Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 22 kwietnia 2018

Od Joela "Renowacja" cz. 1 (cd. Magnus)

Listopad 2020 r.
Strasznie dziwnym uczuciem była świadomość, że wbrew temu jak to wyglądało zwykle, w tym roku im chłodniej było, tym częściej przebywałem na dworze. Wyjątkowo nie przeszkadzał mi ziąb i chłód, miałem wręcz wrażenie, że się tutaj zahartowałem przez te niecałe dwa miesiąca i nie odczuwałem aż tak zimna. Jakby było tego mało, to ku swojemu zaskoczeniu zauważyłem, że całkiem mi się tutaj podobało. Prawdopodobnie przyczyniło się do tego świeże powietrze i bliski kontakt z naturą. Od zawsze ciągnęło mnie do parków, lasów, spokoju z dala od zgiełku miast... Teraz miałem okazję spełnić swoje młodzieńcze marzenie o zamieszkaniu w dziczy. Co prawda nie było tak, jak sobie to wymarzyłem, bo nie mieszkałem pod namiotem, mając do dyspozycji niewiele ponad scyzoryk, kawałek sznura, kilka rondelków i konserw, latarki, śpiwór, bidon na wodę... Może niegdyś uda mi się dogadać z kimś, by tak zrobić? Kto wie?
Tego dnia udałem się do Parku. To smętne o tej porze miejsce w jakiś sposób mnie zauroczyło. Dość interesująca kombinacja ogrodu, być może punktu widokowego wybudowanego przez ludzi, który został przejęty przez dzicz. Niektórzy twierdzą, że miejsce to powstało z rąk elfów, ale jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Podobnie sprawa się miała z biblioteką. Co prawda jeszcze nigdy w niej nie byłem, ale w elfy nie wierzyłem. Mieszkańcy tego stada również przyznawali, że nigdy żadnego nie spotkali. Być może mówiono tak na podstawie zwykłych legend...
Nagle usłyszałem zbliżające się kroki. Nie za wysokie obcasy stukały o wilgotne jeszcze kamienne stopnie prowadzące do Parku. Obróciłem w tę stronę głowę, mrużąc oczy. To musiał być człowiek, zatem szukałem dość wysokiej, pionowej sylwetki. Zdarzało mi się tu widywać ludzi, którzy okazywali się być po prostu mieszkającymi tutaj wilkami w innej postaci.
Wypatrzyłem nie za wysokiego mężczyznę. Przede wszystkim w oczy rzucił mi się rozwiany brązowy szal oraz jasny płaszcz. Ręce miał włożone w kieszenie. Kolejną cechą szczególną były dla mnie okulary. Wilk z wadą wzroku, ciekawe - pomyślałem z lekkim rozbawieniem. Nie sądziłem, bym widział go kiedykolwiek wcześniej. Albo był nowy, albo go nie miałem okazji spotkać. Bądź zwyczajnie widzieliśmy się wyłącznie w formie wilczej, która nie przypomina w żadnym stopniu jego dwunożnej wersji.
Raczej mnie nie zauważył, bo wzrok miał wbity w schody. Był wyjątkowo zamyślony, skupiony na swoim równym kroku. Już otworzyłem usta, by się przywitać, ale wtedy się poślizgnął na mokrym stopniu. Mimo złapania równowagi, nie wyglądał na zachwyconego z tego powodu, gdyż ubrudził sobie buty. Wtedy podniósł głowę, zapewne z zamiarem sprawdzenia, ile jeszcze drogi mu pozostało, kiedy zobaczył mnie. Siedziałem na kamieniu tuż przy wejściu do Parku i machałem do niego przyjacielsko.
- Dzień dobry! - powiedziałem dostatecznie głośno, by mnie usłyszał. Uniósł brwi w geście zaskoczenia.
- Dzień dobry... - odpowiedział zmieszany.
