Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 22 marca 2019

Od Suzanny "Czas wielkich zmian" cz. 1

Czerwiec 2023 r.
Sytuacja zaczynała się robić bardzo niebezpieczna. Już dawno pojawił się pomysł przeprowadzki, ale odkładaliśmy ją najbardziej jak się tylko dało z głupią nadzieją, że zacznie się poprawiać. Ostatnimi czasy jednak odnajdowaliśmy coraz więcej zmutowanych zwierząt, co nie wróżyło nic dobrego. Wilki, którym zakazaliśmy wychodzenia, zaczynały się buntować. Rosło niezadowolenie, zawitał głód. Wyglądało na to, że przestawaliśmy mieć jakieś inne wyjście. Początkowo planowaliśmy pieszą wędrówkę, ale po tak długim zwlekaniu obawialiśmy się, że to na nic ze względu na osiąganą niewielką prędkość: chmury i tak nas dopadną, deszcz nas zaleje i sami obrośniemy tymi grzybkami. Może nawet umrzemy.
Nie dało się zbadać źródła takich anomalii pogodowych. Nawet gdy Pabalu próbował coś wywróżyć, na niewiele to się ostatecznie zdawało. Podobnie sytuacja się miała z Kai'm. Nic nie widzieli. Tak jakby przyszłość watahy czy nawet tych terenów kompletnie nie istniała na linii czasu. Zupełnie jakby te chmury dodatkowo zaburzały zdolność jasnowidzenia. Najgorsze było uczucie, że jednocześnie nie mogliśmy przekazać tej informacji stadu jako powód braku szczegółów co do dalszego planowania naszych losów, bo byłoby tylko gorzej. Mogłaby powstać panika, że wszyscy niebawem zginiemy, skoro nie ma nas na linii czas, choć w rzeczywistości to mogą być zwykłe zakłócenia magiczne. Kilka wilków zgłosiło mi trudności z używaniem czarów. To musiało coś oznaczać.
Przełomowy był moment, kiedy przypomniałam sobie o tym, że kiedyś mama powiedziała mi o przysłudze, jaką nam są winne smoki. Odblokowaliśmy też ich podziemia w trakcie powodzi, co tym bardziej upewniało mnie w przekonaniu, że warto spróbować sił z ustaleniem czegoś z nimi. Smoki mają to do siebie, że dotrzymują danych obietnic. Po krótkiej naradzie z Hitamem postanowiliśmy, aby jednak o to zapytać. Wystarczyło poczekać na mniej wietrzny dzień i udać się do Smoczych Podziemi. Istniała dość duża szansa, że pomogą nam w przemieszczeniu się w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Wraz z obstawą aż trzech obrońców udaliśmy się na negocjacje. Hitam był znacznie spokojniejszy ode mnie. Kilka razy wspominał, że dla wilków urodzonych na terenach Watahy Czarnego Kruka normalnym niegdyś było codzienne obcowanie mniej lub więcej z jakimiś mistycznymi zwierzętami, nierzadko również i groźnymi. Ja jeszcze nie miałam okazji przeżyć czegoś podobnego i sama nie wiedziałam czego się mam spodziewać.
Ostatecznie to ja odnalazłam wejście do Tajemniczych Podziemi, o czym natychmiast dałam znać całej reszcie kompanii. Jako pierwszy wskoczył do środka Dante, przebadał grunt, po czym dał znak pozostałym, aby również skoczyli. Dół był głęboki na niecałe dwa metry metry. Można było albo tam wylądować jednym susem, albo ześlizgnąć się po pochyłej ziemi. Ja wybrałam tę drugą opcję. Bałam się od zawsze takiego skakania.
Jak się okazało woda miała znacznie wyższy poziom, niż kiedy byłam tam ostatnio. Nadal panowały tam ciemności, a jedyne źródło światła stanowiły kryształowe kwiaty (co dawało dość imponujący efekt), ale zalana do ponad połowy sala nie wróżyła niczego dobrego. Szczególnie że nawet w trakcie powodzi nie wyglądało to aż tak tragicznie. Wtedy przynajmniej ta woda gdzieś uciekała. Teraz całkowicie stała. Przed zatopieniem uratowała nas wyłącznie moc Dante, który zatrzymał falę. Nie dało się przejść wąskimi skalnymi chodnikami, jak to było wcześniej, bo wszystko zostało zalane. Zerknęłam nieco zmartwiona i zdezorientowana za razem na Hitama, który bywał kiedyś na kontrolach w Tajemniczych Podziemiach. Jego pysk jednak nie wyrażał większych emocji. W milczeniu oglądał salę. Krystaliczna woda, którą zatrzymał Dante, sięgała nam aż po czubki uszu. Mogliśmy przez nią przejrzeć i zobaczyć to, co zostało zalane oraz to, co znajdowało się na samym dnie, czy też raczej "niższym dnie". Jak się okazywało Tajemnicze Podziemia miały również więcej pięter, które mogliśmy ujrzeć dopiero wtedy. Wysłalibyśmy wilki z żywiołem wody na zwiady gdybyśmy tylko lepiej się orientowali we właściwościach tej substancji... Choć na dobrą sprawę tak naprawdę nigdy nikt nie wpadł na zamiar przebadania tego dokładniej.
W pewnym momencie moją uwagę przykuł jakiś błyszczący zarys w środku wody. Nawet po wytężeniu wzroku nie mogłam określić co do dokładniej mogłoby być. Wyglądało jak jakiś większy kamień. Był tam od zawsze, czy dopiero się pojawił? Nie umiałam na to odpowiedzieć. Zbyt rzadko tam bywałam.
- Co o tym sądzisz? - zapytałam cicho Hitama, mając na myśli całą tę podziemną jaskinię.
- Zastanawiam się, czy nasze tajemnicze ulewy nie są cięższe od zwyczajnych i dlatego spływają na niższe poziomy - odparł powoli. Z chłodnym zaciekawieniem wodził wzrokiem po hali. Najwyraźniej też uważał to za dość nietypowe zjawisko.
- Jezioro nam nie wylało, podobnie jak nie zalało nam plaż - dodał za chwilę. Pokiwałam głową. Miał rację. Z relacji członków watahy jasno wynikało, że woda wsiąkała, czy też wyparowywała, bardzo szybko. Nawet z kamieni. Oddziaływała co prawda na podłoże, ale kałuże powstawały z dość dużym trudem.
- Ta woda ma zdolności lecznicze. Tak mówiła Kiiyuko - dorzucił Dante, który nadal szedł przodem i utrzymywał wodę tak, aby nas nie zalała. Poruszał się jednak wolno...
- Dan, powiedz mi... Masz trudności z utrzymaniem tego zaklęcia? - zapytałam nagle. Obrócił w moją stronę głowę, ale szybko wrócił do patrzenia przed siebie.
- Trochę tak... - odpowiedział cicho. Dostrzegłam kątem oka wzrastający niepokój Tarii. Chyba pomyślała, że zapytałam dlatego, że czuję, iż zaraz zaklęcie padnie.
- A wy? Macie ostatnimi czasy z tym kłopoty? - zwróciłam się do pozostałych. Po chwili wahania odpowiedzieli twierdząco. Westchnęłam cichutko. Moje obawy się potwierdzały. Cokolwiek było w tym deszczu, utrudniało nam korzystanie z żywiołów.
- Tutaj jest jeszcze gorzej - dodał Dante nieśmiało.
- Dasz radę dojść do końca korytarza? - zapytał nagle Hitam.
- Tak, jasne... Ale gdyby był wyższy poziom to raczej bym nie podołał wyzwaniu - Zaśmiał się nerwowo. Sytuacja wyglądała niewesoło. Kątem oka dostrzegłam zmartwienie na pysku Hitama, ale nie skomentował tego.
Resztę trasy przebyliśmy w milczeniu. Grunt stopniowo się wznosił, a korytarz zwężał. W końcu woda nas już na reszcie nie otaczała, ale za to musieliśmy się przepychać między szczelinami w skałach. Dante był z nas najwyższy i najszerszy, dlatego miał największy problem. Hitam za to musiał się nieźle nagimnastykować, aby zmieścić skrzydła. Właściwie na niewiele się to zdało. W pewnym momencie Dante zarządził odwrót, bo - jak sam twierdził - jeszcze jeden krok i się zaklinuje, a jego zaklęcie mogłoby sprawić zawalenie się skały nad nami. Zawróciliśmy. Dopiero gdy znaleźliśmy się znowu na takiej przestrzeni, żeby się obrócić, postanowiliśmy co dalej. Byłam z nich wszystkich najdrobniejsza. Zaraz po mnie była Taria. Zdecydowali o tym, abyśmy poszły we dwie. Miała moc ognia, więc mogła utrzymać na mnie zaklęcie odporności na wysokie temperatury, jakie czekały nas na końcu korytarza. Ruszyłyśmy ponownie w trasę. Na dobrą sprawę nie miałam z tym większego kłopotu - mieściłam się we wszystkich szczelinach, a otarłam jedynie raz prawy bok. Nie wymagał opatrywania. Nie osiągałam co prawda zabójczych prędkości, ale lepsze to niż nic. Od czasu do czasu porozumiewałyśmy się z Tarią oraz krzyczałyśmy ustalone hasło, żeby oczekujące na nas basiory miały pewność, że nic nam nie jest. Echo niosło się na tyle, że słyszeli wszystko doskonale i mogli nam odpowiadać.

