Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 27 kwietnia 2017

Od Aurelliah "Crisis" cz. 1 (cd. chętny)

Dialogi są napisane w j. polskim, aby były wszystkim zrozumiałe, jednak w rzeczywistości Aurelliah mówi po angielsku z wyraźnym amerykańskim akcentem.

Sierpień 2019 r.
W sali panował półmrok, spotkanie było zaaranżowane całkowicie spontanicznie. Mój agent nerwowo pukał palcami w szklany blat, ja obserwowałam to z tępym wyrazem twarzy. Aż po prostu czułam, jak twarz robi mi się sina. Nie miałam siły patrzeć mu w oczy.
- Pani Vinyl, naprawdę to nie ma sensu dalej tego drążyć! Proszę nie udawać, że wszystko jest w porządku. Nie mamy już pieniędzy!
- Zwrócą się po premierze. To naprawdę wielki projekt, musimy zdobyć więcej...
- Nasze studio wcale nie jest takie popularne! Nie ma szans na wpuszczenie filmu do wszystkich kin w kraju! Nie kupią go, bo może być słaby i nikt nie przyjdzie! Mówiłem pani! Powinna pani zacząć od czegoś mniejszego, obyczajówki, albo co...
- Kiedy ja chciałam i wciąż chcę film akcji! - krzyknęłam, podnosząc się z miękkiego, skórzanego fotela - Nie dam wyrzucić mojego projektu do kosza!
- Jesteśmy zmuszeni to zrobić. Ponosimy zbyt wielkie straty...
- Scenariusz jest już napisany, krytycy uważają go za dostatecznie dobry. Mamy speców od efektów specjalnych, wszyscy uważają to za naprawdę obiecujący projekt i...
- I czym pani im zapłaci? - powiedział zmęczonym głosem - Nie będą pracować za darmo.
- Nie pozwolę... - zaczęłam ostro, ale ponownie mi przerwał:
- Sprawa jest już przesądzona. Zamykamy prace nad pani filmem już w przyszłym tygodniu - oznajmił sztucznie zasmuconym głosem. Zacisnęłam ręce w pięści, z trudem opanowując gniew.
- Może jak zdołam coś zrobić...
- Miliard dolarów w funduszach i ani grosza mniej - oznajmił, zbierając swoje dokumenty do czarnej teczki - Dopiero wtedy możemy mówić o kontynuacji. Jeśli pani się nie uda - trudno. Kasujemy projekt.
Miliard, miliard, miliard... - ta liczba grzmiała w mojej głowie. Agent finansowy wyszedł z sali konferencyjnej, a ja dalej stałam, skupiając się. Na pewno młodzi Kingdomowie dostali coś z majątku rodziców, mogłabym poprosić chociażby Patricka... O ile go znajdę. Ostatnimi laty zniknął bez śladu i w tym problem. Kilkaset tysięcy mogłabym również pożyczyć od Biscuita, ale i tak do chociażby ćwierci miliarda brakuje mi całkiem sporo.
Poczułam jeszcze większa złość. Skąd ja niby miałabym tyle wytrzasnąć? Już i tak podbierałam znajomym trochę funduszy na rzecz realizacji "Astro". Nie wiedziałam, czy dadzą jeszcze więcej. Ciężko padłam na krzesło. Miałam mnóstwo długów, a i tak wyglądało na to, że będę mieć ich jeszcze więcej... Nagle kompletnie znieruchomiałam. Miliard? Podobno najdroższym filmem do tej pory był ten po trzysta milionów łącznie. Może w to wliczony jest również podatek, jednak i tak zdawało mi się, iż ilość wydatków na film wynosi znacznie więcej, niż słynni "Piraci z Karaibów". Co jeśli naprawdę szykował się nowy najdroższy film w historii kinematografii? Zabębniłam paznokciami w śnieżnobiałe zęby. Miałam już totalny mętlik w głowie. Musiałam iść się przewietrzyć i zadzwonić do Herberta.
Kiedy wstałam, krzesło cicho zaskrzypiało. Wzięłam wszystkie swoje rzeczy i wyszłam z sali konferencyjnej. Ruszyłam niezmiennie cichym korytarzem, kierując się do windy. Wcisnąwszy guzik, wyciągnęłam z torebki telefon. Pospiesznie wybrałam numer swojego chłopaka. Jak zwykle odebrał prawie że od razu.
- Halo?
Słysząc jego ciepły głos, uśmiechnęłam się do siebie.
- Cześć, Biscuit. Jest tak, jak przewidziałeś. Zamierzają usunąć mój film. Nie mieści mi się to w głowie. Naprawdę. Każą mi zdobyć w tydzień miliard dolarów, inaczej nie ma mowy o kontynuacji - opowiedziałam, wchodząc do całkowicie pustej windy. Na całe szczęście w jej wnętrzu wcale nie było tej irytującej muzyki, która mogłaby mi przeszkodzić w rozmowie. Wcisnęłam przycisk okraszony największym numerem. Po drugiej stronie zapanowała cisza. Drzwi się zatrzasnęły, winda ruszyła. Mężczyzna dopiero po chwili zdołał wyrzucić z siebie ciche mruknięcie.
- Rozumiesz ty to? Chamstwo po prostu. Zupełnie, jakby mogli mieć władzę nad takimi rzeczami.
- Kochanie, ale mają do tego jak największe prawo - powiedział ostrożnie, starannie dobierając każde słowo - Rozumiem ich warunek, jednak również uważam go za nieco przesadzony. Gdyby zmniejszyli tę sumę o połowę...