Ja również byłem w formie ludzkiej, jednak w mniej wyszukanych ubraniach niż on. Zdecydowałem, że jeśli chodzi o przebywanie w watasze, to szczególnie w sezonie, kiedy łatwo ubrudzić sobie przynajmniej buty, warto zaopatrzyć się w najbardziej zniszczone rzeczy jakie mam, żeby w razie podarcia nie było mi ich szkoda. Poznosiłem je do przydzielonej sobie jaskini. Nie była to imponująca kolekcja, szczególnie, że połowa była wiecznie w praniu w moim mieszkaniu w Mieście, ale zdecydowanie przydatna. Tego dnia miałem złotą kurtkę, zbyt duże spodnie i mocno sfatygowane trapery. Całe były pokryte grubą warstwą błota. Widok musiał być dość żałosny, ale nie wątpię, że reszta członków stada albo ignoruje ubiór, albo zdołała się domyślić o powodzie przyodziania tak komicznego kompletu.
Nieznajomy przyspieszył kroku i już zaraz znalazł się na terenie Parku. Zdawał się mnie ignorować, krążył bezcelowo, z wymuszonym zainteresowaniem podziwiając wyschniętą od dawna fontannę czy wyniszczone grządki kwiatów. Miałem za to okazję popodziwiać profil jego twarzy. Z lekkim zaskoczeniem zaobserwowałem, że może być mniej więcej w moim wieku. Tym bardziej zaintrygował mnie ten człowiek... czy raczej wilk. Lub wilkołak. Do teraz nie odnalazłem właściwego określenia na naszą rasę.
- Masz jakiś problem? Wyglądasz jakbyś wolał, by to miejsce było puste, bo nadaje się do rozważań.
Gwałtownie obrócił się w moją stronę. Patrzył na mnie nic nie rozumiejącym wzrokiem. Uniosłem dłonie w obronnym geście.
- Wybacz, nie miałem na myśli niczego złego. Po prostu... Niektóre osoby mają jakieś kłopoty, ale brakuje im kogoś do wygadania się. Może i się nie znamy, ale zapewniam, że i tak nie miałbym co z takimi informacjami zrobić.
Patrzył na mnie jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym powiedział nie całkiem chętnie:
- Tak, mam problem.
Uniosłem brwi mile zaskoczony. Jednak nie uznał mnie za wariata.
- Zatem... Jeśli chcesz komuś o tym opowiedzieć, to słucham.

<Magnus?>

Od Navri "Jestem młodsza, ale nie gorsza" cz. 10

Styczeń 2020 r.
Tym razem to Yuki się spóźniała, nie my. Właściwie to nie tylko Yuki, ale i również Aoki, Moone i Winteren - musieli się z nim zaprzyjaźnić i razem wagarować. Sądzę, że albo uznał, że już wszystko potrafi, a nasz poziom jest żałośnie niski, albo po prostu poddał się ich manipulacji, sądząc, że każdy ze szczeniaków w naszym stadzie postępuje tak jak one. Spodziewałam się w każdym razie po nim większej porządności. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, by się rozchorował i dlatego nie przybył na czas.
- I co o tym sądzicie? - odezwał się Shen, kiedy siedzieliśmy już nie wiadomo którą minutę w całkowitym milczeniu.
- O czym? - zapytała zdezorientowana Torance.
- O tym, że Yuki nie ma, rzecz jasna! - oznajmił triumfalnie.
- Może zaspała? Każdemu się to może zdarzyć. Ona też wilk - Wzruszyła ramionami.
- Też wilk? Czasem ma co do tego pewne wątpliwości - wymamrotał basior. Torance posłała mu karcące spojrzenie.
- Shen, to było niemiłe.
- Ona też jest niemiła! - zbuntował się.
- Ostatnio nie aż tak - dodałam jakby od niechcenia. Shen i Torance byli początkowo odrobinę zbici z tropu, choćby dlatego, że nie odzywam się nazbyt często. Na szczęście szybko się otrząsnęli.
- Obiecywała nam polowanie na potwory, a nadal go nie było - nie chciał ustąpić Shen.
- Czekałam na odpowiednią okazję - odezwał się doskonale nam znany głos w akompaniamencie szurania liśćmi. Gwałtownie się odwróciliśmy. Zza krzaków wyłaniała się nasza nauczycielka. Kątem oka widziałam, że Shen właśnie spalił się ze wstydu.
- A... co rozumie pani przez "odpowiednią okazję"? - zapytała zaintrygowana Torance.