<C.D.N.>

czwartek, 21 marca 2019

Od Cess "Niepokój" cz. 4 (c.d. Magnus)

Sierpień 2022
Skrzeczący gryf zaatakował nas znienacka. Osaczony ze wszystkich stron, nie wiedział nawet co robić. Jego posunięcie nie miało żadnego sensu, lecz ze względu na sytuację w jakiej się znajdował, brnął w to dalej. Kręcił się we wszystkie strony, starając się strącić kogokolwiek z urwiska. Ledwo co sama uchyliłam się przed jego wielkim skrzydłem. Wyglądało to jak jakaś zabawa w ciuciubabkę. Oszołomione stworzenie nie panowało bowiem nad sobą. Było wystraszone i zagubione. Podpalone pióra i ślady oparzeń dawały znać, że coś jest na rzeczy. Szukałam wzrokiem Magnusa i sprawdzałam, czy jeszcze się trzyma. Basior radził sobie dobrze, będąc tak samo zdezorientowany jak ja. 
Przyjęłam pozycję obronną i zaczęłam warczeć, gdy hybryda zamachnęła się po raz kolejny. Z pobliskich kałuż zebrałam wystarczająco wody, aby uformować z niej pociski. Zazwyczaj w takich sytuacjach potrafię skupić się jeszcze bardziej, niż zwykle. Tak też było i tym razem. Za każdym razem, gdy bestia zbliżała się do mnie, dostała prysznic błękitną wodą, która sprawiała ból, wchodząc w rany po oparzeniach. 
Gdy gryf wycofał się nieznacznie, ktoś z naszej grupy rzucił bardzo idiotyczne pytanie: „Co to było?”. Wkurzona i zirytowana warknęłam niezbyt przyjemnie: 
- Hm, no nie wiem… Może wściekły gryf na przykład? - kiedy wypowiedziałam te słowa, stworzenie zaskrzeczało jeszcze głośniej, strącając na bok mnie oraz jakiegoś wilka z Watahy Czarnego Kruka. Powalona na ziemię, syknęłam głośno, a po mojej czaszce przeszła fala bólu. Walnęłam łbem prawdopodobnie o kamień.
Nie wiem ile dokładnie leżałam. Może minęło kilka sekund, chwil, a nawet minut. Możliwe też jest to, że straciłam przytomność. Jakbym na chwilę straciła panowanie nad sobą i bezczynnie czekała na dalszy rozwój sytuacji. Szumiało mi w uszach i nie mogłam się skupić. Gdy otworzyłam oczy cały świat wirował, a obrazy się zlewały wzajemnie. Wyraźnie nie widziałam, a wszystko otaczał półmrok. Jakieś przytłumione dźwięki dochodziły z zewnątrz, lecz nie byłam w stanie zrozumieć, ani jednego słowa, rozpoznać wilka, do którego należał głos. Znów zamknęłam oczy, ponieważ piekły mnie, gdy były otwarte. 
- Cess? - słyszę niewyraźnie, gdzieś w oddali. Niski, przytłumiony głos, należał prawdopodobnie do jakiegoś basiora. Po moim ciele przeszły ciarki, a ja zwinęłam się w kłębek.
- Tata? Ja nie chciałam ugryźć brata... - majaczę pod nosem, wzdychając co chwilę. Było mi zimno. 
- Cess, pobudka. Już po wszystkim. - usłyszałam, a następnie poczułam lekkie uderzenie. Gdy dostałam po głowie, przestraszyłam się trochę i oprzytomniałam. Zerwałam się gwałtownie, w wyniku czego zderzyłam się łbami z pochylonym nade mną basiorem, w wyniku czego podskoczył. 
- Magnus? Co się dzieje? - spytałam przerażona. Wilki z zaciekawieniem wpatrywały się na nas. Obracałam się nerwowo, obserwując wszystkich dookoła. Zaskoczona byłam faktem, że nikt nie ma zamiaru walczyć z gryfem. Go też nigdzie nie mogłam dopatrzeć. - Gdzie bestia? 
- Już po wszystkim. Nie żyje. Wszystko w porządku? - Zachował w miarę neutralny wyraz pyska, zmartwienie zdradziły tylko zmarszczone brwi. Podniosłam się do siadu, odzyskując równowagę. Spojrzałam się na Magnusa.
- Jak to nie żyje? Kto go załatwił? - Dopytywałam się zainteresowana oraz nieco zdziwiona. Basior wyglądał na trochę zagubionego albo zmartwionego. Trudno określić o co może chodzić.
- Ten rudy. 
- Co? - Rozejrzałam się po wszystkich wilkach, lecz nie dostrzegłam nikogo o sierści w tym odcieniu. - Nikt z nas nie jest rudy.
- Ten co ściągnął na nas to ptaszysko - powiedział Dante - Nawiał.
- Nie znamy go, chyba trafił tu przez przypadek - dodał Magnus, trochę niepewnie. - Pobiegł tamtą ścieżką, dalej w góry. Raczej już go nie zobaczymy.
Możliwe, że miałam luki w pamięci lub w ogóle nie zwróciłam uwagi na owego basiora. Spojrzałam w stronę ścieżki i z trudem wstałam. Otrzepałam się z kurzu i zaczęłam iść w tamtą stronę. 
- Zaraz zacznie padać - obwieściłam nie zatrzymując się - Lepiej wracajcie, jeśli nie chcecie zmoknąć! - Zniknęłam za zakrętem. Szłam w zupełnie innym kierunku. Aby dojść do jaskiń musiałabym iść w drugą stronę. Zerknęła kątem oka na Magnusa, który po pewnym czasie postanowił za mną ruszyć. Nie zatrzymałam się jednak. Szłam dalej. - Nie wrócę się.
- Alfy nie będą zachwycone. - unikał kontaktu wzrokowego, gdy spojrzałam się na niego. 
- Dlaczego niby? - ominęłam dużą kałużę. - Mają być złe za to, że będę poza jaskinią w trakcie deszczu, czy może za to, że chcę odnaleźć tego basiora?
- Oddalasz się od grupy bez uzyskania zgody. - z gracją godną krowy potknął się i prawie wpadł do kałuży - Za to pierwsze może też. Zatrzymałam się i popatrzyłam basiorowi prosto w oczy w oczy. 
- Znajdę rudego i wrócę... Trzeba mu podziękować. Zapewne nie ma też jak schronić się przed deszczem! Może potrzebuje pomocy! - burknęłam smętnie, idąc twardym krokiem. 