Po chwili milczenia, w końcu odetchnęłam z zrezygnowaniem.
- Masz rację, zachowałam się jak idiotka. Powinnam była zdobyć te pieniądze już na początku. Wybacz, poniosło mnie.
- Nie dziwię się. Dobrze, że nie zadzwoniłaś po adwokata - zaśmiał się, na co ja odpowiedziałam tym samym.
- Racja, gość mógłby być trochę zmieszany.
Śmialiśmy się jeszcze przez chwilę, póki nie uświadomiłam sobie, że Herberta wcale nie ma ze mną. Że słyszę go tylko po drugiej stronie. Nie jest w tej dziurze, zwanej Polską, gdzie miasto graniczy z lasem, tylko siedzi w swoim wygodnym studiu w Wielkiej Brytanii. Sama już nie pamiętałam, kto mnie namówił do nakręcenia tych kilku scen akurat tutaj. Już nawet zaśmierdły Londyn, gdzie niebo było praktycznie całą dobę zachmurzone zdawało mi się być znacznie dogodniejszym miejscem.
- Wiesz, brakuje mi ciebie - powiedziałam w końcu. W moim głosie pobrzmiewał nieskrywany smutek. Chciałabym, by mnie teraz jak zwykle objął i pocałował w policzek, drapiąc swoim tygodniowym zarostem, którego nigdy nie chciało mu się golić. Bym mogła się roześmiać, próbując go odepchnąć, na co on by usiłował się wtulić jeszcze bardziej. Następnie wrócilibyśmy do domu, włączyli dobry film, porozmawiali ze sobą... Życie tutaj bez niego było tak pozbawione wyrazu.
- Mnie ciebie też - odparł po chwili. Słyszałam, że mówił szczerze. Po raz kolejny się uśmiechnęłam.
- Jeszcze kilka tygodni i wracam - stwierdziłam, starając się pocieszyć nie tylko jego, ale i samą siebie.
- Będę czekać - odparł. Drzwi windy się otworzyły, od razu dobiegło do mnie orzeźwiające, acz wilgotne powietrze. Wydałam z siebie ciche westchnięcie, widząc, iż na dworze zaczęło padać. I to wcale nie tak słabo. Lało jak z cebra. Latem to się niestety zdarzało i wyglądało na to, że w Polsce to również było dość powszechne. Rozłożyłam parasol i ruszyłam przed siebie. Byłam na dachu wieżowca, więc całkiem mocno wiało. Już miałam zacząć przeklinać wichurę, która zawiewała deszcz również na mnie, pomimo pozornej ochrony nad głową, kiedy stało się coś, czego nie przewidziałam. Naraz zrobiło się jasno, a mnie przeszył ból. Ostatnie, co pamiętałam, to uczucie spadania i całkowitej bezwładności ciała.
***
Ocknęłam się nagle, a brak poczucia jakiegokolwiek bólu w pierwszej chwili sprawił, że sądziłam, że wybudziłam się z kolejnego snu. Jednak kiedy nie ujrzałam pocieszającej, beżowej ściany swojej sypialni na którą wdzierały się poranne promienie słońca, ani zielonkawej farby, której użyto do zabarwienia pokoi, które wynajmowałam mieszkając w Polsce, ani nawet nie beznamiętnej bieli szpitalnej sali, tylko coś, co było... no właśnie, czym? Stękając cicho, podniosłam się do siadu i przyjrzałam się tej pochyłej powierzchni. Orientując się, iż była to skała, wybałuszyłam oczy. Jeszcze większym zdumieniem było dla mnie to, że moje piękne pastelowe ubrania, które kupiłam raptem trzy dni temu, cała biżuteria czy nawet zgrabne ludzkie dłonie, zwyczajnie zniknęły. Zamiast tego byłam porośnięta dziwnym, ciężkim futrem. Pisnęłam ze strachu. Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Sama perspektywa, w jakiej się znajdowałam była dość... przerażająca. Zmieniłam się w potwora?! Co się tak właściwie stało?
Usłyszałam jakiś ludzki głos, jednak nie rozumiałam ani słowa. Mówił w jakimś innym, dźwięcznym języku, który prawdopodobnie już wielokrotnie słyszałam, będąc w mieście. W pierwszej chwili poczułam ulgę, jednak odwróciwszy się za siebie, poczułam jeszcze bardziej narastającą panikę. Stał przede mną... właśnie, kto? Ni to wilk, ni to pies... Kolorów też nie miał typowych do żadnych z ras. Przeraziłam się jeszcze bardziej, wycofując się jeszcze głębiej pod ścianę. Nie wiedziałam co mówił, jego wyraz pyska też kompletnie nic mi nie przekazywał. Nigdy nie miałam ręki do zwierząt, nie umiałam odczytywać ich emocji. Cała drżałam.
Na co dzień nie byłam taką panikarą, jednak cała ta sytuacja była dla mnie koszmarnie stresująca. Nie miałam zielonego pojęcia, co się stało i dlaczego, ani jakim cudem wylądowałam w takim, a nie innym miejscu.
- Kim jesteś? Kim JA jestem? I czy możesz mówić po angielsku? - zapytałam, jednak zwierz tylko przechylił głowę. Prawdopodobnie był to gest niezrozumienia. Zrobiło mi się znowu słabo. To brzmiało jakbym wciąż śniła, jednak wszystko wskazywało na to, że jednak był to świat całkowicie realny i prawdziwy.

