Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 20 kwietnia 2018

Od Magnusa "We mgle" cz. 1

Październik 2020 r.
Wzdrygnąłem się, poczuwszy jak lodowate strugi deszczu zaczynają siec mnie po twarzy. Nałożyłem kaptur na głowę i przyspieszyłem kroku. Rozejrzałem się po znajomej ulicy i wypatrzyłem blok numer dziewięć. Skierowałem swoje kroki w jego stronę. W duchu odetchnąłem z ulgą – ta część miasta znajdowała się na tyle wysoko, że nie została całkowicie zalana. Szybko przekroczyłem ulicę, którą można było porównać do potoku, pędzącego na niższe tereny i prawie zaliczyłem wywrotkę, potykając się o krawężnik. W ostatniej chwili złapałem równowagę i ruszyłem dalej.
Zatrzymałem się przed klatką schodową. Ciemność spowijała wszystko wokół, a ściana bezustannie spadającej z nieba wody przysłaniała mi widok. Latarnie stanowiły jedyne źródło światła w najbliższej okolicy, nie licząc błyskających świateł przejeżdżających po drodze aut. Desperacja i upartość niektórych ludzi jest wręcz niepojęta.
Zmrużyłem oczy i, po chwili zastanowienia, niemal bezwiednie wpisałem na domofonie znajomy kod. Mechanizm w drzwiach zabrzęczał, a ja wszedłem do środka.
Będąc na trzecim piętrze, zajrzałem pod wycieraczkę, i, uważnie nasłuchując, czy nikt się nie zbliża, wyjąłem schowany pod nią klucz. Już po chwili znajdowałem się w swoim mieszkaniu, dziękując w duchu rodzicom, za to, że podali mi dokładny adres mojego poprzedniego miejsca zamieszkania.
Nie miałem czasu na dokładniejsze poszukiwania, więc odszukałem to po co przyszedłem i zawróciłem, zostawiając wszystko w takim stanie, w jakim je zastałem, przy okazji narzucając na siebie znaleziony w mieszkaniu płaszcz.
Drzwi zamknęły się za mną. Chłodny wiatr nieprzyjemnie zaświszczał mi w uszach. Poprawiłem w dłoni wypełnioną po brzegi, płócienną torbę, w której niosłem swoje znaleziska i obrałem kierunek na wspólny dom.
Dotarłszy na miejsce, wygrzebałem z kieszeni bluzy klucz i otworzyłem drzwi. Jak się okazało, byłem sam. Zdjąłem buty i odwiesiłem płaszcz na wieszak. Wszedłem do kuchni i położyłem torbę na stole, z zamiarem dokładniejszych oględzin zabranych z mieszkania przedmiotów.
Na blacie wylądował brązowy koc, apteczka, zatęchły, zwinięty w rulon, niewielki dywan, cztery książki, zegar naścienny, skrzynka z narzędziami, kilka bardziej lub mniej przydatnych drobiazgów, oraz szara torba medyczna. Nie miałem pewności, czy kiedykolwiek skorzystam z niej w sposób, do którego została przeznaczona, ale uznałem, że i tak może mi się przydać.
Zadowolony ze swoich "łowów", z powrotem schowałem znaleziska do torby. Zerknąłem na zegar i stwierdziłem, że jeśli się nie pospieszę, spóźnię się do pracy. Wróciłem do przedpokoju, narzuciłem na plecy płaszcz i wyszedłem na zewnątrz.
Po około piętnastominutowym marszu przez niezbyt często uczęszczane uliczki, dotarłem do swojego miejsca pracy. Supermarket nie należał do największych, a uwagę przykuwały głównie krzykliwe i ekstrawaganckie ogłoszenia o przecenach. Skrzywiłem się na ten widok.
Skierowałem się do wejścia dla personelu. Wszedłem do środka, zdjąłem płaszcz i od razu skierowałem się do magazynu. Dwójka współpracowników, obsługujących wózki widłowe, rzuciło w moją stronę krótkie spojrzenia i się przywitało. Odpowiedziałem im i podszedłem do stosu pudeł z napojami. Ktoś wcześniej już sporządził listę towarów do uzupełnienia. Szybko przebiegłem po niej wzrokiem i zacząłem szukać odpowiedniego towaru. Ktoś włączył radio, co spotkało się z cichym pomrukiem aprobaty innych pracowników. Po chwili rozpoczęły się też pierwsze rozmowy. Odnalazłem karton z wodą mineralną i z trudem go podniosłem.
 – Ej, zielony!
Podskoczyłem, prawie upuszczając przy tym trzymany przedmiot.
– Co? – zmierzyłem delikwenta wzrokiem.
Facet miał jasne włosy, ścięte na jeża i piwne oczy. Był ode mnie wyższy o jakieś dwadzieścia centymetrów, mógł też poszczycić się potężną sylwetką. Miał całkiem sympatyczną twarz, był mniej więcej w moim wieku. W oczy rzucały się duże, spracowane dłonie.  
– Zapomniałeś tego – rzucił mi kamizelkę odblaskową.
Czy to naprawdę konieczne?, chciałem powiedzieć, ale w porę ugryzłem się w język.
– Dzięki – odłożyłem na chwilę karton, by podnieść i włożyć niechciany element ubioru.
– Pomóc ci z tym? Chłopaki zgarnęli wszystkie wózki i nie mam co z sobą począć – powiedział.
Nie miałem najmniejszej ochoty na zawieranie znajomości z tymi ludźmi, ale było to niestety nieuniknione.
– Wyglądasz... - zaczął niepewnie. – jak ten gość co zwiał z psychiatryka.
Zagotowało się we mnie ze złości, gdy usłyszałem to określenie. 
– To mój brat – wymyśliłem na poczekaniu.
Mariusz zmarszczył brwi.
– Mógłbym przysiąc, że też nazywa się Magnus. – odezwał się w końcu.
Odczułem przemożną chęć zignorowania natręta, ale nie mogłem pozwolić, by prawda wyszła na jaw.
– To pomyłka. – głos lekko mi się zachwiał.
– Jak nie chcesz o tym mówić, to nie ma problemu – podniósł ręce w obronnym geście.
Westchnąłem z ulgą i wróciłem do pracy.
***
Skończyłem pracę o trzeciej nad ranem. Mając jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia patrolu, wróciłem do watahy. Po drodze zahaczyłem o wspólny dom i zabrałem z niego wcześniej przygotowaną torbę. Droga zajęła mi około dwóch godzin. Gdy dotarłem na miejsce, nawet nie czekając aż moje futro wyschnie, położyłem się na przygotowanym jakieś dwa tygodnie wcześniej posłaniu z pożółkłych traw i wilgotnego mchu. Po około dziesięciu minutach, odpłynąłem.
Znowu stałem na środku szpitalnego korytarza. Krople bębniły w okna, a ciszę co jakiś czas rozrywał grzmot. Otoczenie spowite było szarą mgłą.
Po raz kolejny zza zakrętu wybiegła kobieta. Jej włosy były nieznacznie dłuższe niż poprzednio, tym razem miała na sobie prostą, zieloną tunikę. Bez przerwy się uśmiechała. Gdy spojrzała w moją stronę, roześmiała się serdecznie.
Popędziłem za nią, i tak jak poprzednim razem, nie mogłem jej dogonić. Zatrzymałem się, by złapać oddech. Sceneria zmieniła się. Stałem na łące, po brzegi wypełnionej różnokolorowym kwieciem. Zza wzgórza przede mną wyłoniło się wschodzące słońce, a wraz z nim pojawiła się kobieta. Siedziała wśród traw, wpatrując się bezchmurne niebo.
I znowu byłem w szpitalu. Stałem przed drzwiami prowadzącymi do wyjścia. Otworzyłem je. Przed oczami jeszcze raz mignęła mi łąka i roześmiana twarz nieznajomej.
Otworzyłem oczy, próbując cokolwiek zrozumieć ze snu. W głowie kołatały mi się pytania bez odpowiedzi. Jedno z nich przyćmiewało całą resztę, nie dając mi spokoju.
Kim ona jest?
<C.D.N.>
Uwagi: Czcionka...

