Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 30 września 2016

Od Renethraina "Cisza przed burzą" cz. 3

Samiec zniknął z mojego pola widzenia. Nim zdążyłem się obejrzeć, był już tuż za mną. Popchnął mnie zieloną energią. Przetoczyłem się po popiele i z hukiem rozłupałem zwęglony konar. Podniosłem łeb i wyostrzyłem wzrok. Chyba się w niego uderzyłem, bo przez chwile nie wiedziałem gdzie jestem. Samca otaczały chmary zielonych muszek, które wirowały wokół niego jak tarcza. Zaraz jednak znów się zbliżył. Był szybszy. Dużo szybszy niż na początku. Podniosłem się i zrobiłem największy odskok na jaki było mnie stać. Basior wyhamował gwałtownie. W tym czasie stworzyłem trzy kule ognia i każdą z nich rzuciłem w innym kierunku - ponad niego, z jego lewej i prawej strony. Wszystkie kule nagle wystrzeliły strumieniem ognia, malejąc w miarę upływającej energii. Jaffer próbował zrobić przed nimi unik, ale były jak przyklejone. Jego zielone muszki upadały jedna po drugiej, dołączając do szarego popiołu. Warknął i ruszył na mnie, gdy energia z kul już całkiem wygasła. Był wolniejszy, zupełnie tak jak na początku. A więc jednak. Te obleśne owady to nie była tylko tarcza. Nagle zza moich pleców wyłoniła się kosa, a zza niej upiór w czarnych łachmanach. Odruchowo stworzyłem mini wybuch, który umożliwił mi zwiększenie dystansu. Coś uderzyło mnie w plecy. Ch*lera, uskoczyłem wprost na Jaffera. Szybko rozpaliłem ognisty krąg i zniknąłem w płomieniach. Chodziłem po rozżarzonym gruncie, wtapiając się w ogień. Krążyłem wraz z kręgiem, wybierając najlepsze miejsce na atak.
- Co? Już sobie poszedłeś? - zaśmiał się samiec - No chodź, nie wstydź się. Albo nie wiesz co? Ja przyjdę do ciebie.
Strumień zielonej energii spadł z nieba jak armagedon i zgasił cały ogień jaki stworzyłem, wywalając mnie w dal na jakieś piętnaście metrów.
- No witaj - uśmiechnął się
Pode mną pojawił się znak. Czułem jak ulatują wszystkie moje siły, tak że nie mogłem podnieść się z ziemi. Krzyki duchów rozległy się w powietrzu, zielona energia zupełnie mnie otoczyła. Myślałem nad możliwościami ataku. Jak na razie prawie cały czas się bronię. W ogóle nie daje mi szansy na wykonanie czaru. Czuję się coraz słabszy, tak jakby był chodzącą ssawką energii. Ostatnimi siłami przetoczyłem się po ziemi i uwolniłem ze znaku. Stworzyłem potężną ścianę ognia, która niczym tsunami pochłonęła basiora. I już myślałem, że może mi się udać, kiedy ten, cały otoczony przez dziwną sferę, w której pełno było dłoni i zniekształconych twarzy upiorów, przetrwał mój atak bez najmniejszego szwanku. Uświadomiłem sobie, że przez te kilka miesięcy jak się tułałem, ognia używałem wyłącznie do głupot: ogrzanie się, upieczenie mięsa jak miałem ochotę, odstraszanie innych wilków. W ogóle nie walczyłem. A ten basior w walce czuje się jak ryba w wodzie. Tańczy po polu bitwy i wcale nie wysila się na uniki. Przyjmuje ciosy z największą przyjemnością. To jest inny poziom.
Ni stąd ni zowąd pojawił się za mną. Za późno uwolniłem płomienie. Przygwoździł mnie do ziemi. Spod niej wychodzić zaczęły blade, kościste dłonie, które mnie przytrzymywały.
- Zanim cię zabiję - zaczął Jaffer - mam do ciebie jedno pytanie.
Chciałem mu odpysknąć, ale zaraz mnie uciszył.
- Ciiii... Nie marnuj głosu. Chcę żebyś miał siłę odpowiedzieć. Albo nie! Wiesz co? Mam lepszy pomysł! Jak odpowiedź mi się spodoba, puszczę cię wolno! Och, ależ wspaniała idea! Co ty na to? Podoba ci się, co? No dobrze. To zaczynamy. M. O. J. E. P. Y. T. A. N. I. E. to - oddzielał każdą literkę co chwila przewracając głową to na prawdo to na lewo - Czy znasz wilka imieniem Renethrain?