Na pysku Yuki pojawił się paskudny uśmieszek.
- Brak Aoki i Moone. Mogłyby nam zepsuć atak.
Przyznała to. Naprawdę to przyznała. Nie lubi ich - myślałam, wbrew sobie bardzo zaskoczona z takiego toku wydarzeń. Torance była w głębokim szoku, Shen za to tradycyjnie był uradowany.
- Czyli pójdziemy teraz polować potwory? - ucieszył się basior. Nauczycielka potaknęła.
- Pójdziemy do Mrocznego Lasu, więc lepiej miejcie się na baczności. Gdy zauważycie coś niepokojącego, od razu mi powiedzcie.
Moi towarzysze pokiwali szybko łbami i ruszyli w ślad za Yuki, która już zdążyła odwrócić się i zacząć truchtać w wyznaczonym przez siebie kierunku. Jak zwykle żwawo wyciągała swoje długie łapy, zmuszając nas tym samym do biegu.
Dopiero po drodze uświadomiłam sobie, że w Mrocznym Lesie (jak mówi to sama nazwa) panuje mrok, czyli jest ciemno. Nie sądziłam, by był tam śnieg, który poprzez odbijanie od siebie słońca powodował, że widziałam dobrze. Słyszałam plotki, że jest tam zimno, ale śnieg nie zawsze się przedostaje. Inaczej mówiąc Mroczny Las stanowił dla nas odwieczną zagadkę. Zdawał się żyć własnym życiem.
- Musicie mieć oczy dookoła głowy, nie bójcie się samoobrony. To tylko bestie, nie mają dla was litości. W razie, jakbyście potrzebowali pomocy, natychmiast mnie wezwijcie. Możliwe jest, że nawet łącząc swoje siły nie podołacie wyzwaniu.
- Damy radę! - krzyknął Shen, na co Yuki pokręciła głową.
- Ty akurat powinieneś najbardziej uważać na to, co robisz.
Shenvedo wywrócił oczami, parodiując ją za plecami.
- Wszystko widzę - skomentowała. Ponownie się speszył i przyspieszył kroku.
Niedługo potem dotarliśmy na miejsce. Tak jak myślałam, ledwo co widziałam. Wszystko składało się z szarych i czarnych, rozmazanych zarysów. Mimowolnie poczułam lekki niepokój. Musiałam się lepiej pilnować niż ktokolwiek inny. W końcu oni widzieli zagrożenie, a ja nie. W najgorszym przypadku uciekną całkowicie bezszelestnie, a ja nawet tego nie zauważę. Zostanę sama na pastwę losu. Wzdrygnęłam się na samą myśl.
- Navri, idziemy! - pogoniła Yuki. Musieli już ruszyć, a ja tego nie zauważyłam. Nie wróżyło to niczego dobrego. Pogalopowałam w kierunku głosu.
- Co jeśli nic się nie pojawi? - zapytał Shen.
- Nie tak głośno... - syknęła Yuki - To my mamy być łowcami, nie te mutanty.
- Jasne, cisza i spokój - wyszeptał basior.
- Zawsze coś tutaj jest - oznajmiła równie cicho nauczycielka, wracając do tematu pierwotnego - Prędzej czy później się na to natkniemy. Macie szczęście, że przez lata ciężkich treningów jestem w stanie was uratować. Nie każdy wilk byłby w stanie to zrobić.
- Wow - wymsknęło się Torance.
- Pamiętajcie, jak będziecie potrzebować pomocy, natychmiast mi o tym powiedzcie - przypomniała Yuki. Nie spotkała się z żadną odpowiedzią.
Szliśmy dość długo. Po ociężałych krokach reszty kompanii poznałam, że są już dość zmęczeni. Nauczycielka polowań wydała nakaz odpoczynku, więc zatrzymaliśmy się i usiedliśmy. Ja sama lekko dziwiłam się moim rówieśnikom, bo mnie akurat łapy nieszczególnie bolały. Nie skomentowałam tego jednak, całkowicie skupiona na wyłapywaniu dźwięków.
Niespodziewanie do mych uszu doszedł jakiś ryk, jednakże cichy i bardzo odległy. Zastrzygłam uszami niespokojnie. Yuki się nie myliła: tutaj zdecydowanie coś mieszka.