- Skąd taka stanowczość? - mruknął nieprzekonany. - Ile wilków, tyle hierarchii wartości. Pomógł, bo sprowadził to na nas przez przypadek. Podziękowania są teraz ostatnią rzeczą jakiej mógłby chcieć.
- Może nie była to jego wina? - Obserwując go, mrużę oczy - Coś ukrywasz? - Stwierdzam, zauważając, że unika kontaktu wzrokowego. Ten jedynie nerwowo pokręcił głową. - Na pewno nie jest, aż taki niebezpieczny jak zapewne sądzisz. 
- Był bardzo wygadany. - padła zdawkowa odpowiedź.
- Rozmawiałeś z nim? - zbliżyłam się, nadal patrząc mu w oczy.
- Nie.
- A kto z nim rozmawiał? Trzeba dowiedzieć się o nim więcej! -popchnęłam go lekko, aby zaczął iść w stronę grupy. Możliwe, że tam dostałabym wiele przydatnych informacji. Odsunął się nieznacznie.
- Nikt z nim nie rozmawiał. To on mówił.
- Mogłabym się dowiedzieć o czym mówił? - warknęłam zdenerwowana na niego. Nie chciał ze mną najwyraźniej współpracować. Po co więc po mnie lazł? 
- Że przeprasza. I że zaraz to naprawi. - odruchowo spuścił wzrok. 
- Miło z jego strony! Możemy mu podziękować! Już dawno znaleźlibyśmy go! - ruszyłam powoli, czekając na Magnusa. Teraz już nic mnie nie zatrzyma, aby dowiedzieć się więcej o rudym. 
- Grzeczny chłopiec! - powiedziałam, idąc przed siebie, kiedy wilk postanowił w końcu ulec i zacząć iść za mną. Postanowiłam na wszelki wypadek zgromadzić wodę, którą kierowałam za sobą w postaci wiru wodnego. Tym razem pilnowałam, aby nie stał się zbyt wielki.
- Jak myślisz skąd jest ten wilk? - mówię, śmiejąc się przy okazji z jego miny. Wyglądał na co najmniej niezadowolonego.
- Znam ten akcent. - przez chwilę milczał, wahając się udzielenia odpowiedzi, która mnie zadowoli. - Północ. 
- Znasz kogoś z północy? - spytałam zaciekawiona, skupiając się nadal na ścieżce. Miałam nadzieję, że szybko znajdziemy tego basiora.
- Ja… jestem z północy. - mruczy cicho pod nosem, mając spuszczony łeb. Otworzyłam szerzej oczy.
- Naprawdę? Jak tam jest?
- Skandynawia raczej nic ci nie powie... No... Tam jest… zimno. - skrzywił się lekko. 
- Czyli jesteś... Skandywianek? - zachwyciłam się jak dziecko nową zabawką. - Ale super! - zakręciłam się wokół własnej osi. - No może z tym, że zimno to nie super... Dlaczego już tam nie mieszkasz?
- Norwegiem - poprawił mnie. Tak czy siak będzie dla mnie już zawsze Skandywiankiem. - I, em... Pracowałem... Za granicą... znaczy tutaj... Nie do końca tutaj, w Mieście...- totalnie się zaplątał. Parsknęłam głośno, widząc zakłopotanie na jego pysku.
- Jak to w Mieście? Tam gdzie te dziwne istoty bez sierści, chodzące na dwóch łapach? - skrzywiłam się jeszcze bardziej niż on. Nic nie podobało mi się w tych stworzeniach. Wydawali się głupsi od… od nas.
- Tak - wziął głębszy wdech. - A może ty powiesz coś o sobie? Skąd jesteś?
- Z daleka, tak sądzę. Szłam w stronę zachodzącego słońca, gdy nie miałam gdzie pójść. - popatrzyłam w niebo. - Mojego domu już nie ma, tam gdzie był kilka lat temu… - ogarnął mnie chwilowy smutek, starałam się więc ciągnąć temat dalej, aby nie skupiać się zbytnio na sensie wypowiadanych przeze mnie słów. - Wiedziałeś, że ruina może stać się ruiną po raz drugi?
- Aha - odpowiedział mądrze, starając się zrozumieć o co mi chodzi. 
- Gdybym znała się na kierunkach, powiedziałabym ci skąd dokładnie przybyłam. Jest to jednak dla mnie zagadką tak samo dziwną, jak mój wygląd. - powiedziałam już ciszej - Nie zdziwił cię on?
- Zobaczyłem przez ostatnie trzy lata tyle, że do końca życia chyba nic mnie już nie zdziwi - ściszył ton głosu.
- Jeszcze byś się zdziwił - mruknęłam, czując jak nasza rozmowa nie klei się od dłuższego czasu. 
Nagle coś mignęło mi w oddali. Była to ruda kita. Szturchnęłam Magnusa, nic nie mówiąc. Ruszyłam biegiem za wilkiem. Starałam się nie potknąć i gnać tak szybko, jak tylko zdołam.
Biegnąc wzdłuż urwiska, zobaczyłam jak krople powoli zaczynają spadać na ziemię. Nie zniechęciło mnie to jednak i dalej ścigałam basiora. Miałam nadzieję, że daleko nie ucieknie. 
- Cess! - zawołał wilk przerażony. Gdy usłyszałam Magnusa, stanęłam gwałtownie, zderzając się ze skalną ścianą. Zerknęłam jeszcze w stronę znikającego w oddali rudego basiora i wydusiłam z siebie jedynie głośne: „zaczekaj!” Skierowane w jego stronę. - No pięknie... - mruknęłam niezadowolona.
Wkurzona wstałam i wróciłam z powrotem do kolegi. Odwołałam moje tornado i zajęłam się mokrym i brudnym od toksyn futrem Magnusa. Nie zajęło mi długo, by sprawić, że znów był suchy. 
- Dlaczego do cholery uciekał? - warknęłam nieprzyjemnie stojąc na deszczu.
- Bo goniła go wadera z obcego stada, z którą zapewne nie chce mieć nic wspólnego? - wzdrygnął się gwałtownie poddenerwowany. 
- Przecież nie miałam złych zamiarów! Nie warczałam ani nic! - spuściłam swój łeb. - Może jeszcze zawróci…
- Wątpię. - z narastającym niepokojem patrzył na deszcz. 
- Znajdźmy jakąś jaskinie... - mruknęłam, ruszając dalej. - Muszę się sama wysuszyć.