piątek, 13 kwietnia 2018

Od Torance "Związki miedzywilkowe" cz.1 (Cd.Kai)

wrzesień 2020 roku
Siedziałam przy wyjściu swojej jaskini i obserwowałam rośliny uginające się pod wpływem silnego wiatru. Rano pogoda zapowiadała się tak pięknie – świeciło słońce, było ciepło w porównaniu do ostatnich kilku dni – a teraz? Z nieba skapywało multum kropli deszczu. Nie musiałam wychodzić, żeby wiedzieć, że były przeraźliwie zimne – na samą myśl miałam dreszcze. Ach, jeszcze ten wiatr przypominający bardziej zbliżający się huragan, niż mój wymarzony lekki, letni wiaterek. Strach było wychodzić z jaskini, żeby „nie odlecieć”. Nawiasem mówiąc, według skrzydlatych wilków latanie podczas takiej pogody wymaga sporych umiejętności – wiatr ma znosić ich w różne strony. Ja tam nie wiem – zawsze trzymam się bezpiecznie ziemi i jakoś nie tęskno mi do lotów w przestworzach.
Także siedziałam tuż przy wejściu z jaskini, w miejscu, w którym nie dosięgały mnie deszczowe krople i delikatnie mówiąc – nudziłam się. Jak codziennie miałam wolne popołudnie podczas którego zwykle spałam. Dzisiaj jednak nie miałam na to ochoty. Pomimo nocki spędzonej na patrolowaniu terenów i porannego polowania nie czułam zmęczenia. A przynajmniej nie na tyle, żeby zasnąć. Z tego powodu siedziałam jakby wpół śnie i obserwowałam mini walkę żywiołów, która rozgrywała się na dworze. Co jakiś czas zerkałam na słońce, żeby określić, kiedy będę musiała wyjść na kolejne polowanie.
Jak na razie miałam przed sobą jeszcze kilka godzin wolności i prawdopodobnej nudy. Westchnęłam ciężko i wstałam. Skierowałam kroki ku miejscu, w którym zwykle spałam i po chwili się w nim ułożyłam. Postanowiłam jednak spróbować się zdrzemnąć.