Krew odpłynęła mi z twarzy. On szukał mnie! Gorączkowo zastanawiałem się nad odpowiedzią. Powiedzieć prawdę, czy skłamać? Obydwie opcje są ryzykowne, ale chyba zdecyduje się na wariant środkowy.
- Znam - ledwo wykrztusiłem
To jedno słowo wystarczyło żeby cała jego magia w sekundę się uspokoiła. Wziąłem głęboki wdech i kaszlnąłem. Podniosłem się na łapach.
- Naprawdę!? - podskoczył z radości - Ojej, jak miło. Gdzie jest, gdzie jest!?
- Był tutaj całkiem niedawno. Powiem ci dokąd poszedł jak chcesz. Ale tak w ogóle... To po co go szukasz?
Wydaje mi się, że samiec nie grzeszy za wielką inteligencją. Z resztą jest całkiem swobodny, widać, że nie przegrał wiele walk. Może uda mi się coś z niego wyciągnąć jak właściwie do tego podejdę.
- To moja misja. - odpowiedział, wzruszając ramionami - Misja... Nadana z góry.
Skierował łapę w niebo i uśmiechnął się. Co to miało znaczyć?
- Z góry? - spytałem
- Tak, dokładnie. Z góry. Bardzo wysokiej góry. Czemu chcesz wiedzieć?
- A nic. Po prostu nie lubię tamtego wilka i jestem ciekaw komu jeszcze ten cymbał wpadł w paradę.
- Hahaha! Dokładnie! Ale on nie wpadł. Raczej wypadł z parady!
- Wypadł?
- No! Zwiał nam i Diament się wściekł, i kazał mi go znaleźć.
- Ach, rozumiem.
Nic z tego nie rozumiem. Raczej pamiętałbym kogoś imieniem Diamnet.
- No, ale koniec o tym. Mów. Bo inaczej przejdziesz na tamtą stronę i będziesz mi służyć. Chociaż wiesz co? Nawet po tej stronie byś musiał! - i znów się roześmiał
- Ta, jasne. Zatrzymał się w naszej watasze, ale Alfa uznała, że jest podejrzany. Szybko go przegnaliśmy. Przystawiał się do mojej partnerki. Chyba polazł na zachód. - skrzywiłem pysk
- Hahaha! To faktycznie zasługuje na największe piekło! Ja to bym mu flaki za coś takiego wypruł. Wyjmowałbym baaaardzo powoli. Hahaha. Hej, wiesz co? Lubię cię. Nawet daruje ci życie, chociaż gdy to mówiłem na początku to kłamałem. Gdybyś go spotkał to szukaj Szlachetnych Kamieni.
- Jakich Szlachetnych Kamieni?
- Nazywają mnie Malachit. Od koloru mocy. Znajdziesz mnie wszędzie tam gdzie nie ma życia. A teraz żegnaj, Garonie synu Garanda. Miej pewność, że Rene już niedługo zapłaci za to co zrobił.
Mrugnąłem. A jego już nie było. Usiadłem z wrażenia. Żyję. Żyję! Gdy te paskudne szpony chwyciły mnie za łapy, myślałem, że to koniec. Że zaciągną mnie pod ziemię i faktycznie przejdę na drugą stronę tego świata. Uffff... Jak dobrze, że Jaffer był trochę zbyt pewny siebie. I przygłupi. Raczej nie wierzył, że wpadnie akurat na to co szukał, więc od razu wykluczył mnie z grona podejrzanych. Ale to dziwne. Powinien coś załapać. Skoro mnie szukają to mnie znają. A skoro tak to... Nikt mu nie powiedział o mojej mocy? No dobra. Żywioł ognia to nie najrzadsza moc na ziemi, no ale... I nagle poczułem wielką ulgę, że nie użyłem niebieskiego płomienia. To byłby gwóźdź do trumny. Łapy miałem jak z waty, więc nieco chwiejnym krokiem wróciłem na tereny watahy. Dowiedziałem się kilku rzeczy: ktoś mnie szuka. Ktoś kogo nawet nie znam. Jest ich więcej i ma to związek z Kamieniami Szlachetnymi. Jednym z nich jest Malachit. Są silni. Nawet bardzo, skoro pokonał mnie ktoś słabszy. Sam powiedział, że dostał rozkazy z góry. Więc jest ktoś wyżej od niego. To się robi coraz bardziej zagmatwane.