<Magnus?>

Uwagi: Zmieniasz czas z przeszłego na teraźniejszy i z powrotem. 

środa, 20 marca 2019

Od Edel "Uważaj na dziarskie kocięta" cz. 1 (cd. Crane)

Kwiecień 2023
Światło delikatnie przebijało się przez czarne chmury. Nie nazwałabym tego poranną szarówką, lecz ciemność faktycznie zaczynała ustępować na rzecz dnia. Oznaczało to, że moja nocna wędrówka trwała znacznie dłużej, niż myślałam. Najbardziej zdziwiło mnie, że nie odczuwałam zmęczenia - a przynajmniej nie takiego, jak mogłabym się spodziewać. Oczywiście moje łapy nieznacznie drżały, a tempo raczej nie było zbyt wielkie, ale szłam przed siebie i nawet wiatr uparcie rozwiewający moją sierść nie mógł mnie powstrzymać.
Tereny watahy były opustoszałe ze względu na późną - lub wczesną - porę. Byłam tylko ja i moje myśli, co nie stanowiło dla mnie żadnej nowości. Myślałam, że zmiana miejsca zamieszkania wyrwie mnie z letargu. Zamiast tego wpadłam w jego inną odmianę.
W Zakonie byłam zmuszona do mniej lub bardziej dotkliwego kontaktu z innymi, natomiast tutaj za jedynych towarzyszy miałam Asa i Tori. Toksyczne deszcze sprawiały, że zostałam zmuszona do siedzenia w jaskini. Zresztą, podobnie jak pozostali członkowie stada. Nic dziwnego, że w takich okolicznościach życie towarzyskie żadnego z nas nie było zbyt interesujące.
W każdej chwili, gdy samopoczucie oraz brak opadów mi na to pozwalały, wychodziłam na krótkie spacery. Czasem towarzyszyli mi moi przyjaciele, jednak zdecydowana większość tych wędrówek była samotna.
Tak też było tej nocy. A przynajmniej do momentu, gdy zza nienaturalnie powiększonych roślin nie wyłoniła się sylwetka średniego wzrostu wilka. Wyglądał zaskakująco zwyczajnie - jego sierść była brązowo-szara, w kilku miejscach przybierała też kolor biały. Nic szczególnego. Sprawiał wrażenie zwykłego, niemagicznego samca. Wiedziałam jednak, że tacy nie kręciliby się w samym środku stada magicznych wilków.
Samiec zdawał się pogrążony we własnych myślach, jednak gdy tylko mnie zauważył, wyraźnie przyspieszył. Zmrużyłam oczy, nie wiedząc, czy chciał mnie ominąć czy właśnie dogonić. Niemal automatycznie przyspieszyłam, postanawiając wyjść mu naprzeciw. Jeśli nic nie będzie chciał, to po prostu szybko się miniemy, prawda?
Wilk jednak nie zamierzał ominąć mnie łukiem. Zamiast tego zatrzymał się tuż przede mną i zmierzył podejrzliwym spojrzeniem.
- Co tu robisz?
Jego głos nie brzmiał zbyt przyjemnie - powiedziałabym raczej, że był poważny i oficjalny. Nie zrozumiałam, czemu właściwie samiec mnie o to zapytał. Przecież tak samo jak on miałam prawo przebywać na zewnątrz, kiedy nie padał deszcz.
Wzruszyłam ramionami i delikatnie uniosłam łeb, by spojrzeć mu prosto w oczy. Były one całkiem ładne - bystre i brązowe z niewielką, niebieską plamką. Nigdy nie widziałam nikogo, kto miałby oko w dwóch kolorach. Wyglądało to intrygująco.
- Wyszłam na spacer.
Nietypowe oczy ponownie zmierzyły mnie podejrzliwym spojrzeniem. Westchnęłam cicho i postanowiłam rozwinąć myśl.
- Nie mogłam spać, a nocne powietrze jest dość orzeźwiające. A ty, co tu robisz?
- Patroluję tereny watahy i sprawdzam, czy nie ma tutaj intruzów takich jak ty - odpowiedział wilk nadal z pełną powagą.
Słysząc jego słowa, niemal zachłysnęłam się powietrzem. Co jak co, ale intruzem nie byłam. Przecież każdy ma prawo - ba, obowiązek - zasiedzieć się we własnej jaskini podczas tych dziwacznych deszczy.
- Nie jestem intruzem. Mieszkam tu od zeszłego lata - wyjaśniłam, mrużąc oczy z niezadowoleniem. Nie podobała mi się myśl, że wilk, którego nigdy wcześniej nie widziałam, posądzał mnie o najście terenów watahy, do której należałam.
Nieznajomy zmarszczył brwi i lekko pochylił w moją stronę, wdychając mój zapach. Liczyłam, że stara jaskinia była wystarczająco nim przesiąknięta, by ten przeszedł i na mnie.
- Hm... Nie pachniesz jak członek watahy - stwierdził w końcu.
Uniosłam wzrok ku górze z czystym zniecierpliwieniem.
- Ty także nie, a jednak twoja nadgorliwa postawa nie pozostawia wątpliwości, że zamieszkujesz te tereny.
Spojrzenie samca złagodniało, gdy usłyszał moje słowa.
- Jestem z Watahy Czarnego Kruka. To stado przyłączone do Watahy Magicznych Wilków - wyjaśnił.
Powoli skinęłam łbem, marszcząc przy tym brwi. Wataha Czarnego Kruka... Nazwa brzmiała znajomo, jednak bez jego pomocy nigdy bym sobie jej nie przypomniała. Całkiem zapomniałam istnieniu drugiej sfory. Jakby nie było, nie angażowałam się w wilcze życie, a zwłaszcza te innego oddziału wielkiej watahy, do której widocznie obydwoje należeliśmy. Moje małe zirytowanie ustąpiło miejsca wstydu, który starałam się jak najszybciej zamaskować.
- Ja natomiast należę do Watahy Magicznych Wilków. Nie nasiąkłam jeszcze tym zapachem ze względu na to, że większość czasu spędziłam we własnej jaskini.
Wilk pokiwał łbem, dając mi znak, że rozumie.
- Pozwól, że i tak znajdę kogoś, kto zaświadczy, że mówisz prawdę. W ramach czystej formalności.
Wzruszyłam ramionami. Rozumiałam, że ze względu na brak woni typowej dla członków watahy, wilk musiał trzymać mnie na dystans. Jakby nie było, to był jego obowiązek.
- Jak sobie życzysz, ale musisz wiedzieć, że znam tu jedynie Torance i Asgrima.