Obudziłam się niemal podskakując. Miałam przeczucie, że spałam dzisiaj zbyt długo i mam niewiele czasu do rozpoczęcia polowania. Szybkie spojrzenie na to, że zrobiło się ciemniej utwierdziło mnie w przekonaniu, że zaczyna się wieczór i mam bardzo mało czasu.
Czym prędzej wstałam i wybiegłam z jaskini. Miesiące wychowywania się w watasze dały swoje i teraz biegałam znacznie szybciej niż gdy mieszkałam z ludźmi.
Może to dlatego, że wtedy byłam szczeniakiem? - pomyślałam, ale niemal od razu zrugałam się – Nie, gdybyś dorastała w mieście to byłabyś o wiele wolniejsza niż teraz. Nie chodzi o czas, ale o miejsce. Dzicz hartuje.
Już po chwili znalazłam się przy Wodopoju. Czekało mnie sporo biegania, więc przydałoby się zawczasu trochę napić. Pochyliłam się nad taflą wody i zanurzyłam język w zimnej wodzie. Chłeptałam ją w miarę szybko, ale nie na tyle, żeby się zakrztusić. Gdy zaspokoiłam pragnienie zerwałam się i pobiegłam do Zielonego Lasu, gdzie była zbiórka. Mieliśmy tego wieczoru polować na sarny. Przywitał mnie tam widok znacznie starszego niebieskiego basiora.
- Dobry wieczór – przywitałam się grzecznie. Dante skinął mi głową na powitanie.
Wysoki samiec siedział pod jednym z drzew, prawie dotykając głową jednej z niższych gałęzi. Usiadłam koło niego, starając się zwracać uwagi na to, że ledwo sięgałam mu do barków. Jejku, jaki on był wysoki!
- Hm, ten... Co u ciebie? - zapytałam przerywając ciszę. Basior potrząsnął lekko pyskiem i spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Nie rozmawiałam z nim zbyt wiele razy. Po prostu nie wiedziałam o czym mogłabym rozmawiać z ojcem mojej szkolnej koleżanki. Fakt, może Dante nie był najdojrzalszą dorosłą osobą jaką znałam, ale jednak górował nade mną wiekiem. I siłą. Matko, jakie on miał mięśnie! Gdyby chciał położyłby mnie w jednej chwili.
Nie zachwycaj się nim tak. Jest dla ciebie za stary – mruknął As w moim umyśle. Przesłałam mu w odpowiedzi obraz siebie przewracającej oczami.
Może jest starszy, ale to mu tylko dodaje uroku. Nie sądzisz, że starsze samce są bardziej atrakcyjne? - zapytałam udając zachwyt.
Nie – uciął samiec zimnym głosem. Cudem powstrzymałam śmiech na to oświadczenie.
- Ach, nic ciekawego. Jakoś lecą te kolejne lata. Navri – jak zapewne wiesz – świetnie radzi sobie w szkole. Jednak u mnie? Nic interesującego – odpowiedział nieświadomy odbywającej się rozmowy o jego aparycji Dante. Odpowiedziałam uśmiechem. - A co u ciebie?
- Zimno, wietrznie i deszczowo.
- Fakt, w tym roku pogoda nie jest zbyt piękna. Nie pamiętam roku, w którym ta była tak kapryśna, a kilka lat już na tym świecie przeżyłem.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem. Basior chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnował. Temat się urwał – żadne z nas nie wiedziało o czym możemy porozmawiać. Siedzieliśmy więc w niezręcznej ciszy do chwili przybycia Karou.
- Hej, sorki za spóźnienie – przywitała nas, gdy tylko znalazła się w odległości kilku metrów. W odpowiedzi skinęłam jej głową z uśmiechem.
- Witaj, nic się nie stało – powiedział basior i wstał lekko się otrzepując. - Bierzmy się za polowanie. Poszukajcie jakichś tropów.
- Się robi.
Schyliłam nos do ziemi i zaczęłam węszyć. Uszy instynktownie się wyprostowały i zaczęły wysłuchiwać najmniejszych szmerów. Mój nos wychwytywał przeróżne wonie jednak skupiłam się na tych zostawionych przez niedawno przechodzącą zwierzynę. Mój wzrok się wyostrzył i oczy skanowały teren wyszukując śladów zostawionych przez nasze przyszłe ofiary. Kochałam ten moment, gdy moje zmysły się wyostrzały. Uwielbiałam tropić, szukać, podążać za zwierzyną. Może stanowisko goniącej nie był to szczyt kariery - od tego stanowisk zaczynały nowe wilki, a ja byłam w watasze od jakiegoś roku – jednak dla mnie była to praca wymarzona, idealna. Łączyła to co najbardziej kochałam – bieganie i tropienie.
- Mam! - „zawołała” szeptem Karou. Podniosłam łeb i zwróciłam się w kierunku koleżanki. - To zając, przechodził tędy kilkanaście minut przed naszym przyjściem.
- To nie sarna, ale każde mięso się nadaje. Karou, prowadź – rozkazał Dante. Aktualnie nie mieliśmy przywódcy polowań, grupy ogólnie kulały. Kilka starszych stażem i wiekiem wilków zajęło na zastępstwo stanowiska łowieckie. Yuki – moja była opiekunka, będący tutaj Dante i jego siostra Sohara. Jako starsi i bardziej doświadczenie łowcy, po części byli również naszymi przywódcami.
Samica poprowadziła nas przez gąszcz roślin. Czułam jak mokre gałęzie i liście dotykają mojego jeszcze bardziej mokrego futra. Nie lubiłam deszczu. Nie chciałam jednak skupiać się na ułożeniu swojej sierści – za bardzo przypominało mi to moją szkolną byłą przyjaciółkę – Aoki. Pochyliłam głowę i zaczęłam węszyć za zającem. Karou miała rację, przechodziło tędy – sądząc po śladach raczej niespiesznie – rzeczone zwierzę i to naprawdę niedawno.
Szliśmy tym tropem cicho, jednak szybkim tempem. Zaledwie kilka chwil po znalezieniu zapachu, Karou zatrzymała się i wskazała ogonem pewne miejsce. Skierowałam tam wzrok i zauważyłam tłuste zwierzątko. Nie wiem, co to spowodowało, może przeczucie, ale zając spojrzał przestraszony w naszą stronę i odkicał w miarę szybkim tempem.
- Tori, leć – syknęła Karou.
Nie potrzebowałam zachęty, czym prędzej zerwałam się do biegu i zaczęłam zataczać koło wokół zwierzątka. Miałam zamiar zmusić go do zrobienia koła i wbiegnięcia wprost na moich znajomych z grupy. Robiłam duże susy, żeby jak najszybciej dogonić zwierzątko. Gdy się z nim zrównałam, zaczęłam napierać na niego od prawej strony. Jeszcze bardziej przestraszony zając przyspieszył i zaczął trochę skręcać. Nie przestawałam, a zwierzę zataczało coraz większy łuk. W końcu gnało prawie wprost na Karou, która już szykowała się do skoku.
Zwolniłam, żeby wadera nie wpadła na mnie. Zając obawiając się zagrożenia z mojej strony uciekał dalej. Nie zauważył jeszcze przygotowującej się do skoku wilczycy. Roześmiałam się cicho, kiedy zwierzę spostrzegło, że prawdziwe zagrożenie nadchodzi z drugiej strony. Zając się na chwilę zawahało, w którą stronę uciekać. I to zawahanie przypieczętowało jego los. Karou skoczyła i zatopiła kły w tylnej łapie zwierzęcia. Na jej miejsce skoczył Dante, który jednym zdecydowanym kłapnięciem zębów pozbawił zwierzę życia. Nogi przerażonego zająca drgały jeszcze w ostatnich spazmach. O tak, kochałam polowania.

