Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

wtorek, 13 listopada 2018

Od Asgrima "Zamek z duszą" cz. 2

Listopad 2021r.
Wewnątrz zamek wyglądał znacznie mniej imponująco. Pod ścianami nierzadko leżały stare, rozniesione w proch cegły, a kamienna podłoga była niemal w całości pokryta wyrastającą między pęknięciami zżółkniętą trawą. Szybko okazało się również, że dach przecieka w – delikatnie mówiąc – kilku miejscach. Obawiałem się, że będę miał problem z odnalezieniem miejsca, które nie przyprawiłoby mnie o jeszcze bardziej przemoczoną sierść. Wtem moje nozdrza uderzył okropny fetor, na który nie potrafiłem powstrzymać parsknięcia. Mój pysk całkiem automatycznie wykrzywił się w – nie oszukujmy się – nie dodającym mi uroku grymasie.
Nie wiedziałem, czy chciałbym tutaj spędzać więcej niż byłoby potrzebne do zwiedzenia wszystkich zakamarków wnętrza, a co dopiero całą noc. Stare zamczysko miało w sobie coś upiornego, a gdy dostrzegłem kilka wielkich cielsk szczurów w różnym stanie rozkładu, tylko utwierdziłem się w tym przekonaniu.
Szybko uciekłem od śmierdzących trupów i dopiero znaczny kawałek dalej – po uprzednim przyjrzeniu się, czy aby na pewno nie ma w pobliżu jakichś starych kości – zdecydowałem się otrzepać ze skapującej z mojej sierści zimnej wody. 
Dopiero po tym rozpocząłem szczegółową obserwację i wycieczkę zamkoznawczą. Przyglądałem się każdej ze ścian, wypatrywałem w rozświetlanym przez błyskawice mroku martwych zwierząt, szukałem jakichś przedmiotów, które mogły należeć do mieszkających tu niegdyś ludzi. Niestety zamek okazał się ruiną, w której nie było nic interesującego. Miałem nadzieję, że jego wnętrze będzie znacznie bardziej ciekawe...
W którymś momencie mojej niesamowicie fascynującej podróży natknąłem się na kamienne schody. Nie zastanawiając się ani przez chwilę o zagrożeniach, które mogły na mnie czekać na piętrze, zacząłem się wspinać. Przez chwilę zastanawiałem się nad zmianą postaci na ludzką, gdyż stopnie były bardzo wąskie, jednak szybko z tego zrezygnowałem. Słabsze zmysły oraz bardziej niezdarna sylwetka nigdy nie są atutem na nieznanym terytorium, na którym niewątpliwie się znajdowałem.
Po długim czasie w końcu postawiłem swoje łapy na normalnej podłodze okrągłego pokoju. Praktycznie od razu zacząłem świdrować wzrokiem mrok, a gdy dostrzegłem dziwnego rodzaju bryłę, podbiegłem do niej z zaciekawieniem. Kamienne ściany tej dziwnej rzeczy kończyły się na wysokości moich uszu, więc musiałem stanąć na tylnych łapach, przednie opierając o jedną z grubych ścianek, by cokolwiek widzieć.
Zainteresowany tym, co mogło być w środku, schyliłem pysk. Moje nozdrza uderzył zapach starych kości, a gdy kolejna błyskawica przebiła się przez dziurawy dach i wąskie okna, nie zdołałem stłumić krzyku.
W środku był szkielet. Ludzki, stary jak świat i okryty czymś co, kiedyś musiało być ubraniem, szkielet.
