to coś "niecodziennego". Mała niebieska kulka
latała w górę i w dół przy jednej z ostatnich gałęzi drzewa. Ostrożnie
wdrapałam się na górę. Powolnym krokiem szłam już po gałęzi, przy której
to "coś" latało. Krok za krokiem. Po krótkiej chwili doszłam do końca
gałęzi. Niebieskie światło mnie zahipnotyzowało. Nagle usłyszałam głos
dobiegający z niebieskiej kulki:
- Witaj, panienko! - Powiedział delikatny, lekko drwiący ze mnie głos.
Zamurowało mnie. Cofnęłam się o krok, potem o dwa. Zaczęło padać, niewielkie krople deszczu zamieniły się w ulewę. Strach mnie sparaliżował. Nie mogłam nawet ruszyć ogonem. Z nieba zaczęły uderzać pioruny. Kompletnie zapomniałam, że siedzę na drzewie. Nagle jeden z piorunów uderzył w gałąź na której siedziałam. Poczułam jak spadam, usłyszałam głośne bicie mojego serca. Czas zwolnił a ja patrzyłam jak powoli spadam. Tuż nad ziemią zamknęłam oczy. Jednak... przestałam spadać. Otworzyłam oczy. Otaczała mnie jakaś czerwona energia, jakby chroniła mnie przed upadkiem. Powoli zaczęłam opadać w dół. Gdy znalazłam się na ziemi, czerwona poświata zniknęła. Usłyszałam wtedy z konar drzewa głos:
- Jesteś strasznie problematyczna - Głos się zaśmiał.
Spojrzałam w górę i ujrzałam biało-czerwonego wilka z czerwonymi jak u diabła oczami.
- Witaj, panienko! - Powiedział delikatny, lekko drwiący ze mnie głos.
Zamurowało mnie. Cofnęłam się o krok, potem o dwa. Zaczęło padać, niewielkie krople deszczu zamieniły się w ulewę. Strach mnie sparaliżował. Nie mogłam nawet ruszyć ogonem. Z nieba zaczęły uderzać pioruny. Kompletnie zapomniałam, że siedzę na drzewie. Nagle jeden z piorunów uderzył w gałąź na której siedziałam. Poczułam jak spadam, usłyszałam głośne bicie mojego serca. Czas zwolnił a ja patrzyłam jak powoli spadam. Tuż nad ziemią zamknęłam oczy. Jednak... przestałam spadać. Otworzyłam oczy. Otaczała mnie jakaś czerwona energia, jakby chroniła mnie przed upadkiem. Powoli zaczęłam opadać w dół. Gdy znalazłam się na ziemi, czerwona poświata zniknęła. Usłyszałam wtedy z konar drzewa głos:
- Jesteś strasznie problematyczna - Głos się zaśmiał.
Spojrzałam w górę i ujrzałam biało-czerwonego wilka z czerwonymi jak u diabła oczami.
- Spotkamy się później - powiedział delikatnie kłaniając się.
- Zaczekaj... - Nie zdążyłam dokończyć, wilk zmienił się w mgłę i zniknął, jakby nigdy go nie było. Poczułam, jak opuszcza mnie świadomość. Zobaczyłam mgłę przed oczami, zakręciło mi się w głowie i straciłam przytomność. Nic już nie rozumiałam, w mojej głowie było tyle pytań, ale żadnej odpowiedzi. Moja świadomość pogrążyła się w ciemności. Czułam tylko zimno, jednak nie przeszkadzało mi to. Nareszcie mogłam odpocząć. Z dala od denerwujących wilków i setki ich pytań typu: "Czy na pewno wszystko ze mną w porządku". Chyba popadałam w depresję. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać i kolejny raz sztucznie się uśmiechać udając kogoś, kim od dawna nie jestem. Jednak "oni" tego nie widzieli...
"Wspaniała ze mnie aktorka" - Powiedziałam i zaśmiałam się.
Z tego przyjemnego transu wyrwał mnie głos:
- Ej! Ej ty! Wszystko w porządku? - Zapytał głos.
Była to wilczyca z nocnego patrolu.
