Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 31 marca 2016

Od Kirke "Kiedyś nadejdzie starcia czas" cz.7

Gdy dowiedziałam się o wojnie, natychmiast pobiegłam na przyszykowania. Nie wiem ile zrobię dla watahy... pewnie prawię nic, w końcu co może zrobić taka wadera jak ja? Bez mocy i... Nie ważne. Wzięłam broń w pysk po jakimś martwym wilku z watahy Asai i pobiegłam na teren bitwy. Widziałam wiele martwych wilków z naszej watahy i watahy wroga. Biegnąc czułam na łapach krew... to uczucie chodzenia po czerwonej wodzie dawało mi we znaki, że biegnę na śmierć... ale kogo obchodzi moja śmierć? Co chwilę ktoś umiera, a moja śmierć będzie najmniej dramatyczna...
- Riven... to może być mój ostatni dźwięk więc... - mówiłam do niego w myślach smętnym głosem, ale mi przerwał i próbował pocieszyć. Biegłam i dotarłam na teren bitwy. Co chwilę umierał jakiś basior lub wadera, a Alfa starała się walczyć. Pobiegłam i zaczęłam walczyć razem z nimi. Walka była zatarta. Dostałam wiele ran na pysku, łapach... Poczułam smak krwi w pysku, ale nie odpuszczałam. Wnet zobaczyłam Katsume, który udawał, że zabija naszych. Pobiegłam do niego.
- Katsume! - zatrzymałam się przy nim i opuściłam broń która natychmiast zniknęła - nie powinno Cię tu być! Asai Cię zabije jak się dowiesz, że...
- Trudno. Nie mam zamiaru zabijać wilki z watahy mojej przyjaciółki... - uśmiechnął się. Też się uśmiechnęłam i zaczęliśmy razem walczyć ramię w ramię.
- Kirke! Co ty robisz?! Jak mogłaś nas zdradzić?! - usłyszałam głos Sary, ale zignorowałam go i skoczyłam na wilka z watahy Asai i sztyletem leżącym na ziemi oddałam mu cios w serce tak, że krew wyprysnęła w mój pysk, a sztylet zniknął. Poczułam smak zwycięstwa i nie przestałam atakować wilki. Rozdzieliłam się z Kasume. Nasza walka była zatarta. Widziałam wokół wilki które krzyczą, piszczą i konają z bólu. Mnie to nie dotyczyło. Miałam brudne futro od krwi, ale nie umierałam. Walczyłam dla dobra watahy. Stanęłam ramię w ramię ze swoimi i razem chroniliśmy swój teren. Czułam się potrzebna. Jak umrę to mnie zapamiętają. Wybiegłam na pięć wilków i mimo ran każdemu oddałam cios. Poczułam jak jakiś wilk biegnie na mnie. Odwróciłam się i zobaczyłam jego gniew w oczach, pianę w pyskach i ochotę zemsty za zabicie jego braci. Zostałam sparaliżowana. Jego wzrok mnie wystraszył. Puściłam broń i czekałam na śmierć, zamknęłam oczy i... nic. Otworzyłam oczy, a prze de mną stał przebity na wylot cieniem Kasume.
- Kasume! - krzyknęłam i opadłam koło niego, ledwo żyjącego Kasume - Czemu to zrobiłeś...?
- Ty... tylko ja mogę Cię zabić, pamiętasz? - powiedział cicho i z uśmiechem. Wtedy zrozumiałam... On... on nie mówił tego tylko dla tego, że mnie nienawidzi... no może na początku, ale on to mówił, bo...
- Kasume... proszę nie... nie rób mi tego... - zaczęłam płakać nad jego ciałem. Otarł mi krwawiącą łapą łzy.
- Nie chce Cię takiej pamiętać, Kirke... - uśmiechnął się - zawszę będę przy tobie Kirke, rozumiesz? Pamiętaj. Jak będziesz potrzebowała pomocy pamiętaj, że jestem przy tobie nawet po śmierci... - Kasume przybliżył ostatnimi siłami pysk do mojego i... pocałował mnie... Kasume mnie kocha... zrozumiałam to teraz... 
- Żegnaj... Pamiętaj Kirke... P... - nie dokończył słów... Umarł... 
- Nie... - patrzyłam na jego wykrwawiające się ciało - NIE!!! - krzyknęłam z łzami i popatrzyłam na wilka który to zrobił.
- Ty... - wstałam i zaczęłam iść w jego stronę. On się cofał przerażony.
- Sądzisz, że ty jesteś taki twardy zabijając Kasume? Czy ty naprawdę sądzisz, że nikt za nim nie będzie płakał? - mój głos zrobił się mroczniejszy, a ja uśmiechnęłam się mrocznie - wcale nie... - moja sierść zaczęła robić się czarna, a moje oczy zrobiły się czerwone. 