- Oni wystarczą - powiedział i ruszył w odpowiednią stronę. Szedł raczej powoli, więc bez większego trudu go dogoniłam, choć czułam, że moje łapy powoli zaczynają pobolewać. - Jak ci na imię? - spytał.
- Edel.
Wilk odwrócił łeb w moją stronę i posłał mi serdeczny uśmiech, całkiem odmienny od poważnego wyrazu pyska, który miał przez całą naszą rozmowę. Wyglądał o wiele bardziej przyjaźnie.
- Bardzo ładne.
Uśmiechnęłam się i trochę niepewnie podziękowałam. Nie przywykłam do tego, że ktoś mnie komplementował w jakikolwiek sposób.
- A czy ty, o patrolujący, zdradzisz mi własne imię czy ze względów bezpieczeństwa wolisz zachować je dla siebie? - spytałam. Szybko sobie zdałam, że przytyk mógł zabrzmieć trochę niemiło, więc czym prędzej wyszczerzyłam zęby, by załagodzić wydźwięk słów.
- Wspaniały patrolujący nazywa się Crane.
- Też niczego sobie - skinęłam łbem z pełną powagą.
Wilk uśmiechnął się, jednak nie powiedział nic więcej. Wokół nas zaległa cisza, jednak żadnemu z nas to nie przeszkadzało. Crane zdawał się oddany własnym myślom, a ja... Ja po prostu cieszyłam się towarzystwem jakiegokolwiek stworzenia.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, Crane trochę niepewnie zajrzał do jaskini.
- Przepraszam, można?
Odpowiedziała nam cisza.
Wymieniłam spojrzenia z basiorem i wlazłam do środka. Szybko rozejrzałam się po niespecjalnie uporządkowanej jaskini. Pod jedną ze ścian, w pewnym oddaleniu od wejścia, dostrzegłam dwie obejmujące się sylwetki. Tori leżała zwinięta w kłębek tuż przy ciele Asa, który oplatał ją delikatnie przednią łapą. Był to czuły gest, prawdopodobnie całkiem nieświadomy, lecz przy tym wyrażający miłość.
Poczułam, jak coś zaciska mi się na żołądku. Nie było to jednak uczucie, które zapowiadało wymioty, a zwyczajna zazdrość. Sądziłam, że to głupie zauroczenie mi przeszło, jednak gdy zauważyłam ich razem, w takiej sytuacji, wszystko odżyło.
Prędko odwróciłam łeb i na ślepo wycofałam się z jaskini. W pewnym momencie uderzyłam w czyjeś ciało. Crane. Szybko wymamrotałam przeprosiny i nie patrząc w stronę jaskini, powiedziałam:
- Chyba... Chyba im przeszkadzamy.
Mój głos był ochrypły, przepełniony różnymi, może trochę sprzecznymi emocjami.
Samiec ponownie zajrzał do jaskini. Gdy się odwrócił, skinął łbem. Na jego pysku można było zauważyć spokój, przez co poczułam, jak robi mi się wstyd.
Jestem idiotką.
- Być może. Wobec tego chodźmy do Alf.
Gdzieś z jaskini dobiegło nas ciche szuranie. Niepewnie weszłam i zobaczyłam, jak para jeszcze mocniej się przytula. Ponownie niemal wybiegłam z jaskini.
- Tak, lepiej tak... - mruknęłam i nie czekając na odpowiedź, ruszyłam w odpowiednią stronę.
Crane szybko się ze mną zrównał. Ponownie szliśmy w ciszy, jednak ta tym razem znacznie bardziej mi ciążyła. Chciałam móc się komuś wyżalić, wysłuchać może jakiś rad i słów pocieszania. Poczuć pokrzepiający uścisk łap. Zobaczyć serdeczny uśmiech na czyimś pysku.
Dlaczego wszyscy oprócz mnie mogą się łączyć w pary i zakładać swoje rodziny? Niby takie proste, a jednak nigdy nie spełnię tego swojego głupiego marzenia jeszcze z lat dzieciństwa. Dlaczego ja?
Nieprzyjemne uczucie w żołądku się zmieniło. Było bardziej palące i nagłe. Otworzyłam szerzej oczy przerażona i bez słowa zawróciłam. Lęk przed tym, że Crane mógł mnie zobaczyć, dodał mi szybkości oraz siły na powstrzymywanie wymiotów. Wbiegłam w nienaturalnie wielkie zarośla i zwróciłam wszystko, co zostało mi po wczorajszym posiłku. Moje ciało wyginało się nieco spazmatycznie, chyba drżałam. Natomiast kiedy zauważyłam czerwone plamki w wymiocinach, nie mogłam powstrzymać szoku i przerażenia. Choroba postępowała...
- Edel? Co ci?
Odwróciłam się w stronę, z której nadchodził głos. Crane stał tuż obok mnie, a na jego pysku malował się niepokój. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, szybko skierowałam wzrok na własne łapy.
Zastanawiałam się, co powinnam odpowiedzieć. Wilk z pewnością widział wszystko, a nawet jeśli nie, to jedno spojrzenie na wymioty i moją żałosną sylwetkę było z pewnością wystarczające, by mógł wszystko poskładać w całość.
Odkaszlnęłam i splunęłam na ziemię, próbując pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. Nie podniosłam jednak wzroku na towarzysza.
- To... Nic takiego... Chyba coś mi zaszkodziło - spróbowałam się uśmiechnąć, ale chyba wyszło to dość marnie.
- Nie jesteś chora? - spytał samiec. W jego głosie pobrzmiewał niepokój.
Nie takiego współczucia chciałam.
- Nie - odparłam, wpatrując się uparcie w swoje łapy. Mój głos nie brzmiał ani trochę przekonująco, przez co się skrzywiłam.
- Nie musisz kłamać.
- Ja nie... - zaczęłam, jednak szybko stwierdziłam, że to nie miało sensu. Widział zbyt wiele. - Nie chcę o tym rozmawiać. Możemy iść dalej?
Nie czekając na jego odpowiedź, wstałam. Z niepokojem zauważyłam, że moje łapy drżały i były aż zbyt słabe. Widocznie silne emocje, nocne wyprawy i wymioty to nie było dobre połączenie dla wymęczonego organizmu.
- Hej, jeśli nie dasz rady, nie muszę cię wlec do Alf. Sam ich spytam.
Uśmiechnęłam się krzywo, jednak nadal nie odwróciłam się w stronę basiora. Bałam się na niego spojrzeć. Dostrzec zmartwienie wymieszane z obrzydzeniem.
- Nie ma takiej potrzeby. Jestem silniejsza, niż może się zdawać.