Uwagi: "Naprawdę" oraz "niedawno" piszemy razem. Kilka razy złapałam Cię na stawianiu Spacji przed znakami interpunkcyjnymi. Niemniej jednak widzę poprawę.

niedziela, 25 września 2016

Od Dante "Czarna dziura w pamięci" cz. 2 (cd. Astrid)

Siedziałem przy barze wyjątkowo znudzony, podpierając głowę ręką, by ta nie upadła. Naprawdę chciało mi się spać. Sam już nie wiedziałem, po co tu przyszedłem o tak później porze. Wyglądało na to, że i mnie zaraziła bezsenność, która widocznie była u nas rzeczą rodzinną. Ziewnąłem po raz kolejny i przeniosłem wzrok z dwóch opróżnionych kieliszkach wódki na obszar łąki, gdzie stado wilków pląsało w rytm muzyki. Mój wzrok przykuła Astrid, którą rozpoznałem bez większego problemu. Chwiejnym krokiem weszła między roztańczone postacie i starała się je naśladować, pokrzykując przy tym. Aż zdumiałem się na świadomość, że ta jest kompletnie pijana. Naprawdę się tego po niej nie spodziewałem. Niezdarnie wykonywała zwroty, nie raz łapiąc się za cudzy łokieć czy ramię, byleby nie stracić równowagi. Jęknąłem w duchu i zerwałem się z krzesełka. A było już tak dobrze. Jednak silniejsze było poczucie obowiązku ratowania honoru... przyjaciółki. W sumie już sam nie do końca wiedziałem, kim dla siebie jesteśmy.
Podszedłem do niej od tyłu i delikatnie dotknąłem dłońmi jej bioder. Zaskoczona cicho pisnęła oraz spróbowała się odwrócić. Ja ją za to wyręczyłem, przechodząc tuż przed jej twarz i chwytając ją w talii. Akurat grali nieco spokojniejszy utwór, jednak ona dalej się dziko wiła, próbując naśladować ruchy wilków sprzed dwóch piosenek.
- As, spokojnie. Jesteś pijana. Odprowadzić cię do jaskini? - zapytałem ze spokojem. Ona na to zmarszczyła nos, przymrużyła powieki i przechyliła się w bok tak, jakby zaraz miała się przewrócić.
- Nie jestem... pijana - mruknęła z niezadowoleniem, gdy doprowadziłem ją do pionu.
- Naprawdę? Udowodnisz mi to jakoś?
Zamyśliła się, przestając się wić. Zamiast tego położyła dłonie na moich ramionach i próbując nie robić zeza patrzyła mi w oczy, poddając się rytmowi, w którym poruszałem delikatnie jej ciałem. Jeszcze jakiś czas temu chciałem oficjalnie być tancerzem, jednak zrezygnowałem z tej kariery... a może raczej mnie wyrzucili, tłumacząc, że ta funkcja jest przeznaczona dla nowych członków. Na rzecz owego hobby często ćwiczyłem, więc nabyłem jakieś poczucie rytmu.
- I co? Długo jeszcze będziesz się namyślać? - posłałem jej ironiczny uśmieszek. Ona próbowała go naśladować, jednak wyszła jej jakaś karykatura psychopaty.
- Nie jestem pijana. Tańcz ze mną.
- Jesteś pijana i powinnaś się położyć, aby nie zrobić krzywdy ani sobie, ani innym. Nie zapominajmy, że jesteś nieobliczalna - zaśmiałem się, na co ona ponownie zmarszczyła nos, nie bardzo rozumiejąc, co mam przez to na myśli - Poza tym wciąż mi nie udowodniłaś, dlaczego uważasz, że nie jesteś pijana.
- A ty? Dlaczego mówisz, że jestem nietrzeźwa?
- Chwiejesz się, czuć od ciebie alkohol... jeszcze mało?
Zasępiła się i wymruczała coś w stylu "nieprawda". Już nie przechylała się i o mało nie upadała chociażby dlatego, że ją mocno trzymałem, a kroki nie były zbyt trudne.