- Jasne, że tak. - Powiedziałam i uśmiechnęłam się sztucznie.
Znowu padło to pytanie, a ja kolejny raz zrobiłam tę sztuczną minę. Nie wiem, ile już razy zbajerowałam tak wilka.
„Kurwa, jaka ona głupia. Ona też nie zauważyła, że to było sztuczne” - Pomyślałam.
- Tak czy siak nie powinnaś leżeć na dworze, kiedy temperatura wynosi na minusie, możesz przecież... - Nie dokończyła.
- Nie przeszkadza mi zimno - Szybko przerwałam jej wypowiedź.
Podniosłam się z ziemi, otrzepałam z liści i błota, po czym ruszyłam w kierunku mojej jaskini. W czasie drogi analizowałam wszystko, co wydarzyło się dotąd. Nim się obejrzałam byłam już w jaskini. Było już późno. Może trzecia w nocy. Położyłam się przy wejściu i wpatrywałam się w niebo. Jednak jedyne co zobaczyłam, były gęste czarne chmury. Potrzebowałam jego... najwspanialszego, a zarazem pustego blasku księżyca. Sama nie wiem, dlaczego już od szczeniaka tak strasznie pożądam jego blasku.
CDN
- Zaczekaj... - Nie zdążyłam dokończyć, wilk zmienił się w mgłę i zniknął, jakby nigdy go nie było. Poczułam, jak opuszcza mnie świadomość. Zobaczyłam mgłę przed oczami, zakręciło mi się w głowie i straciłam przytomność. Nic już nie rozumiałam, w mojej głowie było tyle pytań, ale żadnej odpowiedzi. Moja świadomość pogrążyła się w ciemności. Czułam tylko zimno, jednak nie przeszkadzało mi to. Nareszcie mogłam odpocząć. Z dala od denerwujących wilków i setki ich pytań typu: "Czy na pewno wszystko ze mną w porządku". Chyba popadałam w depresję. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać i kolejny raz sztucznie się uśmiechać udając kogoś, kim od dawna nie jestem. Jednak "oni" tego nie widzieli...
"Wspaniała ze mnie aktorka" - Powiedziałam i zaśmiałam się.
Z tego przyjemnego transu wyrwał mnie głos:
- Ej! Ej ty! Wszystko w porządku? - Zapytał głos.
Była to wilczyca z nocnego patrolu.
- Jasne, że tak. - Powiedziałam i uśmiechnęłam się sztucznie.
Znowu padło to pytanie, a ja kolejny raz zrobiłam tę sztuczną minę. Nie wiem, ile już razy zbajerowałam tak wilka.
„Kurwa, jaka ona głupia. Ona też nie zauważyła, że to było sztuczne” - Pomyślałam.
- Tak czy siak nie powinnaś leżeć na dworze, kiedy temperatura wynosi na minusie, możesz przecież... - Nie dokończyła.
- Nie przeszkadza mi zimno - Szybko przerwałam jej wypowiedź.
Podniosłam się z ziemi, otrzepałam z liści i błota, po czym ruszyłam w kierunku mojej jaskini. W czasie drogi analizowałam wszystko, co wydarzyło się dotąd. Nim się obejrzałam byłam już w jaskini. Było już późno. Może trzecia w nocy. Położyłam się przy wejściu i wpatrywałam się w niebo. Jednak jedyne co zobaczyłam, były gęste czarne chmury. Potrzebowałam jego... najwspanialszego, a zarazem pustego blasku księżyca. Sama nie wiem, dlaczego już od szczeniaka tak strasznie pożądam jego blasku.
CDN
Uwagi: "Nagle usłyszałam głos
dobiegający z niebieskiej kulki. (...) Powiedział delikatny, lekko drwiący ze mnie głos. Zamurowało mnie, kiedy z tej niewielkiej kulki dobiegł głos." - To tak trochę nie ma sensu... Wciąż źle stawiasz Spacje przy wypowiedziach. Jeśli chcesz określić, że coś było powiedzmy w dwukolorowe paski, powinnaś między barwami postawić myślnik, np. biało-czerwonego. Wciąż zdarzają Ci się powtórzenia. Powinno się ich unikać do odstępu dwóch zdań.
sobota, 15 października 2016
Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 2
Uwaga! Opowiadanie zawiera sceny drastyczne.