Dopiero kilka chwil później przypomniałem sobie, jak się chodzi i potykając się o własne łapy pobiegłem w stronę schodów. Moje serce niebezpiecznie przyspieszyło, a sierść zjeżyła się jak u kota. Zanim wszedłem do wąskiego korytarza, obróciłem się zaniepokojony w stronę truposza, czy aby na pewno został na swoim miejscu i nie postanowił mnie uściskać jak dawnego przyjaciela, który odbił mu partnerkę i zamordował dzieci. Na szczęście nadal leżał w czymś na wzór trumny.
Nie to, że bałem się kości lub zmarłych. W żadnym wypadku. Od zawsze byłem silnym i pewnym siebie samcem, któremu nic nie było straszne, ale... Powiedzmy, że mroczna atmosfera zamczyska, grzmoty dobiegające z zewnątrz oraz dźwięk kropel upadających na posadzkę robiły swoje. Najchętniej wróciłbym do mojej ukochanej jaskini i partnerki, ale z drugiej strony nie chciałem umrzeć za sprawą jakiegoś przewróconego drzewa. Siedzenie w jednym zamku z ludzkimi kośćmi i rozkładającymi się szczurami było jednak o wiele bardziej przyjemną perspektywą od śmierci.
Jeszcze raz zwróciłem pysk w stronę kamiennej niby-trumny i właśnie w tym momencie mrok rozświetliła błyskawica. Całkowicie przerażony rzuciłem się w stronę schodów, co okazało się niemożliwie głupim pomysłem – poślizgnąłem się. Stopnie wbijały mi się w ciało, a ja mimowolnie jęczałem przez zamknięty pysk. Tyle dobrego, że korytarz niedługo skręcał i nie licząc tego, że na koniec przywaliłem pyskiem o ścianę, nie stało się nic aż tak złego.
Wstałem i ostrożnie zacząłem schodzić niżej. Nie chciałem powtórki z rozrywki. Całe ciało bolało mnie niemiłosiernie, ale nie mogłem nic na to poradzić. W sumie jedyne, co mogłem zrobić to jak najszybciej się ewakuować z tego głupiego piętra. Co mnie podkusiło, żeby na nie włazić?! Gdybym umiał cofać się w czasie, zrobiłbym to i przywaliłbym sobie porządnie w pysk, gdy tylko do mojego pustego łba wpadła myśl, żeby tam wleźć. Zdecydowanie wolałem nieświadomość o moim martwym, ludzkim przyjacielu.
Idąc w stronę miejsca, które – jak wcześniej zauważyłem – nie miało nad sobą dziury oraz w którego pobliżu nie było żadnych trupów, burczałem z niezadowoleniem. Miałem sobie za złe, że w ogóle postanowiłem zapuścić się w te tereny.
- Trzeba było spytać jakiegoś wilka z żywiołem pogody, czy zapowiada się jakaś burza czy coś w tym stylu... - mruknąłem pod nosem. Dopiero potem dotarł do mnie sens tych słów, co tylko wzmogło moją irytację, której byłem adresatem. - Brawo, ty śmierdzący debilu. Świetny pomysł. Szkoda tylko, że nie znasz nikogo, kto miałby taki żywioł.
Przewróciłem oczami i uważając na szczególnie obolałe miejsca, ułożyłem się na podłodze. Zmęczenie – zarówno te psychiczne, jak i fizyczne – szybko wzięło nade mną górę i zapadłem w niespokojny sen. Przez pierwsze chwile zanim mój umysł całkiem odleciał, czułem jak w moje obolałe ciało wbijają się pozostałości cegieł, których wcześniej nie zauważyłem. 