- Słyszeliście to? - zapytała nauczycielka polowań po dłuższej chwili. Skinęłam głową, jednak reszta zaprzeczyła krótkim "nie". Co jak co, ale miałam największe uszy z nich wszystkich. Docierało do mnie najwięcej dźwięków.
- Co mieliśmy słyszeć? - dopytał Shen.
- Cicho, słuchajcie - syknęła Yuki.
Siedzieliśmy w napięciu kilka minut, aż w końcu dźwięk się nie powtórzył. Tym razem był bliższy. Zamarłam.
- Na wilki... Słyszałam! - wyszeptała Torance - Co to jest?
- Podejrzewam, że demoniczne zwierzę lub wrath. Mam szczerą nadzieję na to pierwsze - wymamrotała nauczycielka.
Po raz kolejny ciszę przeszył jeszcze bliższy ryk.
- Tak, to na pewno demoniczne zwierzę. Poradzicie sobie z nim - wyszeptała. W tej samej chwili poczułam lekki podmuch wiatru, świadczący o tym, że się czym prędzej oddaliła.
- Proszę pani...! - powiedziała cicho przestraszona Torance.
- Nie bądź trzęsiportkiem, Tor! - oznajmił uradowany Shen - W końcu dzieje się coś ciekawego!
Wtedy usłyszałam zbliżający się w zastraszającym tempie... tętent kopyt. Przybrałam pozycję świadczącą o pełni gotowości do ataku. Miałam nadzieję, że to, że niczego nie widzę nie spowoduje, iż zostanę kaleką do końca życia.
- Jaki dziwny renifer! - krzyknął Shen. Nim jego zdanie dobiegło końca, zawtórował mu ryk zwierzęcia. Czułam, że może być kilkanaście metrów od nas. Adrenalina mi skoczyła. Czułam, jak przechodzi mi aż po czubek pyska. Wyrwał mi się cichy warkot. Przyjęłam wyzwanie.
Zatrzymał się tylko na ułamek sekundy, a później czułam, że jego kroki się do nas zbliżają. Odruchowo wykonałam skok podobny do tego, co na polowaniach. Wylądowałam na czymś szorstkim, brudnym, ale dość ciepłym. Zbyt chłodnym jak na typowego jelenia, ale zdecydowanie żywym. Mięśnie miało niepokojące twarde. Może to i lepiej, że go nie widziałam.
Torance zaczęła wrzeszczeć, a mną ów "renifer" miotał we wszystkie strony. Wbiłam mu najpierw pazury w grzbiet, na który musiałam wskoczyć, a później zacisnęłam zęby na karku.
- Zostaw moją Navri! - wrzasnął bojowo Shen, a wtedy poczułam, że bestia zaczyna tracić równowagę, ale nie przewracała się. - Fuj, ohydztwo!
Stwierdziłam w myślach, że Shen musiał go ugryźć. Yuki na jednej z lekcji wspominała nam kiedyś, że demoniczne zwierzęta mają trującą krew i mięso... Musieliśmy tym bardziej uważać.
Niespodziewanie poczułam mocne szarpnięcie, przez które puściłam się jedną łapą, a później i drugą. Szczęka sama obluzowała uścisk na karku potwora. Przeleciałam spory kawałek w powietrzu, a później z impetem upadłam na twardą ziemię. Po okolicach mojej czaszki rozszedł się kolosalny ból.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

sobota, 21 kwietnia 2018

Od Joela "Pierwsza próba" cz. 1 (cd. Stella)

Październik 2020 r.
Przydzielono mnie do ekipy tancerzów i drużyn polowań. O ile to pierwsze mi w żadnym stopniu nie przeszkadzało, bo chadzałem w latach studenckich na różnorakie domówki i odrobinę ruszać się umiem, a poczucie rytmu posiadam, tak jeśli chodzi o polowania to z moim brakiem wyczucia i instynktu w formie wilczej mogą się pojawiać się problemy. Póki co na szczęście nikt nie miał większych pretensji, gdyż starałem się niewiele robić i pilnie słuchać wskazówek, dzięki czemu zepsułem tylko trzy pierwsze i dwa późniejsze łowy. Jeśli chodzi o taniec w formie wilczej, co może się okazać rzeczą obowiązkową, choćby z racji, iż jednak mieszkamy w watasze, to z góry wiem, że nie idzie mi to zbyt dobrze. Sądzę, że bez przygotowania może się zakończyć wprost tragicznie.