Tego wieczoru upolowaliśmy jeszcze jednego, trochę mniejszego zająca i średniej wielkości sarnę. Pomimo nieprzyjaznej pogody zwierzęta kręciły się po lesie i żal było nie skorzystać. Warto byłoby zacząć robić zapasy, głównie ze względu na zbliżającą się zimę – po pogodzie można było stwierdzić, że w tym roku przyjdzie do nas raczej wcześnie.
- Dobra, to raczej koniec na dzisiaj. Bierzcie zwierzaki i niesiemy je do watahy – polecił Dante.
Skinęłyśmy głowami na zgodę i wzięłyśmy w pyski nasze dzisiejsze ofiary. Teraz trzeba je zanieść, potem mogłam się ogarnąć i miałam jeszcze trochę czasu do nocnego patrolu. Ech, czasem mam wrażenie, że te obowiązki mnie przygniatają i nie dam rady...

Wybrałam z kupki zwierzyny upolowanego niedawno mniejszego zająca i zabrałam w jakiś kąt. Byłam głodna, bardzo głodna. Na jedzenie praktycznie się rzuciłam. Dobre wychowanie i wyrafinowane jedzenie? Ach, po co? Na co to komu? Nie jadłam jak totalny niechluj, jednak też nie w sposób, który szlachta mogłaby zaakceptować – w końcu nie robiłam tego długo, powoli, aż mięso straci smak.
Zając był smaczny, wręcz przepyszny. Chociaż w sumie nie spotkałam się z niedobrym jedzeniem odkąd trafiłam do watahy. Tak, psia karma nigdy temu nie dorówna, nie ma szans. Fuj, na samo wspomnienie o niej robi mi się niedobrze. Ohyda.
Rozejrzałam się wokół. Było nadal jasno, więc miałam jeszcze czas, by pójść do Wodopoju i może nawet zanurzyć się w ciepłych wodach Wodospadu. Potrzebowałam kąpieli innej niż tej za sprawą deszczu. Poza tym byłam już trochę zziębnięta.

Zawsze zapominałam jak bardzo pływanie jest niesamowite. Dopiero gdy zanurzałam się w wodzie, przypominałam sobie o tej radości związanej z nurkowaniem i pływaniem. Właśnie kończyłam kąpiel, gdy zobaczyłam zbliżającą się postać. Najszybciej jak umiałam wyskoczyłam z wody i otrzepałam się z niej.
- Kai! - zawołałam do przechodzącego basiora. Wilk zastrzygł uszami i zwrócił pysk w moją stronę.
Biegłam wprost na swojego mentora. Nie widziałam go od zakończenia szkoły. Stęskniłam się za nim. Kai był dla mnie jak ojciec, którego nie miałam. Bliższy od kogokolwiek na tym świecie.
Kogokolwiek? Jesteś pewna, Tor? - zapytał jakiś głos we mnie. I wyjątkowo nie był to As, tylko mój głos. Zignorowałam go.
- Tori, he... - przerwałam samcowi przywitanie prawie na niego wpadając i opatulając go łapami. Nie wiedziałam, czemu to zrobiłam. Bałam się reakcji starszego samca. Ale tak bardzo się stęskniłam za nim, że...Ach, czy to ważne? Po prostu tęskniłam...
Poczułam jak samiec opatula mnie swoimi łapami. Byliśmy tak przytuleni.
Jak córka z ojcem... - pomyślałam mając łzy w oczach – Chciałabym mieć prawdziwą rodzinę...
O nie, Kai pewnie przeczytał to w moich myślach. Sarenki, co sobie pomyśli? - myślałam gorączkowo puszczając samca. Odsunęłam się na kilka kroków od niego.
- Kai, jeśli to słyszałeś, to to jakoś skomentuj. Jakkolwiek. Błagam cię – zwróciłam się do szarobiałego basiora.
Wilk zmierzył mnie wzrokiem pod którym się skuliłam. Czekałam na jego słowa jak na werdykt.
Kai, błagam cię, błagam, błagam, błagam... - prosiłam w myślach.