- To jak? Idziemy? - zapytałem. Nie odpowiedziała, tylko zbliżyła swoją twarz do mojej tak, jakby chciała coś powiedzieć. Czułem od niej wyraźnie, że piła. Już chciałem ją zapytać o to, co robi, kiedy zamiast przystawić usta do mojego ucha, przycisnęła je do moich warg. Zacisnąłem mocniej palce na materiale jej sukienki, czując rumieniec napływający na moje policzki. Prócz mocniejszego smaku alkoholu bardziej zwróciłem uwagę na to, że zaczęło mi się robić naprawdę gorąco. Jej ciało było równie rozpalone, co usta. Dopiero kiedy wilki zmienione w postaci ludzi zaczęły klaskać, oderwaliśmy się od siebie. Podczas pocałunku zapomniałem o oddychaniu, przez co teraz dyszałem. Patrzyłem z niedowierzaniem na przyjaciółkę... czy może raczej dziewczynę? Dan, nie rób sobie nadziei - myślałem - jest pijana. Nie wie, co robi.
- Idziemy - mruknąłem, puszczając jej talię i zamiast tego zaciskając dłoń na jednym nadgarstku. Protestowała tylko przez chwilę, aż nie pochwyciłem i drugiej ręki i nie zaciągnąłem do bliżej usytuowanej jaskini, która należała do mnie. Wielokrotnie się chwiała, czasem robiliśmy przystanki na to, by mogła zwymiotować... W końcu padła na moje posłanie, które dziwnym trafem znajdowało się dokładnie w tym samym miejscu, co to należące do niej, więc zapewne zrobiła to intuicyjnie. Mieliśmy bardzo podobne jaskinie, jednak ta moja była trochę mniejsza. W związku z zajętym łóżkiem zmieniony w wilka położyłem się pod ścianą. Czuwałem raptem przez godzinę, bo później zwyczajnie głowa mi opadła.
***
Kiedy się ocknąłem, był już ranek. Czułem lekkie odrętwienie i pragnienie. Popatrzyłem na wciąż słodko śpiącą As. Czy każdy, kto jest w stanie nieświadomości wygląda na młodszego, niż jest w rzeczywistości? Podszedłem bliżej i przez kilka minut patrzyłem na to, jak jej pierś się unosi i opada. Cały czas doszukiwałem się jakiegoś przesłania w tym, co zrobiła poprzedniej nocy. Faktycznie była pijana i pewnie tego nie pamięta. Czy powinienem był ją o tym poinformować? Czy może przemilczeć temat? Jeśli nie dowie się tego ode mnie, wspomni o tym jakikolwiek inny wilk z watahy, który był tego świadkiem. Niektórzy uważają, że podczas bycia nietrzeźwym jesteśmy znacznie szczersi i łatwiej nam wylać swoje prawdziwe uczucia. To cały czas napełniało mnie nikłą nadzieją, że... no właśnie. Przecież od zawsze byliśmy tylko przyjaciółmi. Czy nie od zawsze jej pragnąłem? Czy nie czułem ukłucia zazdrości za każdym razem, kiedy widziałem ją rozmawiającą z innym basiorem? Czy nie dbałem o nią już od najmłodszych lat? Jest mi najbliższą osobą, która trafiła już kilka lat temu w samo centrum mojego serca. Szczerze mówiąc nie wyobrażałem sobie związku z jakąkolwiek inną waderą, prócz niej... Choć tak różni, pasowaliśmy do siebie.
Coraz bardziej przerażony natłokiem wniosków podszedłem bliżej wyjścia jaskini, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Od tego wszystkiego kręciło mi się w głowie. To zbyt wiele jak na takiego półgłówka, jakim jestem... a co jeśli już dawno dorosłem i przestałem być idiotycznym młodzianem, który niczego nie mógł wynieść z życia? Może już pora, by za
Usłyszałem ciche warknięcia i poruszenia na leżysku. Odwróciłem się i spojrzałem na budzącą się samicę.
- Gdzie jestem? - zapytała zachrypniętym głosem.
- U mnie... - odpowiedziałem krótko, lekko monotonnym głosem. Wciąż nie całkiem się wyspałem.
- Czyli...? - mruknęła, opuszczając łeb na łapy i zamykając ślepia. Podszedłem nieco bliżej.
- As, czy to naprawdę aż takie trudne? - zapytałem z rozbawieniem. Starałem się nie myśleć o tym, na co wpadłem jeszcze chwilę temu i zachować tę samą żartobliwość, jaka się mnie trzymała na co dzień.
- Och, Dan... Przepraszam, że musisz mnie oglądać w tym stanie. Mam okropnego kaca - wymruczała.