Wielokrotnie potykając się o przedmioty leżące na ziemi, a których wcześniej nie dostrzegłam, wybiegłam z budynku, minęłam ogródek i potknąwszy się o niziutki płotek wywróciłam się na żwirową ścieżkę. Zdarłam sobie kolana, łokcie i policzek. Zaczęłam cicho łkać, choć wiedziałam, że rany już się goją. To raczej z nerwów, niż ze strachu. Jeszcze nigdy nie byłam świadkiem czegoś tak okropnego. Cokolwiek się tam działo, z całą pewnością do normalnych nie należało. Powinnam o tym komuś powiedzieć?
Zaczęłam się czołgać, byle dalej od przerażającego domu. Rozpaczliwa chęć ratowania siebie, choć miałam świadomość, że pewnie nikogo tam nawet nie ma. Byłam brudna i zapłakania. Po drodze upuściłam też gdzieś swój plecak. Ot, taka silna i odważna Sohara. Co się ze mną dzieje? Nigdy nie stresowałam się rzeczami tego typu. Może to przez to napięcie i ciężkość wyczuwalną w powietrzu? Nie chodziło tylko o smród ciała będącego już na dość wysokim poziomie rozkładu. Chodziło o coś, czego nawet nie umiałam ubrać w słowa. Możliwe, że czarna magia.
Skuliłam się pod pobliskim drzewem i przycisnęłam kolana do piersi. Zaczęłam się lekko kołysać i szeptać różne rzeczy do samej siebie, byleby się nieco opanować. Raz po raz spoglądałam to na budynek, to na ścieżkę. Miałam wrażenie, że ten dom ma oczy i się we mnie wpatruje. To nie było zdecydowanie przyjemne. Zacisnęłam powieki, próbując przestać płakać i wrócić do trzeźwego myślenia. Zastanawiałam się, czy warto iść po plecak, gdyż było tam wiele bardzo ważnych rzeczy... jednak poczucie, że tym razem spotka mnie tam coś zdecydowanie złego było silniejsze. Roztrzęsiona podniosłam się spod drzewa i nawet nie myśląc o otrzepywaniu ubrań rzuciłam przelotne spojrzenie na dom, po czym szybkim krokiem ruszyłam w kierunku, w którym powinnam natrafić na Watahę Magicznych Wilków.
Będąc w połowie drogi chyba straciłam przytomność, bo zrobiło mi się ciemno przed oczami. Kiedy je otworzyłam, spostrzegłam, że jestem... na balu maskowym. Miałam na sobie piękną, brązowo-czarną suknię z którejś z zeszłych epok, a przede mną wirowały dziesiątki równie wytwornych par w rytm muzyki klasycznej. Czułam się co najmniej dziwnie. Zdenerwowana zaczęłam gładzić materiał sukni, by czymś zająć roztrzęsione ręce. Czy jest tu gdzieś toaleta? Nigdzie nie było okien, tylko lustra, lustra, lustra... Nie wiem nawet, czy mamy dzień, czy noc.
Zaczęłam się uważniej przyglądać sali. Nad nami wisiał wspaniały, kryształowy żyrandol. Podłoga była czysta, niesamowicie lśniąca i beżowa. Może marmurowa? Ściany były pokryte misternie zdobionymi tapetami z motywem kwiatów. Gdzieniegdzie stały również złote świeczniki, w które powkładane były dziesiątki świec. Rzucały one blade światło na tancerzów. Nie słyszałam nigdzie rozmów. Wszyscy się do siebie tylko uśmiechali. Damy w maskach do dżentelmenów w maskach. Wyglądało to cudownie i przerażająco za razem. Chciałam zapytać, gdzie jestem, jednak wszyscy byli tak zajęci sobą i słodką muzyką, że żal było mi to rujnować. Stałam pod ścianą i patrzyłam na to zjawisko tak uważnie, że nie dostrzegłam, kiedy podszedł do mnie wysoki, ciemno ubrany mężczyzna i wyciągnął w moją stronę rękę. Odruchowo mu ją podałam, starając się zamaskować zdumienie pod powłoką stoickiego spokoju. Maska, którą miałam na twarzy musiała mi to również znacznie ułatwiać. Ucałował delikatnie moją dłoń, po czym przemówił:
- Można prosić szanowną panią do tańca?