C.D.N

Uwagi: brak

poniedziałek, 5 listopada 2018

Od Leah "Wędrowiec" cz. 2

Luty 2022 r.
Potężny podmuch wiatru poderwał z ziemi kobierzec brązowych liści. Jesienny dywan wystrzelił w powietrze i poleciał ku niebu, jakby poszukując śnieżnej kołderki, odległej w swoim pochmurnym królestwie. Promienie słońca przez chwilę rozświetliły je złotymi refleksami, by po chwili zniknąć za pędzoną przez wichry, rozpaloną błękitnym pobrzaskiem, chmurą. Wirujący tuman pierzchnął ku koronom drzew.
Gdy podobny podmuch uderzył w mój bok, cofnęłam się kilka kroków, stając pod osłoną ściany swojej jaskini. Ponownie zwróciłam wzrok na szarofioletowe obłoki, budzące w całym stadzie zdumienie i niepokój. Z dnia na dzień wichry były coraz gwałtowniejsze i, co najdziwniejsze, jakby wyjęte spod wpływu magii. Pędzone na niewidzialnych wierzchowcach, dzikie i obce nie reagowały na nasze interwencje, z dnia na dzień poczynając coraz większe szkody. Nikt nie potrafił wytłumaczyć tego dziwacznego buntu pogody.
Usiadłam na ziemi i owinęłam ogon wokół łap. Z głębi jaskini dobiegło mnie mruknięcie i ciche szuranie. Zastrzygłam uszami i uśmiechnęłam się lekko. Arkan nie był zbyt zachwycony nietypowymi zjawiskami atmosferycznymi, zwłaszcza po tym jak przez wiatr niemal zleciał z niemałego drzewa podczas snu. Zdecydował się przenieść do mnie, co również nie napełniało go optymizmem.
Jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. Może i zajmuje sporo miejsca, ale przynajmniej nie chrapie.
Cofnęłam się myślami o kilka miesięcy wstecz. Niemal poczułam jak delikatna woń niebieskich kwiatów i spalenizny muska mój nos, a dwa wilki krążą wokół siebie, niczym ognisko i uchylający się przed jego światłem cień.
Tak samo jak wtedy dało mi to dużo do myślenia, a czasu miałam sporo.