Starałam się, żeby mój głos brzmiał dumnie i chyba nawet mi się to udało. Z pewnością mój ton zdołałby przekonać samca, gdyby akurat w tym momencie nie ugięły się pode mną łapy. Upadłam na ziemię.
Szybko wstałam, czując na sobie spojrzenie Crane'a. Basior w żaden sposób nie skomentował mojego upadku, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna. Ogółem wilk był bardzo sympatyczny i nie mogłam powstrzymać wrażenia, że moglibyśmy w przyszłości zostać przyjaciółmi.
Pod warunkiem, że nie postanowi więcej ze mną rozmawiać. Jakby nie było, nie zachowywałam się zbyt... Uprzejmie - pomyślałam z goryczą - Powinnam go przeprosić, ale... Jak miałabym to zrobić? Jeśli nagle coś takiego powiem, może stwierdzić, że jestem wariatką. Niemniej... Chyba faktycznie powinnam spróbować.
Cicho westchnęłam i już otwierałam pysk, by wypowiedzieć te kilka (prawdopodobnie dość nieporadnych) słów przeprosin, gdy nagle odezwał się sam Crane.
- Nalegałbym żebyś zaczekała, a ja w tak zwanym międzyczasie pójdę do Suzanny i Hitama.
- Crane...  To bardzo miło z twojej strony. Ja... Dzięki za troskę - powiedział cicho, oblizując pysk ze zdenerwowania. Nie byłabym jednak sobą, gdybym na tym skończyła swoją wypowiedź. - Ale co jeśli Alfy nie poznają mnie jedynie po imieniu? Jesteś pewny, że moja obecność jest tam zbędna?
- Opiszę im jak wyglądasz oraz wspomnę, że znasz Asgrima i Torance. Niewiele wilków ostatnio dołączyło, powinni cię pamiętać.
- Chyba rzeczywiście tyle wystarczy. Zaczekam tu na ciebie. Nie chcę, żebyś mnie później oskarżył o ucieczkę jak na szpiega przystało - uśmiechnęłam się lekko.
Wilk go nie odwzajemnił - jego pysk był wypełniony powagą.
- Jeśli uciekniesz, będzie to tylko i wyłącznie moja wina - stwierdził i bez większych pożegnań, odszedł.
Usiadłam na ziemi i wpatrywałam się w jego oddalającą się sylwetkę. Nie znajdowaliśmy się daleko od Jaskini Alf - zaledwie kilka minut drogi powolnym marszem. Nic więc dziwnego, że Crane wrócił zaledwie kilka chwil później. Gdy znalazł się obok mnie, wstałam i uśmiechając się szeroko, spytałam:
- To jak? Przeprowadzisz na mnie egzekucję za najście?
- Nie, nie sądzę - pokręcił głową z lekkim uśmiechem. - Członków watahy za to nie skazują.
- Bardzo mnie to cieszy.
Nim wilk zdążył się odezwać, coś cicho zaszeleściło w zaroślach. Jak na komendę spojrzeliśmy z napięciem w tę stronę. Jakieś stworzenie zmierzało prosto na nas.
Crane ostrożnie podszedł do krzaków, przybrał obronną postawę i skamieniał, gdy spomiędzy gałązek wyłoniło się... Kocię.
Zwierzątko wyskoczyło radośnie prosto na łapę dorosłego samca i zaczęło bawić się jego długą sierścią, miaucząc wesoło. Roześmiałam się, widząc skołowaną minę basiora, co wzbudziło zainteresowanie kota, który odskoczył przestraszony. Szybko się jednak zreflektował i z zainteresowaniem podszedł w moją stronę.
Przypatrywałam się z uśmiechem młodemu - na oko trzyletniemu - kociakowi. Miał długie i puszyste futerko w odcieniach szarości wymieszanej z brązem. Nic specjalnego - zwykła, bura sierść w prążki, jaką można dostrzec u wielu kotów. Od spodu pyszczka po brzuch kociaka widniał lekko kremowy pas. W tym samym kolorze były cieniutkie linie otaczające duże oczy oraz krótkie skarpetki na drobnych łapkach. Wyciągnięty ku górze ogon był nieznacznie ciemniejszy od reszty futerka - mniej-więcej w barwie prążków zwierzątka. Kotek miał zielonożółte oczy z dużą domieszką szarego, który zabierał im intensywność. Nie przeszkadzało to jednak temu, by tęczówki pobłyskiwały nie tylko radością, a jeszcze w jakiś inny, całkiem odmienny sposób.
- Cześć! - zawołał kotek. Miał wysoki, niewątpliwie chłopięcy głosik. Kocurek spojrzał najpierw na mnie, potem na Crane'a - Mam nadzieję, że się nie przestraszyłeś, panie wielki.
Basior, który zdążył już się wyprostować, spojrzał w dół, prosto na kociaka.
- Nie, nie przestraszyłem.
- Zgubiłeś się? - wtrąciłam, wracając spojrzeniem do niespodziewanego rozmówcy.
- Nie - odparł dziarskim tonem, jednak zerknął niepewnie w stronę, z której nadbiegł. - Szukam domu.
Zmrużyłam oczy trochę zbita z tropu. Zerknęłam na Crane'a, jednak samiec miał minę typu nie-szukam-kota-i-nie-próbuj-mi-go-wciskać. Westchnęłam cicho.
- Jak masz na imię, skarbie? - spytałam łagodnie.
- Redian.
Skinęłam poważnie głową.
- Ja jestem Edel, a ten tutaj - wskazałam na wilka, który usiadł obok mnie - to Crane.
- Nawet ładne - stwierdził. - A co do tego... Byłbym naprawdę dobrym towarzyszem. Potrafię trochę czarować i jestem silniejszy, niż może się zdawać.
Zaskoczona otworzyłam szerzej oczy. Czy to mógł być przypadek, że mały kociak użył tego samego sformułowania co ja?
- Redianie, nie powinieneś wracać do rodziny? Twoi rodzice pewnie się o ciebie martwią - odezwał się nagle Crane.
Kociak opuścił wąsiki, by po chwili zgromić spojrzeniem basiora.
- Skoro mówiłem, że szukam domu, to chyba jasne, że nie mogę tam wrócić. - stwierdził (przynajmniej w założeniu) groźnym tonem. Crane, słysząc go, uniósł łapy na znak, że się poddaje - Mama kazała mi znaleźć dom, a wy jesteście wilkami. Możecie mnie przygarnąć.
Wymieniłam spojrzenia z Cranem, całkiem nie wiedząc, co powinnam na to odpowiedzieć. Basior zdawał się być równie zbity z tropu tym wszystkim, co ja.