- Ja... - urwałam - Tak, naturalnie.
Delikatnie pociągnął mnie za trzymaną rękę, następnie chwycił mnie jedną w pasie i zaczęliśmy poruszać się identycznie jak wszyscy inni. Nie znałam tego tańca, więc myliłam kroki, lecz on zdawał się nawet tego nie zauważyć. Popatrzyłam z niedowierzaniem na jego skupioną twarz. Była w dużej mierze przykryta misternie zdobioną czarno-złotą maską, jednak widziałam bardzo wyraźnie jego orzechowe oczy, które śledziły mój każdy ruch. Zawstydzona spuściłam wzrok. Jego spojrzenie nie było tak puste jak pozostałych ludzi. Miało w sobie coś z prawdziwego zafascynowania.
- Przepraszam, my się znamy? - wymamrotałam, obserwując jedną ze swoich rąk, która jak się okazało była idealnie czysta i gładka. Dlaczego? Przecież wpadłam w kilka pajęczyn i czołgałam się po ziemi i trawie. Ktoś mnie umył?
- Ależ skądże - odpowiedział nieznajomy. Spoglądając na niego ukradkiem dostrzegłam, że lekko się uśmiecha. Ogarnęła mnie złość. Spróbowałam mu się wyrwać, jednak nic z tego.
- Przepraszam pana, ale muszę już stąd iść... Muszę wrócić do domu.
- Tutaj nie ma już czegoś takiego jak "dom" - oznajmił ze spokojem, zaciskając nieco mocniej dłoń na mojej. - To jest twoje miejsce.
- Nieprawda! - krzyknęłam, szarpiąc się z mężczyzną, jednak ten chwycił mnie jeszcze mocniej - Ratunku! Niech ktoś mi pomoże!
Wszyscy zdawali się nie słyszeć. Miotałam się jak dzika, próbując wpaść na którąkolwiek z par by wyrwać ich z transu, jednak za każdym razem zgrabnie odsuwali się. Nieważne, ile bym próbowała, i tak kończyło się na niczym.
- Puść mnie... - mruknęłam ze złością, po raz kolejny próbując się od niego odsunąć.
- Moja droga, wiedz, że od więzów krwi nie uciekniesz... Prędzej czy później wszystko skończy się tragicznie.
Puścił mnie, a ja nieprzygotowana na to straciłam równowagę i upadłam.
***
Kiedy otworzyłam oczy, zorientowałam się, że leżę na piasku. Zbolała powoli podniosłam się z ziemi i rozejrzałam dookoła. Byłam w tym samym miejscu, w którym straciłam przytomność po raz pierwszy. Była noc. Wyglądało na to, że bal maskowy był tylko snem... Obejrzałam samą siebie. Znowu byłam brudna, w szarym podkoszulku i dresowych spodniach. Zadrżałam, czując chłodny podmuch wiatru. Otuliłam się rękoma i w zamyśleniu spuściłam wzrok. O co w tym chodzi? Rzadko miewam tak realistyczne sny. Musiał mieć jakieś głębsze przesłanie. I jeszcze ten głos mężczyzny... był tak głęboki i delikatnie zachrypnięty. Byłam niemalże absolutnie pewna, że był mi dziwnie znajomy...