Kwiecień 2021 r.
- Wtrącamy się? - Arkan momentalnie pojawił się u mojego boku.
Wpatrywałam się jak zahipnotyzowana w basiory. Ciemniejszy nerwowo machnął ogonem, warknął i uskoczył, gdy przeciwnik cisnął w niego kulą błękitnego ognia. Atmosfera zdawała się dosłownie gęstnieć, powietrze wokół wilków zaczęło wibrować. Rdzawy samiec zaskowyczał.
- Leah, jeśli zaraz...
Arkan przerwał, gdy jeden z płomiennych pocisków z sykiem przeciął powietrze tuż obok nas. W ostatniej chwili uchyliłam się przed imponującym tworem żywiołu ognia, jednak mój towarzysz nie miał tyle szczęścia. Podzielił się tą informacją z całą okolicą, przeciągle sycząc.
Wilk ognia momentalnie odwrócił się w naszym kierunku. Jego rywal nie wyglądał na zaskoczonego. Zgrabnie uskoczył przed kolejnym pociskiem posłanym w jego stronę i ciągle na ugiętych łapach spojrzał w naszym kierunku.
Przyjęłam pozycję obronną i powoli wyszłam z ukrycia. Obaj samce byli ode mnie z pewnością silniejsi. Nie mam pojęcia do czego zdolny jest drugi wilk, ani w jakim stanie jest Arkan. Sytuacja wydawała się opłakana. Pozostało grać na czas.
- Kim jesteście i czego tu szukacie? - spytałam, siląc się na pewny ton.
Po mojej lewej buchnął kłąb dymu, krótki syk ozwał się tuż obok. Arkan stanął u mojego boku. Mimowolnie odetchnęłam z ulgą.
- Lepiej dobrze się tłumaczcie, kundle - warknął.
Stojąc bez oparcia w lekko rozłożonych skrzydłach nawet mimo niezbyt pokaźnego wzrostu wyglądał groźnie. Nie sądzę, by ranny poradził sobie z przeciwnikami, ale jeśli mają choć trochę oleju w głowach, wezmą pod uwagę straty.
Odniosłam wrażenie, że ktoś spuścił ciśnienie w okolicy. Powietrze wokół smolistego przestało drgać, a nieprzyjemne zawroty głowy ustały. Drugi wilk cofnął samozapłon, pozostawiając nas w niemal całkowitym mroku, rozpraszanym tylko przeze mnie i wątłe światło księżyca.
Jest dobrze. Teraz tylko spokojnie wytłumaczyć panom gdzie jest wyjście...
Nim zdążyłam postawić obcym jakiekolwiek zarzuty, specjalista od fajerwerków wystrzelił przed siebie. Zareagowałam niemal od razu, jednak nawet ta chwila opóźnienia wystarczyła mu na zniknięcie.
Rzuciłam się do biegu, gorączkowo wypatrując zbiega, jednak ciemność, opadająca czarną kurtyną skutecznie mi to utrudniła. Zatrzymałam się, zaczęłam nasłuchiwać, ale jedyny dźwięk jaki dotarł do moich uszu to symfonia świerszczy i cichutkie trele słowika. Zapach jeszcze przez chwilę był dość mocny, ale bardzo szybko się ulotnił, zapewne rozproszony zaklęciem. Zniknął. Bez najmniejszego śladu.
Rozzłoszczona zaprzestałam pogoni i wróciłam na polanę. Drugi basior siedział grzecznie wśród szafirowych kwiatów, pod czujnym spojrzeniem Arkana.
- Rudy nawiał - wyvern bardziej stwierdził niż zapytał, nie spuszczając wzroku z wilka.