 https://lh3.googleusercontent.com/-s37Eg2z879Q/Vilo5BcBXEI/AAAAAAAAArk/VSzCaADzj-4/w767-h572/the_legendary_shadow_wolf_by_sacredtears210-d3krpqh%2B%25281%2529-1.png

- Krzyknęłam na niego groźnie. Czułam wystraszony wzrok nawet swoich z watahy. Wyciągnęłam ze wszystkich cieni macki i zaczęłam dusić basiora który zabił mojego ukochanego...
- Wiesz co? - mój głos brzmiał dojrzale i mrocznie - jesteś w błędzie jeśli uważasz, że twoje moce są najlepsze... - ścisnęłam go mocniej i rozerwałam na pół. Popatrzyłam na wszystkie wilki z watahy Asai. Dużo pobiegło w moją stronę. Wszystkich przebiłam cierniami z cieni, a kiedy dokonałam zemsty zrobiłam się normalna i straciłam przytomność. Upadłam na kałużę krwi. Upadłam na kałużę krwi Kasumego. Upadłam koło niego i jego martwego ciała.  

*****

Obudziłam się w wilczym szpitalu w opatrunkach... rozglądnęłam się i widziałam więcej wilków.
- C... co się stało? - spytałam.
- Straciłaś przytomność... wiesz twój wyczyn z cierniami był niezły. Sądziliśmy, że nie masz mocy - odparł jakiś basior.
- Więc... więc to nie był sen...? - poczułam jak łzy poleciały mi do oczu. Kasume... on... on nie żyje... poświęcił się dla mnie. Ledwo wstałam i podeszłam do wejścia do szpitala. Zaczęłam słyszeć wiwaty i poszłam w stronę wiwatów. Dowiedziałam się, że Asai nie żyje. Ale jak?! Kto ma taki talent, by to zrobić?! Ktokolwiek to zrobił nie powinien się wychylać... Postanowiłam porozmawiać z Alfą na temat tego co się wydarzyło. O śmierci nieśmiertelnej i o jej planie, który nie wypalił. Wkurzyłam się na nią i wdałyśmy się w kłótnie. Ta odeszła nawet bez dania mi powiedziała słowa. Gdy odchodziła zrobiło mi się jej żal. Poszłam na zewnątrz i popatrzyłam w górę na pełnie księżyca i zaczęłam wyć w stronę księżyca. Zobaczyłam przed sobą ducha Kasume. Wyszeptał mi coś do ucha i pocałował po czym rozpłynął się niczym moje łzy na niebie... nigdy nie zapomnę o nim... nigdy nie zapomnę o tym, że dzięki niemu odkryłam moc...
Nigdy nie zapomnę o tym jak się poświęcił dla mnie...

<Nie pytajcie co Kasume jej powiedział. Dowiecie się z czasem :D>

Uwagi: Powtórzenia i przecinki. Wciąż znalazłam mnóstwo niedociągnięć... "Co chwilę umierał jakiś basior lub wadera, a Alfa starała się walczyć." - to trochę tak, jakby we watasze było ponad tysiąc wilków, a nie jedynie 30. Poza tym zastanawia mnie pewna rzecz... Jest tak, że główny bohater zabija bez żadnych uczuć. Wszyscy padają jak muchy. Nie sprawiają oporu, póki nie zjawi się boss lub miniboss. Wszyscy inni są beznadziejnie słabi, bez względu na rangę i poziom mocy. Była mowa, że jest ich więcej i są doskonale szkoleni, a wilki z WMW mają tylko wiedzę podstawową, która pozwala im się bronić, ale niekoniecznie atakować. Często czytam sceny z typu, że "walczyła dzielnie i zabijała kolejne wrogie wilki". Te wilki są tak bezmózgie, że nie sprawiają kłopotów? A wilki z WMW tak dobrze wyszkolone, że swoim sprytem i umiejętnościami przewyższają wszystkich wrogów?