<Chętny? Dla przypomnienia: Aurelliah nie umie mówić po polsku. Została znaleziona w okolicach Wodopoju. Była całkowicie nieprzytomna. Nie wiadomo dokładnie, jak się tam znalazła>

środa, 26 kwietnia 2017

Od Shiryu "Przeziębienie w końcu każdego złapie "

Sierpień 2019
Wczorajszy dzień spędziłem z szczeniakami, pilnując ich. Podczas zabawy szczeniaki próbowały mnie zrzucić do wody. Na szczęście nie miały takiej siły. Lecz szczęście nie trwało zbyt długo. Zobaczyłem wadery wracające z wieczornego polowania. A kto to mógł być? Oczywiście Zirael i Yuki. To było jednak ciekawe. Ostatnio się jakoś zaznajomiły. Gdy ja nie spuszczałem oka nad młodymi, zepchnęły mnie z pomostu. No jasne.
W nocy źle mi się spało. Obudziłem się rankiem. Głowa mi pulsowała oraz było mi zimno. Co za pech! Niedawno wyzdrowiałem z złamanej nogi i zagoiły mi się ślady pazurów. A co teraz? Przeziębienie. Rozpaliłem ognisko i wrzuciłem do kociołka trochę zielska typu mięta i rumianek. Przysunęłam legowisko bliżej ogniska i położyłem się na nim. Musiałem się zagrzać. Jakiś moment później woda zagotowała się razem z naparem. Nalałem sobie trochę do glinianego naczynia. Położyłem się ponownie na legowisku i popijałem sobie napar zrobiony z mięty i rumianku. Nie był on dobry. Za sprawą lewitacji wziąłem jakiś węgiel i zacząłem coś rysować na ścianie jaskini. Nawet, nawet mi wyszedł ten autoportret. Do jaskini nagle zapukała Zirael.
- Cześć, a ty dlaczego jeszcze w legowisku? - zapytała energicznie
- Witam cię. Jestem chory po tym jak mnie wrzuciłyście z Yuki do jeziora.
- Och, przepraszam. Ty się ciesz, że nie do Jeziora Zapomnienia - wydelegowała trochę obrażona
- Dobra, dobra przepraszam. W jakiej sprawie do mnie przyszłaś? - obejrzałem dokładnie waderę wzrokiem
- Na polowanie, ale widzę że nie pójdziesz - po chwili dodała - Może ci w czymś  pomóc ?
- Nie ma chyba w czym. Ogólnie jak ci życie  mija? Dawno cię nie widziałem od czasu przygody z Azu
-A trochę się powłóczyłam po watasze. A tobie? - czekała na moją odpowiedz z zaciekawieniem.
- A tam polowania, opieka nad szczeniakami, hipogryf - właśnie w tym monecie przerwała mi Zirael.
- Hipo co?
- Hipogryf, takie połączenie orła i konia czy jakoś tak.
- A, dobra. A co z hipogryfem? - zapytała Ariz
- A mam zamiar takiego zwierza adoptować - odpowiedziałem dumnie
- Nie lepiej szczeniaka? Przybyło ich trochę, bardzo dużo z nich potrzebuje opiekunów bardziej niż ten ptako-koń
- W sumie mogę takiego zaadoptować, ale nie mam jakiś zadziwiających warunków bym musiał przygotować drugi pokój.
- Robiłeś pułapki, domki, liny, drzwi i inne rzeczy ty mi mówisz o pokoju, wygodnisiu?
I w tym dialogu przerwało nam pukanie. Dosyć głośne wołanie.
- Shiryu! Jesteś tam? - od razu rozpoznałem znajomy głos Alfy.
- Tak, jestem - odpowiedziałem przez chrypę
Niska, lecz smukła wadera weszła do mojej jaskini.
- A co to tak pachnie jakimś zielskiem? Shiryu, czas na polowanie, nie pogaduszki z Zirael i jakieś dziwne napary - mówiła Suzanna
- Jestem chory, chyba mam prawo do tego, by mieć wolne od stanowiska, kiedy jestem chory
- Ty chyba zawsze jesteś chory i będziesz. Kiedy ostatnio byłeś na polowaniu? A ogólnie o czym tak rozmawiacie?
- Wyzdrowieję za jakieś kilka dni. Na polowaniu byłem, hm, dwa tygodnie temu. - i tu wtrąciła się Zirael:
- Rozmawiamy o adopcji hipogryfa czy jakoś tak, oraz o tym że Shiryu zamiast uganiać się za jakimś ptako-koniem, byłby opiekunem szczeniaka.
- Ej - popchałem Ariz
Alfa spojrzała  z nie dowierzaniem na mnie, na Zirael i jeszcze raz na mnie z jakby ironią:
- On i opiekun szczeniaka! Padnę ze śmiechu. On i tak nie jest odpowiedzialny, zarówno jak ty. Już nie wspomnę jak przyprowadziliście tu jakiegoś basiora, nie wiadomo skąd, który chciał was zabić. Z resztą, ja was zostawiam. Zirael, idziesz ze mną na polowanie. Teraz - wyburmuszyła Suzanna i wyszła z jaskini.
- Ja też lecę. A, Shiryu, zdrowiej szybko - i pogalopowała w stronę wyjścia.
Po dwóch dniach chorowania wyzdrowiałem. I od razu wyruszyłem na polowanie.