Poczułam na swojej odkrytej skórze zimne krople wody. Spojrzałam do góry, by sprawdzić, czy to nie czasem spadło z drzewa, jednak w tej samej chwili lunął deszcz. Wspaniale. Obejrzałam się po raz kolejny. Wracać do watahy, czy lepiej schronić się w budynku? Nawet jeśli przemienię się w wilka mogę złapać jakieś choróbsko. Wiedziałam, że w tych okolicach nigdzie nie znajdę jaskini. Może przycupnę pod drzewem? Błysk i grzmot pioruna. Nie, to jednak nie będzie dobry pomysł. Wciąż kręciło mi się lekko w głowie. Chwiejnym krokiem ruszyłam w kierunku przerażającego domu. Będąc w tym stanie nie byłam gotowa na logiczne myślenie... a ponadto wizja spędzenia tam reszty nocy już nie zapowiadała się tak źle, jak przed upadkiem. Gdy tylko minęłam próg drzwi i poczułam wszechobecny smród, zmieniłam zdanie, jednak teraz już nie było sensu zawracać.
Usiadłam na drewnianej podłodze w werandzie i patrzyłam na deszcz. Nie miałam najmniejszego zamiaru zapuszczać się ponownie w głąb tego budynku. Oparłam się głową o belkę podtrzymującą dach i skuliłam się, starając się zatrzymać jak najwięcej ciepła. Oczy same mi się zamykały, jednak za każdym razem budziłam się, potrząsając głową. Strach pomyśleć, co by się stało, gdybym nie była w pełni gotowości w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.
Po już którejś godzinie wpatrywania się w pojawiające się kałuże, usłyszałam niepokojące stukanie w domu. Znieruchomiałam i wstrzymałam oddech. Zaczęłam nasłuchiwać. Znowu usłyszałam pukanie. Odruchowo sięgnęłam do plecaka po jakiegoś gnata, ale zapomniałam, że już go nie posiadam. Przeklęłam w duchu i obróciłam za siebie. W środku było ciemno. Znowu pukanie, jednak teraz zaczęło brzmieć trochę jak wchodzenie bądź schodzenie po schodach. Zamarłam. Co jeśli te zwłoki, które znalazłam w piwnicy w jakiś sposób ożyły? Powoli wstałam, napinając wszystkie mięśnie. Próbowałam cokolwiek zobaczyć, ale to wszystko na nic. Mimo doskonałego wilczego wzroku widziałam wyłącznie nieprzeniknioną ciemność. Znowu pukanie. Już chwilę potem zobaczyłam zarys ludzkiej sylwetki wyłaniający się z piwnicy. Była owinięta płachtą ciemnego materiału. Zatrzymała się, stojąc w cieniu tak, że wciąż nie widziałam jej twarzy.
- Czego dziewczę tu szuka? - wychrypiała. Brzmiała jak zwykła staruszka... Od razu na myśl przyszła mi ta naga kobieta w piwnicy. Nie wyglądała na tak starą... ale jednak istniał cień szansy, że była to właśnie ona.
- Ja... - urwałam - ...chciałam przeczekać deszcz.
- A dzieweczka wie, że tutaj nikt nie może wchodzić? - jej głos przybrał groźniejszy ton. Zamarłam. Mogłam się tego spodziewać. Po co w ogóle tutaj przychodziłam?
- N-nie...
- Więc niech dziewczyna się wynosi! - krzycząc to, trzasnęła o kruchą podłogę laską, której do tej pory w ogóle nie widziałam. Wtedy wychyliła swoją głowę za cienia i ujrzałam jej trupio bladą twarz pokrytą przebarwieniami oraz jej całkowicie czarne oczy, a raczej coś, czym zostały wcześniej zastąpione. Włosy zdawały się być tak delikatne, że kruszyły się przy jej każdym ruchu. Pod materiałem dostrzegłam jej nagą pierś oraz ciało pokryte cienkimi przecięciami, przez które musiała mieć spuszczoną krew. Z mojego gardła wydobył się przeraźliwy wrzask, a ja pędem rzuciłam się w ulewę.