Prócz mnie w zespole tanecznym była jeszcze znacznie starsza samica, która nie chciała z nami z jakiegoś powodu rozmawiać, oraz Stella, uśmiechnięta wadera o różowym futrze. Zebranie ich do kupy stanowiło dość zajmujące zadanie, gdyż jak zdołałem się zorientować - próby oficjalnie nigdy się nie odbyły, chociażby ze wzgląd na mocno wybrakowany skład. Najmłodsza członkini ekipy dołączyła do nas niewiele wcześniej niż ja, a Aurelliah (jak określiła to działanie Alfa) prawdopodobnie wybrała to stanowisko dla świętego spokoju.
Ostatecznie zebraliśmy się po południu. Dopiero wtedy nikt nie miał żadnej innej pracy. W szukaniu każdej z wader pomogli mi inni członkowie stada, znacznie lepiej zorientowani w grafikach każdego z wilków.
Pierwsza do Parku przybyła Aurelliah. Usiadła w kompletnej ciszy pod najbliższe drzewo. Ignorowała mnie, patrząc nieobecnym wzrokiem w kierunku nieco sfatygowanej już ławki. Od wielu lat nikt nie dbał o spróchniałe już drewno. Aż żal było patrzeć na zmarniały mebel. Przeszło mi przez myśl, że kiedyś z kuzynostwem zajmowaliśmy się naprawą takich staroci i być może byłbym w stanie wszystko tutaj naprawić... Jednakże póki co czułem się zbyt mało przywiązany do stada, by poświęcić na coś tak mało istotnego dla wszystkich innych naście godzin swojego czasu wolnego.
- Paskudna pogoda, prawda? - zagaiłem. Park jako, że był usytuowany wyżej od znacznej części terytoriów, to nie został zalany tak bardzo deszczówką. Było co prawda błotnisto, ale i tak określiłem to jako najbardziej sprzyjające warunki. Zawsze mieliśmy do dyspozycji jeszcze Klif Wschodni oraz Góry, ale na to pierwsze trudno się dostać, a drugie nie ma wystarczająco dużo prostych powierzchni do prawidłowego sporządzenia układu tanecznego. Do tego akurat w tym miejscu dźwięk powinien mieć niewielki pogłos.
- Całe szczęście, że akurat nie pada - dodałem, nie słysząc od niej żadnej odpowiedzi. Wciąż nic. Westchnąłem z rozczarowaniem.
Na szczęście akurat pojawiła się Stella. Pojawiła, bo wynurzyła się spod powierzchni wody, która stała nieopodal naszego wzniesienia. Wyglądała na bardzo zadowoloną z faktu, że zobaczyłem tę scenę i się zaśmiałem. Wygląda jak mop podłogowy, albo jak... mokry pies, pomyślałem, ale po chwili uświadomiłem sobie, że jest to raczej marnym porównaniem.
Po drodze, brodząc już tylko po łokcie, otrzepała się, a gdy wchodziła po schodkach prowadzących do Parku, zrobiła to ponownie. Dopiero wtedy mogła mnie usłyszeć.
- Cześć, Stella! - krzyknąłem do niej.
- Hej! - odkrzyknęła. Sprawnie pokonała dystans dzielących nas schodków. - Co będziemy robić? - dopytała z zainteresowaniem.
- Sądzę, że możemy spróbować zrobić układ do... Hm, I am the last Jacoba Kinnleya chyba się nadaje. Spokojne, bardziej pod jazz, no i rytmiczne. Można z tego zrobić coś ciekawego.
Kiedy podałem tytuł piosenki, z zaskoczeniem zauważyłem, że Aurelliah zastrzygła uszami i w końcu na nas spojrzała. Co prawda trochę podejrzliwie, ale jednak był to jakiś krok na przód.
- Ajm de lust? - powtórzyła Stella, przechylając nieco głowę.