Uwagi: "Przeziębienie" piszemy przez "z", a nie "ź"... Dlaczego Shiryu zajmuje się szczeniakami, choć wyraźnie ma inną funkcję w stadzie? Wciąż w złych miejscach stawiasz Spacje... Proszę, to już zaczyna się robić nudne. Okropnie zniechęca do poprawiania. Podobnie jest ze starannością (literówki chociażby czy Enter pojawiający się bez powodu w środku zdania), więc jeśli jeszcze raz zobaczę coś w tak opłakanym stanie, będę zmuszona to zwrócić do poprawy... Shiryu umie zmieniać postać, ale nie lewitować przedmioty! Jeśli mowa o grupie złożonej z wyłącznie dziewczyn, używamy formy żeńskiej, a nie męskiej (np. zamiast poszli, mówimy poszły). "Jezioro Zapomnienia" to nazwa, więc należy ją pisać wielkimi literami! Znowu pojawił się syndrom Wszechmogącego Shiryu (chodzi dokładniej o fragment, kiedy to Zirael wychwala jego umiejętności), a poza tym zauważyłam, że zmieniasz charakter niemalże wszystkim innym postaciom... Dialogi są irracjonalne, a jedyną zdającą się myśleć osobą jest nie kto inny, jak Shiryu. To właśnie przed tym tak przestrzegałam. Pojawienie się Suzanny mnie dość mocno dotknęło, bo nie masz za bardzo wyczucia w jej humorze - nie byłaby AŻ tak wredna. Tu sprawia wrażenie niezadowolonej ze złamanego paznokcia nastolatki, kiedy chociażby w odświeżonym formularzu czy najnowszym op. wspomniałam o tym, że nieco wydoroślała i zachowuje się bardziej neutralnie w stosunku do członków stada.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Od Zirael "Porzucona" cz. 2 (c.d. Torance)