- Jasne, nie ma sprawy - odpowiedziałem. Zapanowała niezręczna cisza.
- Ile razy rzygałam?
- Nie wiem. Nie liczyłem. Może... z dziesięć?
- Masakra - podsumowała, przewracając się na drugi bok - Będziesz zły, jeśli ci obrzygam poduszkę?
- Bardzo. Sama mi ją dałaś. Wybaczę tylko jeśli kupisz mi nową.
- Chyba śnisz - zadrwiła.
Ponownie zapanowała cisza. Miałem ochotę ją zapytać o wczoraj... ale chyba było na to jeszcze za wcześnie.
- Może pójdziemy nad Wodopój? Woda pomaga na kaca.
- Ok - powiedziała, powoli wstając. Kilka raz stęknęła zbolała, po czym powoli poczłapała w moim kierunku. Cały czas marszczyła nos i mrużyła oczy. W duchu cieszyłem się, że nie wypiłem tyle, co ona.
Kiedy już doszliśmy na miejsce (As po drodze jeszcze raz zwymiotowała) i pozbyliśmy się palącego pragnienia, wadera zaproponowała:
- Może pójdziemy na polowanie?
- Jasne... ale kto przystąpi do ataku? - zapytałem.
- Oczywiście, że ja. Tobie jeszcze nie całkiem ci się rany zrosły, o kościach już nie wspominając! - przekonywała.
- Przecież pewnie nadal widzisz podwójnie! Jeszcze mi tam zemdlejesz! Ja idę - upierałem się przy swoim.
- Pfff... - sapnęła, zamyślając się - Znając życie skończy się na jednej wielkiej kłótni. Jesteśmy dorośli, prawda? - Skinąłem głową. - W takim razie powinniśmy pójść na kompromis.
Niechętnie potaknąłem. Cały czas w duchu jednak powtarzałem sobie, że to właśnie ja powinienem to załatwić, nie ona. Miałem przed oczami wiele różnych wersji wydarzeń, kiedy to ona traci równowagę i upada prosto pod kopyta jelenia... Po godzinnym oczekiwaniu w krzakach i przenoszeniu się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu stada tłustych jeleni, w końcu ujrzeliśmy to, na co tak długo oczekiwaliśmy. Rzuciliśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia, a następnie równocześnie ruszyliśmy pędem w kierunku najsłabszego osobnika. Nie minęła chwila, a ten już miał przerwaną tchawicę. Poszło łatwiej, niż się tego spodziewałem. Zabraliśmy się za jedzenie. Wtedy coś sobie uświadomiłem. Dopiero po posiłku odezwałem się do niej, uśmiechając się głupawo:
- Myślałem, że jesteś wegetarianką.
- Wilk nie może żyć na samych owocach... rozumiesz, coraz częściej bywałam głodna i... i... Kiedy chcesz się szybko nasycić, po co sięgasz - po kawałek wołowiny czy sałatę?
- Nie lubię sałaty - stwierdziłem. Po jej minie poznałem, że ledwo powstrzymywała śmiech.
- Skrótem mówiąc okazjonalnie mogę zjeść coś mięsnego.
- Skoro głodujesz... ja już cię nieco podtuczę. Jesteś strasznie chuda.
- A ty jesteś jedną wielką kupą mięśni - zaśmiała się. Przez chwilę byłem poważny i próbowałem ją zamordować spojrzeniem, ale miała bardzo zaraźliwy śmiech. Kiedy już się nieco obmyliśmy w rzece i położyliśmy na łące, na którą padały ostatnie promienie ciepłego, letniego słońca, by się osuszyć, As zapytała:
- W takim razie co robiłam gdy byłam pijana? Film mi się urwał.
- Tańczyłaś niczym techno muł do piosenki z Titanica.
- Ach. Coś poza tym?
- Darłaś się jak wariatka... siłą udało mi się cię opanować.
- Później od razu zaprowadziłeś mnie do swojej jaskini?
- Nie do końca... - mruknąłem, spuszczając wzrok. Na nowo poczułem ogarniające mnie poczucie winy.
- To znaczy? - dopytała z zainteresowaniem, jednak w jej głosie dało się również wyczuć nutkę zaniepokojenia. Mówić jej czy nie mówić? Mówić czy nie mówić? Teraz albo nigdy. To nie może być takie trudne. Podniosłem głowę i spojrzałem głęboko w jej oczy.
- As, czy ty czujesz do mnie coś... konkretnego?