Alfie "Światłość w ciemności świeci" cz. 1

Już od samego początku moje życie było pełne smutku. Byłam w watasze wilków... już nawet nie pamiętam jej nazwy. Byłam szczęśliwą wilczycą. Żyłam beztrosko, myślałam, że już tak będzie zawsze, ale nie wiedziałam co jeszcze mi zgotuje los...
Pewnego późnego wieczora, kiedy moi rodzice myśleli, że już śpię, wyszłam z jaskini. Pobiegłam nad jezioro. Kochałam to miejsce. Woda była tak przejrzysta i czysta, wokół rosły wysokie drzewa, z korony drzew, było słychać śpiew ptaków. Zawsze przychodziłam to we dnie, jednak nie wiedziałam, że wieczory mogą być tak piękne. Zimny, nocny wiatr podmuchiwał lekko kołysząc od czasu do czasu moją gęstą sierść. Była cisza, słychać było jedynie szum wody i głuche huczenie starej sowy. Niebo miało kolor granatowy, tysiące gwiazd mrugało niczym stado świetlików. Nie wyobrażałam sobie piękniejszego miejsca.
Nagle usłyszałam wycie wilka. Nie przypominało to jednak głosu żadnego z mojej watahy, co najgorsze, zbliżał się. Po chwili zobaczyłam czarną sylwetkę wilka o czerwonej grzywie i lśniących kłach. Zaczął warczeć. Pojawiło się jeszcze wiele innych, podobnych wilków, które mnie otoczyły i krążyły wokół mnie. Domyśliłam się, że wilk którego zobaczyłam na początku jest Alfą. Nie wiedziałam co robić.
- A kto tu nas odwiedził? - zapytał drwiąco
- Nie ważne kto, wygląda apetycznie... - powiedział inny wilk.
Prześlizgnęłam się pod jakimś wilkiem i zaczęłam uciekać.
- Jaka ja jestem cholernie głupia! - wykrzyknęłam. Właśnie zdałam sobie sprawę, że to nie jest teren mojej watahy. To jest pułapka!
Mimo tego, że całkiem szybko biegłam, stado wrogich wilków z łatwością mnie dogoniło. Uciekałam w kierunku watahy co było wielkim błędem, ale jeszcze w tedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Zdążyłam jeszcze krzyknąć najgłośniej jak potrafiłam "Ratuuunku! Wroga wataha!!!".
Moi rodzice poznali ten głos. Oboje wyruszyli mi na ratunek. Nastał wielki chaos. Cała wataha drżała. Samice uciekały z dziećmi do kryjówek, samce przystąpili do ataku.
Samiec Alfa popatrzył na mnie surowo. Wrogi wilk chwycił mnie w zęby. Moja matka chciała mnie uratować, udało jej się, ale sama zginęła...
Tego dnia wszystko się zmieniło. Wataha na pewno nie chciała już widzieć głupiego szczeniaka, który sprowadził na nią wielkie kłopoty, prawdopodobnie nawet ją zniszczył. Postanowiłam uciec i zostać samotnikiem. Tak dorastałam. Nauczyłam się walczyć, nie miałam sobie równych. Czasem przydawało mi się to, gdy myśliwi chcieli mnie upolować, bo nigdy nie widzieli takiego stworzenia, lub podczas pojedynków gdzie mogłam wygrać jakieś przedmioty. Zwykle przyjmowałam lekarstwa, ponieważ miałam słabą odporność i skłonność do alergii, dlatego często chorowałam. Nauczyłam się także szybko biegać oraz pływać.
Podczas zajęć nigdy nie pomyślałam tak szczerze o swoim życiu. Gdzieś tam, w głębi duszy czułam się samotna. Bardzo samotna. Pragnęłam się do kogoś przytulić, znaleźć bratnią duszę, wystarczyłaby mi nawet zwykła rozmowa o pogodzie. Cokolwiek. Ale nic z tego, byłam nieufna.
Pewnej nocy byłam już bardzo zmęczona. Położyłam się w swojej norze i prawie natychmiast zasnęłam. We śnie ukazała mi się matka. Powiedziała: "Dość już tej żałoby. Nie możesz żyć przeszłością. Idź, dołącz do Watahy Magicznych Wilków, tam odmieni się twoje życie...". Obudziłam się. Był wczesny poranek. Słońce dopiero wschodziło. "Wataha Magicznych Wilków?" - od razu zadałam sobie to pytanie "muszę ją odnaleźć".
Przewidziałam, że to będzie długa podróż i prawdopodobnie już nigdy tu nie wrócę, więc wzięłam z nory torbę, którą wygrałam na jednym z pojedynków i zaczęłam pakować swoje rzeczy. Zioła, jedzenie, puste, małe miseczki i bransoleta mojej matki... Podarowała mi ją gdy umierała. Założyłam ją na łapę. Poczułam jej obecność. Dodała mi siły. Zorientowałam się, że jedzenie nie wystarczy mi na długo, więc poszłam jeszcze do lasu pozbierać owoce leśne. Umyłam się w jeziorze, wytrzepałam z resztę kropelek z mojej sierści i napiłam się wody ze strumyka. Stwierdziłam, że nie wiadomo jakie warunki na mnie czekają, więc wlałam sobie wody do słoika, tak na wszelki wypadek.
Ruszyłam w drogę. Maszerowałam przez trzy dni, każdy dzień był taki sam, ale byłam wytrwała. Wiedziałam, że nie mogę protestować na wolę mojej matki. Ukazywała mi się każdej nocy, powtarzała ciągle te same słowa. Ale jak jeszcze daleko mam iść? Tego nie wiedziałam.
Następnego dnia zobaczyłam niezwykłą wilczycę. Miała grzywę, tak dawno nie widziałam wilka z grzywą! To musiał być magiczny wilk.
- A więc Alfie, jesteś na miejscu!