Sierpień 2019 r.
Dzień był upalny, wręcz nie do zniesienia. Nie zamierzałam iść tego dnia na zbiórkę, choć wiedziałam, że mi się za to oberwie. Zmrużyłam oczy. Powoli wciągnęłam zatęchłe powietrze, w którym było czuć powoli rozkładające się jedzenie i kurz. Wyszłam z półmroku dusznej jaskini jednak na zewnątrz, mimo że powietrze było świeże, byłam bezpośrednio wystawiona na słońce. Postanowiłam poszukać jakiegoś cienia. Spojrzałam tęsknie w głąb lasu gdzie drzewa stały gęściej, tworząc skuteczną ochronę przed słońcem. Było tam zdecydowanie więcej potworów niż w innych częściach lasu, ale wizja wylegiwania się w chłodnym, cichym miejscu, zamiast iść biegać w kółko w pełnym słońcu była kusząca. W końcu i tak postanowiłam nie iść, a tam mnie raczej nie będą szukać - pomyślałam. Skierowałam tam więc swe kroki i już po chwili poczułam przyjemne orzeźwienie na całym ciele. Wdychałam głęboko chłodne powietrze, przymykając oczy. Zastanawiałam się, czy to możliwe, że w tak upalny dzień można znaleźć takie miejsce. Magia czy wybryk natury? Nie wiem, ale błogosławię to miejsce.
Obudziłam się z nieprzyjemnym uczuciem. Nie potrafiłam tego określić, ale w powietrzu unosił się smutek. Odrzucenie. Cierpienie. Pozostawienie na śmierć. Były mi dobrze znane. Rozejrzałam się. Nie wiedziałam kiedy zasnęłam, ale nie dziwiło mnie to zważając, że całą noc przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć przez gorąco, jakie panowało nawet w nocy. Lato zdecydowanie nie było moją ulubioną porą roku. Obejrzałam się i zorientowałam się jak niedaleko zaszłam. Nikt najwyraźniej nie zawracał sobie głowy szukaniem mnie. Było mi to obojętne zważywszy, że każdy miał swoje obowiązki. No, ja też. Odgoniłam poczucie winy związane z ucieczką od treningu i dzisiejszego polowania i zajęłam głowę niewyraźnym uczuciem, z którym się obudziłam. Od kogo dochodziło? Co się z nim teraz działo? Czy znałam tego wilka? Czy był daleko? Nie wiedziałam. Zdziwiłam się kiedy zauważyłam, że mu współczuje. Może nawet wszyscy czują się dobrze! Nie mogę szukać kogoś, posiadając tak wybrakowane informacje. Co ja o nim wiem? Że czuje się źle. To nic, słaby powód, żeby go szukać, każdy może mieć słabszy dzień. Ten argument mnie jednak nie zadowalał. Nie potrafiłam przyjąć myśli, że ktoś cierpi podobnie jak ja kiedyś, a ja będę jak wszyscy członkowie mojej dawnej watahy: nie zauważać, nie słyszeć, nie interesować się. Zostawić i zająć się sobą. Ha! To moja wataha potrafiła najlepiej. Porzucać nie podając powodu. Nie chciałam być jak oni. Byli jak potwory, jak Dwelling, Obscura czy inne byty. Potrząsnęłam głową. Nie ma potrzeby o tym myśleć, nic mi to nie da. Tylko żal. Jeszcze bardziej zmotywowało mnie to do odnalezienia danego wilka. Ruszyłam, coraz bardziej oddalając się od watahy.
Nie wiem, jak długo szłam, ale w końcu zauważyłam zwiniętą kulkę futra, przywiązaną nieznaną mi liną do drzewa. Mała wadera. Nie podobała mi się. Nie wyglądała na groźną, ale miała zapach ludzi. Zatrzymałam się w bezpiecznej odległości i obserwowałam ją. W końcu wstała i otrzepała się niezdarnie. Rozglądała się, ale nie mogła odejść przez linę. Wyczuła mnie i przemówiła drżącym głosem:
- Yyy... Kim jesteś? Co tu robisz?
Wyszłam z ukrycia i położyłam się przed nią. Wsparłam łeb na łapach i lekko przechyliłam. Przyglądałam się jej z ciekawością. Jej futro przypominało lisie, ala było bardziej... dzikie. Czarne futro na szyi było raczej niespotykane wśród lisów. Jednak była chyba zbyt niska na wilka... A może?
- Lis? - zapytałam.
- N-nie... - odpowiedziała zaskoczona.
- Pies!? - wykrzyknęłam z wahaniem. Wydawało mi się, że w końcu wpadłam na rozwiązanie. Spotkałam się z nimi w przeszłości. Były to mniejsze wilki towarzyszące ludziom. Nie miałam z nimi nic do czynienia, więc byłam bardzo podekscytowana.
- Tak.
Uśmiechnęłam się. Wadera była chyba zdezorientowana taką sympatią ze strony nieznajomej wadery.
- Zirael - wstałam i wyszczerzyłam zęby - Wilk z Watahy Magicznych Wilków.
Dopiero po chwili zrozumiałam, jak głupio to musi brzmieć.
- Tori - przeciągnęła ostatnią literę.
Podeszłam do drzewa i rozgryzłam linę. Chciałam też usunąć pasek ze skóry wokół jej szyi, ponieważ to do niego był przywiązany drugi koniec, ale zaprzeczyła. Pozostały kawałek zwisał do ziemi.
- Jak chcesz - wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam, po co jej to ale szanowałam jej decyzję. Może noszą to wysoko postawione psy? A może to symbol przynależności do psiej watahy? Postanowiłam później zapytać.
- Chcesz pójść ze mną do mojej watahy? - Byłam tak podekscytowana. Miałam nadzieję, że się zgodzi. Zauważyłam, że zachowuje się infantylnie i bardzo... otwarcie? Czy to dlatego, że jest młodsza? A może to dlatego, że przywiodły mnie tutaj uczucia, które sama czułam w przeszłości. Pomyślałam, że musiałam być w jej wieku, kiedy mnie wyrzucili. Darzyłam ją raczej nieodwzajemnioną sympatią.
- Chyba nie mam wyboru... - spojrzała tęsknie w przeciwną stronę od tej, z której przyszłam. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie boi się mi odmówić. Dopiero teraz zauważyłam przy niej wodę i coś, co pachniało może jak jedzenie, ale i tak bym tego nie tknęła. Zastanawiałam się czemu ma tak małą wydzieloną część i to jeszcze na srebrnym czymś... Czy na kogoś czekała?
- Czy ktoś po ciebie przyjdzie? - zapytałam niepewnie. Moje słowa chyba sprawiły jej ból, po jej pysku przeszedł cień. Chyba właśnie sobie coś uświadomiła. Spuściła głowę i nieznacznie zaprzeczyła. Chciałam jej pomóc. Serce mi się ściskało, bo widziałam w niej dawną siebie. Chciałam dać jej dom, tak jak Wataha Magicznych Wilków dała mi. Byłam gotowa się za nią wstawić w razie, gdyby Alfa nie chciała przyjąć psa do watahy.
- No to w tę stronę - powiedziałam łagodnie i obróciłam się w stronę, z której przybyłam. Spojrzałam na nią przez ramię, a ona podążyła za mną, ciągnąc za sobą krótki kawałek liny, którym była niedawno przywiązana.

<Torance?>

Uwagi: Rozwijaj skróty (np. WMW). Zapomniałaś o kilku przecinkach (np. przed a lub że). "Zważywszy" piszemy przez "ż". Wilki nie mają twarzy!