<Kai?>

Uwagi: Brak.

czwartek, 12 kwietnia 2018

Od Bony "Koniec tajemnic" cz. 2

wrzesień 2020
- A, Feli dalej nie ma! - krzyknęłam, kopiąc kamyk - W taki sposób to my naprawdę daleko zajdziemy...
W mojej głowie zapętlało się pytanie pod tytułem "Gdzie ona jest?". Ale były też pozytywy tej wyprawy takie jak dostęp do jedzenia którego brakowało na terenie watahy. A, tu było tego od groma i ciut, ciut.
Nagle coś w krzakach zapiszczało. Baltica podskoczyła.
Z krzaków wyskoczyła wielka smoczyca, którą była Felisiti.
- Bona! Co ty tu robisz?! Nic wam nie jest?
- Spokojnie, Fela, wszystko ok.- Powiedziała Baltica, ale smoczyca nie chciała ustąpić i dalej pytała o nasz stan zdrowia i czy nic nam nie jest.
Rozmawiałyśmy z piętnaście minut, gdy Fela kazała nam wskoczyć na swój grzbiet. Poleciałyśmy gdzieś gdzie było coś na wzór ruin.
- Co to jest? - spytałam ze zdziwieniem. Felisiti spojrzała na mnie jak na ułomną.
- To twój stary dom, albo coś w tym stylu. Tu żyłaś jak byłaś mała - tłumaczyła Fela. Spojrzałam za siebie i nagle zorientowałam się, że nigdzie nie ma Baltici.
- Gdzie ona zniknęła?- zaczęłam panikować i zresztą moja przyjaciółka też. Zaczęło się latanie i szukanie. Rozdzieliłyśmy się i zaczęłyśmy szukać. Z daleka było słychać głos Felisiti.
Nagle usłyszałam krzyk, ale nie Feli. To był głos mojej siostry. Szybko poleciałam w stronę głosu i gdy już miałam zacząć wołać smoczycę, gdy nagle strasznie rozbolała mnie głowa i chciało mi się spać. Ziewnęłam i upadłam.
Szybko wstałam i otrzepałam się. Pobiegłam w stronę głosu i po jakimś czasie zobaczyłam moją siostrę stojącą tyłem do mnie, a przed nią smoka i basiora. Spojrzał na mnie. Ból głowy nasilał się coraz bardziej. Potem już tylko cisza i ciemność.

Uwagi: Brak numeru opowiadania oraz cudzysłowie w tytule. Nie ma słowa "pętliło", więc lepiej użyć "zapętlało". Podobnie sytuacja ma się z "ustępywała" - należy wykorzystać zamiennik "nie chciała ustąpić". Cały czas nie używasz "ę"! Skąd wilki znają jednostki czasu? Liczby i cyfry w op. piszemy słownie. "Rozdzieliłyśmy" piszemy przez "e".

środa, 11 kwietnia 2018

Od Magnusa "Replay" cz. 1 (C.D. Lind)