CDN

Uwagi: "Wprawdzie" piszemy razem. Wrzosowa Łąka, tak więc powinnaś ją pisać z wielkich liter.  "W wataszy"... skąd to się w ogóle wzięło? "W watasze" jak już. Można stawiać do max. 3 wykrzykników, a nie 5. "Następnego dnia zobaczyłam dwa niezwykłą wilczycę." - cooo?

środa, 30 marca 2016

Od Mizuki "Wiosenne porządki" cz. 5

- A więc to jednak jesteś ty... - powiedział Ares
Co to w ogóle za durne stwierdzenie? Co on ma na myśli? Miałam go już o to spytać... jednak coś nie wyszło. Cały świat w jednej sekundzie zastygł w miejscu, jakby ktoś lub coś zatrzymało czas. Nagle zobaczyłam kogoś, a może coś? Za sobą, nie wiem co to było jednak nie miałam zamiaru się przyglądać. Wystarczyło tylko, że wyglądało to jak duch. Nie chciałam wiedzieć więcej. Wybiegłam na powierzchnie potem z jaskini, biegłam ile sił w łapach. Nie wiem czemu, ale myślałam, że w taki sposób się uwolnię, że to wszystko tylko iluzja. Jednak to było naprawdę, a to "coś" nadal było za mną. Biegłam dalej aż do lasu. Gdy tylko do niego wbiegłam, zjaw pojawiło się dużo więcej. Każda z nich wygląda okropnie. Ciekła z nich krew, a niektóre na moich oczach się po prostu rozpadały... Były to ludzko podobne istoty, tylko z małą różnicą te były białe jak śnieg, włosy podobnego koloru. Oczy miały całe czarne i po prostu puste. Na plecach mieli coś w rodzaju... skrzydeł? Sama już nie wiedziałam, co to w ogóle było. Zaczęłam biec jeszcze szybciej, ze stresu nawet nie mijałam drzew, krzaków ani pajęczyn. Wszystko po prostu raniło moją skórę. Obejrzałam się za siebie, jednak istoty nie podążały za mną. Odetchnęłam, ale  może jednak pośpieszyłam się z tym? Tuż przede mną lewitowała jakaś postać, również miała skrzydła, jednak była nieco inna od tych wszystkich, które widziałam wcześniej, była hm... jakby to powiedzieć... bardziej przyjazna? Tak, to chyba właściwe określenie. Miałam nawet przez moment wrażenie, że uśmiecha się do mnie. Jadnak po chwili postać słała się przerażająca, a jej uśmiech zmienił się w minę jakby wszystkich miała ochotę zamordować. Wtedy wypowiedziała jedno zdanie, którego chyba nigdy nie zapomnę: "Martwi powstaną, żywi padną". Zdanie to zamroziło mnie od środka. Stałam jak wryta, nie mogąc poruszyć choćby uchem. Świat koło mnie nagle coś zaczęło zamrażać i w tej chwili zobaczyłam jak te istoty po prostu wchodzą w moje ciało. Było to okropne uczucie, każda z tych istot była tak strasznie zimna i obślizgła. Nie wiem już sama, samo wspomnienie tego wydarzenie napawa mnie obrzydzeniem i znienawidzeniem do tych istot. Świat zamarzał coraz bardziej, a istoty nadal wchodziły do mojego ciała. Zamknęłam oczy i zaczęłam krzyczeć. Szybko się opanowałam, otworzyłam