- Tak - odparłam krótko i przeniosłam wzrok na obcego. - Ponawiam pytania: kim jesteś i czego tu szukasz? I co wiesz o tym drugim?
Basior najspokojniej w świecie owinął łapy puszystym ogonem i zlustrował nas przenikliwym spojrzeniem złocisto-czarnych ślepi.
- Jesteś głuchy, czy udajesz głupca? - fuknęłam, jeżąc sierść.
- Skąd przypuszczenie, że nim nie jestem? - odparł spokojnym, nieco ochrypłym głosem, zawieszając na mnie wzrok.
Drgnęłam zaskoczona. W duchu pogratulowałam wilkowi sprytnego kontrataku.
- Rzeczywiście, nikt inteligentny nie zaatakowałby wilka zdolnego zranić smoka. - odparowałam.
- Nie trudno zranić drobną, najwyżej pięćdziesięcioletnią hybrydę - rzucił zgryźliwie.
Drobna hybryda fuknęła z oburzeniem, nie dowierzając w zuchwałość tego stworzenia. W akcie najwyższego niezadowolenia warknęła ostrzegawczo, po czym uniosła dumnie łeb.
- Jest starszy niż wygląda - mruknęłam szybko, coraz większym zdumieniem przyglądając się wilkowi.
- Może wróćmy do twojego pytania? - basior uśmiechnął się tryumfalnie.
Po krótkim wahaniu kiwnęłam głową.
- Zwą mnie Ronan, pani - momentalnie spoważniał - Przybywam z południa, w poszukiwaniu przyjaciela. Od dwóch lat tropię tego rudego osła. Szkoda, że jemu nie w głowie spotkania ze starymi znajomymi. A powiadam, jak ze mnie dobry łowca, tak z niego świetny wojownik i uciekinier.
- To był ten ognisty? I, proszę, mów mi po imieniu. Jestem Leah.
Starałam się zdobyć na w miarę pewny siebie wyraz pyska, wilk jednak jakby przestał wyglądać na groźnego. Liczne siwe włosy, przygasłe oczy i chude cielsko utrzymywane przez smukłe łapy w żadnym aspekcie nie pasowały do obrazu oszalałego z samotności agresora czy niebezpiecznego manipulanta, próbującego przeniknąć do spraw wewnętrznych watahy. Aż dziw brał, że za właśnie takiego go miałam.
- Nie, Leah, jest jego lustrzanym odbiciem. Ale to nie Matty - westchnął.
Lustrzanym odbiciem?
- Co masz na myśli?
- Nosi jego zapach, wygląda jak on? - burknął mój towarzysz.
- Nie trop Mathira mnie tu przywiódł - odparł gładko.
Kompletnie się pogubiłam. Zerknęłam na Arkana pytająco. Dalej wyglądał na trochę urażonego, ale widocznie słuchał z zainteresowaniem. Stuliłam uszy, jeszcze raz obrzucając uśmiechniętego obcego podejrzliwym spojrzeniem.
- W takim razie czyj?
Basior przymknął oczy, lekko jeżąc sierść. Powietrze wokół niego ponownie lekko zawibrowało, jak pod wpływem ciepła. Otworzył je jakby jaśniejsze, widzące więcej.
- To woń stara i młoda, złote echo zaginione dawno temu wśród śniegów północy - zaczął z mocą. - Zew skutej lodem duszy, pragnącej już tylko zapomnienia. Białe Słońce, zamknięte w mrozach oceanu. - skończył recytować niemal śpiewnie, z przekonaniem.
Nic nie rozumiem. Nic.
- Kto? - wykrztusiłam tylko.
- Canon. Mój drogi przyjaciel Canon.