<Astrid?>

Uwagi: brak

sobota, 24 września 2016

Od Suzanny "Nowy rozdział życia watahy" cz. 11 (cd. chętny)


- Czy jestem gotowa? Nie wiem... - mruknęła.
- Minariu, proszę ciebie o pomoc.
- Miniru... - poprawiła mnie.
- No dobrze, Miniru - westchnęłam - Jakim cudem cię jeszcze nie zobaczyłam?
- Może dlatego, że byłam w cieniu, na drzewach...
- Wspięłaś się na drzewo? - zmarszczyłam brwi.
- Może mnie nie zauważyłaś, ponieważ byłaś strasznie wszystkim przejęta?
- Może... - odpowiedziałam niemalże szeptem, na co ona coś mruknęła pod nosem.
- Słucham?
- Już dobrze... Zgadzam się - Uśmiechnęła się lekko.
- Chodźmy tam do nich! - oznajmiłam i zaprowadziłam wątłą waderę przed stado zdziczałych wilków, które właśnie skończyły swój krwawy posiłek.
- To jest Miniru. Będzie was szkolić w manierach i kulturze - zwróciłam się do basiora, który został wysłany do mnie przez przywódcę byłej Watahy Asai.
- Zatem witam - powiedział, zwracając wzrok ku Miniru - Czy ty naprawdę myślisz, że ona podoła temu wyzwaniu?
- Nie zaszkodzi spróbować.
- Jest nas około stu...
- Proszę cię, nie zniechęcaj jej - Powiedziałam, próbując powstrzymać drżenie głosu - Poradzisz sobie, mała...
- Mam taką nadzieję... Chodź za mną, Miniru! - zarządził samiec, dając znak nie tylko nowej nauczycielce, ale i również reszcie stada, aby ruszyli wgłąb Zielonego Lasu. Patrzyłam jeszcze przez dobrą chwilę, aż wszyscy nie zniknęli mi z oczu, po czym zwróciłam się w kierunku ścieżki prowadzącej do jaskiń. Cały czas byłam cała rozdygotana na myśl o tym, że już za kilka godzin wezmę ślub z basiorem, którego nawet nie znam. Po drodze trafiłam na Desari.
- Co tu się dzieje? - zapytała zimnym tonem. Patrząc na jej pysk miałam pewność, że nie mam innego wyjścia, jak tylko jej wszystko wyjaśnić.
- Wataha Magicznych Wilków łączy się z tą. O północy biorę ślub z ich Alfą...
- Czyli rozumiem, że wybrali jakąś nową? - zapytała, unosząc brew. Skinęłam głową. - Powodzenia życzę z Shadow'em.
- Zaraz... że co?
- Shadow był przecież prawą łapą Asai, więc powinien być teraz Alfą. Czy coś mnie może ominęło?
Przeszły mnie ciarki. Na to nawet nie wpadłam. Z tego co jednak mi się zdawało to faktycznie nie mógł być on. Został wygnany? A może nie żyje? Będę musiała o to zapytać przy najbliższej okazji kogoś z byłej Watahy Czarnego Kruka.
- Ja... nie wiem. Teraz proszę, czy możesz mi pomóc w organizacji ceremonii?
Patrzyła na mnie przez dobrą chwilę, aż nie skinęła głową. Po oczach poznałam, że robi to z czystej litości. Zapewne jej w czymś przerwałam.
- Poza tobą potrzebowałabym jeszcze przynajmniej kilku wilków... trzeba zgromadzić wszystkie osoby na ważniejszych stanowiskach, omówić to, kto co ma robić...
- W takim razie prócz ganiania za pozostałymi mam się zająć...?
- Szukaniem w księgach w bibliotece przysiąg małżeńskich. Dawno nie przeprowadzaliśmy niczego takiego, więc nie mam żadnych notatek w jaskini na ten temat.
- Rozumiem. Za to chcę zająć miejsce w pierwszym rzędzie - mrugnęła do mnie. Westchnęłam i zaśmiałam się lekko.
- Nie ma sprawy.
Rozeszłyśmy się w przeciwnych kierunkach. Po drodze napotykałam jeszcze kilka wilków, każdemu z nich przydzieliłam jakieś zadanie. Desari również spełniła swoją funkcję, gdyż przyszło do mnie kilka osób z zapytaniem, co mają robić. W ten sposób pół watahy uzyskała jakąś świadomość o tym, co się tu dzieje. Niektórzy dostali nawet dyżury w byciu nauczycielami dobroci na kolejne dni.
Około godzinę później będąc już w Zielonym Lesie wpadłam na pomysł, by zajrzeć do Miniru i skontrolować, jak sobie razi. Nie chciałam przecież, aby rozzłoszczone wilki ją zaatakowały. Ku mojemu olbrzymiemu zdziwieniu zastałam ponad setkę wilków tarzających się ze śmiechu na trawie.