oczy i świat zaczął po prostu pękać jak zbite szkło. A jego fragmenty spadały w nicość. Patrzyłam jak duże fragmenty spadają, aż wreszcie pozostała tylko ciemność. Zaczęłam się bać, jednak dostrzegłam jasne wyraźne światło. Pobiegłam do niego jak jakaś ćma. Światło stało się coraz większe i większe aż wreszcie przybrało formę pewnego rodzaju portalu. Bez zastanowienia weszłam do niego. Znalazłam się z powrotem, obok mojego brata. Może to co widziałam było wizją? A może rzeczywistością? Sama już nie wiedziałam to było po prostu zbyt... dziwne! Nie wytrzymałam tego napięcia, serce uderzało dziesięć razy szybciej, dodatkowo biło tak nienormalnie. Zaczęłam się dusić. Strach w oczach mojego brata był nie do opisania. Podbiegł do mnie i zaczął coś krzyczeć, jednak jedyne co usłyszałam to niewyraźny i straszliwy szmer. Straciłam przytomność. Tak, znowu! Już chyba szósty raz w czasie całej tej dziwnej wyprawy. W tym czasie przyśniło mi się coś. Stałam w nim na jakimś lodowym pustkowiu, a przede mną stał jakiś czarny wilk z białą grzywą przykrywającą jego oczy. Nie znałam go, znaczy z wyglądu. Poruszyłam się w lewo. Wilk powtórzył mój ruch. Już po chwili się zorientowałam, że to w cale nie jest drugi wilk, tylko moje własne odbicie.
- Ale jak to w ogóle się stało?! - wykrzyczałam
Nagle usłyszałam śmiech, nie jeden, ale kilka. Śmiech siedział w mojej głowie, i sprawiał że aż zaczęła mnie boleć. Zwinęłam się z bólu. Jednak spojrzałam na odbicie ten jeden ostatni raz, zobaczyłam siebie jednak coś było nie tak... miałam wrażenie że się ze mnie śmiało. A oczy miało koloru krwi.
- Nie to nie jestem ja! To nie jestem ja! - Krzyczałam
A odbicie dostało psychopatycznego śmiechu, zupełnie jak jakiś morderca, którego po prosu bawią takie scenki.
Obudziłam się z krzykiem. Na początku nic nie widziałam, tylko słyszałam głosy. Jeden na pewno należał do mojego brata a pozostałe... po prostu do jakiś wilków. Oczy powoli dostroiły się do światła. Widziałam już normalnie i w głębi duszy cieszyłam się, że to co widziałam było tylko snem. Jednak mój spokój nie trwał długo. Zobaczyłam, że coś zasłania mi oczy, przez co widzę trochę gorzej. Była to moja grzywka. Poprawiłam ją łapą. Jednak gdy spojrzałam na nią, o mało nie przeżyłam zawału. Moja łapa była czarna i w dodatku zawiązana bandażem na prawie całej długości. Była to identyczna łapa jaką miałam we śnie. Ktoś przyniósł mi wody w niewielkim wiadrze i zobaczyłam w nim moje odbicie. A raczej nie moje tylko to dziwne, to które wcześniej się ze mnie śmiało...

CDN

Uwagi: Przede wszystkim przecinki. Odnoszę wrażenie, że ostatnio masz upodobanie do kończenia zdań oznajmujących znakiem zapytania.