<C.D.N.>

Uwagi: Literówki.

czwartek, 1 listopada 2018

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 4

Koniec stycznia 2019r.
Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie kolorowe aury w miejscach, w których znajdowały się znane mi postacie. Nie zwróciłem uwagi, jaka barwa została przypasowana do poszczególnych szczeniaków, tylko od razu skupiłem się na tej białozielonej, należącej do starego nauczyciela. Nie był on szczególnie uzdolniony – jego moce oddziaływały jedynie na postrzeganie świata. Wydaje mi się, że jego żywioł był nazywany dyfuzją, ale łapy nie dałbym sobie uciąć. W każdym razie był słaby, więc nic dziwnego, że to właśnie jego wytypowali jako nauczyciela magii w jednej z młodszych grup. Najwyżsi lubili udowadniać takim jak on, że nawet szczeniaki są od nich lepsze.
Wyczułem słabą tarczę, którą nauczyciel starał się obronić. Niestety, nadaremnie. Wyobraziłem sobie fioletowawą kulę energii, która uderza w jego mur. Głośne poruszanie – niewątpliwie wzdrygnięcie - dobiegające ze świata rzeczywistego oznajmiło mi, że wygrałem tę małą walkę.
Wkradłem się do umysłu wilka i bez trudu odczytałem jego myśli. Zielony gratulował mi sukcesu i kazał się wynosić z jego głowy. Gdy nie zrobiłem tego od razu, samiec zirytował się. Wychwyciłem, że spróbowałby mnie się pozbyć, ale miał wrażenie, że może się przegrać. Co jeśli taki mały szczeniak, co zaledwie zeszłego lata rozpoczął naukę, go pokona? Już nigdy nie odzyska szacunku.
Wtem do głowy wpadł mu pewien pomysł. Niestety – sprytna bestia – udało mu się go przede mną ukryć.
ASGRIMIE, ODEJDŹ.
Słowa, niemal wykrzyczane w myślach, uderzyły mnie tak mocno, że szybko się wycofałem. Mój łeb zapulsował bólem, a oczy otworzyły się. Spostrzegłem wtedy, że leżałem na ziemi kilka kroków od uśmiechającego się trochę sztucznie nauczyciela.
- To cię nauczy, żeby słuchać poleceń starszych – powiedział, a ja skuliłem się. Mówił zbyt głośno... Mój biedny umysł odbierał teraz zbyt mocno wszystkie dźwięki, a to nie było ani trochę fajne.
Cudem powstrzymałem się przed trochę niegrzecznym komentarzem. Nie chciałem dostać kary.
Zielony uśmiechnął się kpiąco, a gdy spostrzegł, że na niego patrzę, zamknął oczy. Po chwili przede mną zalśniły litery, które jak wiedziałem, nie widział nikt poza mną.
Porozmawiam z Wielkim Mistrzem o przydzieleniu ci mentora. Jesteś już gotowy.
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Byłem z siebie tak bardzo dumny. W końcu niecodziennie słyszało się takie słowa z ust naszego kochanego nauczyciela magii. A tym bardziej, kiedy jest się tak młodym jak ja.
Spojrzałem w stronę mojej przyjaciółki, która przyglądała się wszystkiemu z pewnego rodzaju zaciekawieniem. No tak, nie wiedziała, co się właśnie wydarzyło... Postanowiłem opowiedzieć jej wszystko po lekcji. A tymczasem mogłem popatrzeć i spróbować wywnioskować jak idzie moim kolegom i wychwalać w myślach swoje własne, niesamowite osiągnięcia.

- Naprawdę? - spytała Młoda, gdy jak zwykle wracaliśmy razem. Powiedziałem jej właśnie o tym, co się wydarzyło na magii i widziałem, jak walczy sama ze sobą. Z jednej strony była dumna, a z drugiej... Pomimo upływu czasu nadal nie odkryła u siebie żadnej zdolności.
- Aha.
- Czyli już nie będziemy mieć razem lekcji? - upewniła się.
- Aha.
- Och... Szkoda.
Spojrzałem na jej mały pysk, na którym zabrakło charakterystycznego dla niej, szerokiego uśmiechu i dopiero wtedy zwróciłem uwagę na ten jeden mały, choć bardzo istotny szczegół. Magia, która coraz bardziej wypełniała nasze dnie już nie będzie wspólna. Zabraknie przepychanek na początku zajęć, dyskutowania, gdy Zielony był skupiony na innych... Kiedy tylko Nevra przydzieli mi mentora, będziemy mieć razem jedynie ogólne oraz pod koniec zimy dojdzie zielarstwo i tworzenie eliksirów. Ale tak... Zostawały nam jedynie przerwy, które z czasem będą się robić coraz krótsze.
- Może nie jest za późno...? - zacząłem gorączkowo myśleć. Nie chciałem tracić tego wszystkiego ot tak. Przecież byłem młody. Miałem jeszcze czas. Dużo czasu.
- Za późno na co? - zmarszczyła nos Tori.
- Gdybym coś odwalił. Zrobił głupi błąd, dał fory Zielonemu lub cokolwiek, to może...
- Nie. - wilczyca nie dała mi dokończyć. Jej głos był zdecydowany, co nie zdarzało się zbyt często. To chyba właśnie jej ton sprawił, że tak nagle się zatrzymałem.
- Czemu nie? Przecież to genialny pomysł!
- Nie, to nie jest genialny pomysł. Jeśli musisz to postaraj się czegoś nauczyć. Zostań najlepszym z kapłanów i cokolwiek sobie wymarzysz. Na Eydis, As. Rób, co musisz.
Jakaś część mojego umysłu zaśmiewała się właśnie z tego, że to właśnie ona mówiła mi coś takiego. Przecież, żeby spojrzeć mi prosto w oczy musiała zadrzeć łeb! A to jednak ona wykazywała się w tym momencie opanowaniem. Nawet pomimo tego, że – z czego pewnie zdawała sobie sprawę – jeśli mnie zabraknie, to lekcje magii mogą się dla niej źle skończyć. Plotki narastały i teraz nawet szczeniaki wolały trzymać na dystans tę dziwną, „brudną” waderę.
- Na pewno?
Mała pokiwała głową z pełną powagą, tak że gdyby nie jej postura można byłoby ją uznać za dorosłego wilka.
- Tak.
Głośno wypuściłem powietrze. W tym jednym westchnięciu próbowałem zawrzeć wszystkie swoje, tak sprzeczne emocje. Nie wiedziałem, czy mi się to udało. Pewnie nie, ale miałem ważniejsze sprawy na głowie niż przejmowanie się za mało dramatycznym wzdychaniem.