- Jestem ostatnim, a nie pożądaniem - wymamrotała Aurelliah, marszcząc z niesmakiem nos. Ku mojemu olbrzymiemu zdumieniu powiedziała to po angielsku. Czystym, amerykańskim akcentem, może z brytyjską naleciałością. Z wrażenia aż otworzyłem pysk, patrząc to na Aurelliah, to na Stellę. Nie wiedziałem której odpowiedzieć najpierw. Różowa wadera patrzyła na mnie wyczekująco. Zignorowała kompletnie wtrącenie widocznie starszej z nas.
- I'm the last to piosenka z... Miasta. Z świata ludzi. Stamtąd pochodzę - powiedziałem ostrożnie. Tym razem to ona wyglądała na zdumioną.
- Och, naprawdę? Ja dopiero od niedawna zmieniam się w człowieka...
- Ja urodziłem się jako człowiek - Uśmiechnąłem się nieśmiało, zerkając tym razem w kierunku Aurelliah. - Nie umiesz mówić po polsku, prawda?
Drgnęła tak, jakby ktoś ją uderzył. Futro na jej karku nieznacznie się zjeżyło.
- Zgadza się - oznajmiła niezbyt przyjemnym tonem.
- Spokojnie, to nic złego... Tylko od razu przepraszam za moje ubogie słownictwo. Postaram się mówić do ciebie po angielsku - Uśmiechnąłem się delikatnie.
Patrzyła na mnie dalej niezbyt przekonana, ale nie protestowała.
- O co chodzi? - wtrąciła zdezorientowana Stella.
- Nic, nic... - Zrobiłem pauzę na chwilę namysłu - Jako, że nie mamy żadnego odtwarzacza muzyki, chyba jestem zmuszony wam to zaśpiewać - Roześmiałem się.
- Przepraszam z góry za wszystkie przejęzyczenia - Dodałem po chwili, tym razem bardziej pod adresem Aurelliah. Skinęła głową.
- Poprawię cię - zaoferowała, na co chętnie przystałem.
- Jak będziemy tańczyć to też będziesz śpiewać? - zapytała Stella z rozbawieniem.
- Czemu nie? Możemy być zawsze grupą taneczno-wokalną. Co prawda to niezły wysiłek, by jakoś brzmiało, ale na pewno robi wrażenie.
- Tylko, że... nie umiem śpiewać - powiedziała niechętnie Stella.
- A ty, Aurelliah? Umiesz śpiewać?
- Nie.
Westchnąłem z rezygnacją.
- Póki co ja będę to robić, a co z tym dalej to już pomyślimy. No i tak w ogóle, to nie umiem zbyt dobrze tańczyć - Zrobiłem przerwę, po czym pospiesznie dodałem: - Na pocieszenie powiem, że znam się na muzyce ogólnie pojętnej i powinienem się szybko nauczyć co i jak...
- Ja mogę robić układ - zaproponowała Stella.
- Świetnie. W takim razie... Chyba powinienem wam to zanucić - Zaśmiałem się, dopiero czując lekki stres. Rzadko kiedy miewałem tremę.
Na szczęście wiedziałem jak ją zwalczyć i będąc już przy drugiej linijce tekstu piosenki mój głos się całkowicie wyrównał, wyciągając maksimum czystości i mocy wokalu. Dla lepszego wczucia się w tekst zamknąłem oczy.
Opowiadała w końcu o klęsce żywiołowej i prawdopodobnie ostatnim człowieku na ziemi. Jak na ironię, ową klęską żywiołową była powódź. Bardzo lubiłem ten utwór. Można było świetnie bawić się emocjami, dźwiękiem. Nagłe przerwy w wokalu, liczne przejścia z piano do forte... Kochałem takie utwory. Czysta klasyka gatunku, którą poznałem czysto przypadkowo, bo w internecie, w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego do pisania magisterki. Miałem z nią (mimo ilości łez wylanych w trakcie pisania) dobre wspomnienia.
Dopiero kiedy skończyłem, otworzyłem oczy. Aurelliah patrzyła na mnie z podziwem.
- Zaśpiewałeś bezbłędnie - skomentowała - Podoba mi się twoja interpretacja.