Od Kazumy "Nowa ja" cz. 4 (cd. Shayle)

Młoda przeklęła pod nosem i nerwowo spoglądała to w kierunku Zielonego Lasu, to na nowo w stronę tego, gdzie króluje mrok. Posłałam jej kolejny wstrętny uśmieszek, ale ona chyba tego nie zauważyła. Starałam się ignorować to, że znowu zaczęło mnie szarpać w kościach, a ja ledwo stałam na łapach. To chyba nigdy nie da mi spokoju... Shayle popatrzyła na mnie, jednak zdawała się być nieobecna. Opracowywała plan działania. Po kilku długich chwilach wzięła głęboki wdech, który poskutkował atakiem kaszlu. Ona jednak już podążyła w stronę Mrocznego Lasu. Obserwowałam ją spod przymrużonych powiek. Samolubna się zrobiła, widzę.
Już miałam się obrócić w przeciwnym kierunku i donieść reszcie watahy o jej zgonie, który mógł nastąpić dzięki mojemu jednemu skinieniu pazurem, kiedy spostrzegłam, że ta zatrzymuje się i kalkuluje coś w swoim małym, pustym móżdżku. Ma wyrzuty sumienia? Śmiać mi się zachciało. To właśnie te wyrzuty sumienia kiedyś mnie o mało nie zabiły. Współczucie jest bezużyteczne. Powoli obróciła się w moją stronę i ruszyła stępem, a później kłusem.
- Wejdź mi na grzbiet - oznajmiła szeptem, stojąc już ze mną pyskiem w pysk. Jednak nie patrzyła mi w oczy. Bała się. I dobrze.
- Co? - warknęłam, na co ta o dziwo nieco się schyliła.
- Wejdź mi na grzbiet, pomogę ci tam dojść - Skinęła głową w stronę Mrocznego Lasu. W głębokiej konsternacji, marszcząc jednocześnie brwi po prostu patrzyłam to na jej pysk, to na jej grzbiet. I ja mam niby wejść na nią niczym na wielbłąda? A może niczym na rumaka? Czyżby to były jej niespełnione marzenia? Prychnęłam cicho, jednak postanowiłam wejść na jej grzbiet. Zrobiłam to bardzo niezgrabnie, przez co dodatkowo uderzyłam się w żebra, ale prócz zduszonego mruknięcia nie wydałam żadnego dźwięku będącego znakiem bólu. Podniosła się chwiejnie. Przez ułamek sekundy myślałam, że zaraz upadnie, przez co napięłam mięśnie, ale tak się nie stało. Powoli ruszyła w stronę Mrocznego Lasu. Postawiła rapem kilka kroków, kiedy upadła na ubitą ziemię. Aż zabrakło mi tchu i zakręciło mi się w głowie. Myślałam, że zaraz zwymiotuję kolejną porcją krwi, ale jakimś cudem udało mi się to powstrzymać. Gorączkowo zaczęłam machać tylnymi łapami, próbując zejść, ale ona jednak nie poddała się i wstała. Nie widziała tego, że sprawiała mi większy ból, niż jakbym miała iść całkiem sama. Przyspieszyła do biegu. Obijałam się o jej kościsty kręgosłup i twarde mięśnie. Prawie mdlałam, już zwisając bezwładnie z jej grzbietu, a świat stawał się coraz bardziej rozmyty. Nagle poczułam szarpnięcie. Gwałtownie zsunęłam się z jej grzbietu i uderzyłam o coś twardego.
Niech ta mała su*a spłonie w piekle...

****
Poczułam przeszywający ból, który sprawił, że zaczęłam się wić po ziemi niczym robak. Wrzasnęłam na cały las, tak że mój głos odbił się od wysokich drzew i poniósł aż ponad ich korony. Ponowiłam dziki krzyk, nie mogąc się wyzbyć tego cierpienia. Niewyobrażalnego bólu. Nie mam pojęcia, co dokładnie sobie zrobiłam. Bolało mnie wszystko. Ta młoda za to pożałuje... zapamięta to już po wsze czasy... Mój żołądek wywrócił się do góry dnem, a ja zwymiotowałam krwią. Zakrztusiłam się nią, więc zaczęłam kaszleć, przez co z mojego gardła wydobyła się kolejna porcja czerwonej cieczy. Czułam, jak spływa mi po brodzie, brudzi futro, a ja się w tym tarzam, nie mogąc się podnieść. To musiał być wyjątkowo żałosny widok... ale ja walczyłam o przetrwanie. Nie byłam do końca zorientowana, co się dzieje, gdyż wciąż mocno kręciło mi się w głowie, a kolejna próba otworzenia oczu kończyła się falą gorąca i bólu, która polewała mnie niczym wrzątek. Udało mi się wypluć dość krwi, by ponownie krzyknąć. Po tym na nowo straciłam przytomność.
Ocknęłam się już po upływie kilkunastu sekund. Ból znowu był tak zniewalający, że myślałam, że zaraz wykręci mi kark, a ja umrę w przeciągu kilku minut. Orałam długimi pazurami ziemię, próbując jakoś uśmierzyć te tortury, które właśnie odczuwałam. Bezskutecznie. Nawet nie poczułam, kiedy trafiłam na kamień, a osłabione paznokcie pękały lub całkowicie były wyrywane. Wykręciłam się na grzbiet, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Później znowu osłabłam i nie czułam kompletnie nic. To było trochę tak, jakbym wszystko widziała w zwolnionym tempie.
- Proszę się obrócić!
- Nie kręć się tak, panienko! - słyszałam te głosy tak wyraźnie, jakby te wszystkie wilki były tuż obok mnie, a ja wylądowałam na nowo w jakże parszywej przeszłości mego marnego życia.