Wrzesień 2020 r.
Otwierając oczy miałem nadzieję ujrzeć promienie słońca, padające na jasną pościel, rozświetlając nieznane pomieszczenie, który kiedyś mogłem nazwać własnym. Jednak jak na ironię - po raz enty oślepiła mnie biel sterylnego, szpitalnego pokoju. Zmrużyłem oczy z niezadowoleniem przewracając się na drugi bok. Po raz kolejny ogarnęło mnie przelotne rozczarowanie. Dalej tu jestem.
Podniosłem się do siadu. Syknąłem. Promieniujący ból rozszedł się po mojej głowie, by po chwili zniknąć. Atakował znienacka, zazwyczaj tuż po przebudzeniu, do czego nie mogłem się przyzwyczaić.
Szerzej otworzyłem oczy. Barwy zlewały się ze sobą, uniemożliwiając mi rozróżnienie pojedynczych przedmiotów. Sięgnąłem do szafki, stojącej obok szpitalnego łóżka, chwilę szukając swoich okularów. Nałożyłem je, a świat nabrał ostrości.
Przeniosłem wzrok na zegar, znajdujący się na ścianie po mojej lewej. Piąta dwadzieścia sześć. Czyli trochę jeszcze poczekam. 
Nie mając niczego lepszego do roboty, podniosłem leżącą na podłodze encyklopedię medyczną, którą prawdopodobnie zrzuciłem tam przez sen. Przez chwilę kartkowałem strony grubego tomu, w poszukiwaniu odpowiedniej strony. Po chwili skupiłem się na lekturze.
***
Minęły dwie godziny. Spojrzałem kątem oka na opróżnioną już tacę ze śniadaniem, w duchu wyklinając wszystkie obowiązujące mnie tu ograniczenia. Najzwyczajniej w świecie byłem głodny, a porcje jakie otrzymywałem w zakładzie nie należały do największych.
Te i podobne przyziemne rozmyślania przerwał mi dźwięk bosych stóp, uderzających o podłogę na korytarzu. Były na tyle delikatne, że mogłem podejrzewać o zakłócanie spokoju mojego i innych pacjentów tylko kobietę lub jakiegoś dzieciaka. Przez myśl mi przemknęło, że pewnie uciekł z oddziału uzależnień i ucieka przed koszmarem, jakim jest dla niego odwyk. Najspokojniej w świecie wróciłem do lektury.
Ktoś uderzył w drzwi do mojego pokoju. Podskoczyłem z wrażenia, upuszczając książkę na ziemię. Zaskoczenie szybko przerodziło się w irytację i niechęć do uciekiniera. Szarpnął za klamkę, na co zareagowałem poderwaniem się na nogi. Czego ten smarkacz ode mnie chce? 
Drzwi uchyliły się w momencie, gdy już miałem podejść i nawrzeszczeć na nieznajomego. Znieruchomiałem.
Kolejna osoba pojawiła się na korytarzu, co rozpoznałem po szybkich krokach, rozchodzących się w przestrzeni wszechobecnym echem.
– Agnis, nie! – usłyszałem znajomy głos. 
Einar. 
Mój przyjaciel odciągnął delikwenta. Ciszę przeszył wściekły, kobiecy wrzask, który prędzej przypisałbym do rozwścieczonej bestii, żywcem wziętej z horroru, niż do człowieka. Na korytarzu rozległy się ciężkie uderzenia butów lekarzy, dźwięki szarpaniny i kolejne krzyki kobiety. 
Stałem jak sparaliżowany, próbując rozkazać swojemu ciału wykonanie kroku w kierunku drzwi. Bezskutecznie. Coś w głosie kobiety dogłębnie mnie przerażało, a równocześnie przyciągało. Jakbym kiedyś już to słyszał... 
Po kilku minutach wrzaski ucichły, a lekarze wraz z kobietą oddalili się. Uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas stałem gotowy do ucieczki. Rozluźniłem się i z westchnieniem usiadłem na łóżku. Podparłem głowę na rękach, a te na kolanach i przez chwilę trwałem w tej pozycji, zmagając się z kolejnym bólem głowy. Drzwi uchyliły się, a do pomieszczenia wszedł Einar, którego rozpoznałem po charakterystycznym, dziarskim kroku. Podniosłem głowę.
– Tjena, Magnus! - przywitał się w naszym ojczystym języku.
– Hejsan, Einar – odparłem.
– Wszystko OK? – zagadnął.
– Skąd to pytanie?
Zakłopotał się.
– Chodzi o Agnis? – specjalnie zaakcentowałem imię kobiety.
Wbił wzrok w swoje buty, a nietypowe dla Szwedów, miodowe włosy, opadły mu na twarz.
– Kto to jest? – zapytałem, po raz pierwszy na niego spoglądając.
– Nikt specjalny – odparł trochę za szybko.
– Czy aby na pewno?
– Cierpi na zaburzenia osobowości... I ją tu leczą – odparł po chwili.
Zmrużyłem oczy i uniosłem brwi.
– Coś ci nie wierzę – powiedziałem.
– W takim razie masz problem – przewróciłem oczami, słysząc typową dla niego, gimbusowską odzywkę – Agnis jest chora i urwała im się z oddziału.
– W takim razie skąd wiedziałeś jak się nazywa?
– Pomagam tu czasem... – zaczął bawić się rąbkiem koszuli – A tę pannę goniłem już drugi raz.
– A ja myślę, że po prostu ci się podoba.
– Co... Co? Nie! – uniósł ręce w geście obronnym. – Jasne, że nie! Coś ty sobie znowu ubzdurał?
– Mówię, co widzę – uśmiechnąłem się półgębkiem.
– Cud się stał! Doktorek się uśmiechnął! – Einar roześmiał się. – I nie, nie masz racji. Nie podoba mi się.
– Wmawiaj to sobie – uśmiech jeszcze przez chwilę gościł na mojej twarzy, by po chwili zniknąć.
Einar westchnął zrezygnowany. Zastanowił mnie sposób, w jaki wtedy na mnie spojrzał. Jakby... Ze współczuciem?
Rozmawiałyśmy jeszcze przez kilkanaście minut, po czym mężczyzna oświadczył, że musi już iść.
Spojrzałem na zegar. Za dziesięć minut przyjdzie lekarz. Westchnąłem na tę myśl, starając się stłumić napływające mi do głowy myśli.
Nie powiedział mi wszystkiego. Byłem tego pewien.
***
Było późne popołudnie, gdy ostatni z trzech terapeutów opuścił mój pokój. Przeniosłem wzrok z drzwi na widok za oknem. Szare chmury zakrywały niebo, a o parapet dudniły ciężkie krople. Moją uwagę przykuła samotna latarnia, pod którą kulił się ogromny, szary pies. Postawione na sztorc uszy i typowe dla wilczków ubarwienie wskazywało na jego półdzikie pochodzenie. Przyglądałem mu się przez dłuższy czas, zastanawiając się, czy kiedyś miałem psa. Zamknąłem oczy i dręczony nagłym zmęczeniem, zapadłem w płytki sen. 