- Co się tu stało?! - wyrwało mi się, gdy podeszłam bliżej Miniru. Nie mogłam za nic pojąć, czego to miało niby nauczyć.
- Nic... - wadera wstała z ziemi - My tylko budowaliśmy zaufanie i...
- Chyba ty naprawdę nie nadajesz się do takich rzeczy... - przerwałam jej, mierząc wzrokiem wszystkie rozbawione wilki.
- Jest dobrze. W czym jest problem? Miniru jakoś daje radę... Daj jej chociaż trochę się wykazać - usłyszałam głęboki bas. Już miałam się zwrócić do niego i wyjaśnić, że nie tak to miało wyglądać, gdy ujrzałam znajomy pysk.
- Xander? Ty... ją bronisz?... - wykrztusiłam z zaskoczeniem pomieszanym z przerażeniem. Jakim cudem tak szybko pojął, jak nie być psychopatą? - No dobrze... Miniru, ucz ich dalej dobroci i kultury... Zatem ja wam nie przeszkadzam... Do zobaczenia! - powiedziałam, na nowo tracąc wiarę w pewność własnych czynów. Pospiesznie oddaliłam się, lecz usłyszałam jeszcze polecenie Miniru, by wszyscy udali się nad Wodospad. Co jak co, ale rzeczywiście cuchnęli. Wszyscy, prócz Xandra, od którego smród był znacznie lepiej zamaskowany. Dlaczego? Potrząsnęłam głową. Musiałam się skupić przede wszystkim na rozdzielaniu zadań, a nie roztrząsaniu takich bzdur, bo inaczej ceremonia będzie jedną wielką katastrofą.
Resztę dnia spędziłam na zaczepianiu wilków i tłumaczeniu im kilku rzeczy na temat tego, co mają robić lub zwyczajnie zapraszaniu ich na wydarzenie. Od czasu do czasu zaglądałam w okolice Pomarańczowego Drzewa, by przekonać się, że nasz "ołtarz" staje się coraz to wspanialszym miejscem. Kolory aromatycznych kwiatów oraz lśniących kamieni szlachetnych cieszyły oko, a błyskające gdzieniegdzie barwne kule ognia dodawały klimatu. Sama doszłam do wniosku, że miejsce to wyglądało to coraz lepiej, im bliżej było północy. Kiedy już zrobiło się ciemno, stojąc i patrząc na oświetlone Pomarańczowe Drzewo, którego liście zdawały się świecić na bursztynowo, zostałam zaczepiona przez dwie wadery:
- Ty jeszcze nie gotowa?! Pędź szybko wziąć kąpiel! Poczekamy na ciebie w okolicy. Wyglądasz jak chodzące nieszczęście.
Uśmiechnęłam się blado i z wdzięcznością skinęłam głową. W tej sytuacji nie umiałam już nawet trzeźwo zdać sobie sprawę z tego, jak powinnam się wyszykować na własny ślub. Całe szczęście, że moim wizerunkiem zechciały zaopiekować się inne osoby.
Kiedy już wypluskałam się dostatecznie dokładnie, wyszłam z wody i otrzepałam futro. Okazało się, że wadery te stały kilka drzew dalej i patrząc niezadowolone na moje futro wcisnęły mi kilka kostek mydła i różnego rodzaju pachnące płyny. Stwierdziły, że albo użyję tego, albo perfum, których darzyłam niezwykle szczerą nienawiścią.
Po około godzinie "upiękniania" moje futro pachniało, lśniło nie tylko czystością, ale i brokatem, było wyszczotkowane, na szyi miałam piękny medalion z misternie zdobionym sercem, a na głowę wciśnięty miałam dość duży wianek z kwiatów, których nie umiałam rozpoznać. Ponadto moje łapy były oplecione jakimiś lianami, a pazury podcięte i pomalowane. Kiiyuko upierała się by wymalować jeszcze moje powieki cieniem, jednak na to się nie zgodziłam, podobnie jak na błyszczyk Yui. Cały czas patrząc na swoją matkę ledwo powstrzymywałam szloch, jednak ona nawet tego nie dostrzegła. Była zbyt przejęta faktem, że Alfa watahy, do której należy bierze ślub i może się nią zaopiekować.
Przez kolejną godzinę siedziałyśmy nieopodal Pomarańczowego Drzewa po prostu i wpatrywałyśmy się w niebo, oczekując na to, aż księżyc nie znajdzie się w odpowiednim miejscu. Raz na jakiś czas wymieniałyśmy się zdaniami na jakiś temat. Głównie byłam pytana o to, czy zamierzam się starać o szczeniaki i jak poznałam się z Alfą oraz jaki sądzę, że jest. Byłam strasznie zmęczona tą rozmową, więc często odpływałam myślami do całkiem innej krainy, która jako jedyny dawała mi zawsze spokój ducha - do światków wykreowanych przez wyobraźnię. Chciałam je później wcisnąć do powieści... aczkolwiek ostatnio mam coraz mniej czasu na pisanie. Chyba zrezygnuję z którejś z funkcji. Zadania wiążące się z byciem Alfą były jeszcze bardziej wymagające, niż się spodziewałam.