Przez pierwszy kilometr szaleńczej ucieczki sądziłam, że martwa kobieta mnie goni, jednak po jakimś czasie doszłam do wniosku, że jej nigdzie nie widzę i że musiała zostać w budynku. Z łomoczącym sercem ze zdenerwowania i zmęczenia usiadłam na kamieniu. Ciężkie krople deszczu uderzały o moją głowę, jednak ja nic sobie z tego nie robiłam. Było mi zimno, ale mówi się trudno - najwyżej będę chora. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
Spróbowałam uspokoić oddech, zwieszając głowę i odgarniając przemoczone włosy do tyłu. Po drodze zgubiłam gdzieś również okulary, więc gorzej widziałam. Będę musiała iść do Miasta i zakupić nowe... Pora wracać w końcu do watahy. Wstałam na równe nogi, zmieniłam się w wilka i ruszyłam w kierunku, gdzie powinnam natrafić na stado.
Nie mogłam się jednak pozbyć wrażenia, że ktoś mnie śledzi i był
znacznie bardziej ludzki od wcześniej zobaczonych zwłok. Może to była
zwykła iluzja, a ja dałam się nastraszyć? Co się stało z dawną
nieustraszoną Soharą? Co jeśli to moja prawdziwa twarz, a ja w
rzeczywistości jestem strachliwą dziewczyną, która tylko zgrywa
twardziela?
<C.D.N.>
Uwagi: Kilka literówek.
piątek, 14 października 2016
Od Moone "Czarna historia" cz. 1 (cd. Suzanna)
Krewni Moone tworzyli watahę, która posiadała wilki wyłącznie z jednej
rodziny. Po prostu tworzyli rodzinną watahę. Jej rodzina nie posiadała
żadnych mocy, wszyscy mieli skrzydła. Alfą tej "watahy" był pradziadek
Moone. Nosił od imię Sago. Jego syn, Sagope, był zazdrosny o władzę i
żeby zdobyć moc zjadł najbardziej jadowitego węża w tamtejszych
terenach. Wąż nie został pogryziony, dlatego ukąsił Sagopea w serce.
Nagle przemienił się w czarny posąg a kolejno zaczął pękać. Z powstałych
szpar wydostawały się kłębki dymu i falującego czarnego światła. Nagle
wszystko się rozprysło. Huk był okropnie wielki i przez to w tamtym
terenie zrobił się krater. Dziadek Moone stał się demonem. Zaczął
pożerać swoje dzieci, ale jedna młoda wadera oddaliła się na tyle, że
przy eksplozji poczuła lekki podmuch wiatru. Dzięki temu uniknęła
zginięciu. Gdy już zabił swoje potomstwo, zabrał się za resztę swojej
rodziny. Swoimi neonowoczerwonymi oczami oślepiał wszystkie organizmy
żywe, nawet rośliny, co wydawało się niemożliwe. Na ogonie miał grube
kolce, co przy szarpnięciu przecięłoby wszystko. Po dwóch latach, kiedy
ocalona wadera przyszła ze swoim partnerem do rodziny, zastała wielki,
zalany wyschniętą krwią krater. W nim były kości jej bliskich.
Zrozpaczona Manui, tak miała na imię, wraz z Tero, partnerem Manui,
poszli do jaskini, która nie została uszkodzona. Zamieszkali tam aż do
porodu Moone i jej rodzeństwa. Wtedy Sagope dowiedział się o
rozszerzeniu swojej rodziny i chciał ich zabić. Ale już tak prosto nie
miał. Tero był wilkiem posiadającym magiczne moce, ale za to nie miał
skrzydeł. Założył więc magiczną osłonkę naokoło jaskini. Demon próbując
dostać się do nich rzucał kamieniami, pluł jadem, ale to nic nie dało.
Męczył ich tak przez parę dni, aż odfrunął. Manui weszła wraz z wilczkami
w głąb jaskini, a Treo wyszedł poszukać czegoś do jedzenia, bo młode
były bliskie wyczerpania, były śmiertelnie głodne. Tata Moone nie wracał
przez dwie godziny, co zmartwiło mamę Moone. Podeszła bliżej wyjścia z
jaskini i zobaczyła martwego partnera. Chciała się cofnąć o kilka
kroków, ale nagle coś za nią wyskoczyło. To był on. Otworzył szerzej
oczy, jego tęczówki się zwęziły do prawie grubości iły, krew lała mu
się z pyska, rozłożył swe ogromne, nietoperzowe skrzydła i rzucił się na
Manui. Szczeniaki obudziły się słysząc krzyki ich mamy. Pobiegły, a
raczej próbowały pobiec do niej. Moone, wraz z braćmi zobaczyła
umierającą mamę, ale nic nie mogły zrobić. Demon podszedł do nich.