Stałem w korytarzu dobrze znanego mi szpitala. Przez przeszklone, obrotowe drzwi po lewej wpadało blade światło deszczowego dnia. Po prawej stronie znajdowała się recepcja, a przede mną ciągnął się pusty korytarz, którego ściany podpierał długi rząd niebieskich krzesełek, co kilka metrów przecinany przez drzwi.
Nagle zza zakrętu wyłoniła się kobieta. Lśniące, mysie włosy, okalały jej drobną twarz, a smukła sylwetka przywodziła na myśl kwiat. Miała na sobie luźną, niebieską koszulę i zwykłe dżinsy. Jej bose stopy miękko uderzały o podłogę. Głębokie, szare oczy zalśniły, a uśmiech twarz rozświetlił uśmiech, gdy spojrzała w moją stronę.   
Zniknęła za zakrętem. 
Czekaj!, chciałem krzyknąć, jednak nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu. Pobiegłem za nią. Za każdym razem znikała za zakrętem w momencie gdy już ją dościgałem. Trwało to długo, bardzo długo, aż w końcu trafiłem na drzwi, prowadzące do wyjścia. Nacisnąłem klamkę... 
Poderwałem się tak gwałtownie, że uderzyłem głową o ramę łóżka. Z jękiem opadłem na poduszkę. Przez dłuższy czas patrzyłem tępo na sufit, starając się ignorować pulsujący ból głowy. Mijały długie minuty, a dolegliwość nie ustawała. Ogarnął mnie niepokój. Przed drzemką nie miałem żadnych problemów ze wzrokiem, co wykluczało migrenę. Ból coraz bardziej się wzmagał. I wtedy coś zaczęło się zmieniać.
Miałem nogi jak z ołowiu, zaczęły mnie zalewać fale zimna i gorąca, a po całym moim ciele przebiegły dreszcze. Trwałem w tym stanie przez dobrą minutę, nie zdolny do najmniejszego ruchu. Nagle wszystko się uspokoiło. Otworzyłem zaciśnięte powieki, ignorując tańczące mi przed oczami mroczki.
Pierwsza zmiana, jaka rzuciła mi się w oczy, to całkiem zamazany świat. Myślałem, że zwyczajnie spadły mi okulary, ale wyczułem je... na nosie?
Podniosłem rękę do twarzy i doznałem największego szoku w całym swoim życiu. To nie była moja ręka, tylko grafitowa, wilcza łapa.
Krzyknąłem i spróbowałem odskoczyć, ale na skutek całkowicie zmienionej anatomii i środka ciężkości, z całą mocą uderzyłem plecami o podłogę. Oblał mnie zimny pot, gdy zdałem sobie sprawę, co się ze mną stało. Jestem wilkiem. 
Następne co pamiętam, to moich rodziców. Mama chyba płakała... Nie byłem w stanie nic powiedzieć, ba, nie mogłem nawet się ruszyć. Tylko siedziałem na podłodze w głębokim szoku, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Jestem wilkiem, obijało mi się w głowie. Ta świadomość powoli docierała do najgłębszych zakamarków mojego umysłu, wypełniając go niedowierzaniem i paniką. Gdzieś na uboczu, w okolicach podświadomości zacząłem zastanawiać się, jakim cudem do tego doszło. Spokój i zimne kalkulacje powoli zaczęły przeważać nad instynktem i lękiem przed nieznanym. Powoli odzyskiwałem kontrolę nad swoim, innym, ale jednak swoim, ciałem.
– Jak to się stało?  – zapytałem cicho, z jakiegoś powodu niezbyt zdziwiony tym, że potrafiłem mówić w tej formie.
Momentalnie oboje umilkli.
– Jak to się stało?  – powtórzyłem już głośniej, wbijając w nich wzrok.
Po chwili ciszy głos zabrała moja matka:
– Nie chcieliśmy, by do tego doszło – zaczęła z trudem.  – Próbowaliśmy wszystkiego, by uchronić cię przed tym przekleństwem. Ale n-nie udało się. – pociągnęła nosem.
 – Oboje jesteśmy wilkami...  – Tata chciał przejąć pałeczkę, ale przerwałem mu:
 – Co takiego?! – wytrzeszczyłem oczy.
Obrzuciłem ich wściekłym spojrzeniem.
 – Mamo,  – zwróciłem się do niej.  – nie jestem już dzieckiem. Mam trzydzieści lat! Potrafię sam o siebie zadbać i nie potrzebuję cholernej opieki!  – ostatnie słowa prawie wykrzyczałem.
Patrząc na nich, byłem pewien, że są odmiennego zdania. To niedorzeczne!
 – Owszem, potrze...  – zaczął tata
 – Opieka lekarska, a niańczenie to dwie różne sprawy  – warknąłem.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
 – Nie możesz tu zostać – podjęła niemrawo Annika.  – Pomożemy ci.
– Twoje szczęście, – rzekł tata –  że szpital znajduje się blisko Lasu. A teraz...  
 – Lasu? Że niby mam tam pomieszkiwać? – przerwałem mu. 
– A masz inny pomysł? Wracając...
 – Nie ma mowy.
Najwyraźniej zdenerwowało go to, że ciągle mu przerywam, bo spojrzał na mamę w sposób, który ani trochę mi się nie spodobał i wykonał jakiś gest ręką. W jednej chwili pokój szpitalny zniknął, świat zawirował, a przed oczami pojawiły mi się gęsto rosnące sosny.
 – Co to miało być?  – podskoczyłem.
 – Dawno nie korzystałem z teleportacji.  – mruknął ojciec do siebie, przeciągając się.  – A co dopiero mówiąc o grupowej translokacji.
Jego słowa odebrały mi mowę. Znieruchomiałem ze szczerym zdumieniem zastygłym na twarzy. Spojrzał na mnie i zaniósł się głośnym śmiechem.
 – Magia, synek, magia  – wykrztusił, między napadami śmiechu.
Ogarnęła mnie jeszcze większa dezorientacja i złość. Magia? Nie dość, że jesteśmy wilkami, to jeszcze odprawiającymi jakieś voodoo? 
 – Jest jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć?  – warknąłem.
 – Tak. Zdejmij te okulary, bo wyglądasz jak idiota. 
Jak zwykle prostolinijny i szczery do bólu. 