- Nie miej nam tego za złe, my tylko wykonujemy rozkazy...
- Spokojnie, bo zrobisz sobie jeszcze większą krzywdę!
- NIE! - tym razem mój krzyk był jak najbardziej realny - ZOSTAWCIE MNIE!
Później w moich uszach usłyszałam piszczenie i dzwonienie za razem, przez co na nowo skuliłam się, podwijając pod siebie ogon. Na nowo nastąpiła ciemność.
***
Tym razem chyba leżałam tak dłużej, niż poprzednio, gdyż kiedy się podniosłam, z trudem powstrzymując nudności i zawroty głowy, zorientowałam się, że jestem cała obklejona od własnej, zakrzepłej już krwi. Na nowo poczułam przyspieszający puls i gorącą, wręcz parzącą krew zalewającą moje żyły. Nieopodal dostrzegłam jasną waderę, która leżała nieprzytomna, gdzieś tam skulona za krzakami. Obnażyłam zęby, powoli zbliżając się do jej nieruchomego ciała. Wtedy uświadomiłam sobie, że czegoś mi brakuje. Czegoś... przejechałam zdrętwiałym językiem po zębach. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że mam kilka braków. Zatrzymałam się. Wybiłam sobie zęby. Nie było ich. Przejechałam językiem po nich po raz kolejny i uświadomiłam sobie, że nie dość, że mi się nie zdawało, to jeszcze jeden niebezpiecznie się kiwał. Szturchnęłam go językiem i poczułam, że już mam go luzem w ustach, razem z korzeniem. Skrzywiłam się i wyplułam go na ziemię. Patrzyłam w osłupieniu na kła leżącego na ziemi.
Odwróciłam wzrok w kierunku nastolatki. Pożałuje. Naprawdę pożałuje. Stanęłam tuż nad nią, kiedy ta się poruszyła, stękając cicho. Rozchyliła powieki, by dostrzec, że znajduje się tam, gdzie myślała, że jest. Łzy spłynęły po jej policzku i spadły na ziemię. Z tego wydobył się jasny blask, który sprawił... właściwie to nic. Byłam na wpół ślepa, tak więc nie zaobserwowałam nic interesującego. Popatrzyła na mnie. Poczułam do niej jeszcze większą niechęć.
- No co? Mój żywioł.
Na nowo zachciało mi się z niej śmiać. Była żałosna. Tak okropnie żałosna. Przekrzywiłam głowę, chcąc sprawić wrażenie zainteresowanej jej wywodami.
- A polega on na...? Nie widziałam nigdy czegoś takiego...
- Nie mam pojęcia. Nie jestem pewna czy cokolwiek robi... - obróciła się za siebie, jakby się zastanawiała, co jeszcze dodać. Następnie powiedziałam łamiącym się głosem:
- Pomogłaś mi... I udało ci się przeżyć... Jestem pod wrażeniem...
Zaskoczona popatrzyła na mnie, ale kiedy dostrzegła, że po chwili włosy na moim grzbiecie się jeżą, a ja przybieram pozę bojową, już nie była taka zadowolona ze swojego wyczynu. Prędko podniosła się z ziemi i odskoczyła jak oparzona.
- Naprawdę sądziłaś, że jestem tobą choć trochę zainteresowana? - syknęłam, zbliżając się do niej - Popatrz no tylko na mnie! Czy ja ci wyglądam na okaz zdrowia, albo... - tu się zaśmiałam - ...szczęścia? Sądzisz, że mam siły, by komukolwiek cokolwiek wpajać do mózgu? W tym takie oczywiste oczywistości, by się do mnie nie zbliżać?
- Ale... ja chciałam tylko... - wykrztusiła, a po jej pysku spływało coraz więcej łez.