<Crane?>

wtorek, 19 marca 2019

Od Lind "Zatopione stronnice" cz. 1 (cd. Leah/Cess/Torance/Asgrim)

Koniec marca 2023 r.
Rozgarnęłam łapami zawartość torby, żeby lepiej przyjrzeć się swojej własności. Od przybycia na tereny watahy, zebrałam całkiem sporo mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów. Jedne znalazłam przypadkiem, innych specjalnie szukałam, a kilka kupiłam za zarobione Srebrne Gwiazdki i Złote Księżyce. Szkoda, że nie umiem policzyć ile mam dokładnie naszyjników. Gdybym chciała nosić je wszystkie na raz, wyglądałabym jak pupilek faraonaUśmiechnęłam się pod nosem, odrobinę rozbawiona tą myślą. 
Okazało się, że pod naszyjnikami leżał przedmiot, o którego istnieniu całkiem już zapomniałam - flet z ciemnego drewna. Coś kojarzyłam, że podobno miał jakieś magiczne właściwości. Podniosłam instrument i obróciłam go w łapach. Była bardzo lekki. Ku niczyjemu zdziwieniu, nie było na nim żadnej podpowiedzi co do zastosowania. Hm... raczej nie jest niebezpieczny. O czymś takim raczej bym nie zapomniała. Bez dłuższego rozmyślania nad sytuacją, spróbowałam zagrać na tym flecie. Jednakże zamiast muzyki, odezwało się z niego jedynie nieokreślone zawodzenie. Położyłam po sobie uszy zniesmaczona. Nigdy nie uczyłam się na niczym grać, więc jakich efektów w ogóle oczekiwałam?
Podniosłam wzrok na mojego towarzysza. Leżał na brzuchu z tylnymi łapami w górze. Kontemplował obrazek z błyszczącego kubka, który wygrałam po zakończeniu festynu. Podeszłam do Odmieńca z fletem w pysku. Uznałam, że skoro pogrywa na banjo, być może wie też coś o innych instrumentach. Jeśli chcę się dowiedzieć, jak działa ten magiczny przedmiot, muszę spytać. 
- Ting - mruknęłam, żeby zwrócić jego uwagę. 
- Co? - Strażnik Wichury obrócił nieznacznie łeb w moją stronę. 
- Potrafisz na tym grać? - wypuściłam z pyska flet. 
Chuda łapa schwyciła instrument w locie, zanim spadł na ziemię. Spojrzałam na Odmieńca wyczekująco.
- Powiem ci, Pierzasta, że nie wiem. 
- To spróbuj - odparłam. 
Ting odstawił kubek na bok i usiadł. Chwilę zastanawiał się, jak ułożyć palce (zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że jego szpony mogą poniszczyć drewno). Wreszcie odnalazłszy idealny sposób, zaczął grać. Sprawdził, jakie dźwięki może wydać flet, potem wydobył zeń jakąś prostą, lecz miłą dla ucha melodię. Nawet bardzo miłą. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w kolejne delikatne brzmienia. Poczułam dziwny spokój i rozluźnienie. Zdawało mi się, że osuwam się w jakąś przestrzeń, przestrzeń w której mogę bezwładnie dryfować przez wieczność...
Otworzyłam oczy. Z niemałym zaskoczeniem odkryłam, że leżę na ziemi. Ting stał nade mną i próbował mnie ocucić. Natychmiast wstałam na równe łapy. Odmieniec odskoczył.
- Co się stało? - powiedziałam szybko. 
- Mnie się pytasz, Pierzasta? - odparł mój towarzysz. - Nagle poleciałaś na pysk jak kłoda. To tyle - machnął niedbale łapą. 
Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. 
- Zemdlałam? Tak po prostu?
- Tak.Tak po prostu - przedrzeźnił mnie.. 
- Dziwna sprawa... - rozejrzałam się dookoła. Próbowałam znaleźć powód tego dziwnego zjawiska. - Długo leżałam bez świadomości?
- Nie. Jak tylko wylądowałaś na ziemi przestałem grać i zająłem się budzeniem cię. Trwało to maksymalnie dwie minuty. 
- A... Aha - odparłam. - Chwila, ty grałeś na tym flecie! - oznajmiłam ożywiona. 
- Wielkie mi odkrycie - burknął Ting. 
- Pewnie TO jest jego właściwość - podniosłam pozostawiony na ziemi instrument. 
Mój towarzysz spojrzał na mnie i zmrużył oczy. Chyba żadne z nas nie spodziewało się takiego efektu. 
- To może być naprawdę bardzo przydatna rzecz - zaśmiałam się. - Ciekawe, czy działa na wszystkich. 
- Trzeba sprawdzić... - stwierdził Strażnik Wichury. 
- Trzeba! - ruszyłam w stronę wyjścia z jaskini, jednak zatrzymałam się wpół kroku. - ...Kiedyś... przy okazji... - mruknęłam, patrząc na ulewę na zewnątrz. 
Przypomniałam sobie wówczas, od czego muszę zacząć, jak tylko będzie można opuścić jaskinię. Nie będzie to próba możenia snem towarzyszów Joela, a wyprawa do Biblioteki...
Wczoraj miałam pierwszy raz od dawna okazję porozmawiać z Leah. Jakoś wtedy zeszłyśmy na temat książek, które zostały wypożyczone i już raczej nie wrócą na miejsce. Wówczas nagle wyszłam z inicjatywą, żeby spróbować uratować coś więcej, niż te kilka losowych wydań. Moja przyjaciółka zareagowała bardzo pozytywnie i od razu wyraziła chęć zaangażowania się w takie przedsięwzięcie. Tak więc, ustaliłyśmy, że spotkamy się następnego dnia (czyli dzisiaj), jak tylko przestanie lać. Spod naszych jaskiń pójdziemy prosto do Biblioteki. Oczywiście... o ile ta jeszcze stoi, gdzie stała i jest nadal w jednym kawałku. 
Obróciłam się i wróciłam wgłąb swojej jaskini. Używając mocy wiatru, przesunęłam torbę gdzieś pod ścianę, żeby się oń nie potykać. Schowałam do niej z powrotem flet. 
- Idziesz z nami po te książki, prawda Ting? - postanowiłam jeszcze trochę porozmawiać z moim towarzyszem. 
- Nie wiem - znów siedział i patrzył na kubek. 
- Dodatkowa para łap nigdy nie zaszkodzi - wyszczerzyłam się. 
- Yhy... - mruknął bez wyrazu. 
- O co ci chodzi z tym kubkiem? - spytałam. - Od miesiąca gapisz się na niego cały czas.
- Tylko od trzech dni - poprawił mnie Odmieniec.
- Teraz każdy dzień w jaskini to dla mnie wieczność - jęknęłam. - Odpowiedz na pytanie. 
- Próbuję rozszyfrować co tu jest napisane i co za paskudne zwierze tu namalowali.
- Po jakiemu to w ogóle jest? - przechyliłam nieco głowę.
- Nie jestem pewien. Przypomina to jakiś język germański... 
Spojrzałam na sufit jaskini. Ciekawe czy ktoś u nas w watasze zna ten tajemniczy dialekt. Skąd Suzanna w ogóle wytrzasnęła taki kubek? Przecież wygląda na zupełnie nowy. 
- Wiesz co, Pierzasta... Jednak wam pomogę. 