Spojrzałem na drugą z wader, czekając za jej werdyktem. Miałem również nadzieję, że nadaje się do jakiegoś układu.

<Stella?>

piątek, 20 kwietnia 2018

Od Magnusa "We mgle" cz. 1

Październik 2020 r.
Wzdrygnąłem się, poczuwszy jak lodowate strugi deszczu zaczynają siec mnie po twarzy. Nałożyłem kaptur na głowę i przyspieszyłem kroku. Rozejrzałem się po znajomej ulicy i wypatrzyłem blok numer dziewięć. Skierowałem swoje kroki w jego stronę. W duchu odetchnąłem z ulgą – ta część miasta znajdowała się na tyle wysoko, że nie została całkowicie zalana. Szybko przekroczyłem ulicę, którą można było porównać do potoku, pędzącego na niższe tereny i prawie zaliczyłem wywrotkę, potykając się o krawężnik. W ostatniej chwili złapałem równowagę i ruszyłem dalej.
Zatrzymałem się przed klatką schodową. Ciemność spowijała wszystko wokół, a ściana bezustannie spadającej z nieba wody przysłaniała mi widok. Latarnie stanowiły jedyne źródło światła w najbliższej okolicy, nie licząc błyskających świateł przejeżdżających po drodze aut. Desperacja i upartość niektórych ludzi jest wręcz niepojęta.
Zmrużyłem oczy i, po chwili zastanowienia, niemal bezwiednie wpisałem na domofonie znajomy kod. Mechanizm w drzwiach zabrzęczał, a ja wszedłem do środka.
Będąc na trzecim piętrze, zajrzałem pod wycieraczkę, i, uważnie nasłuchując, czy nikt się nie zbliża, wyjąłem schowany pod nią klucz. Już po chwili znajdowałem się w swoim mieszkaniu, dziękując w duchu rodzicom, za to, że podali mi dokładny adres mojego poprzedniego miejsca zamieszkania.
Nie miałem czasu na dokładniejsze poszukiwania, więc odszukałem to po co przyszedłem i zawróciłem, zostawiając wszystko w takim stanie, w jakim je zastałem, przy okazji narzucając na siebie znaleziony w mieszkaniu płaszcz.
Drzwi zamknęły się za mną. Chłodny wiatr nieprzyjemnie zaświszczał mi w uszach. Poprawiłem w dłoni wypełnioną po brzegi, płócienną torbę, w której niosłem swoje znaleziska i obrałem kierunek na wspólny dom.
Dotarłszy na miejsce, wygrzebałem z kieszeni bluzy klucz i otworzyłem drzwi. Jak się okazało, byłem sam. Zdjąłem buty i odwiesiłem płaszcz na wieszak. Wszedłem do kuchni i położyłem torbę na stole, z zamiarem dokładniejszych oględzin zabranych z mieszkania przedmiotów.
Na blacie wylądował brązowy koc, apteczka, zatęchły, zwinięty w rulon, niewielki dywan, cztery książki, zegar naścienny, skrzynka z narzędziami, kilka bardziej lub mniej przydatnych drobiazgów, oraz szara torba medyczna. Nie miałem pewności, czy kiedykolwiek skorzystam z niej w sposób, do którego została przeznaczona, ale uznałem, że i tak może mi się przydać.
Zadowolony ze swoich "łowów", z powrotem schowałem znaleziska do torby. Zerknąłem na zegar i stwierdziłem, że jeśli się nie pospieszę, spóźnię się do pracy. Wróciłem do przedpokoju, narzuciłem na plecy płaszcz i wyszedłem na zewnątrz.
Po około piętnastominutowym marszu przez niezbyt często uczęszczane uliczki, dotarłem do swojego miejsca pracy. Supermarket nie należał do największych, a uwagę przykuwały głównie krzykliwe i ekstrawaganckie ogłoszenia o przecenach. Skrzywiłem się na ten widok.