- Mnie nie interesuje to, co chciałaś, jasne? Wynoś się stąd i nie pokazuj mi się już nigdy więcej na oczy, czy to jest jasne?! - warknęłam. Wiedziałam, że moje oczy płoną. Miałam jej dosyć. Z trudem powstrzymywałam się, by nie zadać jej śmiertelnego ciosu.
- Nie masz serca! - krzyknęła, sądząc, że mnie to ruszy.
- I co z tego? Naprawdę uważasz, że to coś zmieni w moim życiu? Że w duchu potajemnie łaknę miłości i zrozumienia? To błąd! Spadaj, jasne? Wynoś się stąd!
- A bo co? Bo to twój dom i nikt nie ma prawa się tutaj zbliżać?! Sądzisz, że jesteś numerem jeden?! Że...
Urwała, bo ja już nie wytrzymałam i wzięłam zamach zdrowszą łapą, w której było więcej zdrowych pazurów. Wymierzyłam w jej policzek, tak jak niegdyś ugodziłam Rafaela. Zostawiłam na nim dwie głębokie rany, w tym jedna aż rozcięła jej skórę na wylot, przez co mogłam dostrzec jej zęby. Musiałam jej również rozciąć dziąsło. Będzie miała piękne znamiona do końca jej życia. Żaden jej nie zapragnie. Nigdy!
Krzyknęła głośno, niemalże nie upadając. Miałam w sobie jeszcze trochę siły, która ujawniała się w szczególności w chwilach wyjątkowego gniewu. Jednak to, co jej zrobiłam było niczym w porównaniu z tym, w jakim stanie się obecnie ja znajdowałam. Wadera uświadomiwszy sobie, że może przełożyć język przez nowy otwór w jej pysku niemalże nie utraciła przytomności. Posłała mi tylko nienawistne spojrzenie swoimi zapewne zaczerwienionymi od płaczu oczami, a następnie ruszyła pędem w swoim kierunku.
Może będą próbować jej to zszyć, może sama będzie próbowała się ratować jakimiś zaklęciami... o ile nie udusi się po drodze przez ścieżkę przed Mostem Nieskończoności. A może będzie tak zrozpaczona, że się na niego rzuci bez pamięci? Teraz wszystko było mi jedno. Przynajmniej już na zawsze zapamięta to, aby się do mnie nie zbliżać. Wolę zdechnąć we własnej obecności i zgnić, przeobrażając się w ściółkę Mrocznego Lasu, niż ze świadomością, że jakieś wilki będą się nade mną pastwić i odprawią uroczysty pogrzeb na Cmentarzu. Właściwie po co to wszystko?
Obróciłam się w przeciwnym kierunku i chwiejnym krokiem ruszyłam przed siebie. Gdziekolwiek, byle dalej od tej zgrai półgłówków, którzy sądzą, że palę się do uczenia ich jakiś bzdur. Najpierw Yuko, teraz ona. Czy aż tak trudno zrozumieć to, że nie życzę sobie nikogo, kto będzie mi sapał na kark, napalając się na wspólne spędzanie czasu? To już zbyt wiele. Wystarczy mi ten kurdupel, Valto, który i tak właściwie się mną już nie interesuje i wbrew wszystkiemu - Carlo. Jeden i drugi nie grzeszy inteligencją, ale mimo wszystko jeden i drugi ma w sobie "to coś", czego nie ma nikt inny, kogo poznałam w ciągu całego swojego życia... Być może i mam jakieś upodobanie do koloru niebieskiego, a może to kwestia czystego przypadku. W każdym razie białego nie ścierpię. Mam już do niego prawdziwe obrzydzenie.
Mówią, że umiera się w bieli. Ja chcę umrzeć w czerni. Ewentualnie w błękicie niebieskiej toni koloru sierści Valto lub zagadkowej zieleni oczu Carlo.

<Shayle?>