***

Ulewa skończyła się późnym popołudniem. Mój wcześniejszy tryb życia sprawił, że byłam jeszcze śpiąca, ale zdołałam wyczołgać się z posłania i wyjść na zewnątrz. Zanim jednak wyruszyłam spotkać się z Leah, zaniosłam wszystkie magiczne przedmioty (poza Naszyjnikiem Nieśmiertelności, z którym się nie rozstaję) komuś na przechowanie. W pusty chlebak zmieści się więcej książek. Na początku chciałam podrzucić swój dobytek mojemu dobremu przyjacielowi Crane'owi. Niestety sympatyczny rudzielec był z kimś umówiony w jakiejś ważnej sprawie. Koniec końców zostawiłam zawartość torby u Magnusa. Pozbywszy się chwilowo zbędnego bagażu, poszłam z Tingiem na umówione miejsce. Ku mojemu zdziwieniu, srebrzysta wilczyca nie czekała na nas sama. Obok niej stali także Torance i Asgrim. 
- Mamy szczęście, Lind - oznajmiła moja przyjaciółka zaraz po powitaniu naszej dwójki. - Po drodze wpadłam na Tori...
- Raczej Tori wpadła na ciebie - zachichotał As. Ruda wadera zamruczała niezadowolona i szturchnęła swojego partnera.
- Tak czy inaczej, mamy wsparcie - dokończyła krótko Leah.
- Świetnie! - ucieszyłam się, spoglądając na dodatkowych uczestników wyprawy.
Ruszyliśmy we właściwym kierunku. Dopóki nie skończył się wąski szlak, szliśmy jedno za drugim. Nie było widać zbyt wielu promieni słonecznych, ale przynajmniej znów chwilowo przestało wiać. 
- Słyszałam od Kahesi, że dwa dni temu na Bibliotekę przewrócił się ten stary dąb - oznajmiła Torance.
- Od dawna był spróchniały. Dziwne, że nie złamał się już pierwszego dnia burzy - mruknęła Leah. 
- Na początku osłaniały go inne drzewa - zaznaczyłam. 
- W sumie miałoby to sens - pokiwała głową srebrzysta wadera. 
- Huh. Niby te drzewa mają tak grube pnie, a łamią się łatwo jak cienkie patyki - stwierdził Asgrim.
- Jak zapałki - dodała Leah.
- Co to jest zapałka, Srebrzysta? - spytał Ting. 
- Wynalazek ludzi - wytłumaczyła biała wilczyca, uśmiechając się lekko. - Mały kawałek drewna z łatwopalną końcówką. 
- Chyba kiedyś widziałam coś takiego... - pomyślałam głośno. 
- Ten jeden z Watahy Czarnego Kruka używa zapałek do zapalania papierosów w formie ludzkiej - wtrąciła Tori. 
- Nie przypominaj mi o nim! Na samą myśl czuję ten paskudny smród - As zmarszczył zabawnie nos. 
Szliśmy żwawym krokiem. Przeszliśmy przez Wrzosowy Gąszcz i weszliśmy do Zielonego Lasu. Podzieliliśmy się między sobą paroma uwagami na temat tego depresyjnego obrazu zniszczenia, lecz szybko zeszliśmy na milsze tematy. Minęliśmy to, co zostało po naszych gorących źródłach, a następnie trafiliśmy na Szczenięcą Polankę. Obecnie ją także charakteryzowały wykorzenione rośliny i przerośnięte chwasty. Na tym etapie kilkoro z nas (w tym też i ja, ale nie przyznałam się) straciło już orientację w terenie. Wówczas na początek pochodu wyszedł As, twierdząc z entuzjazmem, że znajdzie odpowiednią trasę, a do tego krótszą. Jednakże Leah ostudziła jego zapał; bez słowa podleciała na skrzydłach z wiatru, żeby obejrzeć okolice z góry, po czym to ona wskazała nam kierunek. 
Nieopodal Jeziora natrafiliśmy na jeszcze jedną członkinię naszej watahy. Była to drobna, rogata wadera o długim rybim ogonie, nosząca imię Cess. Siedziała przy brzegu, wpatrzona brudną, niebieskawą od "deszczu" wodę. Szarawa samica zauważyła nas pierwsza i spytała jakby od niechcenia:
- Dokąd idziecie? Podobno nie wolno opuszczać jaskiń.
<Leah/Cess/Torance/Asgrim?>

Uwagi: brak