- Ochhhh... Małe słodkie szczeniaczki! Jakże słodko by wyglądały umorusane krwią swoją od zewnątrz. Ale kto pierwszy? Och, przecież! Bym zapomniał! Przecież wadery mają pierwszeństwo!
Już się zamachał do pożarcia Moone, gdy jeden z jej braci ugryzł go w tylną łapę. Wtedy wilczyca nie poczuła bólu kieł krewnego, lecz jego pazurów. Przeciął on jej udo, tam, gdzie w okresie dorosłości będzie miała znaczek księżyca. Jej krew nie była czerwona, lecz czarna. Upadła. Wtedy zdenerwowany Sagope zabił jej braci. Moone obudziła się kolejnej nocy. Nie miała dużo sił. Wstała i kulejąc wyszła na dwór. Znowu upadła. Nagle usłyszała szuranie liści. Przerażona udawała umarłą. Ale z krzaków wyszły dwa lisy. Usnęła obudziła się po kilku godzinach. Zorientowała się, że jeden z lisów niesie ją do nieznanego miejsca. Była już jesień, więc tym bardziej nie szło zauważyć gdzie się jest. W oddali zobaczyła wilki. Lisy odstawiły ją i kazały iść do przedstawicieli jej gatunku. Moone wstała i poszła powoli. Szukała Alfy. Umiała się zorientować, który z wilków jest przywódcą. W końcu natrafiła na Suzannę.
- Mogłybyście mnie przygarnąć? - poprosiła smutnie Moone.
- Ochhhh... Małe słodkie szczeniaczki! Jakże słodko by wyglądały umorusane krwią swoją od zewnątrz. Ale kto pierwszy? Och, przecież! Bym zapomniał! Przecież wadery mają pierwszeństwo!
Już się zamachał do pożarcia Moone, gdy jeden z jej braci ugryzł go w tylną łapę. Wtedy wilczyca nie poczuła bólu kieł krewnego, lecz jego pazurów. Przeciął on jej udo, tam, gdzie w okresie dorosłości będzie miała znaczek księżyca. Jej krew nie była czerwona, lecz czarna. Upadła. Wtedy zdenerwowany Sagope zabił jej braci. Moone obudziła się kolejnej nocy. Nie miała dużo sił. Wstała i kulejąc wyszła na dwór. Znowu upadła. Nagle usłyszała szuranie liści. Przerażona udawała umarłą. Ale z krzaków wyszły dwa lisy. Usnęła obudziła się po kilku godzinach. Zorientowała się, że jeden z lisów niesie ją do nieznanego miejsca. Była już jesień, więc tym bardziej nie szło zauważyć gdzie się jest. W oddali zobaczyła wilki. Lisy odstawiły ją i kazały iść do przedstawicieli jej gatunku. Moone wstała i poszła powoli. Szukała Alfy. Umiała się zorientować, który z wilków jest przywódcą. W końcu natrafiła na Suzannę.
- Mogłybyście mnie przygarnąć? - poprosiła smutnie Moone.
<Suzanno, mogłabyś dokończyć? Pozdrawiam>
Uwagi: Mnóstwo literówek. "Zrozpaczona", a nie "zrospaczona". "Zwęziły", a nie "zwęrzyły". "Och" piszemy przez "ch". "Przecież" piszemy przez "ż". Na przyszłość prosiłabym o pisanie w 1 os., no chyba, że bardzo ci zależy na 3 os. Wtedy prosiłabym o napisanie mi o tym. Poza tym wiesz, że niemożliwe jest, aby połknięty wąż przegryzł serce, które nie łączy się z przewodem pokarmowym? Jeśli to była tylko taka legenda, a prawda nie jest do końca znana, powinnaś o tym gdzieś wspomnieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)