Luty 2019r.
- Asgrimie, mogę cię prosić? - usłyszałem wysoki i chłodny głos tuż za sobą. Odwróciłem się najszybciej jak umiałem i gdy tylko zauważyłem wysoką, chudą postać o sierści przypominającej kolorem orzechy, skłoniłem się.
- T-tak. - wyjąkałem, gdy basior odpowiedział skinieniem głowy. Następnie nie zwracając nawet głowy do Ióana, z którym właśnie rozmawiałem, powiedziałem – Do zobaczenia później.
- Trzymaj się – mruknął w odpowiedzi młody kapłan. A może tylko mi się wydawało?
Wielki Mistrz tymczasem wskazał łapą kierunek i poszedł w tamtą stronę. Samiec miał bardzo długie łapy, więc musiałem biec, żeby za nim nadążyć. Miałem nadzieję, że nie było jakiegoś punktu w etykiecie, który by tego zakazywał. Przecież to nie moja wina, że miałem znacznie krótsze łapki, prawda?
Wilk zatrzymał się dopiero przed swoją jaskinią, co mnie nieźle zdezorientowało. Nikt oprócz samego Mistrza i ewentualnie jego doradców, kilku najwyższych kapłanów, nie miał tam wstępu. Chociaż chodziły plotki o wilczycy, którą pokochał i z którą mieszkał, jednak nie dawałem temu wiary. Wilki nie zakładały rodzin. A nawet gdyby basior zamierzał ponownie się zmierzyć z tak absurdalnym pomysłem, to wątpiłem, żebym to ja miał być kandydatką.
- Wejdź.
Spojrzałem z powątpiewaniem na samca. Gdyby był to ktoś inny, gdyby nie ta cała sytuacja, to wydarłbym się, że nie chcę być jego partnerką, ale... No właśnie. Rzeczywistość była taka, a nie inna, więc wlazłem do środka z podkulonym ogonem.
Jaskinia była ogromna. Znacznie większa od tych, które były przydzielone grupom. Dostrzegłem kilka równych stosów książek, które tworzyły coś na wzór dodatkowej ściany. Podobało mi się to rozwiązanie.
- Co o tym sądzisz? Moja jaskinia trafiła w twoje gusta? - spytał samiec, gdy zauważył moje zainteresowaniem wnętrzem.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Czy powinienem krótko pochwalić czy może zacząć układać pieśń zachwytu nad ziołami, znajdującymi się po mojej prawej?
- Ładnie...? Podoba mi się ta ściana... - wskazałem na kilka książkowych wież.
Basior skinął głową, jakby tego właśnie się spodziewał. Chyba wiele osób je komplementowało.
Wielki Mistrz usiadł i wskazał mi łapą, żebym zrobił to samo. Nadal nieźle zestresowany, zrobiłem, o co mnie poprosił. Byłem jednak gotowy zerwać się w każdej chwili.
- Arvo powiadomił mnie o twoich postępach w nauce oraz poprosił mnie o przydzielenie ci mentora. Sądzisz, że dobrze ocenił twoje umiejętności?
Odpowiedziałem skinięciem głową, ale gdy basior nie spuszczał ze mnie wyczekującego spojrzenia, odchrząknąłem.
- Myślę, że tak. Jest nauczycielem – wzruszyłem ramionami, udając wyluzowanie. Nawet dla wilka z takimi zdolnościami aktorskimi jak ja, było to w tym momencie trudne.
- Dobrze. W takim razie wejdź do mojego umysłu.
Otworzyłem szerzej oczy i poderwałem się z miejsca.
- S-słucham!? - gdy wilk nie odpowiedział, przejechałem nerwowo językiem po pysku. - Ale, Mistrzu... Jest Mistrz pewien?
Skinął głową.
- Zrób to.
Zamknąłem oczy i tak samo jak na niemal każdej lekcji wyobraziłem sobie aurę, z tą różnicą, że ta była wokół szczupłej postaci Nevry. Miała ona ciemnoniebieską barwę z domieszką szarego – identyczną jak jego oczy. Zadziwiająco rzadko widywałem takie połączenie.
Nie wyczułem żadnej obrony, więc uśmiechając się, wyobraziłem sobie, że zbliżam się do siedzącego nieopodal basiora. Już miałem zagłębić się w jego umysł, gdy nagle coś mnie odrzuciło. Całkiem zdezorientowany, otworzyłem oczy i zerknąłem na orzechowego wilka. Uśmiechał się.
- Spróbuj jeszcze raz. - poradził, nie przestając się uśmiechać. Rozbawienie w jego oczach nie ocieplało jednak zimnego spojrzenia.
Ponownie skupiłem się na aurze basiora i tym razem nie dałem się zwieść pozornemu braku obrony. Zaatakowałem, wyobrażając sobie wielką, fioletową błyskawicę energii. Poczułem, że moje łapy się pode mną ugięły, jednak nie zważałem na to. Nakierowałem błyskawicę na aurę Wielkiego Mistrza, którą pod moim wpływem lekko zamigotała i... wyparowała moje piękne, fioletowe dzieło!
Otworzyłem z wysiłkiem oczy i zdałem sobie sprawę, że leżałem na ziemi. Przez moją głową przebiegł obraz mnie psującego swoim spektakularnym upadkiem ten idealny porządek, który był w tej jaskini. Gdybym nie był jeszcze tak oszołomiony, zerwałbym się z miejsca, ale... No.
- Interesujące... - usłyszałem wysoki głos basiora.
Spojrzałem w jego stronę, jednak gdy dostrzegłem szaroniebieskie, niemal niezauważalne nitki wokół niego, odwróciłem wzrok. Nie chciałem na nie patrzeć.
- Jesteś zadziwiająco silny jak na swój wiek. Może twoja moc nie dorównuje sile przeciętnego kapłana, ale za kilka lat... Masz dobre predyspozycje. - mówił, a ja nie miałem pewności, czy były to słowa skierowane do mnie, czy bardziej do niego samego. - Twoją mentorką będzie Vestar.
Postawiłem uszy w czystym zainteresowaniu.
- Vestar?
Wilk odpowiedział skinieniem łba, a ja niemal bezmyślnie się uśmiechnąłem. Zapowiadało się przyjemnie.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