Od Moone "Szkoła: Polowania" cz. 1

Sierpień 2019
Któregoś dnia, konkretnie w czwartek, poszłam na lekcję polowań. Ten przedmiot był jednym z ciekawszych, gdyż polubiłam zabijanie. Jedzenia, nie wilka. Zajęcia odbywały się na Szczenięcej Polance. Na miejscu była już Aoki i nowy wilk, Shen. Dziś mieliśmy praktykę. Nauczycielka kazała nam upolować rybę, dlatego poszliśmy nad Jezioro. Shen, widać nie był zainteresowany już nami tak jak wcześniej. W połowie drogi doszła jeszcze do nas Narvi, szła pośpiesznym krokiem. Nagle basior przystanął i ją podziwiał.
- Chodź! Nie stój tak! Nie czekaj na nią, dojdzie. - powiedziała Yuki.
- Dobrze, już idę. - odpowiedział.
Pomyślałam sobie, że widocznie Shen się w niej zakochał. Dobrze, że do nas już tak nie chciał zarywać. Gdy byliśmy już na miejscu, to ustawiliśmy się naokoło jeziora.
- Musicie być cicho i skupieni. Inaczej ryba do was nie podpłynie. - wytłumaczyła nam pani.
Przyczaiłam się i wyciągnęłam jedną łapę. Obserwowałam, czy jest coś w wodzie, lecz po chwili przypomniało mi się, jak wyprzedziłam i pobiłam Shena. Chciałam powstrzymać śmiech, lecz wybuchłam i wpadłam do wody. Wystraszyłam nie tylko ryby, ale i też moje koleżanki.
- Co ty wyrabiasz! - wykrzyknęła Yuko.
- Przepraszam... - mówiłam.
Basior się zaczął ze mnie wyśmiewać, a ja tylko się na niego popatrzyłam i szczerzyłam kły. Nagle z mojej blizny wydostał się fioletowy, falujący dymek. Z moich oczu także. Wyszłam z wody. Shen wystraszył się tego, bo na chwilkę za mną pojawił się duch Sagope'a. Ale tylko na chwilkę. Gdy znikł, to zasłabłam. Po przebudzeniu się, wstałam i otrzepałam się, a wilki patrzyły się na mnie zdziwione.
- No co? Ja tak czasem mam. - rzekłam, wymawiając smutno ostatnie słowo. 
- Ciekawe, czy kiedyś tak zaśniesz na zawsze. - powiedział sobie pod nosem.
Popatrzyłam się krzywo na niego z lekkim uśmieszkiem. Kontynuowaliśmy tę lekcję. Czekaliśmy jeszcze długo, aż ktoś złowi pierwszą rybę. Pierwszym wilkiem była Aoki. Była z siebie dumna. Kolejna byłam ja. Łapą uderzyłam o wodę i przyciągnęłam ją do siebie. Wtedy zdobycz wyskoczyła z wody, a ja chwyciłam ją do pyska. Jeszcze się trzepała, ale odeszłam trochę od wody, żeby w razie czego nie uciekła. Pod koniec lekcji zauważyłam, że wszyscy mieli przynajmniej po jednej. Nauczycielka poinformowała nas o tym, że można zjeść swoją ofiarę, lecz jeśli ktoś nie chce, to może ją oddać. Ja jeszcze nie jadłam ryby, więc chciałam ją spróbować. Wzięłam jednego gryza i stwierdziłam, że jest niezła. Zjadłam resztę, gdyż byłam głodna. Pożegnałam się z waderami, a z basiorem nawet nie miałam zamiaru. Wróciłam do siebie. Ułożyłam się do snu. W nocy obudziłam się i popatrzyłam w księżyc. Wtedy mój tata znowu się pojawił. 
- Tato... ja... - jąkałam się- ...tak za tobą tęsknię...
- Ja też, moja kochana. - odpowiedział.
- Też miałeś wrogów? Za szczeniaka?
- Tak, czemu pytasz?
Opowiedziałam tacie o wszystkim co mnie spotkało. Jego głos stał się bardziej, jak by tu ująć, zmartwiony. Brzmiał na zaniepokojonego. Jednak kiedy rozmawiałam z tatą, to usnęłam.

<C.D.N.>
 
Uwagi: Nie "ździwione", a "zdziwione"! Nie "tą lekcję", a "tę lekcję". Przed "ale" stawiamy przecinek.