- Już czas - powiedziała po jakimś czasie Yui. Niechętnie podniosłam się z ziemi i poczłapałam w ślad za nimi w kierunku Pomarańczowego Drzewa.
Mój puls ponownie przyspieszył, gdy tylko zobaczyłam tłum wilków, których wzroki wbite były w przepiękny ołtarz. Nigdzie nie widziałam Fermitate, jednak już po chwili dojrzałam jego lśniące, żółte ślepia na tyle całej grupy przybyłych.
- Spotkaliśmy się tutaj, aby umocnić wiązem małżeńskim Alfy dwóch dotychczas skłóconych watah - Watahy Magicznych Wilków oraz Watahy Czarnego Kruka. Od tej pory połączymy swe siły, będziemy zawsze trwać razem i wspierać się na każdym kroku. Nie będzie lepszych i gorszych - każdy tutaj jest jednym z magicznych wilków o olbrzymim potencjale. W każdym tli się choć odrobina dobra, czego doskonałym przykładem są członkowie za równo jednego, jak i drugiego stada.
- Bzdura - skomentowała Kazuma, jednak Kai, który wygłaszał przemówienie jako najstarszy z członków watahy całkowicie to zignorował. Nie mogłam się jednak nie uśmiechnąć. Uwielbiałam taki humor. Yuko otwarcie prychnęła szyderczym śmiechem, na co siedząca obok Sohara zmierzyła ją mordującym spojrzeniem.
- Od dziś Alfa Suzanna oraz Alfa Fermitate zostaną związani nierozwiązalną nicią miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej.
Rozległy się gromkie brawa, a zespół z Watahy Magicznych Wilków wraz z kilkoma muzykami z Watahy Czarnego Kruka zaczął grać jakiś utwór. W międzyczasie zostałam zaprowadzona przez Kiiyuko na tył tłumu. Ku mojemu zaskoczeniu postawiła mnie u boku mojego przyszłego męża i popchnęła lekko, zachęcając, abym się ruszyła. Szliśmy delikatnie ocierając się bokiem na sam przód, a dokładniej do Kai'ego, którego wcześniej zachęciłam do bycia kapłanem. Zaczęło mi się trochę kręcić w głowie. Gdzie jest lekarz? Ja nie chcę. Jednak nie chcę! Pomocy! Zabierzcie mnie stąd! - krzyczałam w duchu, rzucając przelotne spojrzenia wszystkim wilkom, których pyski zwrócone były w naszą stronę. Miałam wrażenie, że moje serce zaraz pęknie, a moje łapy zegną się, a ja upadnę. Było mi bardzo niedobrze. Wszyscy, a to wszyscy śledzili mój każdy ruch. Uśmiechnęłam się niepewnie, z trudem utrzymując równowagę.
Nim zauważyłam, już staliśmy na samym przodzie, tuż przy Kai'm. Uśmiechnął się do nas niemalże niezauważalnie.
- Czy obiecujecie sobie wypełniać wszystkie obowiązki dobrego męża i żony?
- Obiecujemy - odpowiedzieliśmy zgodnie.
- Czy obiecujecie sobie godnie żyć jako dobre Alfy Watahy Magii Kruka?
Rzuciłam mu pytające spojrzenie, jednak on nawet na mnie nie patrzył. Wataha Magii Kruka?
- Obiecujemy - rzekliśmy, jednak już z mniejszym przekonaniem.
- Czy obiecujecie zawsze działać na rzecz dobra stada oraz każdego jej członka?
- Obiecujemy.
- Takie są przyrzeczenia złożone przez Alfę Suzannę oraz Alfę Fermitate. Teraz możecie się pocałować.

<chętny?>

piątek, 23 września 2016

Skype

Kto chciałby dołączyć do grupy WMW na Skype?
Szczerze mówiąc jeszcze nie wiem, o czym dokładnie będziemy tam pisać, ale znając życie po prostu o tym, co się dzieje na stronie, wymieniać się pomysłami itd. Pożyjemy, zobaczymy. Wystarczy dodać mnie do znajomych (nazwa poniżej), wspomnieć o tym, że należy się do watahy i podać imię postaci. Może to sprawi, że będziemy się nieco rzadziej mijać, jak to bywa na czacie publicznym. :)

Moja nazwa: simkaanimka
Można szukać również: Simka Animka
Na avatarze jest dziewczyna owinięta żółtym szlafrokiem.

Pozdrawiam!