sobota, 27 października 2018

Od Suzanny "Apatia na tle katastrofy"

Marzec 2022
Czasem przychodzi taki moment kiedy zastanawiamy się nad swoim życiem. Czy to co robimy ma w sumie sens? Są zwolennicy opinii, że tak. Tylko że ich argumenty wypadają bardzo blado w porównaniu do tych, którzy myślą odwrotnie. Właściwie, to co robimy? Setki nieistotnych rzeczy, które marnują nasz czas. Nawet jeśli ciężko pracujemy, to pewnie i tak szybko pamięć o tym przepadnie. Ile wilków wspomina Kiiyuko? Praktycznie nikt jej tu już nie zna. Stała się nieważna.  Czas mija, a liczy się tylko tu i teraz. Mimo, że dokonała wiele, bo założyła to stado. Ile wilków będzie wspominać mnie? Dokonałam znacznie mniej. Czuję, że mnie tu nie lubią. Gdybym nie była Alfą pewnie byłabym wyrzutkiem społeczeństwa... Czy ktokolwiek by się przejmował jakąś małą, aspołeczną waderą? Pewnie nie. Jeśli już, to tylko z poczucia obowiązku. Mówią, że czyjeś życie zawsze jest dużo warte, że każde jest równe. Tylko ta opinia by sprawiła, że nie zostałabym zapomniana. 
Wiosna jest piękna, tak przynajmniej mówią. Czym ja się zamartwiam? Może tym, że siedząc na skraju jaskini obserwuję coś, co wygląda jak upadek stada? Mam założone słuchawki wyciszające i oglądam wichurę miotającą liśćmi i fragmentami krzewów, sporadycznie również dużych gałęzi czy całych drzew. W moich uszach pobrzmiewa wyłącznie spokojna muzyka z odtwarzacza muzyki. Ja również jestem dziwnie opanowana. Jeszcze jakiś czas temu bym chyba siwiała z nerwów. Teraz czuję się tak, jakby było mi wszystko jedno. Czy to chwilowe? Być może.
Właściwie to muszę być beznadziejną Alfą. Ktoś, kto by mnie teraz obserwował z boku mógłby pomyśleć, że jestem socjopatką. Wydaje mi się, że tak nie jest. Patrzę beznamiętnym wzrokiem na panikę. I co z tego? Stresowanie się w niczym nie pomoże. Nawet jeśli już jest pewność, że owa burza wisząca już od dawien dawna nad watahą bynajmniej nie przejdzie bokiem. Nie wiadomo nawet dokładnie co to wszystko oznacza. Były teorie, że to koniec świata, ale wydawało mi się to bez sensu. Nie było żadnej istoty na tyle silnej, by zdołać umyślnie spowodować taką apokalipsę. Wyglądało to raczej na wyjątkowo gwałtowne reakcje w atmosferze, ale już nie chciałam psuć światopoglądu co niektórym członkom stada. Niektórzy wierzyli sobie w te bóstwa i byli przekonani, że ściągnęły na świat klątwę...
Jedyne co ja mogłam w tej sytuacji powiedzieć, to to, że moja kochana mamusia i ciotka schrzaniły sprawę. Doszły mnie słuchy o akcji z Królestwem Pór Roku. Miały pilnować pogody, ale najwyraźniej się nie udało... O czym ja w ogóle teraz myślę? Sama nie miałam pewności. Chyba powinnam coś zrobić. Choć tak właściwie to co? Zorganizowałam próby obrony za pomocą wilków z żywiołem powietrza, ale nic to nie dało. Zostaje tylko tak stać i patrzeć na ewentualną zagładę. Czy mi nie zależy? Być może. Czy to, że jestem nieśmiertelna sprawia, że czuję się bezpieczna? Zdecydowanie nie. Wiem, że są od tego wyjątki oraz wiem, że życie przez wieki jest dla mnie straszniejszą wizją niż śmierć. Może kiedyś sama zdejmę Medalion Nieśmiertelności i skoczę z klifu, w razie jeśli nie umrę teraz. Wilki dbające o swoje życie powinny uciec na własną łapę z terenu zagrożonego coraz silniejszą wichurą... A jeśli nie... czy to jest rozważanie masowego samobójstwa? A może morderstwa? W końcu to ja nie podjęłam żadnej decyzji o przeniesieniu. Przynajmniej zapamiętają mnie jako najgorszego dowódcę w dziejach... O ile ktokolwiek przetrwa.
Czasem sobie myślę, że ktoś mógłby lepiej zająć moje stanowisko. Nierzadko czuję jak bardzo mam tego wszystkiego dosyć, czuję, że nie daję rady. To nie takie proste. Nawet jeśli mam Hitama, to zostaje poczucie odpowiedzialności. Czasem bywa irytujące. Za każde, nawet najmniejsze przewinienie moich podopiecznych czuję się współodpowiedzialna, nawet jeśli nie mam z nimi bezpośrednio do czynienia. Dlatego nie mogłabym być socjopatką. Nawet jeśli na pozór nic mnie nie rusza, to przesadne poczucie odpowiedzialności powoduje u mnie niezbyt przyjemne odczucia.
Przychodzą również momenty apatii i kompletnego pozbawienia uczuć. Jedną z takich chwil jest również i ta. Wiem, że z boku wygląda to dziwnie, ale daje mi to wewnętrzny spokój. Mimo to z tyłu głowy zostaje mi głos, który stale pyta co sobie inni pomyślą?. Zastanawia mnie również co członkowie watahy sobie o mnie myślą. Myślą dobrze, źle, czy może są kompletnie neutralnie nastawieni na mój los? Mam podejrzenia, że to ostatnie. Nie mam przyjaciół. Nie spieszy mi się do tego. Już nie. Zawiodłam się zbyt wiele razy. Zbędna konieczność nawiązywania więzi emocjonalnej. To mogłoby mnie zniszczyć, a przecież potrzebują dowódcy... Choć z drugiej strony: od czego jest Hitam? Znalazłby partnerkę, która by mu bardziej odpowiadała, założył rodzinę...
Jest tak wiele rzeczy, które powinnam zrobić, a nie robię nic. Dlaczego? Może dlatego, że to zamieszanie spowodowało taki chaos, że poczułam się chwilowo zbędna. Właściwie to trochę ironiczna sytuacja. Dopiero teraz mam chwilę by odpocząć... Całkiem zapomniałam jakie to uczucie.
Dlaczego wszystko musi być tak cholernie trudne?