Skierowałem się do wejścia dla personelu. Wszedłem do środka, zdjąłem płaszcz i od razu skierowałem się do magazynu. Dwójka współpracowników, obsługujących wózki widłowe, rzuciło w moją stronę krótkie spojrzenia i się przywitało. Odpowiedziałem im i podszedłem do stosu pudeł z napojami. Ktoś wcześniej już sporządził listę towarów do uzupełnienia. Szybko przebiegłem po niej wzrokiem i zacząłem szukać odpowiedniego towaru. Ktoś włączył radio, co spotkało się z cichym pomrukiem aprobaty innych pracowników. Po chwili rozpoczęły się też pierwsze rozmowy. Odnalazłem karton z wodą mineralną i z trudem go podniosłem.
 – Ej, zielony!
Podskoczyłem, prawie upuszczając przy tym trzymany przedmiot.
– Co? – zmierzyłem delikwenta wzrokiem.
Facet miał jasne włosy, ścięte na jeża i piwne oczy. Był ode mnie wyższy o jakieś dwadzieścia centymetrów, mógł też poszczycić się potężną sylwetką. Miał całkiem sympatyczną twarz, był mniej więcej w moim wieku. W oczy rzucały się duże, spracowane dłonie.  
– Zapomniałeś tego – rzucił mi kamizelkę odblaskową.
Czy to naprawdę konieczne?, chciałem powiedzieć, ale w porę ugryzłem się w język.
– Dzięki – odłożyłem na chwilę karton, by podnieść i włożyć niechciany element ubioru.
– Pomóc ci z tym? Chłopaki zgarnęli wszystkie wózki i nie mam co z sobą począć – powiedział.
Nie miałem najmniejszej ochoty na zawieranie znajomości z tymi ludźmi, ale było to niestety nieuniknione.
– Wyglądasz... - zaczął niepewnie. – jak ten gość co zwiał z psychiatryka.
Zagotowało się we mnie ze złości, gdy usłyszałem to określenie. 
– To mój brat – wymyśliłem na poczekaniu.
Mariusz zmarszczył brwi.
– Mógłbym przysiąc, że też nazywa się Magnus. – odezwał się w końcu.
Odczułem przemożną chęć zignorowania natręta, ale nie mogłem pozwolić, by prawda wyszła na jaw.
– To pomyłka. – głos lekko mi się zachwiał.
– Jak nie chcesz o tym mówić, to nie ma problemu – podniósł ręce w obronnym geście.
Westchnąłem z ulgą i wróciłem do pracy.
***
Skończyłem pracę o trzeciej nad ranem. Mając jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia patrolu, wróciłem do watahy. Po drodze zahaczyłem o wspólny dom i zabrałem z niego wcześniej przygotowaną torbę. Droga zajęła mi około dwóch godzin. Gdy dotarłem na miejsce, nawet nie czekając aż moje futro wyschnie, położyłem się na przygotowanym jakieś dwa tygodnie wcześniej posłaniu z pożółkłych traw i wilgotnego mchu. Po około dziesięciu minutach, odpłynąłem.
Znowu stałem na środku szpitalnego korytarza. Krople bębniły w okna, a ciszę co jakiś czas rozrywał grzmot. Otoczenie spowite było szarą mgłą.
Po raz kolejny zza zakrętu wybiegła kobieta. Jej włosy były nieznacznie dłuższe niż poprzednio, tym razem miała na sobie prostą, zieloną tunikę. Bez przerwy się uśmiechała. Gdy spojrzała w moją stronę, roześmiała się serdecznie.
Popędziłem za nią, i tak jak poprzednim razem, nie mogłem jej dogonić. Zatrzymałem się, by złapać oddech. Sceneria zmieniła się. Stałem na łące, po brzegi wypełnionej różnokolorowym kwieciem. Zza wzgórza przede mną wyłoniło się wschodzące słońce, a wraz z nim pojawiła się kobieta. Siedziała wśród traw, wpatrując się bezchmurne niebo.
I znowu byłem w szpitalu. Stałem przed drzwiami prowadzącymi do wyjścia. Otworzyłem je. Przed oczami jeszcze raz mignęła mi łąka i roześmiana twarz nieznajomej.
Otworzyłem oczy, próbując cokolwiek zrozumieć ze snu. W głowie kołatały mi się pytania bez odpowiedzi. Jedno z nich przyćmiewało całą resztę, nie dając mi spokoju.
Kim ona jest?
<C.D.N.>
Uwagi: Czcionka...