Zdjąłem okulary i włożyłem je do kieszeni płaszcza, co zajęło mi chwilę. Do moich uszu doszedł suchy trzask i zduszony okrzyk. Odwróciłem się. Ze zdziwieniem zdałem sobie sprawę, że jestem całkiem sam na polanie.
 – Tato?  – rozejrzałem się.
Zmarszczyłem brwi. Ponownie się omiotłem łączkę szybkim spojrzeniem. Zniknął. Jak kamień w wodę. 
 – Co ja mam teraz zrobić?  – westchnąłem.
Jeszcze jeden raz spojrzałem za siebie, w nadziei, że jednak jeszcze ktoś tam stoi. A potem odwróciłem się, znikając w cieniu drzew.
***Miesiąc później***
Przyczaiłem się w cieniu obszernego dębu, wbijając wzrok w węszącego wśród traw zająca. O sekundę za późno przypomniałem sobie o możliwości użycia mocy i zamiast cieszyć się łupem, patrzyłem jak niepyszny za umykającym zwierzęciem. Przez chwilę próbowałem go dogonić, ale dałem sobie spokój, gdy niemal nie wpadłem na drzewo, przy okazji zaliczając bliskie spotkanie z ziemią. Westchnąłem z irytacją i wróciłem do nieudolnego tropienia zwierzyny. Starając się nie robić zbytniego hałasu, z nosem przy ziemi szukałem jakiegokolwiek tropu. Nawet nie zauważyłem kiedy trafiłem na polanę, na której miesiąc wcześniej zacząłem swoją "przygodę".
Dzień po nagłym zniknięciu ojca, odnalazła mnie matka i poinformowała mnie, że dosłownie rozpłynął się w powietrzu, a ostatnią osobą, jaka go widziała, byłem ja. Przez pierwszy tydzień szukaliśmy po Lesie na własną rękę, mama powiadomiła też policję. Musieliśmy jednak przerwać, przez nagłe ujawnienie się moich zdolności.
Stało się to zupełnie niespodziewanie, gdy czekałem na nią na Polanie. Zapadłem w płytki sen, z którego mnie wybudziła. Wszystkie rośliny w odległości pięciu metrów zszarzały, a te najbliższe zostały w jakiś sposób wypalone. Okazało się, że na kilka godzin wytworzyłem wokół siebie próżnię. Spalona roślinność dalej pozostawała dla mnie zagadką.
Wszystkie te wspomnienia przelatywały mi przez głowę z prędkością błyskawicy. Zamyśliłem się, przyglądając się słońcu, zwiastującemu rychłe nadejście południa. Po raz setny spróbowałem zmienić się w człowieka. Na darmo.
 – Magnus?  – rozmyślania przerwała mi matka.
Odwróciłem się w jej stronę. Dalej nie mogłem przyzwyczaić do jej prawdziwej formy. Wzdrygnąłem się.
 – Jakieś wieści?  – spytałem głosem pozbawionym wyrazu.
 – Nie  – odparła.  – Ale nie po to tu przyszłam.
 – A więc?  – mruknąłem, siadając i owijając ogon wokół łap.
 – Uważam, że powinieneś dołączyć do tutejszej watahy. – oznajmiła bez ogródek.
 – Chcę wrócić do swojego życia, nie zaczynać je od nowa.  – fuknąłem z irytacją.
 – Posłuchaj  – zaczęła.  – nie wiadomo, czy wróci ci pamięć, czy kiedykolwiek będziesz w stanie powrócić do normalności. W zasadzie nigdy nie byłeś. Och, Magnus!  – wykrzyknęła nagle. – Jesteś wilkołakiem! Twoje miejsce nie jest i nigdy nie będzie wśród ludzi!
Chciałem jej przerwać, ale uciszyła mnie gestem łapy.
 – Musisz się z tym pogodzić. Jesteś wilkiem, nie człowiekiem. Zapamiętaj to.  – zrobiła krok w tył.  – Muszę iść. Już tu nie wrócę. Mam nadzieję, że kiedyś nasze drogi jeszcze się zejdą. – uśmiechnęła się smutno, nerwowo oglądając się za siebie.  – Żegnaj.
– C-co...? Nie! Czekaj! – wykrztusiłem.
Zawróciła i zniknęła wśród drzew. Zaskoczony jej słowami i nagłym zniknięciem, zrobiłem kilka kroków w kierunku miejsca w którym zniknęła. Zdezorientowany, usiadłem na ziemi. Wszystko dzieje się tak szybko... Za szybko... 
Zupełnie straciłem poczucie czasu. Trwałem w tej pozycji, wpatrując się w nieokreślony punkt przed sobą. Dużo rozmyślałem nad tym co powiedziała. Poddawałem analizie każde wypowiedziane przez nią słowo, by w końcu podjąć decyzję. 
Miała rację. 
Dalej niepewny tego, o czym zadecydowałem, jeszcze przez chwilę biłem się z myślami. Otworzyłem szerzej oczy, starając się wierzyć, że to może się udać. Mogę zacząć jeszcze raz. Inaczej. I wreszcie znaleźć się wśród swoich. 
Kątem oka dostrzegłem jakiś ruch w zaroślach. Odwróciłem głowę w jego stronę, pilnie nasłuchując. Podszedłem do tego miejsca, w każdej chwili gotowy do ucieczki bądź ataku. Zacząłem węszyć, coraz bardziej zdenerwowany. Nie rozpoznałem tego zapachu, ale miałem niejasne wrażenie, że... Należy do wilka.
Nagły trzask rozległ się kilkanaście metrów za moimi plecami. Gwałtownie się odwróciłem.
Na granicy polany, przy wysmukłej sośnie, stała wadera. Na szeroko otwarte oczy opadła jej różnokolorowa grzywka, a z jej gardła wydobyło się niepewne warknięcie.
Krzyknąłem i odskoczyłem, prawie się przy tym wywracając. Wilczyca zawahała się, a ja rzuciłem się do ucieczki. Działałem instynktownie, w pierwszych chwilach nie myślałem o niczym. Szybko zdałem sobie sprawę, że jestem od niej o wiele wolniejszy. Kilka razy gwałtownie skręciłem, próbując zgubić napastniczkę, ta jednak uparcie podążała za mną. Nagle straciłem grunt pod łapami, a grawitacja pociągnęła mnie w dół. Z całą mocą zderzyłem się ze ścianą, jak się okazało, rowu i wylądowałem na błotnistym dnie. Poczułem rwący ból w okolicy prawego barku. Jeszcze tego brakowało. Jęknąłem cicho.
Tak jak się spodziewałem, wadera już po chwili pojawiła się w polu widzenia. Odsłoniła kły, a jasna sierść na jej karku zjeżyła się. Wbiła we mnie uporczywe spojrzenie.
– Jestem ranny! – fuknąłem w jej kierunku. – Stwarzam zagrożenie równe inwazji motyli! Daj mi święty spokój!
<Lind?>

Uwagi: Formatowanie oraz brak daty przede wszystkim. Nie "tą pannę", tylko "tę pannę".